Strona główna > Świat > Prawicowy Żyd

Prawicowy Żyd

Dnia wczorajszego, w odmętach neomarksistowskiej papki, która jak w każdą niedzielę musi wylewać się z różnych medialnych szmatławców wyłuskałem pewien interesujący artykuł. Ów wpis, wbrew różnym innym antykatolickim i antypolskim wypocinom, które spotykają się jak co niedziela z gigantyczną ilością komentarzy lewych i prawych, których trzeba non stop ze sobą antagonizować, aby utrzymać nad nimi kontrolę, nie spotkał się z szerszym zainteresowaniem komentujących, mimo iż opisywał kluczowe przemiany jakie dokonują się w społeczeństwie.

Artykuł dotyczył społeczeństwa amerykańskiego a nie polskiego, ale patrząc na pewien trend występujący w Polsce odnoszę wrażenie, że nas to również dotyczy. Otóż ów niezauważony przez szerszą publikę felieton, pod bliżej niezrozumiałym tytułem „Pokolenie Z zaczyna wchodzić w dojrzałe życie” przyciągnął bardzo mocno moją uwagę ze względu na przyczyny, które według autora ukształtowały owe pokolenie Amerykanów. Mowa tu o osobach urodzonych po 1997 roku.

Autor owego artykułu, kimkolwiek on tam jest, dochodzi do wniosku, że nowe pokolenie Amerykanów, wchodzące w dojrzałe życie jest dużo bardziej konserwatywne i religijne niż poprzednie, ukształtowane po tzw. obaleniu komunizmu, kiedy to wróżbici pokroju Fukuyamy wieszczyli koniec historii, powszechne szczęście i inne tego typu farmazony.

Artykuł wymienia dwie główne przyczyny tego stanu rzeczy: zamachy z 11 września 2001 roku i kryzys gospodarczy roku 2008. Nie będę się zbytnio rozpisywał o tej drugiej, gdyż chyba każdy zdaje sobie sprawę, że każdy kryzys powoduje zmianę nastrojów społecznych. Skupmy się na tej pierwszej.

Możemy oczywiście uwierzyć w pewną spontaniczność biegu zdarzeń i odrzucić spiskową teorię, jakoby to wszystko zostało zaplanowane. Ale chyba każdy, chociaż trochę logicznie myślący osobnik gatunku homo sapiens zdaje sobie sprawę, że zamachy z 11 września nie były dziełem pasterzy owiec z południowego Afganistanu, którzy uknuli spisek w jaskini Tora Bora a następnie za pomocą plastikowych noży opanowali dwa samoloty, wypełnione po brzegi lepiej zbudowanymi od siebie mężczyznami  a następnie precyzyjnie nakierowali je na dwie wieże WTC, przechytrzając jednocześnie najnowocześniejszy na świecie system kontroli przestrzeni powietrznej NORAD.

Kiedy już odrzucimy brednie, w które wciąż wierzą co po niektórzy smakosze hamburgerów i coca coli, spróbujmy ustalić kto stał za zamachem na WTC czyli kto osiągnął z niego największą korzyść. Wojna z terrorem kosztowała USA ponad 5 bilionów dolarów. Nie trzeba kalkulatora, żeby policzyć ile to mniej więcej wynosi w przeliczeniu na złotówki. Nie trzeba też być zbytnio rozgarniętym żeby zrozumieć, że te pieniądze nie spadły z nieba a zostały wyciągnięte z kieszeni amerykańskiego podatnika.

Krótko mówiąc USA na wojnie z terrorem straciły biliony dolarów, zniszczyły swój wizerunek nie tylko w świecie muzułmańskim ale również w Europie, doprowadziły do krwawych zamachów odwetowych ze strony islamistów, które trwają do dnia dzisiejszego. Co na wojnie z terrorem zyskali? Myślałem nad tym długo ale nic nie wymyśliłem. Więc odpowiedź brzmi: nic.

Kto więc zyskał na wojnie z terrorem? Europa? Japonia? Chiny? Rosja? Nie. Jedynym beneficjentem wojny z terrorem jest Izrael i widać to świetnie na przykładzie wojny w Syrii. Jeżeli więc przyjmiemy za pewnik to, że Izrael co najmniej maczał palce w zamachach z 11 września (co bardzo dobrze opisał amerykański autor Christopher Bollyn, wiążąc z zamachami z 11 września czołowych agentów i oficerów izraelskiego wywiadu) to zastanówmy się czy Izraelczycy albo szerzej rzecz biorąc Żydzi liczyli się z konsekwencjami społecznymi tej operacji.

Zamach z 11 września wygenerował w amerykańskim społeczeństwie nastrój permanentnego zagrożenia. Reżim Busha wykorzystał go do rozbudowania do gigantycznych rozmiarów aparatu bezpieczeństwa i rozszerzenia inwigilacji do granic absurdu. Społeczeństwo poddawane takiej opresji państwa ma dwa wyjścia: zbuntować się albo się podporządkować. Na bunt i rewolucje w USA nie ma szans, gdyż USA to jedyny kraj w którymi nie ma ambasady USA. Amerykanom pozostało więc podporządkowanie się opresyjnemu reżimowi permanentnej kontroli.

Nie trzeba być socjologiem, żeby rozumieć, że społeczeństwo przechodzące ze stanu euforii i powszechnego szczęścia w stan zagrożenia a już tym bardziej w stan wojny, zmienia swoje poglądy o 180 stopni. Tak więc teoria o wzroście nastrojów konserwatywnych i religijnych w USA spowodowanych zamachami z 11 września jest jak najbardziej słuszna. Tylko jak wytłumaczyć fakt, że Żydzi, którzy odpowiadają za takie a nie inne nastroje wykreowali w „nieswoim” kraju poglądy sprzeczne z ich interesem? Odpowiedź wydaje się prosta: interes Izraela był ważniejszy niż tymczasowa obróbka narodu w niewłaściwą stronę.

Oczywiście wypada jeszcze wytłumaczyć czytelnikom dlaczego to Żydzi odpowiadają za wojnę z terrorem. Ktoś kto czytał książki największego i najbardziej wpływowego „wroga” amerykańskich kampanii militarnych a więc George’a Sorosa może dojść do wniosku, że za wojne w Iraku odpowiadają jacyś mityczni chrześcijanie, prawicowcy, nafciarze tudzież generałowie. Wiadomo, że Prawicowy Żyd zanim zaczął działać w obronie swojej bliskowschodniej twierdzy musiał wykreować „controlled opposition” wobec siebie. Soros jak widać był idealnym kandydatem.

Skupiając się jednak na faktach: wojna z terrorem jest niczym innym jak realizacją programu „Defence Planning Guidance” znanego jak Doktryna Wolfowitza. Ta polityczno-wojskowa doktryna zakłada możliwość uderzenia militarnego na dowolny kraj, w którym zagrożony jest interes Stanów Zjednoczonych.

W praktyce jednak oznacza to bezwzględne zwalczanie wrogów nie Stanów Zjednoczonych a Izraela. Najlepszym dowodem na to jest przykład Kuby. Dlaczego Kuba, kraj komunistyczny, leżący 100 mil od wybrzeży USA, który jest wrogiem Ameryki, po upadku ZSRR i utracie protektora nie został nigdy zaatakowany przez USA?

Kluczem do rozwiązania zagadki może być pewna rozmowa generała W. Clarka (notabene białoruskiego Żyda) z Wolfowitzem, przeprowadzona po wycofaniu się amerykańskich wojsk spod Bagdadu. Wolfowitz spytany przez Clarka czy ten jest zadowolony z dokopania Saddamowi i zostawienia go przy życiu odpowiedział, że „teraz kiedy Związek Radziecki leży na kolanach możemy zlikwidować bez przeszkód resztki poradzieckiej siły na Bliskim Wschodzie i nikt nie jest nam w stanie w tym przeszkodzić”. No właśnie, dlaczego tylko na Bliskim Wschodzie a nie np. u granic USA?

Żeby zrozumieć dlaczego ludzie pokroju Wolfowitza przekierowują całą amerykańską politykę i przewodnią ideologię tego kraju na tory sprzyjające Izraelowi, trzeba przyjrzeć się bliżej tej postaci.

Wolfowitz jest czołowym przedstawicielem nurtu neokonserwatywnego. Ta ideologia, nazwana tak dla zmylenia przeciwnika i odwrócenia uwagi od jej etnicznego, żydowskiego charakteru, jest niczym innym jak kolejnym przepoczwarzeniem żydowskiego komunizmu.

Żydzi zaangażowani politycznie zmieniali swój stosunek do komunizmu i jego wszelkich odmian wraz ze zmianami, które miały miejsce wewnątrz imperium sowieckiego oraz wraz z zwiększeniem zagrożenia dla istnienia Izraela. Pierwszy duży odpływ Żydów od tradycyjnego, sowieckiego komunizmu (stalinizmu) nastąpił po wymordowaniu przez Stalina Trockistów czyli w większości Żydów, zwolenników permanentnej rewolucji bolszewickiej a nie budowania komunizmu wewnątrz jednego kraju. Wtedy też część amerykańskiej żydokomuny przeszła na front trockistowski i antystalinowski. Drugi odpływ nastąpił po zakończeniu drugiej wojny światowej. Wtedy też wyłonił się nowy nurt znany jako Non-Communist Left, który zasilili żydowscy lewicowcy, którzy nie traktowali już Związku Radzieckiego jako swojego sojusznika i z czasem stali się narzędziem antykomunistycznej propagandy CIA.

Trzeci odpływ spowodowała wojna sześciodniowa (i kolejna kampania wojenna znana jako wojna na wyczerpanie) i incydent w Ocean-Hill Brownsville kiedy to murzyni, będący sojusznikami Żydostwa w walce o zmniejszenie wpływu białych Amerykanów na politykę USA,  wyrzucili z jednej z nowojorskich szkół kilkunastu żydowskich nauczycieli.

Czwarty odpływ Żydów od szeroko pojętej lewicy nastąpił na początku lat 80-tych, kiedy to do władzy dochodził Ronald Reagan i hordy neokonserwatystów, rozczarowanych ustępstwami administracji Cartera wobec ZSRR, zaczęły zasilać Partię Republikańską. Oczywiście najważniejszym departamentem, który opanowali od środka był Departament Obrony i to właśnie tam założyli swoje gniazdo, dzięki któremu mogą kontrolować politykę wojenną USA po dzień dzisiejszy.

Administracja Reagana była więc pierwszą administracją, w której neokonserwatyści osiągnęli tak znaczące wpływy. Można oczywiście naiwnie wierzyć, że Reagan i jego żydowscy doradcy obalili ZSRR bo to było „imperium zła” czy coś takiego. Nic bardziej mylnego. Twarda postawa wobec ZSRR była spowodowana niczym innym jak tylko zagwarantowaniem bezpieczeństwa Izraelowi, który to Związek Radziecki chciał rękami socjalistycznych reżimów arabskich wymazać z mapy Bliskiego Wschodu. A kontynuacja tej polityki, prowadzona od 2001 roku przez dokładnie tych samych ludzi (Wolfowitza, Perle’a, Libby’ego, Kagana, Podhoretza, Kristola, Abramsa, Cohena, Feitha, Ledeena, Wurmsera itd.) jest kontynuacją likwidacji wszelkich przeszkód dla istnienia reżimu syjonistycznego i jego absolutnej dominacji na obszarze Bliskiego Wschodu.

Oczywiście ktoś spojrzy na administrację Trumpa i powie: przecież tam prawie nie ma Żydów. No cóż, neokonserwatyści podobnie jak Żydokomuna w Polsce w latach 40-tych i 50-tych tworzyli zazwyczaj tzw. drugi garnitur władzy. Sami usuwali się na drugorzędne stanowiska a przed szereg wystawiali mniej znaczące marionetki, powiązane z przemysłem naftowym i zbrojeniowym a więc mające finansowy powód do popierania prosyjonistycznej krucjaty.

Obecnie jednak nawet taka metoda byłaby zbyt ryzykowna więc Żydostwo musiało usunąć się poza amerykańską administracje a na najważniejsze stanowiska wstawić posłusznych szabesgojów, którzy szantażowani komprmateriałami przez Mossad albo inne służby izraelskie lub też powiązani z żydowskim lobby (jak Bolton czy Pence), będą bezwzględnie posłuszni wobec nadchodzącego, ostatecznego starcia w „wojnie z terrorem” a więc wojny z Islamską Republiką Iranu.

Zajmijmy się teraz nieco bardziej przyziemnymi dla Polaków kwestiami. Ale zanim zajmę się Polską, przeskanuję sytuację w Europie.

Od mniej więcej połowy 2015 roku, kiedy to pewna komunistka zaprosiła do Europy hordy barbarzyńców, na starym kontynencie rosną w siłe partie prawicowe. Poparcie dla nich generowane jest rzecz jasna przez stan zagrożenia wytworzony gwałtownym napływem półdzikich istot z południowej półkuli. Zastanówmy się więc kto akurat w tym momencie chciał tego, aby koncesjonowani „nacjonaliści” i „prawicowcy” urośli w siłe i skierowali agresje wobec istot zrzucanych do Europy przez organizacje pozarządowe o mętnych źródłach finansowania a wspomagane przez izraelskich „wolontariuszy” z IsraAID.

Jeżeli przyjmiemy hipotezę, że część „islamskich” ataków terrorystycznych, jak chociażby te z Nicei i Monachium z 2016 roku, filmowane przez męża agentki izraelskiego wywiadu, niejakiej Einat Wilf, były co najmniej inspirowane przez izraelskie służby to łączy się to w logiczną całość. Izrael bierze udział w przemycie barbarzyńców do Europy, wśród których są przyszli zamachowcy. Zamachy terrorystyczne powodują krótkotrwały wzrost nastrojów prawicowych i antyislamskich w Europie, dzięki czemu nikt nie protestuje kiedy Izrael bezwzględnie morduje na swojej granicy setki Palestyńczyków. Bo skoro oni nas mordują to niech Izrael się z nimi rozprawia. Pytanie tylko co by się stało gdyby wojska państw europejskich zaczęły strzelać do czarnych najeźdźców zanim Ci przekroczyli by bramy starego kontynentu? Aj waj !

Zostawmy jednak problemy innych i skupmy się na Polsce. Kiedy spojrzymy na wzrost nastrojów prawicowych w Polsce, wygenerowany nie tylko przez sytuację społeczno-polityczną na zachodzie Europy ale również rosnącą świadomością społeczeństwa możemy zadać sobie pytanie: czy idziemy w dobrą stronę, tzn. taką której chce Izrael. Tak, teraz możecie uznać to za szaloną teorię spisku: Izrael kreuje nastroje społeczne w Polsce. Jest to oczywiście nieprawda. Nie robią tego. Ale spójrzmy na mapę Europy i poszukajmy na niej realnych sojuszników reżimu syjonistycznego. Takich krajów, których politycy zwasalizowani wobec Tel Awiwu są w stanie wysłać wojska do obrony Izraela przez Arabami. Ja widzę tylko dwóch: Wielka Brytania i Polska.

Kiedy już ustaliliśmy, że Polska jest ostatnim frajerem (oprócz Wlk. Brytanii), który chce sobie psuć stosunki z dziesiątkami innych krajów w imię „przyjaźni” polsko-izraelskiej i który jest gotów poświęcać życie swoich żołnierzy w nieswoich wojnach, ustalmy czy syjonistyczny reżim na ten moment potrzebuje w Polsce lewicowych, prounijnych przygłupów, którzy są gotowi skoczyć w ogień za komunistką z Berlina czy innym Makaronem i powiedzieć NIE wojnie z Iranem, z którym europejskie potęgi gospodarcze łączą miliardowe kontrakty handlowe czy też zepchniętych przez ostatnie 29 lat na margines „prawicowych” Januszy, którzy za utrzymanie na stołkach siebie i swoich rodzin oraz uwiarygodnienie w oczach świata (vide spektakl Trumpa w lipcu 2017 roku) gotowi są spełnić każdą zachciankę syjonistycznego reżimu i jego waszyngtońskich wasali.

Kiedy patrzę na pewnego propagandziste, zrzuconego tutaj przez wywiad izraelski kilka lat temu, który służy uwiarygodnieniu obecnego rządu w oczach Izraela i amerykańskiego żydostwa, dochodzę do wniosku, że Prawicowy Żyd potrzebuje dzisiaj w Polsce swojego ideologicznego bliźniaka. A jak bliźniak spełni swoją rolę to go przemielą i wyrzucą na śmietnik historii tak jak wszystkich poprzednich Reaganów i Wojtyłów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *