Strona główna > Polska > Żydzi, pokażcie na zdjęciach powojennej Warszawy, które to kamienice były wasze? Oddamy wam paręset ciężarówek gruzu!!!

Żydzi, pokażcie na zdjęciach powojennej Warszawy, które to kamienice były wasze? Oddamy wam paręset ciężarówek gruzu!!!

Skoro tak bardzo chcecie, to pokażcie na zdjęciach powojennej Warszawy o co chodzi, a zwrócimy wskazane gruzy w naturze. Wyciągniemy spod Stadionu Narodowego, uzupełnimy o całkiem nowe z jakichś rozbiórek, zapakujemy na statek, wyślemy do Nowego Jorku i wysypiemy na Manhattanie przed siedzibą Ligii Przeciwko Zniesławieniom. Tyle możemy jeszcze dla was zrobić. Ale z finansowe pretensje kierujcie się do Angeli Merkel albo rządu USA (tu już nie czujemy się na siłach doradzać – w końcu oba kraje to nasi przyjaciele).

Pierwsze niemieckie bomby spadły na Warszawę już 1 września 1939 r. Tego dnia mieszkańcy stolicy byli podekscytowani, ale wciąż jeszcze pewni, że za kilka dni będą świętować zwycięstwo. Kiedy 3 września wojnę wypowiedziały Niemcom Anglia i Francja, w Warszawie pod brytyjską ambasadą odbyła się nawet entuzjastyczna manifestacja. Tyle tylko, że nic nie dała, a z każdym dniem oblężenia stolicy i z każdym dniem walki było coraz gorzej. Rzecz jednak znamienna, pomimo istotnie poruszającego apelu Związku Rabinów wzywających wszystkich Żydów, by bronili „ukochanej Ojczyzny” i na ten cel oddali życie i całe mienie bez reszty, większość Żydów uważała wojnę z Niemcami za sprawę polską, a nie żydowską. Znakomita historyk i znawczyni tematyki stosunków polsko-żydowskich dr Ewa Kurek w książce „Poza granicą solidarności. Stosunki polsko-żydowskie 1939-1945” (wyd. Bollinari Publishing House 2014) pisze: polscy Żydzi kochali Polskę jako określone i wybrane przez nich miejsce do życia (Polin), lecz identyfikowali się z Państwem Polskim jedynie jako formą gwarantującą im możliwość prowadzenia żydowskiego życia, a nie ideą, za którą warto ponosić ofiary. Oceniając zatem polskich Żydów w kategoriach obywatele-cudzoziemcy, wypada napisać, że ponieważ polscy Żydzi byli kochającymi Polskę cudzoziemcami, zagrażającą Państwu Polskiemu drugą wojnę światową odbierali jako powszechne nieszczęście, które trzeba przetrwać w możliwie najlepszych warunkach, lecz nie jako „żydowską sprawę”, za którą warto umierać (s. 213). Wobec wojny, do czasu „ostatecznego rozwiązania” znakomita większość Żydów przyjęła co najmniej postawę obojętną lub… starała się zaklinać rzeczywistość. W czasie gdy Stefan Starzyński walczył o Warszawę i błagał o pomoc Zachód, Adam Czerniaków mianowany w czasie oblężenia miasta prezesem Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie zajmował się głównie… sprawami żydowskimi. Na palcach jednej ręki można policzyć bezpośrednie odniesienia do oblężenia Warszawy, które zapisał w swoim dzienniku. Kiedy Warszawa padła, Stefan Starzyński stanowczo odmówił wszelkiej współpracy z Niemcami, za co zapłacił życiem. Dokładnie w tym samym czasie Adam Czerniaków odbywał w siedzibie SS długie konferencje na temat form współpracy, po czym ustalenia natychmiast wprowadzał w życie. Oczywiście, dziś Żydzi podnoszą, że byli przez Niemców zmuszeni, że Czerniaków był postacią tragiczną, bo nie miał wyjścia i musiał realizować niemieckie rozporządzenia, że Żydzi nie chcieli przenosić się do getta, że było to dla nich upokarzające, a Polacy zachowali obojętność. Tylko nie stawiają pytania, co by było gdyby? Co by było, gdyby Czerniaków odmówił współpracy? Gdyby warszawska gmina żydowska nie poszła na współpracę z Niemcami? Co by było, gdyby Niemcy musieli siłą wyciągać Żydów dom po domu i przenosić ich do gett w całym GG? Pewnie powiedzą, że Polacy by ich wydali. Ale to nie Polacy podali w grudniu 1939 r. Niemcom adresy bogatych warszawskich Żydów. Zrobiła to gmina żydowska. Żydzi wydali swoich Niemcom. Podali ich im jak na talerzu.
Jednocześnie już mniej więcej 100 km na wschód od Warszawy dokonywała się obrzydliwa zdrada Polski i Polaków przez żydowskich sąsiadów. Na terenach zajętych przez ZSRS Żydzi od razu podjęli aktywną formę współpracy z okupantem, ochoczo wstępując do milicji i zostając konfidentami NKWD. W czerwonych opaskach na ramieniu sprowadzali NKWD wprost do domów Polaków – przedwojennych policjantów, nauczycieli, działaczy społecznych (nie mówiąc o narodowcach), urzędników, nawet bogatszych gospodarzy. Dziesiątki relacji ludzi wywiezionych na Syberię mówią o NKWD przyprowadzonym nocą do ich domów przez miejscowych Żydów. Często potem ci Żydzi zajmowali domy wywiezionych. O upokorzeniach, jakie potem stosowali wobec pozostałych Polaków (w rodzaju oprowadzania po miejscowości w szyderczej procesji konia, na którego narzucili zrabowane w kościele ornaty), też nikt nie wspomina. Nie ma też jeszcze innych wspomnień. Otóż nie jest znany ani jeden przypadek, by na terenach okupowanych przez ZSRS Żyd ostrzegł Polaka przed aresztowaniem przez NKWD lub próbował go ukryć. Tak wyglądały postawy Żydów w momencie, gdy zaczynała się okupacja Polski.

Żydowskie fabryki?

Ale ważne jest też, jak wyglądały polskie miasta i wioski. Zacznijmy od Warszawy, bo to Warszawa dziś jest obiektem największych żydowskich roszczeń (wiadoma rzecz, stolica). Chociaż w Warszawie było sporo pięknych miejsc, sporo zieleni i reprezentacyjnych ulic, to sporo było także ciasnych i ubogich rejonów miasta. Żydzi mieszkali oczywiście zarówno w reprezentacyjnej części miasta, jak i tej uboższej. Spora część warszawskich Żydów zamieszkiwała w Dzielnicy Północnej. Dzielnica ta została założona w okresie Księstwa Warszawskiego w 1809 roku. Jej głównymi ulicami były Nalewki, Karmelicka, Franciszkańska, Gęsia, Dzika, Nowolipie i Nowolipki. W XIX wieku nie był to reprezentacyjny obszar. Wystarczy poczytać, jak opisywał go np. Bolesław Prus, który był bardzo wnikliwym obserwatorem ówczesnej Warszawy: brudne ulice, zaniedbane domy, ciasne podwórka, ciemne sklepy i warsztaty, gdzie handlowano wszystkim, słowem – nic ciekawego. Pod koniec XIX w. dzielnica północna stała się jednak częścią warszawskiego śródmieścia. Wtedy zaznaczył się też jej podział na bogatszą część, obejmującą Nalewki i biedniejszą – powązkowską, gdzie mieszkali biedniejsi Żydzi, trudniący się handlem i rzemiosłem. Drugą częścią Warszawy, gdzie mieszkała największa ilość Żydów, były okolice dzisiejszego placu Grzybowskiego. Podkreślić jednak należy, że Warszawa wyglądała wówczas zupełnie inaczej i wartość ówczesnych nieruchomości nijak ma się do obecnej. Także przedwojenne sztetle nie były kurortami – przeważnie nędzne i biedne, dalekie były od romantycznych opisów, jakie dziś są rozpowszechnione. Opowieści Żydów o posiadanych przez ich przodków w Polsce „fabrykach” czy „magazynach” w zestawieniu z relacjami osób pamiętających sztetle rozmijają się o 180 stopni. W efekcie żydowski handlarz, który raz w tygodniu na wiejskim jarmarku sprzedawał z ręcznie przyciągniętego wózka lemoniadę, według współczesnej opinii jego wnuka posiadał… fabrykę oranżady, a drobny sklepikarz – wielki sklep. Siłą rzeczy dziś organizacje amerykańskich Żydów mówią często o czymś, co nigdy nie istniało. Ale i o nie wszystko.

20 milionów gruzów

Niemcy prowadzili z Polską nie tylko wojnę błyskawiczną, lecz także totalną. Celowo bombardowali i ostrzeliwali szpitale, szkoły, kościoły i inne miejsca, gdzie chroniła się ludność cywilna, a także domy prywatne, czego przykładem chociażby bombardowanie Wielunia. W wyniku bombardowań i ostrzału artyleryjskiego Warszawy we wrześniu 1939 r. Niemcy zburzyli 12 proc. zabudowy miasta. Pomijając historyczne obiekty, już wtedy z ziemią zrównali szereg domów, szczególnie właśnie w Dzielnicy Północnej. Od razu postanowili: żaden zburzony we wrześniu 1939 roku budynek nie zostanie odbudowany. I nie został. Zabrali się też za planowanie.

Friedrich Pabst, ówczesny kierownik Urzędu Budownictwa Rzeszy, 1 października 1939 r. został mianowany naczelnym architektem miasta Warszawy. Nie po to, by zadbać o rozbudowę Warszawy. Wręcz przeciwnie. Na polecenie generalnego gubernatora Hansa Franka, który uzyskał aprobatę Adolfa Hitlera już w grudniu 1939 r. Niemcy przystąpili do opracowania planów zniszczenia Warszawy i przekształcenia jej w podrzędny ośrodek tranzytowy. Z polecenia niemieckiego prezydenta Warszawy Oskara Rudolfa Dengela projekt przygotował nazistowski architekt Hubert Groß sprowadzony w tym celu z Würzburga. Zgodnie z tym planem Warszawa miała zmienić się w „Nowe niemieckie miasto Warszawa” (niem. Die neue Deutsche Stadt Warschau), powstałe w wyniku „rozbiórki polskiego miasta” i potem „budowy niemieckiego miasta”. Po zakończeniu tej budowy liczba mieszkańców Warszawy miała zostać zredukowana o 90 proc. i wynieść maksymalnie 100-130 tys. osób (wobec 1,3 miliona ludności przed wojną). O skali planowanego zniszczenia Warszawy świadczy, że powierzchnia lewobrzeżnej części miała wynosić 6 km kwadratowych, a po prawej stronie Wisły – 1 km2. I to wszystko. Warszawa to jednak Warszawa, więc dość szybko stała się dla Niemców najniebezpieczniejszym miejscem w całej okupowanej przez nich Europie. Nic dziwnego, że generalny gubernator Hans Frank zapisał w swoim dzienniku pod datą 14 grudnia 1943 r.: gdybyśmy nie mieli Warszawy w Generalnym Gubernatorstwie, to nie mielibyśmy 4/5 trudności, z którymi musimy walczyć. Warszawa jest i pozostanie ogniskiem zamętu, punktem, z którego rozprzestrzenia się niepokój w tym kraju. Kiedy Niemcy uwikłali się w wojnę ze swoim niedawnym sojusznikiem, sytuacja się trochę skomplikowała i musieli nieco zrewidować pomysł „budowy”. Ale nie zarzucili pomysłu rozbiórki. Jego pierwszym etapem było zburzenie getta warszawskiego. Po stłumieniu beznadziejnego powstania w getcie, na rozkaz Hitlera wszystkie budynki na terenie objętym walkami zostały spalone lub wysadzone w powietrze. Właściwie ocalał tylko kościół pw. św. Augustyna, bynajmniej nie dlatego, że był świątynią, a wyłącznie dlatego, że Niemcy urządzili w nim magazyn na rzeczy odbierane Żydom, których wysyłali do Treblinki. W ten sposób znaczna część Warszawy jeszcze przed powstaniem legła w gruzach, przede wszystkim właśnie żydowskie kamienice, bo to one znajdowały się w tej dzielnicy. Na teren „byłej dzielnicy żydowskiej” wstęp był wzbroniony pod karą śmierci, natomiast samo gruzowisko stało się miejscem egzekucji przeprowadzanych przez Niemców do samego Powstania. Niemcy oczywiście na tym nie poprzestali.

Szóstego lutego 1944 r. Hitler oznajmił Hansowi Frankowi, że Warszawa musi zostać zburzona, kiedy tylko nadarzy się ku temu sposobność. Wybuch powstania warszawskiego nie był więc przyczyną zburzenia Warszawy, a jedynie okazją, by tego dokonać, składając winę na Polaków. Potwierdzają to zresztą słowa Heinricha Himmlera, który 1 sierpnia 1944 r., oznajmiając Hitlerowi, co się stało w Warszawie, powiedział mu również: Mój Führerze, pora jest dla nas niezbyt pomyślna. Z punktu widzenia historycznego jest [jednak] błogosławieństwem, że Polacy to robią. Po pięciu, sześciu tygodniach wybrniemy z tego. A po tym Warszawa, stolica, głowa, inteligencja tego byłego 16-17-milionowego narodu Polaków będzie zniszczona, tego narodu, który od 700 lat blokuje nam Wschód i od czasu pierwszej bitwy pod Tannenbergiem leży nam w drodze. A wówczas historycznie polski problem nie będzie już wielkim problemem dla naszych dzieci i dla wszystkich, którzy po nas przyjdą, ba, nawet już dla nas. Tego samego dnia Hitler wydał rozkaz zabicia każdego mieszkańca Warszawy i zrównania miasta z ziemią jako zastraszającego przykładu dla całej Europy. Niemcy przystąpili do zadania z całą systematycznością właściwą swojej nacji, zaczynając od rzezi Woli. Po kilku dniach okazało się, że mają zbyt mało kul, by zabić każdego warszawiaka, a i pędzenie ludzi przed czołgami oraz palenie żywcem w schronieniach nie rozwiązało „problemu”.

Z niemieckiego punktu widzenia dużo lepiej poszło niszczenie samej stolicy. Po stłumieniu powstania i wywiezieniu jego mieszkańców do obozów koncentracyjnych i na roboty, Himmler nakazał obrabować miasto z tego, co w nim zostało, a resztę zburzyć tak, by ze stolicy Polski nie pozostał kamień na kamieniu. Przez następne trzy i pół miesiąca Niemcy niszczyli budynek po budynku, ulica po ulicy, metodycznie i dokładnie. O tym, jak wielka była niemiecka nienawiść do Polski świadczy to, że na zburzenie Warszawy musieli poświęcać proch, którego nie mieli już wówczas za dużo. A jednak to był dla nich priorytet. Zrujnowane miasto opuścili w styczniu 1945 r. i wówczas dopiero wkroczyła do niego Armia Czerwona. Warszawa była morzem ruin. Niemcy zniszczyli ok. 85 proc. zabudowy lewobrzeżnej Warszawy, w tym 100 proc. Starego Miasta. Domy, szpitale, szkoły, teatry, kościoły, synagogi, kina, muzea, zabytki i nowe budynki zmieniły się w 20 mln metrów sześciennych gruzów. To także nie koniec.

Po wojnie władza w Polsce na mocy jałtańskiej zdrady została oddana w ręce komunistów. W jej budowaniu i utrwalaniu aktywny udział wzięli, zwłaszcza w krwawym resorcie bezpieki, Żydzi. Polacy nie mieli nic do gadania. A jednym z pierwszych dekretów nowej władzy była nacjonalizacja i odebranie prywatnej własności. Obywatel nowej, komunistycznej Polski nie miał prawa posiadać fabryki czy kamienicy. W ten sposób komuniści objęli w posiadanie ruiny, w jakie zamieniły się żydowskie kamienice i inne budowle. Rzuciwszy hasło „cały naród buduje swoją stolicę”, przystąpili do odbudowy Warszawy. I wyglądało to nieco inaczej niż w propagandowych filmach typu „Przygoda ma Mariensztacie” czy nawet w serialu „Dom”. W dodatku nowa socjalistyczna urbanistyka wprowadziła szereg zmian w przedwojennej zabudowie i „odbudowywana Warszawa” nie była rekonstrukcją sprzed wojny, ale „ulepszoną” wersją „sanacyjnej stolicy”. W efekcie nawet Kolumna Zygmunta stoi inaczej niż przed wojną. A najlepszym przykładem zmian w zabudowie Warszawy jest Muranów czy centrum miasta. Żeby postawić symbol stalinowskiej dominacji w Polsce – Pałac Kultury, komuniści wyburzyli całe ocalałe kwartały ulic. Ulica Marszałkowska na przestrzeni od placu Bankowego po plac Zbawiciela wygląda zupełnie inaczej niż przed wojną. Przykładem absurdalne zasłonięcie kościoła Zbawiciela przez MDM tylko dlatego, że komuniści nie mogli znieść myśli, by z perspektywy ulicy Królewskiej widać było kościół. Powstał więc architektoniczny potworek w postaci placu Konstytucji. Zatem najpierw Niemcy zburzyli owe słynne żydowskie kamienice, potem komuniści z Żydami w składzie znacjonalizowali ruiny po nich, potem odbudowali je zupełnie inaczej niż przed wojną rękami polskiego narodu. Wytyczyli nowe ulice, nowe działki, a my – Polacy postawiliśmy na nich nowe domy. Nie ma już przedwojennych kamienic, ulic ani działek. I tak sytuacja taka utrzymała się do chwili, kiedy środowiska żydowskie postanowiły wcielić w życie prymitywną zasadę dziedziczenia plemiennego i zażądać od Polski odszkodowań.

Pod zły adres…

Środowiska amerykańskich Żydów wcale nie ukrywają, że chodzi im tylko i wyłącznie o pieniądze, które chcą wszelkimi sposobami od Polski wyciągnąć, chociaż nie mają ku temu podstaw faktycznych ani prawnych. Zasady dziedziczenia są w Polsce bardzo proste: po zmarłym dziedziczy jego małżonek i zstępni: dzieci, a gdy ich już nie ma, wnuki. Jeśli zmarły nie posiadał małżonka ani potomstwa: dziedziczą jego rodzice. Potem rodzeństwo i ich zstępni. A gdy nie miał żadnej rodziny albo jej członkowie zmarli przed nim? Własność mienia przechodzi na Skarb Państwa, dziedziczy państwo, w którym znajduje się nieruchomość. Koniec, kropka. Żydzi polscy, którzy tu posiadali kamienice czy inne nieruchomości, byli obywatelami polskimi wyznania mojżeszowego, nawet jeśli nie znali języka polskiego i nie czuli związku z Polską. W czasie II wojny światowej ginęły całe żydowskie rodziny, więc po wojnie, niezależnie od tego, że władzę przejęli komuniści i wprowadzili tu swoje porządki, ich mienie przechodziło na własność Skarbu Państwa.
W dodatku polscy komuniści, chociaż byli pachołkami Stalina, mieli jakie takie poczucie obowiązku jeśli chodzi o uregulowanie kwestii odszkodowawczych za owo mienie. Niezależnie od tego, czy uważali to za słuszne, czy nie, sprawę tę załatwili. 16 lipca 1960 r. roku pomiędzy PRL a USA została zawarta umowa, w myśl której Polska zobowiązała się do zapłaty Stanom Zjednoczonym 40 mln dolarów. Kwota ta miała być przeznaczona na całkowite uregulowanie i zaspokojenie wszystkich roszczeń obywateli Stanów Zjednoczonych od PRL z tytułu nacjonalizacji i innego rodzaju przejęcia mienia. Zapłacona suma miała być rozdzielona przez rząd USA według jego uznania. Wspomniana umowa stanowi, że: Po wejściu w życie niniejszego układu rząd Stanów Zjednoczonych nie będzie przedstawiał rządowi polskiemu ani nie będzie popierał roszczeń obywateli Stanów Zjednoczonych do rządu polskiego. Jak również, że gdyby jednak takie roszczenia zostały przedłożone Polsce bezpośrednio przez obywateli amerykańskich, nasz kraj przekaże je rządowi USA. Wymieniona w umowie kwota została w całości zapłacona. Co ważne, Polska zawarła wówczas podobne umowy także z innymi państwami i zapłaciła wszystkie wymienione w nich kwoty.

Innymi słowy drodzy „starsi bracia” (w pewien sposób), żądając dziś od Polski miliardów dolarów, nie tylko pokazujecie prymitywizm myślenia (dziedziczenie plemienne), ale i kierujecie je pod niewłaściwy adres. Zapłaciliśmy co do centa. Nie musieliśmy – to nie my wywołaliśmy tamtą wojnę. Wcale nie chcieliśmy nowego porządku świata, który ona wprowadziła. Ale zapłaciliśmy za każdą kupę gruzów. Gdy wy leżeliście na plażach Florydy, my w pocie czoła wywieźliśmy te gruzy; pod sowieckim batem odbudowaliśmy zrujnowane miasta i wioski, a po dziesięcioleciach wywalczyliśmy sobie wolność. Nie macie dziś prawa nawet do kawałka płyty chodnikowej w Warszawie, Łodzi, Gdańsku czy innym mieście. A może mamy zapłacić za Lwów ukradziony nam przez Sowietów? Za Baranowicze, za Łuck, za inne miasta, które były polskie, a dziś nie są? A może mamy wam zapłacić za wille, które po wojnie zabrane zostały Polakom i oddane żydowskim ubekom i które ci porzucili, wyjeżdżając z Polski? Za to też chcecie pieniędzy? Macie talent do kreowania historii według własnych potrzeb, więc pewnie niedługo się okaże, że Wawel też stoi na działce, do której macie roszczenia. Nas już nic nie zdziwi. Ale… Skoro tak bardzo chcecie, to pokażcie na zdjęciach powojennej Warszawy, o co konkretnie chodzi, a zwrócimy wam wskazane gruzy w naturze. Wyciągniemy spod Stadionu Narodowego, uzupełnimy o całkiem nowe z jakichś rozbiórek, zapakujemy na statek, wyślemy do Nowego Jorku i wysypiemy na Manhattanie przed siedzibą Ligii Przeciwko Zniesławieniom. Tyle możemy jeszcze dla was zrobić. Ale z finansowe pretensje kierujcie do Angeli Merkel albo rządu USA (tu już nie czujemy się na siłach doradzać, w końcu oba kraje to nasi przyjaciele).

A tak przy okazji: jak się miewa kwestia wypłacenia przez Izrael odszkodowań dla Palestyńczyków, którym Wasi dzielni wojacy rozwalili domy? Wynieśliście się z ich terytorium? No i czy Izrael uregulował już kwestię odszkodowania za zburzenie Jerycha? Z odsetkami to będzie całkiem sporo szekli… Skoro chcecie pieniędzy za ruiny, które zostawili u nas Niemcy, to najpierw dajcie przykład i zapłaćcie za te, które sami po sobie zostawiliście już parę tysięcy lat temu. Oba przypadki są równie mocno umocowane prawnie.

Nie zapominajcie też ile jesteście plemiennie winni naszej szlachcie z XVIII wieku.
To temat na inny artykuł, który z pewnością powstanie, kiedy tylko dotrę do źródeł.

Źródło: polskaniepodlegla.pl

Za: http://ruch-obywatelski.com/absurdy/zydzi-pokazcie-na-zdjeciach-powojennej-warszawy-ktore-to-kamienice-byly-wasze-oddamy-wam-pareset-ciezarowek-gruzu/

24.05.2019

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *