Strona główna > Polska > Co łączy SA z Julkami z Twittera i chłopakami z czworaków

Co łączy SA z Julkami z Twittera i chłopakami z czworaków

Savonarola – taki renesansowy ksiądz Natanek z Florencji – ostro atakował w swoich kazaniach dwie grupy: lichwiarzy i sodomitów. W zemście sodomici smarowali mu kazalnicę gównem. Już wówczas mieli taki specyficzny styl protestowania.
Minęło kilka wieków, a po niemieckich ulicach szalały bojówki SA. Powszechnie wiadomo o ich dzikich antysemickich ekscesach. Niektórzy pewnie też są świadomi, że kierownictwo tej organizacji było mocno LGBT (no może bez „L” i „T”…). Niewielu ludzi zdaje sobie jednak też sprawę z tego, że SA-mani atakowali również członków organizacji katolickich, bili pejczami ludzi wychodzących z kościołów i smarowali ołtarze gównem. SA stanowiły lewe skrzydło NSDAP. I Hitler zrobił im rzeź podczas Nocy Długich Noży dlatego, że ta organizacja stanowiła balast dla reżimu. Kilka lat później, gdy Jan Karski odwiedził Parteitag w Norymberdze, jeden z jego kolegów został pobity przez pijanego SA-mana. Niemcy tłumaczyli się z tego incydentu mówiąc: „To niedobitki tych pedałów od Roehma”.
Dziedzictwo SA przetrwało jednak w zadziwiający sposób. Niemiecki historyk Gotz Aly wskazuje w swojej książce „Unser Kampf ’68”, że niemieccy lewaccy bojówkarze w latach 60-tych z fascynacją sięgali po wzorce taktyczne SA. A mówimy o przedstawicielach pokolenia, które zarżnęło zachodnioniemiecką „społeczną gospodarkę rynkową”, a teraz w zaciszu politycznych i korporacyjnych gabinetów wspiera destrukcję swojego państwa od wewnątrz. 1968 rok to oczywiście też studenckie zamieszki we Francji wymierzone w generała de Gaulle’a – inspirowane częściowo przez amerykańskich globalistów. Zamieszki, które stworzyły nową klasę polityczną, która niszczy państwo francuskie od wewnątrz. (Porównajcie sobie jak wyglądała sytuacja społeczna we Francji przed 1968 r. a jak obecnie. To było państwo dobrobytu.) Z podobnym zjawiskiem mieliśmy do czynienia wówczas w USA – gwałtowną erupcją kontrkultury, „pacyfistami” wspierającymi swoją głupotą większą rzeź w Azji Południowo-Wschodniej, nową lewicą walczącą z keynsowskim państwem dobrobytu, czarnymi radykałami niszczącymi czarne społeczności oraz z feministkami wypychającymi kobiety na śmieciowe posady. A że przy okazji zabawił się trochę taki Charlie Manson…
Uczestnicy tych ruchów rewolucyjnych korzystali nie tylko z doświadczeń wojen hybrydowych najróżniejszych służb. Wyraźnie inspirowali się też Rewolucją Kulturalną Mao. Tamtejsza rewolta była oczywiście gigantyczną orgią przemocy, destrukcji i barbarzyństwa inspirowaną przez państwo. Zniszczono w jej trakcie tysiące bezcennych zbytków a młodzi sfanatyzowani komuniści mordowali profesorów uniwersyteckich, inżynierów rakietowych oraz innych ludzie mądrzejszych od siebie. W rewolucji tej wzięły czynny udział młode dziewczyny – w zasadzie to one ją zaczęły. W elitarnym pekińskim liceum zatłukły na śmierć nauczycielkę. Winą nauczycielki było to, że powiedziała, że w przypadku pożaru najpierw wyprowadziłaby uczennice w bezpieczne miejsce, a dopiero potem ratowała portrety Mao. Rewolucja Kulturalna oczywiście zmieniła się w absurdalny chaos. W wielu miejscach hunbejwini zaczęli walczyć między sobą. (W jednym z miast zwalczały się dwie frakcje: Wspaniali i Pierdoły. Ich starcia się zaczęły po tym  jak przedstawiciel jednej z frakcji powiedział podczas przemówienia: „Jesteśmy wspaniali!”. Jego oponenci krzyknęli wówczas: „Wspaniali?! Co za pierdoły!”.) Mao w końcu się znudził tym chaosem i wysłał młodych fanatyków do zapadłych wsi, by tam kopali rowy. W Europie Zachodniej i USA w tym czasie wielu pojebów z bogatych domów jarało się chińską Rewolucją Kulturalną i chciało coś takiego przeprowadzić u siebie. Podeszli do tego z większym rozmysłem i bardziej długofalowo…
Za chwilę jacyś liberałowie i LGBTarianie oburzą się, że porównuję Strajk K. do SA i hunbejwinów. Otóż nie. Sprawa jest bowiem nieco bardziej skomplikowana.
Sporą część oburzonych stanowią bowiem ludzie, którzy autentycznie przejęli się wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego. A przejęli się, bo nagle poczuli, że państwo zmusi ich do wychowywania Downów oraz innych niepełnosprawnych. Prawda jest taka, że wielu zwykłych ludzi, głosujących na różne partie – nawet na PiS i na Konfę – nie chciałoby mieć dziecka z ułomnością. Myślą o tym, by ich dziecko pracowało w korpo, miało wypasione wesele i zapewniło im wianuszek wnuków.  Dlatego jeśli w badaniach prenatalnych wykryto by u ich dziecka zespół Downa czy Turnera, to bez wahania by je uśmiercili. Tak jak w dawnych wiekach zostawiało się upośledzone dzieci na śmierć w lesie. Ruszenie kompromisu aborcyjnego musiało wywołać fobie tej sporej grupy ludzi. A do tego często łykali w kretyński sposób, to co wypisywały różne internetowe zjeby i myśleli, że TK zakazał też aborcji z powodu zagrożenia życia i zdrowia matki, gwałtu itp. Niektórzy myślą też, że zakazana została antykoncepcja i że „został tylko anal”. Ich wiedza dotycząca procesu ustawodawczego jest mniej niż znikoma, więc nie orientują się, że wyrok TK sam w sobie nie zmienia ustawy określającej warunki aborcji. Być może ochłoną po prezydenckiej ustawie poprawiającej prawo. A być może nadal będą jojczyć, że będą rodzić zdeformowane płody – choć oczywiście będą nadal mieć możliwość aborcji w takich drastycznych przypadkach (a ryzyko tego, że do takich wad płodu dojdzie będzie liczone w promilach.) Ale na takiej samej zasadzie studenci-debile w USA protestowali przeciwko wojnie wietnamskiej…
Drugą grupę demonstrantów – przeważającą – stanowi „gimbaza”. Gimbaza zachowująca się histerycznie, epatująca bluzgami a przy tym spieprzająca w popłochu na widok pierwszego lepszego kibola. (Słynne rzucone im przez kibiców Lecha: „Hej, ale my nie chcemy wcale was pobić!”.)  Ta właśnie gimbaza podczas blokady Warszawy skopała i opluła samochód mojego kumpla. (Kumpel następnego dnia wstąpił oczywiście do Straży Narodowej.) Macicopozytywne gimby nazywane są Julkami, a maciconegatywne Oskarkami – ale oczywiście Oskarki mogą się też identyfikować jako Margolcie. O Julkach z Twittera powstało już sporo memów. Julki łączą totalną ignorancję z histeryzowaniem, wiarą w istnienie 1000 płci oraz postulatem darmowych podpasek w szkolnej toalecie. No cóż, obecne młode pokolenie nie jest pewne swojej płci, ma problemy z zaliczeniem matury a przy tym jest zadziwiająco podatne na wiarę w Płaską Ziemię. Pytanie: jak doszło do takiej idiokracji? No niestety, zawinili wszyscy. Rodzice, szkoła, Kościół, media… Rodzice są zwykle zajęci tyraniem w korpo na śmieciowych posadach na spłatę kredytów frankowych na spłatę mieszkanek oraz napawaniem się swoją wyższością nad mieszkańcami wsi, którzy trzepią większą kasę od nich i mieszkają we własnych domach. Kościół niestety oferował katolicyzm kremówkowo-liberalno dostrojony do wrażliwości Joli Szymańskiej i Szymona H…wni. W szkole nauczyciele liberalni nieudacznicy indoktrynowali dzieciaki zamiast uczyć. Szkoły produkowały więc kretynów. A PiS przez pięć lat nie zrobił z tym syfem porządku – nawet nie zmienił podstawy programowej!  A media? Włączasz Netflixa a tam oczywiście co drugi serial to jakieś transgender i inne lewicowo-liberalne produkcyjniaki. Porównajmy to, co oglądaliśmy kilkanaście lat temu z tym co teraz łykają dzieciaki. Oczywiście można w popkulturze znaleźć mnóstwo zajebistych, wartościowych rzeczy, ale gimbiarze słabo znają języki obce. Nie poczyta taki sobie artykułów u Jeffa Rense, ani nie posłucha Paula Josepha Watsona czy Alexa Jonesa, tylko będzie słuchał jakichś polskojęzycznych zjebów z YouTuba czy TikToka. A to dlatego, że jego angielski jest jakimś pidżinem. A zresztą nie jest w stanie skupić uwagi na dłuższym tekście, bo ma tej uwagi deficyt. Za bardzo jest rozpraszany przez technologiczny shit. Strach pomyśleć, co będzie jak za trzy lata ci „geniusze” wezmą udział w wyborach. Zagłosują na jakąś gorszą podróbkę Palikota czy Stonogi.
Obecność Julek na protestach stała się jednak blokadą dla ich pacyfikacji. Fatalnie by to wyglądało, gdyby w świat poszły obrazki młodzieży z flagami LGBT polewanej z armatek wodnych w „faszystowskiej Polsce”. Już i tak w tych przypadkach, gdy policjanci – rzadko bo rzadko, ale jednak – sprowadzali idiotki do porządku, liberałowie i inne samce beta podnosiły głos „kobiety biją, buuuuu!!!”. Jesteśmy niestety społeczeństwem białorycerzy, simfów i cuckoldów. Uderzenie kobiety – nawet samej zaczynającej bójkę – jest u nas wielką zbrodnią. No może odrobinę mniejszą niż kopnięcie pieska…
Przejechaliśmy się po mięsie armatnim rewolucji, więc pora zająć się samym jądrem ciemności: zawodowymi aktywistkami Strajku K. To one nakręcały dewastowanie kościołów, bazgranie po pomnikach i patriotycznych muralach, zakłócanie Mszy św., nocne protesty pod domami przeciwników politycznych oraz blokady ruchu ulicznego w godzinach szczytu, połączone z dewastacjami samochodów. Można to nazwać małpiarnią na ulicach. (Najnowszy przykład: atak na taksówkę wiozącą Ozjasza Goldberga.) Gdy Jarosław Kaczyński wezwał do obrony kościołów, bolszewicy i liberałowie zawyli, że to nawoływanie do wojny domowej. Tak naprawdę jednak sami do tej wojny dążyli. Po atakach na kościoły ludzie zaczęli się samorzutnie skrzykiwać do ich obrony – Straż Narodowa, MW, ONR, Szturmowcy, kibice, związkowcy, kluby Gazety Polskiej i zwykli parafianie. Kościółów katolickich bronili też niektórzy protestanci i neopoganie. Po pierwszych starciach z obrońcami agresywni lewaccy aktywiści najczęściej spieprzali. Gdy Kaczyński wezwał do obrony kościołów przestraszyli się, że będą na nich polować rządowe szwadrony śmierci. Więc sytuacja pod kościołami – przynajmniej na razie – się uspokoiła.
Zniesmaczony ekscesami Strajku Idiotek był nawet Andrzej Rzepliński, do niedawna broniony przez kodziarzy były prezes Trybunału Konstytucyjnego. Rzepliński porównał demonstrujących do „hołoty w USA i we Francji”. „Nie możemy wykluczyć, że ktoś chciałby Polskę – używając języka prof.  Zybertowicza – kompletnie rozwibrować” – stwierdził Rzepliński. Wskazał więc na zewnętrzną inspirację protestów.
Pamiętacie jak kilka tygodni temu Aleksander Łukaszenka mówił, że wkrótce będą protesty w Polsce? Przy okazji tych protestów uaktywnił się niejaki Mateusz Piskorski, lider partii Zmiana siedzący swego czasu za dziwne kontakty z Ruskimi i Chińczykami. Napisał on na swoim profilu fejsbukowym:  „Ma znaczenie to, że pojawia się szansa na uderzenie osłabiające neosanacyjny autorytaryzm w Polsce, równie groźny i dla feministek, i dla narodowych demokratów, a nawet dla autentycznych konserwatystów i wszystkich pozostałych. Dlatego zachowanie hordy damskich bokserów wobec kobiet we Wrocławiu, prymitywnych kundli pozujących na nacjonalistów”. Oczywiście „neosanacyjny autorytaryzm” istnieje w Polsce tylko w propagandzie kierowanej przez Mateuszka do totalnych idiotów. Ale ciekawe, że z neopogańskiego nazisty przeszedł z czasem na pozycje komunizującego feministy. (No i ciekawe, co by było, gdyby go spotkali nacjonaliści z Wrocławia…) Zaskakuje też poparcie Agrounii dla protestu. A właściwie to nie zaskakuje, bo Agrounia stawia zawsze na czele swoich postulatów „przyjaźń” z Rosją. Pamiętacie jak ten karykaturalny stwór Marta Lempart, liderka Strajku K., bredziła, że Ordo Iuris jest finansowane przez Kreml? A sama przez kogo była do finansowana? Może pokaże swoje źródła finansowania? I opowie jak to się stało, że za bezcen kupiła kamienicę w centrum Wrocławia?

No cóż, w tych całych protestach cieszy jedynie to, że ponownie zbłaźnił się minister Sienkiewicz – ten od podpalonej budki pod rosyjską ambasadą. Karma. Ciekawi mnie jak w tym roku będzie wyglądał Marsz Niepodległości? Czy będzie wielką akcją „odzyskiwania miasta”? Ciekawie wyglądają też perspektywy przed polskim Kościołem. Dostał nagle  ożywieńczą iskrę. Jako wspólnota znów zyskał męski, „walczący” pierwiastek. Staje się przez to bardziej atrakcyjny dla sporej części społeczeństwa. Tej nie lubiącej lewactwa i liberałów. Kto by pomyślał, że kibole będą bronić kościołów przed wielkomiejską patointeligencją…

Ale skąd się wzięła patointeligencja? Podczas tegorocznych wyjazdów wakacyjnych po Polsce, odwiedziłem m.in. Ponidzie – jeden z polski „krajów partyzanckich”. I  nasłuchałem się opowieści o tym, co się tam działo w trakcie wojny. Toczyła się regularna wojna domowa. Wsie „kułackie”, czyli wolnych i zaradnych chłopów, były matecznikiem AK i NSZ. Wsie folwarczne skomunizowanego BCh i AL. Ci z wsi folwarcznych (chłopaki z czworaków – w nawiązaniu do amerykańskiego serialu komediowego „Chłopaki z baraków”)  uważali, że ukraść coś „kułakowi” to sprawiedliwość dziejowa. I toczyły się więc regularne starcia z tymi bandytami. W czasach PRL spora część ludności z wsi folwarcznych przeniosła się do wielkich miast. I te miasta zmieniły się w takie zbolszewizowane wiochy. To trochę tłumaczy np. renesans zainteresowania wśród lewicowej patointeligencji takimi postaciami jak Jakub Szela – określany przez laureata najnowszej nagrody Nike jako „polski Robin Hood”.  I tu znów wracamy do korzeni zjawisk takich jak rewolucja i zbolszewizowanie. Poskrob dostatecznie mocno wielkomiejskiego „tolerastę” a wyjdzie z niego bolszewik z czworaków.

***

Dzisiejszy wpis miał być o czymś innym, ale pewnie nie wybaczylibyście mi gdybym nie wypowiedział się na tematy bieżące. Za tydzień oczywiście wpis powyborczy dotyczący USA. A później wracamy do tematyki phobosowej…

Możecie mnie czytać też na portalu społecznościowym Minds – daje tam niemal wyłącznie linki do artykułów dotyczących zagranicy (i fotki gołych panienek), ale tam cenzura nie obowiązuje, więc można wrzucać linki, które kasuje Facebook – m.in. do fotek, którymi Ruscy mogli szantażować Huntera Bidena.

***

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *