Najnowsze

Kto tu kłamie?

Artykuły zaczerpnięte z drugiego wydania książki pt: „Tematy niebezpieczne” śp dr Dariusza Ratajczaka, zamordowanego w ubiegłym roku opolskiego historyka. Admin

Robert Nogacki

W czasie trwania II wojny światowej sprawa Holocaustu – w znaczeniu, jakie obecnie się temu słowu przypisuje – nie istniała. Co prawda, pojawiały się różne wstrząsające relacje, ale były nieliczne i sprzeczne. Wiary im nie dawały nawet gminy żydowskie.

Także Watykan, choć miał na terenach okupowanych rozbudowaną sieć informatorów, nie posiadał żadnych dowodów na masowe ludobójstwo. Raporty Czerwonego Krzyża rzeczywiście mówią o obozach dla Żydów – niektóre nawet inspekcjonowano, nie stwierdzając jednak rażącego naruszenia praw skazanych. Alianci dysponowali wreszcie zdjęciami lotniczych obozów w Polsce, wykonanymi w 1944 r. (odtajnione w 1979 r.), na których nie ma śladu żadnych masowych mordów.

Sprawa Holocaustu pojawiła się więc praktycznie dopiero w 1945 r. Pierwsza wersja mówiła o „płonących dołach”, do których wrzucano Żydów. Wkrótce Amerykanie ogłosili sensacyjną informację, że znaleźli komory, w których duszono Żydów trującym gazem. Natomiast według pierwotnej relacji nowych władz polskich Żydzi byli gotowani żywcem, ewentualnie duszeni wrzącą parą. Rosjanie rozpowszechnili wersję o porażaniu prądem. Za to wszystkie relacje zgodnie – i nadspodziewanie szybko – dokonały obrachunku liczby ofiar. Wynosiła sześć milionów.

Pierwszy namacalny dowód na istnienie Holocaustu stanowiły oczywiście relacje żołnierzy, którzy wyzwalali obozy koncentracyjne. Wykonywano wtedy dokładną dokumentację, a do dziś rozpowszechniane są szokujące zdjęcia z tamtych oględzin. Praktycznie we wszystkich obozach znaleziono również wielką liczbę ciał. W zachodnich strefach okupacyjnych natychmiast powołano stosowne komisje do ich przebadania.

O ile zdjęcia są reprodukowane często i chętnie, to trudniej znaleźć informację o raportach komisji lekarskich. Zapewne dlatego, że nie stwierdzono ani jednego przypadku zatrucia gazem. Wyniki wskazywały na masowe epidemie tyfusu. Dr Jan Gordon pozwolił sobie na bardziej ogólną refleksję „Niemcy były pogrążone w chaosie. Zniszczenie całych miast i zablokowanie dróg przez posuwające się armie spowodowały zniszczenie dotychczasowych warunków życia, przyczyniając się do rozprzestrzeniania chorób. Higiena była na niskim poziomie, zakłady użyteczności publicznej były przeważnie uszkodzone, dostawy i dystrybucja żywności była marna, warunki mieszkalne były nieodpowiednie”. Dr Gordon zbyt lekką ręką usprawiedliwia Niemców – Żydzi byli trzymani w tragicznych warunkach na długo zanim Rzesza została sparaliżowana przez naloty aliantów. Faktem jest natomiast, że żadnego „gazowania” nie potwierdzono.

Drugim dowodem na „niemieckie obozy zagłady” były zeznania SS-manów, którzy ochoczo przyznawali się do każdej wersji, o którą ich poproszono. Skandal wybuchł dopiero, gdy komendant Bergen – Belsen Józef Kramer rozpłakał się na sali rozpraw i poprosił o skazanie go na śmierć, bo już nie może wytrzymać tortur. Powstała wtedy niezależna komisja śledcza z USA, która stwierdziła, że w czasie śledztw stosuje się metody żywcem wzięte od Gestapo. Torturowano także Rudolfa Hossa, pierwszego komendanta obozu w Oświęcimiu. Przyznał się do zagazowania 2,5 mln Żydów w Treblince, Belzeku (Bełżec). Zeznania podpisał po angielsku – w języku, którego nie znał, po tym jak przez trzy doby bito go trzonkami kilofów, gdy tylko usiłował zasnąć.

Wkrótce nastąpiła kanonizacja liczby 6 mln, która od tej chwili miała być niewzruszonym bastionem – stało się to oczywiście w Norymberdze. Jako że o tej kwestii jeszcze wolno mówić bez narażenia się na represje karne, pozwolę sobie przypomnieć, że podczas procesu złamano zasady:

prawo nie obowiązuje wstecz, nie mary bez przestępstwa, nie ma kary bez ustawy,, równości stron, prawa do informacji, domniemania niewinności, równości broni, bezstronności sądu. Wątpliwe jest przestrzeganie zasady niezawisłości sądu. Za czyny które oskarżono Niemców, prawo międzynarodowe nie przewidywało kary, a w dodatku sam Trybunał powstał bezprawnie. MTW nie tylko nagminnie łamał prawo, to jeszcze godził się na wiele fałszerstw, jak np. Uznanie Katynia za zbrodnie niemiecką. Dodajmy do tego, że powszechnie było wiadomo, że alianci popełniali takie same czyny jak te, za które skazywali Niemców.

W polskiej historiografii zwykło się tłumaczyć, że Norymberga nie była złamaniem prawa, ale „precedensem” – typowym dla angielskiego common law. Jest to wierutne kłamstwo, co udowadniają liczne opinie przedstawicieli anglosaskiej kultury prawnej. Amerykański senator Robert komentował komentował: „sądzenie pokonanych przez zwycięzców nie może być bezstronne, niezależnie od tego w jakie formy sprawiedliwości zostanie ubrane. W całym wyroku pojawia się duch zemsty. Powieszenie 11 skazanych będzie plamą na amerykańskiej historii, której długo będziemy żałować. Ubierając swój interes polityczny w formy legalnej procedury, zniszczyliśmy samą ideę sprawiedliwości”. Prof. Milton Konvitz, Żyd z pochodzenia i doradca prezydenta Trumana, pisał: „Trybunał norymberski ignoruje wiele z podstawowych założeń procesu sądowego. Nasza polityka w odniesieniu do nazistów nie jest zgodna z prawem międzynarodowym ani z polityką Departamentu Stanu. Proces tworzy realne zagrożenie dla fundamentalnych koncepcji sprawiedliwości, dla których wypracowania ludzkość potrzebowała tysiącleci”. Wawrzyniec Smith, kongresmen z Wisconsin, mówił: „Procesy norymberskie są tak sprzeczne z anglosaskimi zasadami sprawiedliwości, że powinniśmy na zawsze wstydzić się tej karty naszej historii. Norymberska farsa to polityka zemsty w najgorszym wydaniu”. Takich opinii były dziesiątki.

Właśnie w Norymberdze wykluła się obowiązująca do dziś wersja opowieści o Holocauście. Początkowo uważano, że komory istniały w niemalże każdym niemieckim obozie – właśnie w oparciu o takie założenie toczył się proces zbrodniarzy wojennych, a Niemcom zabroniono udowadniania tezy przeciwnej. Jednak pod wpływem badań rewizjonistów komory gazowe znikały jedna po drugiej – z kilkoma wyjątkami. Najbardziej efektownym jest przypadek Buchenwaldu, gdzie pierwotna wersja (nieoficjalna) mówiła o 10.000 Żydów gazowanych dziennie, a ostatecznie stwierdzono, że nie było tam żadnej komory.

Ostatecznie w 1975 r. Szymon Wisenthal przyznał, że „na ziemi niemieckiej nie było obozów zagłady” , rozumianych jako miejsca, gdzie istniały komory do gazowania Żydów. W twierdzeniu tym nie ma nic nowego. Już w 1944 r. Istniały raporty płk. Pawła Kirka i ppłk Gully’ego, które mówiły o „rzekomych komorach gazowych”. Zostały utajnione i nie dopuszczone do procesu norymberskiego. Tak więc liczba „pewniaków”, jeśli chodzi o komory gazowe, zmalała do sześciu: Oświęcim, Majdanek, Sobibór, Treblinka, Chełmno i Bełżec. Wszystkie w Polsce. Stąd pojawił się nowy termin – „polskie obozy zagłady”.

Równolegle zmniejszała się liczba gazowanych ofiar. Jeszcze w Norymberdze twierdzono, że w Oświęcimiu zginęło 4 mln osób. Dziś oficjalna wersja mówi o 1,5 mln, ale wolno również podawać liczby mniejsze, bez narażenia się na zarzut rewizjonizmu. Nikt też nie będzie dziś bronił głoszonej w Norymberdze wersji o 1,5 mln ofiar Majdanka. Niedawna prof. Korzec w wywiadzie dla holenderskiego „Intermedia” mówił o 5 mln ofiar Holocaustu, w tym 800.000 zagazowanych. Jest to liczba globalna – pięć razy mniejsza niż pierwotne dane w stosunku do samego Oświęcimia. Jak rozumiem z kontekstu wywiadu, wolno ją wymieniać bez narażenia się na zarzut rewizjonizmu. Jednocześnie najnowsze zalecenia każą historykom kłaść nacisk na egzekucję i śmierć z wycieńczenia, bowiem dzięki nim można utrzymać całkowitą liczbę ofiar Holocaustu na poziomie 5 – 6 mln nawet wtedy, kiedy „znika” kolejna komora gazowa.

Warto by było w tym miejscu poświęcić kilka słów samym rewizjonistom. Temu, że wcale nie da się ich utożsamić ze skrajną prawicą – bo są wśród nich nawet socjaliści; napisać o tym, że w olbrzymiej większości nie są antysemitami; że nie zaprzeczają istnieniu komór gazowych, bowiem niektórzy z nich sami spędzili lata wojny w obozach koncentracyjnych, ale jedynie kwestionują rozmiary ludobójstwa. Opowiedzieć o ludziach ściganych jak łowna zwierzyna przez syjonistyczne bojówki i okładanych niebotycznymi grzywnami w nieuczciwych procesach. O ich latach żmudnych studiów nad planami obozów, relacjami świadków, aktami procesów, zdjęciami lotniczymi, analizami chemicznymi, opiniami biegłych.

Warto by było to wszystko opowiedzieć. Ale za takie rzeczy w III RP idzie się do więzienia …

Napady na rewizjonistów we Francji

Najwyższy Czas, 1-8.05.1999 r.

  • 2 października 1976 r. – wysadzenie w powietrze domu Jana Marii La Pena. Do zamachu przyznało się Żydowskie Komando „Pamięć”
  • 18 maja 1978 r. – publicysta rewizjonistyczny Franciszek Durpart ginie w zamachu bombowym. Przyznało się Komando „Pamięć”
  • 9 grudnia 1978 r. – napad na działaczy Grupy Studiów i Badań nad Cywilizacją Europejską (GRECE jest czołową organizacją reprezentującą nurt konserwatywnej rewolucji). Ataku dokonała Żydowska Organizacja Obronna (OJC) – około setki napastników, jednolicie umundurowanych, wyposażonych jak policja (hełmy, tarcze, pałki).
  • 19 września 1980 r. – zebranie sympatyków rewizjonisty Marka Fredriksona zaatakowane przez bojowników OJC. Sześć osób rannych, w tym dwie ciężko.
  • 3 października 1980 r. – wybuch bomby w synagodze w Paryżu spowodował cztery ofiary śmiertelne. Dziś twierdzi się, że dokonali go Palestyńczycy. Syjonistyczne komanda nie czekały na wyrok, ale wyszły na ulice, polując na znanych działaczy prawicowych. Piotra Sidesa dosięgła seria z broni maszynowej.
  • 29 stycznia 1981 r. – Michał Cagnet to 26-letni student Sorbony, przygotowuje się do doktoratu z lingwistyki i amatorsko uprawia rewizjonizm. Czterech napastników przytrzymuje go i oblewa kwasem. Zanim udzielono mu pomocy, całkowicie stracił twarz. Jednego z oprawców udało się zidentyfikować, ale ostatecznie władze Francji pozwoliły mu odlecieć do Izraela.
  • 8 maja1988 r. – Żydowska Organizacja Bojowa atakuje zebranie rewizjonistów. 15 osób jest rannych.
  • 6 lutego 1988 r. – rewizjonista Oliwier Mathieu nagrywa na żywo program telewizyjny. Do studia wchodzi grupa działaczy Żydowskiej Organizacji Bojowej i bije go na oczach telewidzów.
  • 20 kwietnia 1991 r. – Żydowska Grupa Akcji napada na grupę starszych ludzi o poglądach prawicowych. 13 osób rannych, w tym dwie ciężko.
  • Największego pecha miał prof. Robert Faurisson, który od publikacji pierwszej pracy rewizjonistycznej w 1978 r. został 10 razy pobity. W sposób najbardziej bezczelny w 1987 r., kiedy grupa syjonistów weszła na jego zajęcia na Sorbonie, katując jego i kilku współpracowników.