Strona główna > Bez kategorii > Globalizm a metawładza

Globalizm a metawładza

źródło: http://jeznach.nowyekran.pl

Fundamentalny esej spekulujący o rzeczywistej strukturze władzy w kraju i na świecie

Ogromna większość ludzi, nie tylko w Polsce, jest przekonana, że najlepszym politycznym ustrojem w dotychczasowej historii świata jest demokracja typu zachodniego, a zwłaszcza jej model amerykański (okręgi jednomandatowe, system dwupartyjny, bezpośrednie wybory prezydenta itp.). Model ten jest przez większość mediów polskojęzycznych, a także przez produkcję hollywoodzką i tzw. głos salonów lansowany jako doskonały i docelowo nieunikniony także w warunkach Polski. Takie bliskie uwielbienia przeświadczenie właściwie wyklucza spojrzenie krytyczne. A jednak bliższe porównanie praktyki z teorią ujawnia, że mamy tu do czynienia nie tylko z kolejną utopią, ale właściwie z zakrojoną na szeroką skalę mistyfikacją.

       Najpierw trzeba jednak uczciwie zauważyć, że demokracja zachodnia ma wiele zalet.Wiedzą o nich wszyscy, ale nie nimi będziemy tu się zajmować. Trzeba raczej przyjrzeć się jej wadom, bo to one są zagrożeniem i to zagrożeniem właściwie dyskwalifikującym. Najważniejszą i podstawową wśród tych wad jest to, że demokracja zachodnia dała się zaadoptować jako podstawowe narzędzie władzy światowej oligarchii i jej agend, i to do tego stopnia, że coraz bardziej, dziś już prawie wyłącznie, służy tej oligarchii, a coraz mniej, właściwie prawie wcale, nie służy społeczeństwom i narodom. A już zupełną bajką jest to, że służy pokojowi, sprawiedliwości, przyjaźni między narodami, rozwojowi społecznemu, powszechnej oświacie, poprawie warunków bytu itp. To się może, oczywiście, tu i ówdzie zdarzyć, ale tylko tam i wtedy, gdzie akurat jest to na rękę i po linii interesów wspomnianej oligarchii.

       Orientację ogólu społeczeństwa co do struktur władzy można by porównać do świadomości widowni kinowej po obejrzeniu filmu. Gdyby przy wyjściu z kina zrobić wszystkim test 4-5 pytań okazałoby się, że najwięcej osób wyniosło z filmu to, że

 bohaterowie mieli na imię John i Mary, oraz że bardzo się kochali. Z pewnością mniejszy odsetek widzów umiałby podać prawdziwe nazwiska aktorów, którzy grali role Johna i Mary, jeszcze mniej osób umiałoby powiedzieć, kto był reżyserem filmu lub autorem scenariusza, a już zupełnie nieliczne osoby wiedziałyby, kto ów film zamówił i sfinansował. Oznacza to, że wiedza typowego widza o twórcach jakiegoś filmu jest odwrotnie proporcjonalna do wagi i kolejności, jaką odgrywają oni w jego powstaniu. Bardzo podobnie jest ze świadomością przeciętnego obywatela co do władzy politycznej, albo dokładniej: władzy decydującej o biegu spraw publicznych.  

       Niewielu ludzi, nawet spośród formalnie dobrze wykształconych, zdaje sobie sprawę z faktu, że współczesna demokracja typu zachodniego jest ustrojem wielopoziomowym. Najprościej mówiąc system ten składa się z jawnej władzy i niejawnej nadwładzy, czyli metawładzy. Aby ułatwić rozumienie ewolucji i struktury tego systemu oraz podkreślić nieostrość przejść i relacji, pozwoliłem sobie wprowadzić między nimi jeszcze jeden poziom pośredni. Omówię tu zatem trzy poziomy: (I)klasę polityczną; (II) poziom nadwładzy instytucyjnej (za chwilę wyjaśnię o co chodzi); i (III) metawładzę.

       Ogół ludzi widzi i ma widzieć tylko to, co mu pokazują media. W odniesieniu do ustroju jest to zazwyczaj tylko ten pierwszy poziom polityki. To tutaj politycy i kandydaci na polityków, manipulatorzy i kompradorzy, działacze i krzykacze, cynicy i oszołomy, a czasem nawet ludzie uczciwi albo pełni dobrej woli, szarpią się i miotają, zwykle pełni żaru albo frustracji, starając się robić wrażenie jakby to od nich miało zależeć wszystko, co się dalej będzie działo. To tutaj funkcjonują mówcy, wybitni demagodzy, którzy wszystko potrafią uzasadnić i uprawdopodobnić, oraz krytykanci, którzy wszystko potrafią skrytykować, oplwać i podważyć. Ten pierwszy poziom jest poziomem na pokaz, służy do demonstrowania go społeczeństwu i absorbowania jego uwagi, a także do propagowania systemu demokratycznego oraz korygowania jego drobniejszych wad. W odróżnieniu od większości zwolenników teorii spiskowej (którym sam także jestem) sądzę zresztą, że ten poziom władzy jest wyłaniany demokratycznie, wybory są na ogół uczciwe i głosy liczone prawidłowo, bo nie tu jest istota zawłaszczenia władzy. Poziom ten, tzw. klasa polityczna i jej parafernalia – wybory, kampanie, debaty, skandale, kadencje itp. – jest przeznaczony do tego, aby zaspokajał przeświadczenie o jawności gry politycznej i potrzebę wywierania na nią wpływu przez ogół obywateli i każdego z osobna. To ten poziom jest poddawany ocenie i krytyce, weryfikowany w wyborach, omawiany i pilnowany w mediach, aż po kontrolę życia osobistego polityków włącznie. 

       Problem polega jednak na tym, że spośród trzech wymienionych, poziom ten w najmniejszym stopniu kształtuje prawdziwy bieg spraw publicznych. Jest podobny do guzików na skrzyżowaniach w wielkim mieście, które naciskamy sądząc, że mamy wpływ na tempo zmiany świateł w ruchu ulicznym, ale przecież na ogół służą one raczej tylko temu, by rozładować naszą frustrację i pozornie skrócić czas czekania za krawężnikiem. Każdy, kto obserwuje codzienne życie, ten wie, że nawet w sferze widzialnej rzeczywista władza już dawno przeniosła się na wyższy, tzn. II poziom, który nazywam tu instytucjonalnym, a na którym rządzą banki, media, sądy, organizacje pozarządowe i instytucje międzynarodowe, ba! nawet agencje ratingowe albo mafie, ale już nie partie polityczne, dekrety ministrów i głosowania w parlamencie. A władza na tym II poziomie nie jest już demokratyczna i nie pochodzi z wyborów. Tam są już tylko elity: rady nadzorcze i zarządy banków, kolegia redakcyjne w mediach, palestry i składy orzekające sądów, komitety sterujące w organizacjach. Owszem, zachowuje się jeszcze publiczne pozory wolnej gry, a czasem i otwartości decyzji, tzw. transparencji, ale nikt nie ma już wątpliwości, że poruszamy się w wąskim i zamkniętym kręgu decyzyjnym określonych z góry interesów, gdzie rządzi własność i wola nielicznych, a nie w obszarze pod kontrolą, choćby tylko formalną, szerokiego ogółu. Publiczna wiedza na temat tego, co dzieje się we wnętrzu banków, redakcji lub sądów jest nieporównanie mniejsza niż wiedza na temat klasy politycznej i jej przedstawicieli. Na ogół dowiemy się prędzej i dokładniej, kto z kim i ile razy spał w hotelu poselskim, niż kto, w czyim imieniu i po co wykupuje udziały w jakiejś firmie, nawet giełdowej. Jest to również wiedza dużo trudniejsza do uzyskania z zewnątrz. Każdy jednak, kto bliżej zetknął się osobiście z funkcjonowaniem rad nadzorczych, kolegiów i zarządów współczesnych wielkich firm musi być zdumiony stwierdziwszy, że lwią część czasu, a zwłaszcza uwagi poświęcanej przez te gremia, i to niezależnie od rodzaju ich działalności, zajmują im sprawy samej kadry decydenckiej i udziałów własnościowych, a nie kwestie ich merytorycznej działalności, stosowanej technologii, lub choćby tylko np. sprawozdań finansowych. To dowodzi, co liczy się tam najbardziej i naprawdę.

       O uprzywilejowaniu i wszechwładzy banków mówi się i pisze od dawna, ale zjawisko spokojnie wciąż się tylko pogłębia. Każdy z nas, kto musi z nich korzystać, musiał już także zauważyć, że niemal z roku na rok banki zabierają nam coraz więcej czasu, uwagi i opłat. Pod hasłem m.in. walki z korupcją prawo umacnia też władzę i przywileje banków nakazując, aby wszystkie transakcje pieniężne były prowadzone za ich pośrednictwem (za co banki liczą sobie opłaty operacyjne). Przymus bankowy dotyczy nawet płac pracowników najemnych, które w praktyce przelewa się już tylko na konta bankowe, a nie wypłaca do ręki. Efekty widać gołym okiem: na każdym rogu co ważniejszej ulicy puszy się oddział jakiegoś banku, a instytucje, które nie sieją, ani nie orzą, i pierwotnie zostały powołane do służebnej roli przechowywania pieniędzy i ułatwiania ich obrotu, wyrosły na istne świątynie bogactwa i centra gospodarczych decyzji. Politycy mogą mieć nawet najlepsze chęci, ale to przecież rada banku, który może udzielić kredytu albo nie, decyduje o realności nawet najważniejszych planów. Bank może zniszczyć jedną instytucję np. decydując się wcześniej na radykalną procedurę windykacyjną, a wesprzeć drugą np. organizując wraz z innymi bankami konsorcjum dla jej dalszego wsparcia w razie kłopotów. Co więcej, należy także zauważyć, że banki i instytucje finansowe (np. towarzystwa ubezpieczeniowe) są jednym z obszarów, które też same bodaj najszybciej ulegają dalszej konsolidacji i koncentracji kapitału, a także służą koncentracji kapitału i pogłębianiu nierówności majątkowej zarówno jednostek jak i firm: im bogatszy klient tym więcej ma przywilejów, tym mniejsze ponosi opłaty (procentowo), tym łatwiejszy ma dostęp do kredytu, tym wyższe uzyskuje oprocentowanie, a nawet tym korzystniejszy kurs przy wymianie walut. Można cynicznie powiedzieć, że banki realizują zasadę przewidzianą w Biblii: „Ten kto ma, temu będzie dodane i nadmiar mieć będzie, a temu kto nie ma, nawet i to, co ma będzie mu zabrane” (Mat. 13, 12). Osobną kwestią jest pozycja banku emisyjnego i kwestia suwerenności polityki pieniężnej państwa, ale tych spraw omawiał tu nie będę, choć właśnie to jest największym i strategicznym skandalem w sferze finansów i z pewnością zasługuje na osobny esej oraz dyskusję. 

       Najlepszym przykładem uprzywilejowania banków jest obecny kryzys finansowy. Kilka lat temu Bruksela nakazała upadek i likwidację Stoczni Gdańskiej, argumentując że korzystała ona z „niedozwolonej pomocy publicznej” ze strony państwa. To, że stocznia miała należyte wyposażenie, świetną kadrę, listę zamówień, itp. nie stanowiło żadnego argumentu. Musiała upaść i bardzo konsekwentnie to na nas wymuszono. Kiedy jednak w dwa lata później w Zachodniej Europie zachwiały się banki i trzeba było je ratować o wiele większymi sumami pieniędzy z kieszeni podatników, argument o „niedozwolonej pomocy publicznej” już nie zadziałał. Banki są ponad prawem, które dotyczy przemysłu i wytwórczych gałęzi gospodarki.  

        Innym rodzajem instytucji, do których przeniosła się realna nadwładza polityczna są media. Dziś to media i ich decydenci są w stanie wpływać na opinię publiczną i sterować nią w dowolnym kierunku: z jednych ludzi zrobić „moralne autorytety”, a z drugich „sprzedajne kanalie”. O tym, że media o wiele bardziej manipulują niż informują wie bodaj każdy, ale najlepiej ten, kto się z nimi zetknął od wewnątrz. Każdy też, kto bliżej zetknął się z politykami wie, jak śmiertelnie boją się oni mediów, jak o nie zabiegają i jak się z nimi liczą. Właściwie to media są dziś prawdziwym panem sceny politycznej: to one decydują, kiedy uderzyć i utopić, a kiedy wydobyć i osłonić poszczegolne partie, osoby lub firmy. O firmach wspominam tu dlatego, że zapewne każdy z nas zetknął się już ze zjawiskiem tzw. PR (wymawiane jako „pi-ar”). Dziś każda licząca się firma musi mieć suto opłacany dział zatrudniający specjalistów od public relations i wszelkimi sposobami umieć zabiegać o dobre słowo i łaskę mediów. Media dyktują ludziom nie tylko to, jak myśleć, ale przede wszystkim: o czym myśleć, i co, w jakiej kolejności uważać za ważne. To oznacza, że media konstruują ludziom świadomość i niemal w całości potem same ją wypełniają. O nadwładzy mediów, które de facto programują i wygrywają wybory, kampanie i sprawy wiedzą już dziś właściwie wszyscy. Mówiąc o mediach mam na myśli w szczególności telewizję, bardziej niż tradycyjną prasę, ale w coraz większym stopniu także internet, który rządzi się osobnymi, bardzo wyrafinowanymi prawami i ma szybko rosnącą skuteczność manipulacyjną.  

         Bardzo szybko na całym świecie, a zwłaszcza w tzw. dojrzałych demokracjach, np. w USA, rośnie także rola i nadwładza sądów, a wraz z nimi i popełniane przez sądy nadużycia władzy. Tego się jeszcze często nie dostrzega, ale to przecież sądy coraz silniej decydują o kierunkach i strategii w polityce, gospodarce, kulturze itp. Ten sam brytyjski sąd może odrzucić wniosek o ekstradycję i zadecydować, iż np. Wolińska nie mogła być wydana do Polski za swe czyny, ale Irving musiał pozostać w więzieniu w Austrii za swe słowa. To przecież sąd zadecydował, iż ostatecznie wybory w USA (na Florydzie) wygrał po raz drugi G.W. Bush, albo że partie islamskie w Turcji lub w Algierii, już po wygraniu wyborów zostały zdelegalizowane, zamiast dopuszczone do władzy. Z nadwładzą sądów i destruktywnym, arbitralnym wyrokiem muszą liczyć się nawet największe firmy. Sąd może jednym wyrokiem zniszczyć np. potężny koncern tytoniowy każąc wypłacić odszkodowanie w wysokości 2 mld dolarów (!) rodzinie palacza, który zmarł na raka płuc, bo jakoby nic nie wiedział o szkodliwości palenia (był to rzeczywisty przypadek z USA). Nie bronię tu akurat tytoniu, sam nigdy nie paliłem i cieszę się z tego, że ludzie coraz mniej palą, ale taki wyrok jest przecież jawnym i skrajnym absurdem pokazującym skalę samowoli, jakiej może dopuścić się sąd w majestacie prawa. Osobną odmianą tego zjawiska jest rosnąca nadwładza urzędów skarbowych, które również mają nad firmami i osobami władzę arbitralną i nierzadko porównywalną do sądów, a często o jeszcze trudniejszej procedurze odwoławczej. Dodatkowo warto przy tym zauważyć, że najszczelniej pilnowane są firmy produkcyjne i osoby żyjące z pracy. Im wyższy jest stopień spekulacji uprawianej przez osobę lub firmę, tym mniejsza jest możliwość interwencji, zwłaszcza skutecznej, ze strony sądów i fiskusa. Jest to zresztą stare prawo natury: najchętniej ściga się tego, kto najwolniej ucieka.

       No i wreszcie organizacje pozarządowe, określane angielskim skrótem NGO (non governmental organisations). W ich przypadku polityczne uwikłanie po określonej stronie jest zwykle dużo bardziej widoczne, ale mimo to nadal mają one spore, a nawet rosnące wpływy i polityczna poprawność nakazuje liczyć się z ich rzekomo obiektywnymi orzeczeniami. I w ten sposób to właśnie organizacje pozarządowe jak np. OBWE decydują o tym, że ostatnie wybory w Gruzji jakoby uczciwie wygrał Saakaszwili, mimo iż wszystkie sondaże wewnętrzne (gruzińskie) dawały dwukrotną przewagę jego konkurentowi. To organizacje ponadnarodowe orzekają, że np. Chavez, Łukaszenka, Ahmadineżad albo Mugabe to okropni dyktatorzy, których trzeba obalić, ale np. Muszarraf, Mubarak albo emir Kuwejtu to fajni goście, rozmiłowani w demokracji, których trzeba popierać, przynajmniej jeszcze do niedawna. Że spałowanie protestujących mnichów w Tybecie przez chińską policję to straszna zbrodnia, wymagająca masowych demonstracji na całym świecie, ale strzelanie do palestyńskich dzieci przez wojsko Izraela to dopuszczalne i całkiem częste „pomyłki” albo „straty uboczne” (ang. collateral damage) w ramach walki z terroryzmem, o których nie warto nawet mówić albo pisać.

       Do takich to instytucji – banków, mediów, sądów, organizacji pozarządowych itp. – przeniosła się dziś realna władza i rzeczywiste decyzje z poziomu I. Sama klasa polityczna pozostała w polu najmniejszego wpływu, już tylko jako atrapa demokracji, pozostawiona do wierzenia tym z nas, którzy głębiej analizować sceny politycznej nie chcą lub nie potrafią. 

       Ale przecież także i banki, sądy, media czy NGO nie decydują o strategii świata, one ją raczej tylko realizują. Największą i zasadniczą rolę w systemie odgrywa bowiem trzeci, najwyższy poziom, ogółowi zupełnie nieznany. Ludziom wmawia się, że go po prostu nie ma, że istnieje tylko w wyobraźni ludzi chorobliwie podejrzliwych, skłonnych do wietrzenia wszędzie konspiracji i wyznających tzw. spiskową teorię dziejów. Twierdzi się przy tym, że skłonność do dostrzegania warstwy niejawnej metawładzy wynika z intelektualnej niemożności poradzenia sobie z wyjaśnieniem jego złożoności już na pierwszym, widzialnym poziomie. W razie potrzeby można też przywołać poziom drugi, bardziej skomplikowany, gdzie – jak już powiedziałem – informacja jest o wiele mniej dostępna. Argumentowi takiemu ulegają najbardziej ludzie, którzy boją się, że to, co mogliby dostrzec myśląc samodzielnie nie spodoba się tym, których sami wcześniej uznali za swoje autorytety, których zdaniem zwykle się kierują i u których szukają uznania. Ludzie niesamodzielni intelektualnie zazwyczaj boją się posądzenia o to, że – w wymiarze np. towarzyskim lub własnego środowiska zawodowego – mogliby nie spełnić kryteriów stawianych ludziom chcącym uchodzić za światłych i nowoczesnych (tu warto podkreślić rosnące znaczenie czynnika „bycia nowoczesnym”). Taka obawa jest oczywiście doskonale uświadamiana przez specjalistów od sterowania socjotechnicznego i dokłada się wielu wysiłków, nie tylko medialnych, aby ludzie, przynajmniej ci aspirujący do kategorii elit II (tj. ponadgminnego) i III (tj. ponad-powiatowego) stopnia, stale – a więc i na całą nieokreśloną przyszłość – liczyli się z konsekwencjami swej ewentualnej „politycznej niepoprawności” oraz „braku nowoczesności” i poruszania się „niezgodnie z duchem czasu”.

          Wróćmy jednak do tego III poziomu władzy. Skąd wiemy, że taki trzeci poziom w ogóle istnieje? Najuczciwiej byłoby stwierdzić, że właściwie wcale tego nie wiemy, a tylko się możemy domyślać. Kiedy przychodząc rano do pracy zastajemy obluzowany zamek lub wybite okno, możemy się domyślać, że w nocy była próba włamania. Kiedy piętnastoletni syn zaczyna unikać z nami rozmów, wymyka się z domu i ma kłopoty w szkole, możemy się domyślać, że dostał się w złe towarzystwo lub ma kontakt z narkotykami. Sądzimy po objawach i po skutkach. Podobnie jest i w tym przypadku. Ważna i bliska analogia istnieje zresztą i w świecie własności. Stragan, warsztat naprawczy, domek letni, krowa, samochód itp. mają najczęściej jasno określonego właściciela. Fabryka, szpital, szkoła, blok mieszkalny itp. są już pod tym względem trudniejsze do zdefiniowania. Największe firmy, banki, korporacje, spółki giełdowe, sieci handlowe itp. są coraz częściej tak anonimowe, że nawet ci, którzy w nich pracują nie potrafią precyzyjnie wskazać właściciela. Obowiązuje zasada: im większa wartość, tym trudniej rozpoznawalny jest jej właściciel. Nawet wtedy, gdy zidentyfikujemy jakiegoś wielkiego multimilionera, to i tak trudno jest nam (i komukolwiek innemu) wskazać czym on tak naprawdę rozporządza, włada i dysponuje. 

         Powracam teraz z analogii do głównego nurtu tych rozważań.Gdyby wszystko w sprawach metawładzy było jawne i zrozumiałe, to nasze podejrzenia kończyłyby się np. na kwestiach pieniądza i dość łatwo moglibyśmy zrozumieć, jakie jest źródło i motyw nacisków np. w sprawie prywatyzacji lub otwarcia rynków na import. Jednak przy pomocy odwoływania się do samej żądzy zysku dość trudno jest wyjaśnić, dlaczego z taką mocą promuje się np. prawa homoseksualistów, naciski w sprawie zniesienia kary śmierci, wprowadzenia ordynacji jednomandatowej i systemu dwupartyjnego, albo – w kwestii wojska – zamiany poboru na zaciąg. Jedno jest pewne: nie są to sprawy spontaniczne i zgłaszane oddolnie. Nie stanowią powszechnej, jawnej i pilnie odczuwanej potrzeby, a raczej przeciwnie – na ogół idą wbrew opinii i pod prąd woli ogółu. Ludzie wcale nie chcą, aby np. seryjnych morderców chroniono przed karą śmierci, albo żeby homoseksualistom przyznać prawo do adopcji dzieci. Każde referendum w tej sprawie byłoby jeszcze dzisiaj (przynajmniej mam taką nadzieję) wygrane przez ludzi normalnych a przegrane przez promotorów tych poglądów. Uwzględniając jednak siłę oraz zasięg, z jaką idee te są mimo to wpajane i wdrażane, wyraźnie można dostrzec stojące za nimi jakieś racje, które nie tylko głos ogółu sobie lekceważą, ale które układają się w pewien większy i znamienny program, o którym dziś jeszcze nie napiszę.

         O ile pierwszy, ten najniższy poziom władzy jawnej jest zazwyczaj rzeczywiście domeną praktyki demokracji – należy np. uznać, że liczenie głosów w wyborach jest na ogół uczciwe, czego o komunistach, przynajmniej tych wczesnych, nie dało się powiedzieć – to już drugi poziom nadwładzy jest pochodną struktury własności i efektem nominacji.Już o tym napisałem. Natomiast ten trzeci, najwyższy poziom jest już absolutnie autorytarny: tam już nikt go nie wybiera, nikt go tam nie kontroluje i nie koryguje. Przed nikim nie odpowiada, ani z nikim się nie konsultuje. Tu trzeba zresztą powiedzieć, że ten najwyższy poziom właściwie wcale nie rządzi, a tylko – ujmując cały problem z właściwym dla tej rzeczy cynizmem – popiera lub nie popiera oficjalnie rządzących. To jednak w zupełności wystarcza, aby faktycznie decydować o wszystkim, bez tego bowiem poparcia żaden rząd nie powstanie, a jeśli nawet powstanie, to się nie utrzyma. Tu poszukiwałbym odpowiedzi na pytanie, dlaczego niektóre rządy, także w Polsce, dają się wciągać w grę, która od początku niesie w sobie ryzyko popełnienia politycznego samobójstwa. Mam tu na myśli choćby np. decyzję PiS o rozpisaniu wcześniejszych wyborów parlamentarnych w 2007 roku, dla wykonania zadania wyzerowania Samoobrony i LPR.

          Swoją trwałość, pewność siebie i bezpieczeństwo metawładza opiera na ściśle sobie podległych, a społeczeństwu nieznanych strukturach i agendach, których przed nikim rozliczać nie musi. To z tego wyższego, jakby strategicznego poziomu rządzi się wielkimi finansami, ideami i mediami, a także zarządza tysiącami organizacji, w tym międzynarodowych i pozarządowych, często także niejawnych. To tam generuje się strategiczne kampanie i pomysły, promocje i nagonki, ukierunkowuje działania fundacji, stypendiów, dociekań, nagród (w tym np. Nobla), badań i publikacji. To tam inspiruje się strategie i kierunki politycznej poprawności i strategiczne kryteria oraz kierunki np. rozwoju teorii etycznych i filozoficznych, trendów kulturowych oraz tzw. Zeitgeist („ducha czasu”). To tam powstają zupełnie nieuzgadniane z ogółem ludzi decyzje, aby np. lansować legalizację narkotyków, promować pornografię, homoseksualizm, rozwody, aborcję i eutanazję, ścigać i surowo karać tych, którzy wypowiadają się krytycznie nt. niektórych szczegółów Holokaustu itd. Poziom ten nie jest oddolnie wybierany ani oceniany, nie odpowiada przed wyborcami, ani przed opinią publiczną. Ponieważ w świadomości przeciętnego człowieka, poziom ten w ogóle nie istnieje, logicznym jest zatem, że i odpowiadać nie może, ba, nikt takiego wymagania mu nie stawia i kwestii nie podnosi.

        Właściwie jest jeszcze gorzej. Sprawy, którymi ów poziom się zajmuje, a więc wspomniane tu strategie rozwoju etyki, filozofii, kultury, ekologii, demografii, myśli politycznej itp. w świadomości ogółu uchodzą za mniej ważne niż np. ekonomia i dopóki nie widać ich bezpośredniego wpływu np. na ceny, płace, podatki, kredyty itp., ludzie – zwłaszcza ci, którzy samych siebie uważają za trzeźwych i inteligentnych realistów twardo stąpających po ziemi – są skłonni sądzić, że mogą to być tylko nieistotne i niegroźne zabawy jajogłowych teoretyków. W dużej mierze jest to efekt celowego a nieodczuwalnego kodowania. Już dawno bowiem zauważono, że ludzie przeceniają hardware, a nie doceniają software’u, a także to, że każdy mierzy świat tylko własną miarą. A nic lepiej nie maskuje metawładzy i jej celów, niż bardzo popularne choć głęboko fałszywe przekonanie wyrażone kiedyś bodaj przez Korwina: „Jeżeli nie wiadomo, o co chodzi, to wiadomo, że chodzi o pieniądze”. Pieniądze to zazwyczaj jedyna rzecz, którą ogół rozumie i uznaje za ważną, sądząc, że cały świat kieruje się tym jednym i wyłącznym motywem. Jest to jednak podstawowy błąd, który już dawno zauważono w angielskim porzekadle: „Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach, bo je mają”. Jest bowiem konieczne, aby sobie uświadomić, że to nie pieniądz tworzy władzę, tylko odwrotnie: to władza (ta prawdziwa) tworzy pieniądz i kieruje jego przepływami.

        Metawładza jest z takiej nieświadomości ogółu bardzo zadowolona, bo to tworzy prawidłową, a pożądaną zasłonę dla jej istnienia i działań.Niczym w prawosławnej cerkwi, gdzie zewnętrzna dramaturgia, przeznaczona dla oczu wiernych, pełna ceremonialnego uroku i gestów odbywa się przed ikonostasem, ale ta najistotniejsza liturgia, w Kościele katolickim nazywana przeistoczeniem, jest już dla oczu profanów niedostępna i ma miejsce tylko po drugiej stronie „carskich wrót”. Za strategiczne sznurki pociąga się tylko tam, na najwyższym poziomie, gdzie decyduje się o kreowaniu i przepływach pieniędzy (bo prawdziwa władza polega także na kreowaniu pieniądza, a tego rządom państw już dziś nie wolno), gdzie znajduje się wspólny mózg organizacji i układów, gdzie pilnuje się, aby do szczebli decyzyjnych docierali najbardziej pożądani ludzie i aby ich decyzje trzymały się strategicznej linii megapolityki, np. demontażu państw narodowych, zmniejszaniu ogólnej liczby ludności i obciążenia środowiska naturalnego, utrwalaniu się określonych mitów (np. o wyjątkowości Holokaustu, o krwiożerczej szkodliwości islamu, o immanentnej głupocie chrześcijaństwa a zwłaszcza katolicyzmu, o wrodzonej genialności Żydów, itp.) i trendów kulturowych (np. praw dla homoseksualistów, praw dla zwierząt itp.). Na poziomie I większość, jeśli nie wszyscy politycy są przeznaczeni do wypalenia się, do wyczerpania i zużycia, do wzięcia na siebie odpowiedzialności i poniesienia konsekwencji, a w najlepszym razie do przejścia w stan spoczynku i pisania epizodycznych pamiętników. Niewiele się pomylimy, jeśli przyjmiemy, że mamy tu do czynienia z rodzajem przedstawienia parodiującego demokrację na wielką i powtarzaną na wielu scenach skalę. Wielu polityków robi zresztą nieodparte wrażenie małp w cyrku albo bezwolnych drewnianych kukieł, które odklepują wyuczone role i wykonują znane, albo tylko odgadywane instrukcje swych niejawnych mocodawców. Kiedy pojawiają się przed kamerami, prawie zawsze wiadomo, co na jaki temat powiedzą, kogo zaatakują, a komu będą schlebiać.

          Powstaje takie pytanie: Czy omówiona tu klasa polityczna, ta widzialna, ma świadomość odgrywania tylko trzeciorzędnej roli? Najogólniej biorąc, chyba nie. Jest bowiem zupełnie logiczne, że metawładza nie ma interesu w tym, aby każda podrzędna poślina, senatorzyna, ministerzyna albo nawet ferująca „niezawisłe” wyroki sędzina (nie chodzi mi tu o płeć) wiedziała, kto naprawdę wszystkim rządzi, gdzie jest jego/jej rzeczywiste miejsce i ile jemu/jej naprawdę wolno. To by oznaczało nieszczelność systemu i psuło efekt wielkiej mistyfikacji. Posłom, ministrom itp. musi się wydawać, że mają rzeczywistą władzę, albo przynajmniej, że w niej uczestniczą, podobnie jak człowiekowi, który pierwszy raz w życiu leci samolotem wydaje się, że jest jakoś ważniejszy od tych, którzy pozostali na ziemi. Dopiero ci, którzy już się naprawdę o taką władzę otarli, a zwłaszcza najbardziej inteligentni z nich, wiedzą jak w rzeczywistości jest ona iluzoryczna, krótkotrwała, jałowa decyzyjnie i zależna od kaprysu z niewidzialnej góry. Niektórzy z nich odkrywają to dopiero po zejściu ze sceny, po dłuższej refleksji i analizie tego, z czym się u tzw. koryta zetknęli. Ślady takie dość często można spotkać w pamiętnikach starych polityków i osób publicznych. Ci, którzy bezpośrednio otarli się o postacie z polityki i mieli możność szczerego z nimi dialogu mogli usłyszeć jak niewiele, nawet będąc na górze, w istocie da się realnie zrobić. Często i to jednak wielu byłym uczestnikom gry nie wystarcza, aby zrozumieć, co tam się naprawdę dzieje i na czym ten mechanizm polega. Większość z nich prawdopodobnie do końca pozostaje w niewiedzy, z wiekiem coraz bardziej celebrują własną próżność, a ci którzy potem się z nimi stykają są często zdumieni widząc, jak mali są to w istocie ludzie i jak zupełnie niczego nie rozumieją. To chyba o tym zjawisku pisał przed wiekami Oxenhanna, wszechwładny szwedzki kanclerz z czasów króla Karola (tego od Potopu!), w liście do swego syna: „Nesciis, mi filii, quintissima sapientia mundus regitur” (Nawet nie wiesz, synku, jak niewielką mądrością rządzony jest ten świat). Z tej ogolnej niewiedzy i nieświadomości większości polityków i statystów politycznych metawładza ma też i taką korzyść, że przekłada się ona na podobną, albo jeszcze większą ignorancję ogółu, który takich swoich przedstawicieli ogląda w TV lub słucha w radio, o których czyta w gazetach i plotkuje u cioci na imieninach, sądząc, że w ten sposób wnika w prawdziwe szczegóły polityki. Ktoś tam się znowu nakradł, inny znów się upił, ktoś inny ma kurwiki w oczach, jeszcze inny się wygłupił lub źle zachował na salonach – i ogół ma podstawy by sądzić, że ogląda rzeczywistą „klasę panującą” przy swych prawdziwych zajęciach, co jakoby bezstronnie wszem i wobec pokazują „uczciwe i rzetelne” media. 

      Na najwyższym piętrze metawładzy, w rzeczywistych układach rządzących, panują jednak inne zasady.Ci, którzy naprawdę rządzą, są jako niewidzialni królowie, którzy nie kokietują swych poddanych, bo nie muszą. Ta wyższa, oligarchiczna struktura jest trwała, nie podlega takim konwulsjom i bulwersacjom, jak ta jawna i pokazowa. Jest bezpieczna od wybuchu rewolucji, niezadowolenia, demonstracji i wojen, głównie zresztą dlatego, że zwykle sama je wywołuje oraz kontroluje ich przebieg, terminy, natężenie, a zwłaszcza cele. Jej bezpieczeństwo polega na tym, że nie dosięga jej – no, przynajmniej rzadko i raczej akcydentalnie – odpowiedzialność przed rządzonymi masami. Tak, jak powiadało stare rosyjskie przysłowie: „Nienawiść ludu rzadko dosięga cara, bo od tego ma po drodze wielu czynowników”. Oszczędzona jest więc tej władzy pierwsza i podstawowa zmora demokracji, jaką jest obieralność, kadencyjność i zmienność parlamentów, gabinetów i ekip. Bo przecież logicznie biorąc zjawisko to powinno prowadzić już na pierwszym poziomie władzy jawnej do zmienności polityki, linii politycznej, ale jak widać, prawie nigdy nie prowadzi. W praktyce politycznej demokracji typu zachodniego nigdy takich strategicznych zmian nie obserwujemy, poza zmianami na poziomie taktycznym i to głównie o skali kosmetycznej. Przeciętny wyborca np. brytyjski ma do wyboru dwie tradycyjne partie – labourzystów i torysów – które oficjalnie reprezentują niby-lewicę i niby-prawicę, ale de facto jest w sytuacji słynnego klienta Forda, który mógł wybrać samochód w dowolnym kolorze, byleby był to kolor czarny. Trudno się potem dziwić, że w Wielkiej Brytanii do wyborów chodzi już tylko co czwarty uprawniony (ostatnio 29%). Podobnie jest w wielu innych krajach.

        Przykłady zupełnej jednorodności i stabilności linii politycznej bez względu na to, kto wygrywa wybory widzimy właściwie wszędzie. Również w Polsce zmieniają się parlamenty i rządy, prawica zmaga się z lewicą, raz na górze są jedni, raz drudzy, ale zasadnicza polityka państwa nie zmienia się ani na centymetr. Był PiS, teraz jest PO – co się praktycznie zmieniło w życiu kogokolwiek z nas? Nic. Politycy się zmieniają, ale polityka nie. Jej główne priorytety – sojusz z Zachodem, stała integracja z NATO i UE, monetaryzacja oraz prywatyzacja wszystkiego, co się rusza, demontaż centralnych struktur państwa, a także strategia umacniania banków, mediów, sądów itp., czyli przesuwanie rzeczywistej władzy na szczebel II – pozostają niewzruszone. Jest to niechybny znak tego, że rzeczywisty, strategiczny ośrodek decyzyjny władzy pozostaje poza tą władzą, albo dokładniej – ponad nią. Niewzruszona trwałość strategii politycznej przy nieznacznej zmienności taktyk po zmianie widzialnych ekip, jest jednym z ważniejszych dowodów istnienia wyższego, strategicznego poziomu niejawnej metawładzy. 

        Jesteśmy tu przy starej masońskiej formule zwanej zasadą dwóch rąk., sformułowanej już w dokumencie Ahiman Rezon z 1756 roku. Chodzi tu nie tyle o rękę prawą lub lewą, ile raczej o to, że obie są rękoma metawładzy. Wyborca ma tu rzeczywiście nieskrępowaną wolność wyboru, ale tylko w granicach opcji w pełni kontrolowanych. W ustroju dojrzałej demokracji, czyli całkowicie kontrolowanym przez metawładzę, najlepiej dwupartyjnym, jest obojętne, z której ręki wyborca wybierze, bo każda strona jest pod kontrolą metawładzy i innych graczy na scenie nie ma. Zapewne to miał na myśli oportunistyczny w gruncie rzeczy satyryk starej daty Jan Pietrzak, kiedy przed wielu laty dworował sobie z wyborów (jeszcze tych z PRL) słowami: ”Wybierali tak, jak chcieli, a wybrali kogo trzeba”.

      Co jest ostatecznym celem metawładzy, skoro mamy wiele tak przesłanek, aby założyć, że ona istnieje?Najbardziej logicznym jest przyjąć, że zmierza ona do utworzenia Rządu Światowego, ale o tym będę pisał przy innej okazji. Muszę jednak podkreślić, że dopiero od uświadomienia sobie możliwości i prawdopodobieństwa istnienia tego niejawnego poziomu metawładzy, oraz jej znaczenia w kształtowaniu polityki świata, zaczyna się poważna dyskusja o polityce, do której zapraszam, ale tylko samodzielnie myślących.

                                                                               Bogusław Jeznach

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.