Strona główna > Świat > John Mearsheimer: Polacy wspierając prozachodnie dążenia Ukrainy narobili sobie nowych kłopotów

John Mearsheimer: Polacy wspierając prozachodnie dążenia Ukrainy narobili sobie nowych kłopotów

„Państwa graniczące z mocarstwami muszą być bardzo ostrożne, aby nie zantagonizować potężnych sąsiadów. W przeciwnym razie zostaną zduszone. (…) Polacy, wspierając prozachodnie dążenia Kijowa, narobili sobie nowych kłopotów. Rosja jest dziś dużo bardziej zaangażowana w Europie Wschodniej, w tym militarnie, niż przed odsunięciem od władzy Wiktora Janukowycza. A taka sytuacja nie leży w najlepszym interesie Polski” – mówi w wywiadzie dla „DGP” czołowy amerykański politolog, prof. John Mearsheimer.

W ostatnim tygodniu w Polsce gościł prof. John J. Mearsheimer, znany amerykański politolog i autor koncepcji „realizmu ofensywnego”. Miało to związek z premierą polskiego tłumaczenia jego książki „The Tragedy of Great Power Politics” (polski tytuł „Tragizm polityki mocarstw”), z 2001 roku. W tym czasie prof. Mearsheimer udzielił też kilku wywiadów, w tym Emilii Świętochowskiej (Dziennik Gazeta Prawna).

Prof. Mearsheimer w wywiadzie zwraca uwagę, że od zakończenia „zimnej wojny” do 2016 roku Stany Zjednoczone były najpotężniejszym państwem na świecie, będąc głównym beneficjentem zaprowadzonego przez siebie nowego, liberalnego porządku międzynarodowego. Jednak z czasem do rangi mocarstwa urosły Chiny, które zaczęły realnie zagrażać Ameryce i jej interesom bezpieczeństwa. Z kolei Rosja po kryzysie z lat 90. XX wieku „powstała z martwych”, a „wraz z dojściem do władzy Władimira Putina w 1999 r. nastąpiło odrodzenie rosyjskiej potęgi”, choć dalekiej od tej z czasów ZSRR.

„Świat jednobiegunowy, który wykrystalizował się po zakończeniu zimnej wojny, przeradza się więc w porządek wielobiegunowy. Ma to zasadnicze konsekwencje dla systemu międzynarodowego: USA, które przez kilka dekad niczym kolos górowały nad światem, muszą dziś mierzyć się z dwoma rywalami” – mówi politolog.

Profesor zwrócił uwagę, że mimo zapowiedzi, prezydentowi Barackowi Obamie nie udało się zakończyć amerykańskiego zaangażowania w konflikty na Bliskim Wschodzie; wręcz wysłał dodatkowe siły do Afganistanu, a potem zaangażował się w konflikty w Syrii i Libii, doprowadzając do większego zamętu. Podobna sytuacja, jak zauważył, ma miejsce za kadencji Donalda Trumpa.

Wyraził przy tym swoje ważne stanowisko: jego zdaniem, „w polityce światowej przywódcy i ich osobowości zbytnio się nie liczą”, a „na zachowanie państw wpływają przede wszystkim czynniki strukturalne”. Wskazał tu na „anarchię”, rozumianą jako „brak ostatecznego arbitra w relacjach międzynarodowych”, a także układ sił. Przyznał jednak, że istnieją wyjątki od tej reguły (np. Adolf Hitler). Zaznaczył, że nawet Trump ze swoją ogromną sprawnością i głębokim wpływem na amerykańskie instytucje, nie zdołał zakończyć „wiecznych wojen” USA, ponieważ „struktura systemu międzynarodowego i polityki krajowej wiążą mu ręce”.

Pytany o politykę Trumpa względem Iranu Mearsheimer powiedział, że jego zdaniem zlecił on zabicie generała Kassema Sulejmaniego, gdyż „polityka wywierania maksymalnej presji na Teheran nie przynosi skutku”. Zaznacza, że po wielu miesiącach twardej polityki „nie widać, by taktyka ta dawała efekty”, zaś „Amerykanie są coraz bardziej zdesperowani”.

„Pojawia się więc pytanie, czy USA w ogóle mogą wywrzeć taką presję na Teheran, by w końcu się poddał? (…) Nie, skutki tej polityki okażą się odwrotne do zamierzonych. Irańczycy będą podejmować działania odwetowe i ostatecznie wyprodukują broń atomową. Amerykanie biorą zresztą takie ryzyko pod uwagę, dlatego lobbowali, aby Francja, Niemcy i Wielka Brytania zaczęły rozważać wprowadzenie retorsji” – zaznaczył. Jego zdaniem odwet ze strony USA jest pewny, jeśli Iran będzie dalej przejmować tankowce różnych krajów, a proirańskie bojówki w Iraku będą atakować amerykańskie bazy i placówki dyplomatyczne. Zakłada, że wówczas może dojść do wojny, najpewniej w postaci gigantycznego ataku Amerykanów z powietrza. Za możliwy uważa też inny scenariuszu, w który Teheran staje się bliski wyprodukowania broni atomowej, „wskutek czego rząd w Tel Awiwie, izraelskie lobby i jastrzębie w Ameryce zaczną naciskać na Trumpa, by uderzył w irańskie obiekty i infrastrukturę nuklearną”.

Zdaniem profesora, „od zakończenia zimnej wojny amerykańską polityką zagraniczną zawiadują głupcy”, a liderzy w USA „nie odrabiają lekcji z historii, niczego się nie nauczyli po porażkach w Iraku i Afganistanie”. Uważa, że elity w Stanach Zjednoczonych „są przekonane, że tylko one wiedzą, jak rządzić światem”, a „porządek międzynarodowy nie przetrwa bez przywództwa Stanów Zjednoczonych”. To, jak również relatywnie niskie koszty prowadzenia wojen daleko od swoich granic sprawia, że amerykańscy decydenci wciąż próbują „rozwiązywać problemy w innych krajach”, w tym z użyciem siły. W jego opinii, „nacjonalizm to najsilniejsza ideologia polityczna w historii”.

„Wszyscy, którzy wierzą w amerykańską wyjątkowość, są nacjonalistami w najczystszej postaci, a jedynie wmawiają sobie, że <<są tylko liberałami>>>” – mówi prof. Mearsheimer. Jego zdaniem, mówienie o erozji narodowej suwerenności na skutek globalizacji czy rosnącym znaczeniu instytucji ponadnarodowych to „naiwne myślenie”.

„Żyjemy w świecie państw narodowych. A państwo narodowe jest ucieleśnieniem idei nacjonalizmu, która kładzie nacisk na suwerenność, tożsamość i prawo do samostanowienia zbiorowości. Każdy kraj z definicji jest więc w jakimś stopniu nacjonalistyczny. (…) Ludzie kupili tezę Francisa Fukuyamy, że następuje koniec historii. Że ostatecznie każdy kraj nieuchronnie przekształci się w liberalną demokrację i w rezultacie nacjonalizm przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie. Snuliśmy sobie opowieść o tym, że następuje koniec państw narodowych, która nie miała żadnego oparcia w rzeczywistości. Nacjonalizm wcale nie zniknął, czego ostatnio dowodzą zwycięstwa populistów. Został jedynie przykryty w obliczu pochodu liberalizmu” – powiedział „DGP” amerykański politolog.

Zdaniem prof. Mearsheimera, USA błędnie zakładały, że wspieranie rozwoju i otwierania się Chin na świat doprowadzi do przeobrażeń w tym kraju w kierunku demokratyzacji w duchu liberalnym. Zamiast tego, Amerykanie wykreowali „państwo głęboko niezadowolone ze status quo, którego rosnąca pozycja może zagrażać równowadze sił”, dążące do wypchnięcia Stanów Zjednoczonych z Azji Wschodniej i podporządkowanie sobie całej Azji na wzór hegemonicznej pozycji USA na półkuli zachodniej. Stąd uważa, że konfrontacja z Chinami jest nieunikniona, „w dużej mierze dlatego, że najlepszą metodą na przetrwanie w systemie międzynarodowym jest nieustanne budowanie własnej potęgi i zdominowanie swojego regionu świata”, czego Waszyngton nie będzie tolerował.

„Porządek wielobiegunowy, w którym jedno mocarstwo wyraźnie przeważa nad pozostałymi, jest szczególnie podatny na wojny” – powiedział profesor. Dodał, że jego zdaniem nie ma w tym znaczenia to, kto wygra najbliższe wybory prezydencki w Stanach Zjednoczonych. W jego opinii, Pekin zadowoli się dopiero taką sytuacją, w której będzie dominować w Azji, a USA nie będą już kontrolować zachodniej półkuli. Dążą zatem do swego rodzaju lustrzanego odwrócenia obecnej konfiguracji globalnej.

„Głównym celem każdego mocarstwa jest dominacja nad swoim regionem, a także zadbanie o to, by w żadnym innym nie wyrósł mu konkurent. To dlatego w XX w. Stany włożyły wielki wysiłek w powstrzymanie imperialnych Niemiec, Cesarstwa Wielkiej Japonii, III Rzeszy i Związku Radzieckiego przed uzyskaniem dominacji w Europie i Azji, a równocześnie w zachowanie pozycji hegemona w swojej strefie wpływów” – mówi Mearsheimer. Przyznaje, że konflikt z Pekinem może doprowadzić do zbliżenia między USA i Rosją.

„Z pewnością Moskwa ma więcej powodów, aby niepokoić się rosnącymi ambicjami Pekinu niż Amerykanami (…) Ale powodem, dla którego Moskwa na poważnie nie myśli o powstrzymaniu Chińczyków i nie sprzymierzyła się w tej sprawie z USA, jest kryzys ukraiński” – zaznaczył.

Zdaniem politologa, „cały Zachód, a już z pewnością Polska, uważa, że Rosja ponosi odpowiedzialność za rozpętanie tego konfliktu”, z czym on sam się nie zgadza. „To Ameryka i reszta Zachodu wywołały kryzys ukraiński, a tym samym wepchnęły Rosjan w ramiona Chińczyków – co oczywiście jest niemądre z punktu widzenia priorytetów USA”.

Prof. Mearsheimer za główną przyczynę kryzysu ukraińskiego uważa rozszerzenie NATO i Unii Europejskiej oraz „kolorowe rewolucje”, których celem było w istocie przemienienie Ukrainy i Gruzji w demokracje i „bastiony Zachodu na granicy z Federacją Rosyjską”. Prowadząca rozmowę red. Świętochowska zauważyła, że koncepcję tę aktywnie wspierały polskie rządy. Politolog podkreślił z kolei, że „Kreml widział w tym śmiertelne zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa”, szczególnie dlatego, że zgodnie z założeniami antyrządowe wystąpienia na Ukrainie i w Gruzji docelowo miały doprowadzić do pokojowej rewolucji w Rosji.

„Prawda jest taka, że Moskwa ma w Europie Wschodniej interesy. Żadne mocarstwo nie pozwoliłoby, aby sojusz wojskowy zbliżył się do granicy regionu, który uznaje za swoją strefę wpływów” – zaznaczył Mearsheimer. Jego zdaniem, mimo protestów Moskwy, NATO rozszerzało się o nowych członków z Europy Środkowej i Wschodniej, co Kreml jednak „przełknął”. Zdaniem profesora, momentem przełomowym była deklaracja ze szczytu NATO w Bukareszcie z 2008 roku, gdy ogłoszono, że w przyszłości Ukraina i Gruzja zostaną przyjęte do Paktu, co wywołało wściekłość Rosji, która nie zamierza do tego dopuścić. Zaznaczył, że wybuch konfliktu w Gruzji parę miesięcy później nie był przypadkowy i powinien on był uzmysłowić „państwom zachodnim, w tym Polsce, (…) że dalsze rozszerzenie NATO to droga do katastrofy”.

W opinii profesora, „wiele osób na Zachodzie zatraciło rozumienie zasadniczych kwestii w relacjach międzynarodowych” przez brak docenienia znaczenia polityki równowagi sił, podczas gdy Kreml patrzy na świat właśnie z tej perspektywy. Przykładem tego było przekonanie obecne w administracji Obamy, że dalsze rozszerzanie NATO nie jest dla Rosji żadnym zagrożeniem, widząc w Ameryce krzewiciela i promotora demokracji. Zaznaczył, że ci, którzy nie pojmują, że Władimir Putin i inni politycy rosyjscy są realistami kierującymi się realpolitik „zderzyli się z poważnymi konsekwencjami”, które najdotkliwiej odczuwają je Ukraińcy.

Zdaniem Mearsheimera sposób myślenia, według którego Ukraina ma suwerenne prawo do decydowania o kierunku swojej polityki zagranicznej i należy jej pozwolić stać się częścią Zachodu, jeśli tego chce, za „niemądry”.

„Państwa graniczące z mocarstwami muszą być bardzo ostrożne, aby nie zantagonizować potężnych sąsiadów. W przeciwnym razie zostaną zduszone. Jest to prawda zarówno w odniesieniu do Rosji, jak i Stanów Zjednoczonych. USA nie tolerowałyby sytuacji, w której jakieś państwo prowadzi na zachodniej półkuli taką politykę zagraniczną, jaką tylko pragnie. Szybko wymusiłyby na nim dyscyplinę” – podkreśla Mearsheimer. Uważa, że w analogiczny sposób swojego podwórka pilnują Rosjanie i „ich interesy trzeba brać pod uwagę”.

„Ukraina tego nie rozumiała, bo Zachód przekonywał ją, że świat się zmienił i teraz może dołączyć do Europy. Dlatego w dużej mierze jest odpowiedzialny za wojnę. Polacy, wspierając prozachodnie dążenia Kijowa, narobili sobie nowych kłopotów. Rosja jest dziś dużo bardziej zaangażowana w Europie Wschodniej, w tym militarnie, niż przed odsunięciem od władzy ukraińskiego prezydenta Wiktora Janukowycza w lutym 2014 r. A taka sytuacja nie leży w najlepszym interesie Polski” – zaznaczył prof. Mearsheimer. Jego zdaniem, „w polskim interesie byłoby lepiej, gdyby więcej wydawała na obronność, niż skupiała się na reformach gospodarki”.

Należy jednak zaznaczyć, że portal Kresy.pl już kilka lat temu pisał, że amerykańscy politolodzy związani ze szkołą realizmu, m.in. Stephen Walt czy właśnie John Mearsheimer zwracali uwagę na fakt, że polityka ekspansji NATO na wschód de facto była i jest naruszeniem paktu NATO-Rosja i m.in. stąd jest negatywnie odbierana przez Rosję.

Pytany o przyszłość NATO zaznaczył, że zależy ona od Chin i tego, czy zaczną realnie zagrażać amerykańskim interesom w Azji, co zmusiłoby USA do koncentracji sił w tamtym regionie, co może wiązać się z całkowitym wycofaniem amerykańskich wojsk z Europy. Uważa, że Unia Europejska odgrywa w rywalizacji na linii Waszyngton-Pekin istotną rolę z gospodarczego punktu widzenia, gdyż jeśli na przykład zdecyduje się na sprzedawanie Chińczykom technologii podwójnego zastosowania, przyczyni się do podniesienia ich potencjału wojskowego. Uważa też, że kryzys klimatyczny spowoduje „natężenie rywalizacji, globalnych migracji i nowe konflikty polityczne”, zaś „niektóre państwa w walce ze zmianą klimatu będą podejmować działania, które wywołają negatywne skutki dla innych krajów”. Przyznał, że jest sceptyczny względem perspektywy szerokiej współpracy w ramach odpowiedzi na kryzys klimatyczny.

„Trzeba przyznać – choć w USA zostałoby to uznane za niestosowne – że po 1989 r. Ameryka w wielu sytuacjach zachowywała się jak państwo bandyckie” – podsumował prof. Mearsheimer.

W 2015 roku portal Kresy.pl jako pierwsze i jedyne medium w Polsce zamieścił opracowanie głośnego tekstu profesora Johna Mearsheimera „Nie dozbrajajcie Ukrainy” („Don’T Arm Ukraine”), opublikowanego na łamach „The New York Times”. Politolog pisał w nim m.in.:

„Aby uratować Kijów i przywrócić zdrowe relacje z Moskwą Zachód powinien dążyć do stworzenia z Ukrainy neutralnej strefy buforowej pomiędzy Rosją a państwami NATO. Powinna ona funkcjonować jak Austria podczas Zimnej Wojny. Aby rozwiązać tę sytuację Zachód powinien zaprzestać prób rozszerzania wpływów Unii Europejskiej i NATO, podkreślając, że jego celem jest niezagrażająca Rosji neutralna Ukraina. Stany Zjednoczone oraz ich sojusznicy powinni również współpracować z Putinem w celu ocalenia ukraińskiej gospodarki. Jest to cel będący zdecydowanie w interesie wszystkich”.

Zobacz także: Dlaczego dozbrajanie Ukrainy to naprawdę bardzo zły pomysł

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że opublikowanie na naszym łamach opracowania tego tekstu Johna Mearsheimera stało się katalizatorem kolejnej erupcji publicystycznych nieporozumień, w tym w wykonaniu red. Piotra Semki. W tekście na łamach „Do Rzeczy” zatytułowanym „Pozorny realizm i trzeźwy idealizm wobec Ukrainy” publicysta ten pisał m.in.: „zwolennicy prorosyjskiego realizmu z kręgu portalu Kresy.pl zachwycają się opiniami analityka z USA Johna Mearsheimera, głoszącego, że wysłanie broni na Ukrainę doprowadzi jedynie do eskalacji konfliktu bez oczekiwanych dla Zachodu skutków. Zachwyca ich też jego teza, że Ukraina powinna znów stać się tym, czym była – neutralnym buforem. Trudno o większe nieporozumienie”. Osobliwe twierdzenia Semki spotkały się z obszerną repliką ze strony redaktora naczelnego Kresy.pl, Tomasza Kwaśnickiego, który pisał m.in.: „Ludzie ci w stosunkach międzynarodowych widzą jedynie zagrożenia, panicznie boją się wszelkiego ryzyka, dlatego nie są w stanie dostrzec szans, jakie zaistniała sytuacja otwarłaby przed Polakami, gdyby ci byli narodem myśliwych”.

PRZECZYTAJ WIĘCEJ: Myśliwi i ofiary

Kresy.pl jako jedyne w Polsce opublikowały też polskie tłumaczenie innego, głośnego tekst Mearsheimera „Dlaczego kryzys ukraiński to wina Zachodu”, który został opublikowany w Foreign Affairs we wrześniu 2014 roku. Odbił się szerokim echem w zachodniej prasie, podczas gdy w Polsce przeszedł niemal niezauważony. Czytamy w nim m.in.:

„Rosja nawet gdyby chciała, nie posiada zdolności do łatwego podboju i anektowania wschodniej Ukrainy, a tym bardziej całego kraju. Jakieś 15 milionów ludzi – 1/3 ukraińskiej populacji – zamieszkuje pomiędzy Dnieprem, który rozdziela kraj na połowę, a rosyjską granicą. Przytłaczająca większość tych ludzi chce pozostać częścią Ukrainy i z pewnością przeciwstawiłaby się rosyjskiej okupacji. Co więcej, raczej słaba rosyjska armia, wykazująca nieliczne oznaki przekształcania się we współczesny Wehrmacht, miałaby małe szanse na spacyfikowanie całej Ukrainy. Moskwa jest również słabo przygotowana do opłacenia kosztownej okupacji; jej słaba gospodarka ucierpiałaby jeszcze bardziej w obliczu wynikłych z tego sankcji”.

Dwa lata temu prezentowaliśmy z kolei dwugłos realistów o pierwszym roku polityki zagranicznej Trumpa, w tym właśnie prof. Mearsheimera. Zauważył wówczas, że problemem Trumpa od początku jego prezydentury był fakt, że nie zgromadził wokół siebie zbyt wielu ekspertów ds. polityki zagranicznej, którzy podzielaliby jego sceptycyzm wobec interwencjonistycznej polityki zagranicznej.

„Z pewnością trudno byłoby mu rzucić wyzwanie establishmentowi bez zespołu współpracowników, którzy tak jak on myśleli o amerykańskiej polityce zagranicznej. Nieliczne osoby, które udało mu się znaleźć, jak Michael Flynn, od razu wpadły w rozmaite kłopoty. Steve Bannon to kolejny przykład. Ci nieliczni w Białym Domu Trumpa, którzy podzielali jego światopogląd, szybko stracili stanowiska i zostali zastąpieni przez postacie establishmentowe. Prawie wszyscy są generałami, ale mimo to reprezentują status quo. Obecnie jest prawie całkowicie otoczony postaciami z establishmentu, którzy dokładają wszelkich starań, aby ustawić go zgodnie z linią establishmentu. W pewnym sensie, udaje mu się to obejść dzięki swojej retoryce, ale retoryka nie jest polityką, a polityka pozostaje taka sama jak w przypadku jego dwóch poprzedników” – podkreślił Mearsheimer.

John Mearsheimer to profesor nauk politycznych na Uniwersytecie w Chicago, autor „The Tragedy of Great Power Politics” i jeden z czołowych przedstawicieli ofensywnego neorealizmu. Jest też współautorem, razem z innym znanym amerykańskim neorealistą Stephenem Waltem, przełomowej pracy „The Israel Lobby and Foreign Policy USA” z 2006 roku.

gazetaprawna.pl / Kresy.pl

Za: https://kresy.pl/wydarzenia/john-mearsheimer-polacy-wspierajac-prozachodnie-dazenia-ukrainy-narobili-sobie-nowych-klopotow/

25.01.2020

2 thoughts on “John Mearsheimer: Polacy wspierając prozachodnie dążenia Ukrainy narobili sobie nowych kłopotów

    1. Sytuacja, w której na wschodzie mamy kontrolowaną przez Rosję Ukrainę (słusznie się twierdzi, że Rosja bez Ukrainy nie jest mocarstwem, a z Ukrainą owszem) jest w oczywisty sposób dla nas dużo gorsza od sytuacji, kiedy mamy niezależną od Rosji Ukrainę z zamrożonym konfliktem z Rosją w Donbasie.

      Rosja miała i ma imperialne ciągoty względem sąsiadów, więc lepiej (pomijając Kaliningrad) z nimi za bardzo nie sąsiadować. Ów Amerykanin tego po prostu nie rozumie, wydając mu się, że z Rosją to można tak samo postępować, jak z innymi państwami. Lepiej zawczasu rosyjskie ambicje powstrzymać, kiedy można to zrobić w kontrolowany sposób, niż płakać później, bo się doprowadzi do drugiego Monachium czy innego nieszczęścia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *