Strona główna > Polska > Sojusz narodowo-socjalistyczny, czyli jak G. Braun wzmocnił Układ Gdański. Henryk Jezierski

Sojusz narodowo-socjalistyczny, czyli jak G. Braun wzmocnił Układ Gdański. Henryk Jezierski

Na wstępie zastrzegam, że tytułowe określenie „narodowy” wcale nie musi dotyczyć narodu polskiego, natomiast bez wątpienia dotyczy narodu – jakikolwiek by on nie był (polski, niemiecki czy koczowniczy) – reprezentowanego przez Grzegorza Brauna, niedawnego pretendenta do urzędu prezydenta miasta Gdańska. Przymiotnik „socjalistyczny” nie podlega natomiast żadnemu wariantowaniu i związany jest z niejakim Markiem Formelą, faktycznym reżyserem w decydującym okresie kampanii ww. kandydata, zresztą też reżysera.

Zacznijmy jednak od faktów niepodważalnych, czyli oficjalnych wyników wyborów następcy, już szykowanego na ołtarze przez wszelką żydomasońską swołocz, Pawła Adamowicza vel „Budyń”. G. Braun, wielka nadzieja polskich mieszkańców Gdańska o umysłach odpornych na obrzezywanie przez żydowskie  media, otrzymał dokładnie 11,86 proc. głosów – o niespełna 6 proc.  więcej niż praktycznie w ogóle niewidoczny w wyborczej rywalizacji,  Marek Skiba (5,92 proc.) i aż siedmiokrotnie mniej niż sukcesorka „Budynia”, Aleksandra Dulkiewicz (82,22 proc.).

Powiedzmy krótko: to nie jest przegrana. To nie jest także porażka. To jest bezdyskusyjna klęska. Tym wymowniejsza, że od 1989 roku, gdy w świetle  talmudycznych menor nastąpiła zamiana żydokomuny felernej na żydokomunę koszerną, żaden kandydat na prezydenta miasta – włącznie z P. Adamowiczem – nawet nie zbliżył się do wyniku uzyskanego przez następczynię tego ostatniego.

Pomoc Grzegorzowi Braunowi w uzyskaniu jak najlepszego rezultatu okazały setki osób. Nie sądzę, aby zgodzili się na “wsparcie” dla prawicowego kandydata ze strony lewaka i aferzysty.

G. Braun stwierdził triumfalnie, że w najśmielszych oczekiwaniach nie spodziewał się wyniku dwucyfrowego. Nie wiem, kim jest z wykształcenia lecz nawet, gdyby był przedstawicielem „nauk” składających się na marksistowsko-leninowską nadbudowę (socjologia, politologia, historia, psychologia itp.), to powinien wiedzieć, że wynik dwucyfrowy mieści się w zakresie liczb od 10 do 99. Zaokrąglony korzystnie do liczby 12 odsetek głosów oddanych na głównego konkurenta byłej zastępczyni Adamowicza oznacza dokładnie usytuowanie w obrębie mułu dennego podanego wcześniej zakresu.

Czytelnicy „MOTO” wiedzą, że byłem aktywnym – take dziennikarsko – propagatorem kandydatury Brauna. Mają więc prawo domniemywać, że jego klęska jest także moim udziałem. Nie mam zamiaru bić się w cudze piersi lecz akurat w tym wypadku zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, aby do niej nie dopuścić. Gdy moje ostrzeżenia kierowane do najważniejszych osób w kierownictwie sztabu wyborczego G. Brauna (a myślę, że także do niego osobiście), nie przyniosły rezultatu, dokładnie w poniedziałek, 25 lutego 2019 roku wysłałem im następującego sms-a:

„Szczęść Boże,

Podczas wczorajszej konwencji miałem okazję zapoznać się z gazetą wyborczą Komitetu. Jej uważna lektura (ze stopką włącznie) przekonuje, ze zdecydowaliście się Państwo na daleko idącą współprace z wydawcą „Gazety Gdańskiej”  Markiem Formelą.

Uprzedzałem lojalnie, ze jest to m.in. aktywny i skazany prawomocnym wyrokiem sądowym uczestnik afery „Stella Maris” oraz inicjator nazwania jednego z gdańskich rond imieniem Jacka Kuronia.

Innymi słowy – Formela to też prominentny uczestnik układu gdańskiego tyle, że z frakcji lewackiej, aktualnie nieco odsuniętej od koryta.

Ze względów pryncypialnych nie chcę być kojarzony z lewactwem nawet w kontekście udziału w tej samej kampanii wyborczej. Stąd moja decyzja o zawieszeniu aktywności przedwyborczej.

Jednocześnie dla uniknięcia ewentualnych podejrzeń o działanie na rzecz konkurencji informuję o całkowitej rezygnacji z prac w OKW nr 73 (Obwodowa Komisja Wyborcza – przyp. H. Jez.), absencji w niedzielnym głosowaniu oraz wstrzymaniu się z upublicznieniem swojej decyzji w moim portalu do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia wyborów.

Życzę powodzenia. Tym bardziej, ze Formela znany jest gdańszczanom jako grabarz wszystkiego, czego dotknął – od „Głosu Wybrzeża” po… klub żużlowy.

Z Panem Bogiem –
Henryk Jezierski”

Niestety, moje słowo stało się ciałem. A należy podkreślić, że powyższy sms to końcowy akcent daleko wcześniejszych ostrzeżeń. Pierwsze nastąpiły na początku lutego br., gdy w sztabie wyborczym Brauna zauważyłem Elżbietę Grabarek-Bartoszewicz, byłą radną Akcji Wyborczej Solidarność i Ligi Polskich Rodzin usilnie namawiającą współpracowników kandydata, aby dla „wzmocnienia” kampanii koniecznie skontaktowali się z Formelą, przedstawianym przez nią po imieniu, co miało zasugerować bliskie relacje i skuteczną pomoc w nawiązaniu współpracy. Jak widać, zadziałała skutecznie.

Ktoś zada pytanie; czy istniała racjonalna alternatywa dla wiązania się z katalogowym przedstawicielem gdańskiej komuny, którego sylwetkę przedstawiłem wyczerpująco w tekście „TELEWIZYJNY KURS KURSZCZYZNY”?

Owszem, istniała. Wyczerpująco przedstawiłem ją podczas bezpośredniego  spotkania z Grzegorzem Braunem i jego najbardziej zaufanymi współpracownikami – Włodzimierzem Skalikiem (szef kampanii wyborczej) oraz Tomaszem Stalą, przedstawionym mi jako reżyser strony medialnej całego przedsięwzięcia.

Na szalę argumentów, które powinny zjednać Braunowi sympatię wyborców w liczbie kilkakrotnie wyższej od tego, co ostatecznie uzyskał położyłem moje doświadczenie bynajmniej nie w charakterze dziennikarza z ponad 40-letnim stażem pracy lecz Dyżurnego Inżyniera Miasta, który przez ponad pięć lat (dokładnie w okresie 2008 – 2013) wraz z czterema kolegami monitorował stan całej infrastruktury miasta, reagując szybko i skutecznie (0 ofiar śmiertelnych!) na wszelkie awarie; od zapadnięcia jezdni poprzez wypływ ukropu z uszkodzonej sieci ciepłowniczej, aż do naruszenia konstrukcji wiaduktu kolejowego.

Nikt, podkreślam – nikt!, nie wiedział i nie wie więcej niż my – pracownicy  byłego Działu Inżyniera Miasta (został zlikwidowany za poprzedniej kadencji „Budynia”) o dramatycznym stanie tego, co kryje się za oficjalną, medialną fasadą Gdańska prezentowaną przez P. Adamowicza podczas kolejnych uroczystości otwarć, inauguracji i przecinania wstęgi.

Tę właśnie wiedzę chciałem przekazać G. Braunowi jako oręż w walce o głosy wyborców. Dotarcie do świadomości gdańszczan z faktami pokazującymi, ile dotychczas kosztowała ich i ile będzie kosztować dalej niekompetencja oraz  przedkładanie nad interes mieszkańców osobistego, narcystycznego „parcia na szkło” przez dotychczasowego włodarza miasta oraz jego spadkobierczynię  miało stanowić klucz do sięgnięcia po głosy nie kilkunastu lecz kilkudziesięciu procent wyborców.

Mrzonki? Proszę policzyć. Po POPiS-owym układzie gdańskim, który zdecydował o nie wystawianiu swoich kandydatów w rywalizacji z A. Dulkiewicz, do zagospodarowania pozostawały głosy oddane we wcześniejszych, jesiennych, wyborach na Kacpra Płażyńskiego z PiS (29,68 proc.), znaczna część elektoratu Jarosława Wałęsy z PO (27,77 proc.), znikoma ale jednak kilkuprocentowa część wyznawców P. Adamowicza (36,97 proc.), a przede wszystkim –licząca około 50 procent grupa obywateli dotychczas nie biorących udziału w głosowaniach.

Racjonalnie myślący ludzie nad sympatie polityczne zawsze bowiem przedłożą to, co ich dotyka najbardziej, czyli kwestie rzutujące na budżety swoich rodzin. Wizja dalszego finansowania pokazów fajerwerków na Wyspie Spichrzów, „tęczowych” przemarszów sodomitów po ulicach Głównego i Starego Miasta, czy seksualnego deprawowania dzieci w szkołach, ostatecznie w umysłach normalnych osób zawsze przegra z perspektywą ponoszenia coraz większych obciążeń na rzecz niemieckich lub francuskich firm zawiadujących znajdującą się w katastrofalnym stanie infrastrukturą miasta.

Trzeba to jednak było jasno wszystkim uzmysłowić, bez sięgania po zgrane, formelowe wątki w rodzaju siedmiu mieszkań „Budynia”, czy sprzedaży Gdańskiego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej niemieckiej firmy komunalnej z Lipska. Ponadto – ta ostatnia nie dość, że przeprowadzona została kilkanaście lat temu, to jeszcze przedstawiana jest wyłącznie w kontekście finansowym. Tymczasem jestem przekonany, że gdyby milionowe zyski GPEC-u trafiały nie do kasy Lipska lecz Gdańska, to i tak sami gdańszczanie skorzystaliby z nich w niewielkim stopniu albo wcale. Adamowicz i jego pretorianie szybko wymyśliliby jakieś przedsięwzięcia w rodzaju Teatru Szekspirowskiego, czy międzynarodowego festiwalu teatrów ulicznych z naciskiem na propagowanie dewiantów spod szyldu LGBT.

Przedsiębiorstwa o takim charakterze jak GPEC nigdy nie powinny być oddawane w obce ręce. Więcej, zyski generowane przez nie powinny iść przede wszystkim na utrzymanie, modernizację i rozbudowę infrastruktury z założeniem, że jej sprawność i technologiczna nowoczesność odbije się korzystnie na budżetach domowych mieszkańców, choćby w niższej cenie energii cieplnej. Dla mnie – a myślę, że także dla większości mieszkańców Gdańska, gdyby dowiedzieli się o tym w szczegółach – daleko groźniejszą od afery z GPEC-em jest afera z kontrolowaną przez Francuzów spółką Saur Neptun Gdańsk, zawiadującą siecią wodociągową i kanalizacyjną miasta. Zwłaszcza, że jest to afera nie sprzed lat piętnastu lecz sprzed niespełna roku.

Przypomnijmy; dokładnie 15 maja 2018 roku nastąpiła awaria przepompowni ścieków SNG na Ołowiance. W okresie 66 godzin do Motławy i dalej do Zatoki Gdańskiej wypłynęło 150 tys. m. sześć., czyli 150 mln litrów ścieków, włącznie z fekaliami. Bezpośrednią przyczyną tej katastrofy była – uwaga! – awaria zasilania awaryjnego pomp. Innymi słowy, zawiodło coś, co w swoim założeniu miało ratować przepompownię przed groźnym w skutkach przerwaniem pracy.

I jeszcze wymowna puenta do tego skandalicznego zdarzenia. Saur Nepun Gdańsk ukarany został stawką 2,15 zł za każdy metr sześcienny ścieków spuszczonych do systemu wodnego miasta i Zatoki Gdańskiej. Tymczasem mieszkańcy za każdy metr sześcienny ścieków odprowadzanych „jak Pan Bóg przykazał”, czyli do sieci kanalizacji sanitarnej płacą… 6,08 zł. Tylko naiwni mogą wierzyć, że kara w powyższej wysokości zmusi Francuzów do zrezygnowania z maksymalnych zysków na rzecz poprawy funkcjonowania infrastruktury wodno-kanalizacyjnej. A do niezwłocznego załatwienia są jeszcze kwestie nie mniej istotne, np. likwidacja na niektórych gdańskich osiedlach rur wodociągowych nafaszerowanych… azbestem. Mogę tylko dziękować swojej odporności na niegdysiejsze apele „Budynia” do mieszkańców, aby pili wodę z kranów bo i smaczniejsza, i tańsza od butelkowanej…

Takich przykładów niekompetencji, a czasami wręcz wrogiej wobec mieszkańców działalności Adamowicza oraz jego najbliższych współpracowników są dziesiątki. Część z nich przedstawiłem w rozmowie z dziennikarzem telewizji internetowej „wRealu24.pl”. Tyle, ze sztabowcy G. Brauna zorganizowali tę rozmowę w przedostatni dzień kampanii. Jej skuteczność można zatem porównać do kadzidła dla umarłego.

Zwłaszcza, że to nie ja, a sam kandydat miał przedstawiać swoim potencjalnym wyborcom fakty, o których mówiłem podczas naszego pierwszego i jedynego spotkania. Mnie akurat promowanie swojej osoby zupełnie nie interesowało. Najważniejszy był tu bowiem Gdańsk i wielka szansa na rozbicie, a przynajmniej wzruszenie skamienieliny zwanej układem gdańskim.

Nie rozumiem też, dlaczego G.  Braun nie odwołał się do wsparcia ze strony licznej i najlepiej zorganizowanej, a przy tym od wielu lat jednoznacznie „antybudyniowej” rzeszy członków „Solidarności”, zarówno stoczniowców, jak i pracowników innych przedsiębiorstw Gdańska. To byłby nie tylko cenny elektorat sam w sobie ale także cenny partner w docieraniu do innych mieszkańców miasta.

Niestety, wygrał wariant z Formelą. Oprócz wyświechtanych haseł o siedmiu  mieszkaniach i sprzedanym GPEC-u (tych samych jakimi kilka miesięcy wcześniej posługiwał się przegrany kandydat PiS, Kacper Płażyński), najwymowniejszym śladem tego sojuszu okazała się specjalna gazeta przedwyborcza. Wypisz, wymaluj duplikat „Gazety Gdańskiej” , wydawanej przez Formelę. Ten sam format, ten sam papier, a i zawartość merytoryczna podobna, a czasami taka sama. I jeszcze ta wzmianka zamieszczona przez Komitet Wyborczy Wyborców Grzegorza Brauna w redakcyjnej stopce: „Podziękowania dla Gazety Gdańskiej oraz Pomorskiej Izby Przemysłowo-Handlowej za zgodę na udostępnienie materiałów i wytrwałą walkę z >>układem gdańskim<<”.

Efekty znamy. Ale jeszcze gorsze mogą być ich konsekwencje dla tych spośród gdańszczan, który tak aktywnie i z takim zaangażowaniem włączyli się w pomoc G. Braunowi. Ponad 82-procentowe poparcie dla A. Dulkiewicz daje jej wyjątkowo mocne argumenty w deklarowanym kontynuowaniu budyniowej strategii dalszego niszczenia substancji grodu nad Motławą i oddawania go w pacht różnej maści hochsztaplerom oraz dewiantom. Mówiąc krótko – należy spodziewać się wszystkiego najgorszego.

Nie bardzo potrafię wytłumaczyć sobie tak egzotyczny związek, jak G. Braun i M. Formela. Co o nim zadecydowało? Pójście tego pierwszego na łatwiznę i sięgnięcie po już gotowy – choć z gruntu nieskuteczny (vide: K. Płażyński) – szablon propagandowy, przygotowany przez lewaka i aferzystę w jednym? Założenie, że cały start w gdańskich wyborach ma służyć tylko dalszemu promowaniu swojej osoby z użyciem coraz bardziej irytującego słowotoku,? A może jakiś układ z partnerem daleko mocniejszym niż Formela, zainteresowanym, aby dotychczasowego układu gdańskiego nie naruszyć?

Nie lekceważyłbym ostatniej z wymienionych tez. M. Formela od prawie trzech lat robi za „cyngiel” Prawa i Sprawiedliwości. Jego gazeta utrzymuje się dzięki solidnemu wsparciu finansowemu ze strony kilku spółek Skarbu Państwa pozostających, jak wiadomo, pod pełną kontrolą ekipy J. Kaczyńskiego. Działacz SLD i redaktor w jednym odwdzięcza się, jak może, atakując PiS-owskich przeciwników nie tylko na łamach swojego tytułu, ale przede wszystkim w telewizji publicznej z nazwy. Widzowie spoza Wybrzeża często mogą oglądać go w telewizji ogólnopolskiej, głównie TVP Info. Ale to drobiazg wobec częstotliwości eksponowania M. Formeli i jego łatwych do przewidzenia poglądów w lokalnej TVP3 Gdańsk. Czasami aż boję się otwierać lodówkę…

G. Braun widocznie takich obaw nie ma. Jego prawo. Ja skorzystam ze swojego, nie zachowując nawet cienia wiary w prawdziwość intencji, jakie – publicznie i oratorsko atrakcyjnie – przedstawia.

Tekst i zdjęcia:
Henryk Jezierski
(06.03.2019)


One thought on “Sojusz narodowo-socjalistyczny, czyli jak G. Braun wzmocnił Układ Gdański. Henryk Jezierski

  1. Proszę obejrzeć „Teatr dla gojów” 10 odc. dokumentu to może zrozumie Pan ten teatrzyk rozgrywany na Pana oczach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.