Najnowsze

Opublikowano Styczeń 2, 2014 Przez a303 W Historia

Zofia Rapp – nieprawdopodobna historia nieprzeciętnej kobiety

aMożna by tę opowieść rozpocząć często używanym frazesem – „Jej życie to gotowy materiał na film sensacyjny”. Problem polega na tym, że po obejrzeniu takiego filmu, większość z nas doszłaby do wniosku, że scenarzystę zbytnio poniosła fantazja.

„Pierwsze moje wrażenie gdy ją spotkałem w lokalu kontaktowym (…) było: jakaż ona ładna! Miała dwadzieścia dwa lata, włosy koloru zboża, czarujący, trochę melancholijny uśmiech. Żałoba po mężu, czarna sukienka, podkreślała jeszcze jej urodę”.

Tak opisuje swoje pierwsze spotkanie z Zofią Rapp, cichociemny Stanisław Jankowski „Agaton” – szef Wydziału Legalizacji i Techniki w Oddziale II Komedy Głównej Armii Krajowej. Jej historia jest tak nieprawdopodobna, że trudno uwierzyć, iż to co przeżyła wydarzyło się naprawdę.

Urodziła się w Berlinie, gdzie mieszkała część jej rodziny. Mówiła po niemiecku jak rodowita Niemka. Przed wybuchem wojny mieszkała w Poznaniu. Jako kurierka wywiadu Armii Krajowej, od września 1942 roku na trasie pomiędzy Warszawą, Poznaniem i Berlinem przewoziła tajną pocztę z materiałami wywiadowczymi, podając się za  volksdeutschkę i posługując się perfekcyjnie podrobionymi dokumentami wystawionymi na nazwisko Marie Springer.

„Fałszywe nazwisko okazało się szczęśliwe. Od września 1942 roku jeździła co miesiąc aż do maja 1943 roku. Na najtrudniejszych kierunkach: do Berlina, Hamburga, Heilderbergu, Hanoweru, Ludwigshafen, Saarbrucken. Miała dobre papiery, świetnie mówiła po niemiecku, była elegancka i śliczna. To jej na pewno nieraz pomagało, ale nie wystarczyłoby w rozgrywkach z Abwehrą i Gestapo. Była opanowana i odważna. I miała szczęście”.

W trakcie jednej z podróży okazało się, że w wyniku alianckiego nalotu wjazd do Berlina został zamknięty dla wszystkich cywilów. Marie Springer wjechała do miasta w przedziale z napisem „Nur für Kurier”, przemycona przez niemieckich oficerów wracających z frontu wschodniego. Uroda, urok osobisty i inteligencja, w połączeniu z nienaganną znajomością niemieckiego, okazały się równie ważne jak perfekcyjnie podrobione przepustki. Podróżowała ze specjalną walizką o podwójnym dnie, w której przemycała meldunki wywiadowcze i kartki żywnościowe fałszowane przez Wydział  Legalizacji i Techniki Wywiadu AK. Kartki wymieniała w Rzeszy – za dwie fałszywe kartki, od czarnorynkowego handlarza, dostawała jedną autentyczną. Oprócz przewożenia materiałów wywiadowczych, Marie Springer udało się nawiązać szereg kontaktów na terenie Rzeszy, dzięki którym zdobyła bezcenne informacje wywiadowcze. Podczas pobytu u swojej ciotki w Berlinie, spotyka jej syna, który jest oficerem służącym na pancerniku „Tirpitz” – bliźniaku zatopionego „Bismarca”. Największy okręt Kriegsmarine, stanowił śmiertelne zagrożenie dla morskich konwojów płynących do Murmańska,  a alianci od wielu miesięcy bezskutecznie starali się go zatopić.

Młody porucznik, który akurat przyjechał na urlop do rodziny, chcąc zaimponować ślicznej kuzynce, szczegółowo opowiada o okręcie na którym służy. W ten sposób udaje się określić dokładną liczbę członków załogi, ilość samolotów i kaliber dział na okręcie. Najcenniejszą informację stanowi ustalenie aktualnego miejsca postoju „Tirpitza”, który ukryty za potrójną siecią przeciwtorpedową, cumuje w jednym z norweskich fiordów. W raporcie wywiadowczym nie brakuje nawet aktualnych zdjęć okrętu, które „zgubił” niefrasobliwy niemiecki oficer. Informacje zdobyte przez Marie Springer, wymiernie pomogły unicestwić stalowego kolosa. „Tirpitz” najpierw, w wyniku akcji  miniaturowych okrętów podwodnych typu X, został poważnie uszkodzony i unieruchomiony, a w listopadzie 1944 roku, ostatecznie dobiły go dwie 4,5 tonowe bomby Tallboy”, zrzucone z brytyjskich czterosilnikowych bombowców Lancaster – jedynych alianckich samolotów, które były w stanie zabrać na pokład tak duże bomby. Okręt przewrócił się do góry stępką i osiadł na mieliźnie, gdzie doczekał końca wojny.

Fakt, iż polski wywiad zdobywał tak dużą ilość cennych informacji, był możliwy między innymi, dzięki tysiącom informatorów w osobach Polaków przebywających na terenie Rzeszy. Jedni mieszkali tam jeszcze przed wojną, inni zostali wywiezieni na przymusowe roboty.

Od Polaków pracujących w fabryce „Hannower Stecken” produkującej akumulatory do okrętów podwodnych, Marie Springer uzyskała informacje, dzięki którym alianci mogli przeprowadzić nalot na fabrykę. W marcu 1943 roku Zofia Rapp wychodzi za mąż za Jana Kochańskiego „Maćka” – cichociemnego, który również pracuje w wywiadzie Armii Krajowej.

Oboje wyjeżdżają do Lwowa, jako Maciej i Zofia Zubiczowie, gdzie Jan Kochański zostaje oddelegowany jako agent wywiadu AK. Praca wywiadowcza na zapleczu wschodniego frontu, gdzie Niemcy zachowywali wyjątkową ostrożność, była skrajnie trudna i niebezpieczna.

29 października 1943 roku Kochański słyszy od dozorcy domu, w którym mieszkają – „ktoś pytał o Pana”. Ich adres znają tylko dwie osoby z konspiracji, więc słowa dozorcy mogą oznaczać tylko jedno – śmiertelne zagrożenie.

W niedzielę 1 listopada 1943 roku o pół do szóstej rano, do mieszkania wpadają Niemcy. Są uzbrojeni jak na froncie. Wiedzą z kim mają do czynienia. Spodziewają się obstawy. Pozatym samego „Maćka”– agenta wywiadu i komandosa, też nie wolno im lekceważyć. Kochański nie próbuje uciekać. Nie stawia oporu. Nie może ryzykować – jego żona jest w 8 miesiącu ciąży. Niemcy wiozą ich do siedziby Gestapo. Jadą razem, ale strażnicy pilnują, żeby nie zamienili ze sobą nawet słowa. Na miejscu od razu zostają rozdzieleni.

Do porodu pozostaje 9 tygodni.

Zofia Rapp pomimo zaawansowanej ciąży, ani przez moment nie przestaje być Marie Springer – doświadczoną agentką wywiadu. Kalkuluje chłodno i spokojnie. Wie, że musi szybko wymyślić „legendę”. Postanawia udawać, że nic nie wie o konspiracyjnej działalności swojego męża. Nie będzie się do niczego przyznawać, nawet do swojej znajomości niemieckiego.

Na pierwszym przesłuchaniu udaje, że niewiele rozumie. Domaga się tłumacza. Gestapowiec, który ją przesłuchuje, nie daje wiary jej wyjaśnieniom. Zna jej prawdziwe nazwisko i wie o jej podróżach do Niemiec – „Pani myśli, że my nie bijemy ciężarnych kobiet?” – słyszy od gestapowca.

8 tygodni do porodu.

Zmienia taktykę. Ujawnia swoją biegłą znajomość niemieckiego. Przyznaje, że jeździła do Rzeszy, z kartkami żywnościowymi dla wywiezionych na roboty Polaków. Ani słowa o pracy wywiadowczej. Czy wiedziała, że kartki były fałszywe? Ależ skąd – przecież nikt ich nigdy nie kwestionował. „Bo były dobrze podrobione” – ripostuje poirytowany  gestapowiec. Wymienia niemieckie miasta do których jeździła, dodając przy tym nazwy tych, w których nigdy nie była. Wie, że to powinno utrudnić identyfikację i namierzenie współpracujących z nią ludzi.

Kolejne przesłuchania. W kółko te same pytania i ciągle takie same odpowiedzi. Czy uwierzyli w jej wyjaśnienia? Trudno powiedzieć. Najważniejsze, że nie biją. Czas upływa nieubłaganie.

6 tygodni do porodu.

„Będę rodzić za 2 tygodnie” – oświadcza, w nadziei, że przeniosą ją do szpitala, z którego będzie mogła uciec. Przyjeżdża lekarz – „Czuję się fatalnie, mam częste bóle”.

Najwyraźniej Niemcy dali się przekonać. Sprowadzają karetkę, która wywozi ją pod eskortą. Radość jest przedwczesna. Zamiast szpitala jest żydowski obóz, barak z chorymi na tyfus i wspólne łóżko z ranną Rosjanką z partyzantki. Dwa łóżka dalej leży kurierka AK z jedną nogą amputowaną i drugą połamaną. Dziewczyna wyskoczyła z trzeciego piętra podczas przesłuchania. Oprócz nich, w baraku sami Żydzi – kobiety i mężczyźni.

Drugiego dnia, do baraku wchodzą uzbrojeni w pistolety maszynowe własowcy i szaulisi, dowodzeni przez gestapowców. Rozmawiają po niemiecku. Zofia Rapp podsłuchuje, że wkrótce rozpocznie się likwidacja obozu. Wie, że musi uciekać. Szansę ucieczki zwiększa położenie obozu – barak stoi przy murze za którym jest cmentarz. Nocą może się udać, ale musi jej ktoś pomóc. Próbuje namówić do współpracy małżeństwo żydowskich lekarzy opiekujących się chorymi, których informuje o tym co usłyszała. Pomogą jej wydostać się za mur cmentarza, a ona, po drugiej stronie muru zapewni im fałszywe papiery i schronienie. Lekarze odmawiają.

Następnego dnia rozpoczyna się eksterminacja obozu. Nie trwa długo. Ginie sześć tys. więźniów. Lekarz, jego żona i wszystkie pielęgniarki, są szybsi od katów – zażywają truciznę.

Upływają godziny. Do baraku wchodzą pijani gestapowcy. Strzelają do chorych leżących w kolejnych łóżkach. Zatrzymują się przy łóżku Zofii Rapp. Słyszy jak dyskutują nad jej głową – „Blondynka! – Żydówka czy Polka?” Strzelać, czy nie. Nie strzelają. Z całego baraku ocaleją tylko trzy osoby – Zofia Rapp, ranna Rosjanka i dziewczyna bez nogi.

Po zmroku chce uciec – ma cywilne ubranie. Nie udaje się. Razem z połamaną kurierką zabierają ją z powrotem do więzienia. Zostaje umieszczona w izolatce, na oddziale męskim, co utrudnia z nią kontakt. Upływają kolejne dni. Wreszcie dostaje gryps – „Staraj się dostać do szpitala, symuluj trudny poród”.

4 tygodnie do porodu.

Oświadcza gestapowcom, że za kilka dni będzie rodzić. Sprowadzają lekarza Żyda, który potwierdza fałszywą diagnozę. Udaje się! Zostaje przeniesiona do szpitala. Sala na wysokim parterze – zbyt wysoko, żeby skakać w dziewiątym miesiącu ciąży. Pod drzwiami jej pokoju bez przerwy siedzą strażnicy. Zofia Rapp przyzwyczaja ich do swoich częstych wizyt w łazience. Za oknem siarczysty grudniowy mróz. W szpitalu zimno. Do łazienki chodzi ubrana w palto. Tuż obok łazienki znajdują się drzwi do piwnicy. Dalej kotłownia, portiernia i brama. Jest na ulicy, ale to jeszcze nie koniec. Jeszcze nie jest bezpieczna. Idzie powoli, nie chce wzbudzać niczyjej uwagi. Wie, że za chwilę ktoś w szpitalu zauważy jej nieobecność i podniesie alarm. Spokojnie dochodzi do następnej ulicy i wsiada w nadjeżdżający tramwaj. Dociera do mieszkania Marii Strońskiej – „Pani Marii”, od której dostawała grypsy w więzieniu.

„Nie popisałam się wtedy” – opowie później Zofia Rapp – „Kiedy otworzyły się drzwi, zemdlałam”.

2 tygodnie do porodu.

We Lwowie nie jest bezpiecznie. Gestapo rozesłało listy gończe z obietnicą wysokiej nagrody za wskazanie uciekinierki. Dozorcą kamienicy jest ukraiński nacjonalista, który może być konfidentem Gestapo. Ukrycie płaczącego noworodka jest praktycznie niemożliwe. Decyduje, że w Warszawie będzie bezpieczniejsza. Urodzi syna w Warszawie – jest absolutnie pewna, że to będzie syn i że będzie miał na imię Maciek – tak jak pseudonim ojca. Na nic zdają się protesty lekarza, który mówi, że poród może nastąpić za kilka dni. Jedzie do  Warszawy – postanowione.

12 dni do porodu.

Bezpośrednia podróż pociągiem nie wchodzi w rachubę – Niemcy skrupulatnie kontrolują wszystkie ciężarne kobiety, które pojawiają się na dworcu. Ze Lwowa wyjeżdża ciężarówką, w towarzystwie Tadeusza Semadeni – członka AK i sędziego konspiracyjnego sądu. Dopiero 50 kilometrów od Lwowa, na małej stacyjce, wsiadają do pociągu jadącego do Przemyśla. Po drodze trzykrotnie zmieniają pociągi, za każdym razem wybierając krótkie odcinki. W ostatnim pociągu jadą w przedziale razem z dwiema „panienkami”, które flirtują ze stojącymi na korytarzu gestapowcami. Do Warszawy pozostały już tylko 2 godziny drogi. Ostatnia kontrola dokumentów. We Lwowie nie było czasu na perfekcyjne przygotowanie fałszywek. Konduktor kwestionuje ważność nieprzedłużonej legitymacji – „Pani legitymacja jest nieważna – wysiądzie Pani z nami na najbliższej stacji”.

10 dni do porodu.

Zofia Rapp nie traci zimnej krwi. Nie wpada w panikę. Z beztroską i wesołą miną prosi o pomoc sąsiadki rozmawiające z gestapowcami. Za ich protekcją kończy się na łapówce, którą przyjmuje konduktor i uwadze jednego z gestapowców – „Na drugi raz trzeba uważać”. Boże Narodzenie Zofia Rapp-Kochańska spędza już w Warszawie. 4 stycznia 1944 roku rodzi się syn Maciek. Informację o narodzinach syna udaje się przekazać więzionemu na Pawiaku mężowi. Miesiąc później, 16 lutego 1944 roku, cichociemny Jan Kochański pseudonim „Maciek”, zostaje rozstrzelany…

Zofia Rapp-Kochańska, aż do wybuchu Powstania musi się ukrywać – jest cały czas poszukiwana przez Gestapo. Z Powstania wychodzi z chorym na odrę 9–cio miesięcznym Maćkiem, który ma 40 stopni gorączki. Udaje się im uciec z obozu w Pruszkowie i szczęśliwe doczekać końca wojny.

Po wojnie w 1948 roku Zofia Rapp-Kochańska wychodzi za mąż za Zbigniewa Ścibora-Rylskiego, oficera Armii Krajowej i uczestnika Powstania Warszawskiego.

Jej syn Maciek w 1968 roku kończy Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie.

Czy ktoś kiedyś nakręci film opowiadający niezwykłą historię tej nieprzeciętnej kobiety? Być może, ale kto uwierzy, że to wydarzyło się naprawdę…

Bibliografia

S. Jankowski, Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie. Wspomnienia 1939-1946, Warszawa 1988

Za: http://jonaszdrobniak.blox.pl/2011/04/Zofia-Rapp-nieprawdopodobna-historia.html

Tags : ,

Komentowanie zamknięte.