Strona główna > Bliski Wschód > Porozmawiajmy o pieniądzach

Porozmawiajmy o pieniądzach

Od 11 września 2001 roku Stany Zjednoczone i ich kraje satelickie toczą tzw. „Długą Wojnę” z „terrorem/terroryzmem” i islamizmem, a „cały świat jest polem bitwy” [1]. Nie będę tu się rozwodził nad absurdem toczenia wojen z taktyką i ideologią, pisałem już na ten temat wiele razy. Zajmę się natomiast wyjaśnieniem, kto korzysta z „Długiej Wojny” i ile ona kosztuje.

Jak wynika z wypowiedzi amerykańskich przywódców politycznych i wojskowych, wojna będzie „długa” (czyli bezterminowa), gdyż nie istnieje żadna przewidywalna data jej zakończenia, nie ma też żadnego precyzyjnie określonego wydarzenia, skutku, czy celu politycznego wyznaczonego jako warunek zakończenia wojowania. Padały i padają różne bombastyczne i ogólnikowe obietnice, jak np. zwalczenia „zła” przez G.W. Busha, „zmuszenia do ucieczki Al-Kaidy” i „osłabienia i wyniszczenia Daesz/ISIS” przez Obamę, czy obiecywane w kółko „ustabilizowanie Afganistanu i Iraku”. Żadna nie została spełniona, zresztą USA i ich wasale są zamieszani w tyle innych konfliktów, że nawet gdyby udało im się np. ustabilizować Afganistan, wojny toczyłyby się dalej.

Nie będę się tu zajmował ludzkimi kosztami tych konfliktów – setkami tysięcy zabitych na Bliskim Wschodzie cywili, milionami uchodźców i problemami, które tworzą. Pominę też koszty zniszczonej w krajach na celowniku Stanów Zjednoczonych infrastruktury oraz sumy chcąc nie chcąc wydawane na uczestnictwo w amerykańskich wojnach przez wasali Hegemona. Nie będę też się rozwodził nad kosztami finansowymi i społecznymi spowodowanymi przez wielomilionową falę uchodźców wewnętrznych i zewnętrznych z Bliskiego Wschodu i Afryki, uciekających przed konsekwencjami „długiej wojny”. Skoncentruję się natomiast na finansach wojennych USA, bo to one są jej motorem napędowym. Jak powszechnie od dawna wiadomo, fundamentem polityki są pieniądze, a zatem analiza ich przepływu może pomóc w zrozumieniu prawdziwych motywów „szerzenia wolności i demokracji” przez Amerykę i toczenia „długiej”/bezterminowej wojny.

Płynie rzeka zielona

Jak w tej piosence kabaretowej z czasów Solidarności. Otóż w latach 2001 – 2017 USA wydały na swe wojny i na „bezpieczeństwo domowe” ponad 4 biliony (anglosaskie tryliony)  dolarów. Różne źródła podają sumy od 3 do 6 bilionów, za podstawę mych rozważań przyjąłem więc z lekka środkowe cztery. Są to sumy przybliżone, bo po pierwsze wydatki na cele związane z wojnami są księgowane przez różne departamenty rządowe, często w kategoriach nie mających otwartego związku z armią i wojnami, po drugie pewna ich część to tzw. „czarne” (czyli utajnione sumy), po trzecie wreszcie, bo nie obejmują bieżących i przyszłych pośrednich i długoterminowych kosztów wojowania.

Bilion to jednak tylko słowo, określające sumę, która jest trudna lub nawet niemożliwa do ogarnięcia dla przeciętnego umysłu. Oto kilka ilustracji, które mogą w tym dopomóc:

Bilion to jedynka z dwunastoma zerami – 1.000.000.000.000.

Bilion to milion milionów.

4 Biliony jednodolarowych banknotów, ułożonych jeden na drugim sięgałyby Księżyca (ok. 240 tysięcy kilometrów) [2].

Gdyby wydawać te 4 biliony

po milionie dolarów dziennie, zajęłoby to blisko 11 tysięcy lat – 10.996.

po tysiącu, potrzebne byłoby ponad 10 milionów lat.

po setce – ponad 100 milionów lat.

Komu złote rybki, komu

Kto jednak łowi najwięcej złotych rybek w tej wyciśniętej z podatników rzece „zielonych”? Odpowiedź jest bardziej skomplikowana, niż się to wydaje. Lista oczywistych odbiorców wojennej rozrzutności obejmuje bowiem nie tylko „typowych podejrzanych” czyli:

koncerny zbrojeniowe wraz z ich subkontraktorami

stały korpus oficerski i regularne armie najemnych obecnie żołnierzy zwerbowanych przez państwo oraz ich służb pomocniczych

wciąż rosnące w liczebność i uprawnienia służby wywiadowcze i bezpieczeństwa

miliony szeregowych cywilnych amerykańskich pracowników, obsługujących gigantyczną maszynę wojenną, ale oni tylko zarabiają w ten sposób na życie

ale też działające w cieniu liczne prywatne firmy, robiące po cichu kokosy na zatrudnianiu co najmniej kilkudziesięciu tysięcy wojennych najemników i sprzedawaniu ich „usług” rządowi USA.

Przyjrzyjmy się po kolei największym beneficjentom

Koncerny zbrojeniowe [3]:

Oto wykaz czystych zysków siedmiu największych, tylko w 2016 r., tylko z produkcji i sprzedaży uzbrojenia:

Lockheed Martin, USA – 43,5 mld USD

Boeing, USA – 29,5 mld USD

BAE Systems, Wlk. Brytania – 23,6 mld USD (większość ich produkcji na terenie USA).

Raytheon, USA – 22, 4 mld USD

Northrop Grumman, USA – 20,2 mld USD

General Dynamics, USA – 19,7 mld USD

Airbus, Holandia/Francja – 12,3 mld USD

Armia i jednostki specjalne

Liczebność personelu armii USA (w aktywnej służbie i rezerwie) oceniana jest na ok. 2,4 miliona [4]. Średnia płaca aktywnych, łącznie z dodatkami to ok. 58 tysięcy USD rocznie [5].

Po roku 2001 (9/11) nastąpiła gwałtowna rozbudowa sił specjalnych. I tak np. liczebność elitarnych komandosów – Zielonych Beretów, wzrosła w tym czasie od kilku do ok. 70 tysięcy i działają oni obecnie, wraz z innymi oddziałami specjalnymi, w 172 ze 190 krajów świata [6]. Płace i premie są oczywiście wyższe niż w innych formacjach.

Służby wywiadowcze i bezpieczeństwa

Dane dot. ich liczebności i zarobków są trudno dostępne i mało precyzyjne z powodu tajemnicy okrywającej kwestie „bezpieczeństwa narodowego”.

Jednakże wiadomo, że ok. 4 milionów obywateli USA ma obecnie certyfikat dostępu do informacji najwyższego stopnia tajności [7]. W latach 2001 – 2013 Stany Zjednoczone wydały na działalność wywiadowczą i inwigilację ok. 500 mld USD. Łączny budżet Narodowego Programu Wywiadowczego i Wojskowego Programu Wywiadowczego w roku 2016 to 70,7 miliarda dolarów [8], więcej niż najwyższa suma wydawana rocznie na ten cel podczas Zimnej Wojny, gdy USA miały do czynienia z atomowym supermocarstwem, a nie, jak teraz, z uzbrojonymi w Kałasznikowy i granatniki partyzantami-terrorystami.

Koszty śledzenia jednej osoby 24/7 przez cały rok są bardzo wysokie, ok. 6 mln USD. Ogranicza to wydatnie, ze względów finansowych, możliwości inwigilacyjne państwa. Jak się ocenia, amerykańskie Federalne Biuro Śledcze analizowało w latach 2001 – 2015 ponad 10 milionów poszlak. Nawet przy zastosowaniu najnowszych technologii, inwigilacja jest jednak fragmentaryczna, losowa i nieprecyzyjna. Dlatego też rezultaty były znikome, zaledwie ok. 100 przewodów sądowych rocznie w USA, w przytłaczającej większości dot. błahych lub zachciankowych „terrorystów”, często „podkręconych” przez prowokacje FBI. Równocześnie w wyniku zamachów terrorystycznych w latach 2001 – 2015 traciło rocznie życie zaledwie średnio 1 – 2 obywateli USA i Francji (nieco więcej w Wlk. Brytanii), a dla przeciętnego mieszkańca Zachodu statystyczne prawdopodobieństwo śmierci z rąk terrorystów to ok. 1 na 8 milionów [9]. A zatem coraz szersza i bardziej kosztowna inwigilacja ma w praktyce niedostrzegalny wpływ na mikroskopijny zasięg zagrożenia, sprzedaje się jednak doskonale zastraszonym propagandą wyborcom.  Dlatego wydatki na nią wciąż rosną, a pieniądze są bogatym wypasem dla setek tysięcy biurokratów, „analityków”, „ekspertów”, agentów, szpicli i prowokatorów, stworzonym z jednej strony przez polityczną retorykę podżegaczy wojennych i populistycznych „obrońców ojczyzny” oraz propagandę sprzymierzonych z nimi koncernów medialnych, z drugiej – przez zasiane w ten sposób obawy.

Najemnicy

Zamachy 9/11 i wzniecone w odpowiedzi wojny drastycznie przyspieszyły prywatyzację akcji militarnych USA. W Afganistanie „kontraktorzy” stanowili ok. 70% sił amerykańskich, w Iraku ok. 50%. W 2010 r. Pentagon wydał na najemników 366 mld USD. Od tego czasu ich rola nie tylko nie zmalała, ale wręcz wzrosła, bo za każdym razem, gdy rząd USA głośno proklamuje redukcje amerykańskich wojsk w „wyzwalanych dla demokracji krajach”, zastępuje je po cichu rzeszami najemników, zatrudnianych przez prywatne firmy w rodzaju Academi Inc. (dawniej Blackwater) [10]. Używanie prywatnych najemników ma ogromną wartość propagandową – polegli z regularnej armii rządowej muszą być celebrowani przez media i rodziny, zabitych najemników grzebie się po cichu.

Alternatywy

Jak się jednak mają koszty amerykańskich wojen do finansów i dochodów w krajach napadanych, atakowanych czy okupowanych przez Stany Zjednoczone? Oto jak wygląda, wg. Wikipedii, tabela rocznego Produktu Krajowego Brutto na głowę mieszkańca:

Irak Populacja 25 mln PKB/na osobę $5695,7
Libia Populacja 6 mln PKB/na osobę $5449,03
Syria Populacja 22 mln PKB/na osobę $1700,39 (dane za 2010)
Afganistan Populacja 33 mln PKB/na osobę $1739,6
Jemen Populacja 28 mln PKB/na osobę $679,7
Łącznie  114 mln Średnia PKB     $3052,9

Otóż gdyby podzielić te 4 biliony pomiędzy wszystkich 114 mln mieszkańców tych krajów, od niemowlaków do staruszków, każdy dostałby 35136,4 USD na głowę, ponad dziesięcioletni średni dochód, albo, dla Jemeńczyka na dnie tabeli, dochód za 51 lat. Gdyby rozdzielić te pieniądze pomiędzy wszystkich uchodźców świata – ich liczbę ocenia się na 66 mln, każdy jeden dostałby ponad 60 tysięcy dolarów.

Jak wyliczył kiedyś znany ekonomista Jeffrey Sachs [11], do zlikwidowania skrajnej nędzy na całym świecie wystarczyłoby wydawać 175 mld USD rocznie przez 20 lat. Czyli w sumie ok. 3,5 biliona. Gdyby więc USA zamiast na prowadzenie swych bliskowschodnich kolonialnych wojen i finansowanie związanego z nimi państwa policyjnego w domu, przeznaczyły pieniądze na likwidację światowej nędzy, zostałoby im w kieszeni co najmniej 500 miliardów, i, optymistycznie rzecz biorąc, skończyły by się bliskowschodnie wojny, a także zalew uchodźców, terroryzm i głód. Wymagałoby to jednak rozmontowania w USA machiny „warfare state” – Państwa Dobrobytu Wojennego, którego gospodarka opiera się w znacznym stopniu na jedynej znaczącej gałęzi produkcji pozostawionej w kraju – broni, i na wojnach, które zapewniają jej zbyt. W którym dobrobyt i zarobki milionów ludzi-wyborców pochodzą z pracy dla gigantycznej maszyny wojennej i wywiadowczej. W którym największe zyski dla 1% mogą pochodzić, poza spekulacjami finansowymi, z wojen i ich obsługi.

Taka drastyczna zmiana kursu jest jednak w praktyce niemożliwa i wymagałaby albo rewolucji, albo bankructwa obecnego systemu.

Podsumowanie

Toczone obecnie, w znacznym stopniu na kredyt, wojny USA i ich satelitów z „terroryzmem” i islamizmem są w gruncie rzeczy gigantycznym syfonem, ciągnącym rzekę pieniędzy z kieszeni dzisiejszych i przyszłych podatników. Większość tych pieniędzy trafia do wielkich korporacji, generalicji i mniejszych, wyspecjalizowanych w czerpaniu zysków z wojen firm. Część ląduje ostatecznie w funduszach wyborczych i kieszeniach polityków, którzy nadają kierunek działaniom państwa. Biorąc pod uwagę klęskę wszystkich amerykańskich interwencji zbrojnych i zerową szansę na ich ostateczne powodzenie, należy dojść do wniosku, że służą one przede wszystkim beneficjentom płynących z nich zysków, kosztem reszty społeczeństwa i ofiar, czyli są prywatyzacją zysków i nacjonalizacją kosztów. W podsumowaniu, rządzącym oligarchiom toczenie bezterminowych wojen przynosi tylko korzyści i nie mają one żadnej motywacji, żeby je zakończyć.

[1] Jeremy Scahill „Dirty War: The World is a Battlefield”,
[2] Stacking One Trillion Dollars
[3] DefenseNews, Top 100 Defense Companies
[4] Global Fire Power, 2017 United States Military Strength
[5] PayScale, Average Salary for U.S. Army Employees
[6] Nick Turse i Tom Engelhardt, A Wider World of War
[7] Antony Loewenstein „The Disaster Capitalism: Making a Killing out of Catastrophe”,
[8] Wikipedia, United States intelligence budget
[9] Canberra Times, Fear and budgets: scrutinising the costs of counterterrorism
[10] Military,com, 10 Things You Don’t Know About Mercenaries
[11] Vision of Earth, How much would it cost to end extreme poverty in the world?

Tłumaczenie/źródło polskie: https://pracownia4.wordpress.com/2018/01/22/porozmawiajmy-o-pieniadzach/

The US War on Terror Has Cost $5 Trillion and Increased Terrorism by 6,500%

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *