Najnowsze

Opublikowano Lipiec 29, 2013 Przez a303 W Zdrowie

Zdrowie, oleje i niszczenie Polaków

Refleksje z USrAela:

Jak czasem wypsnie mi się na innych forach, czy listach, zdarza mi się wyjechać do Chicagowa.  Kilka godzin jazdy w jedną stronę, drobiazg.  Tam z kolegą, ktorego znam od lat nie przymierzając trzydziestu kilku, kręcimy różne ciekawe żywnościowe produkty.  Nasze majonezy są na bazie oleju rzepakowego (canola), który wykazuje niezwykle podobny profil kwasów tłuszczowych do oleju oliwkowego, bez charakterystycznego zapaszku Śródziemnomorza i przy cenie kilkakrotnie niższej od oliwki. Przy czym zawiera najmniejszą ilość kwasów tzw. nasyconych (niezręczna to nazwa z punktu widzenia inżynierii, bo tych zwiazków nikt wszak nie nasycal) i jest wysoce jednonienasycony, a wiec szanse powodowania nowotworów przez ten tłuszcz są zminimalizowane w porównaniu do na ten przyklad oleju kukurydziannego, a szczególnie słonecznikowego, czy z towarzysza Wiesiołka.  Rakotwórstwo olejów „wielonienasyconych“ to zupełnie odrębny temat, naprawdę wart dyskusji, ale o tym może kiedy indziej, jeśli wolno. Takoż, te nasze produkty nie mają w sobie wysokofruktozowego syropu z hydrolizowanej skrobi kukurydziannej, a wiec kwalifikują się jako produkty naturalne i w miarę wysoko wartościowe odżywczo.  Nota bene, sojowe majonezy i sosy owszem, tez mamy.

Fabryczka, a raczej warsztacik jest bardzo, nie chwaląc się, zgrabny i niesamowicie czysty, bowiem ambicją J. Jest najhigieniczniejsza produkcja w całym okręgu Chicago.

Polacy w ChicagoNic, wydawałoby się, nie powinno zakłócić tej produkcyjnej sielanki. Rynek niby jest, bo niechby każdy jeden Polak zamieszkaly w Chicago skonsumowal jeden maleńki słoiczek majonezu na rok i już można żyć z tej roboty.  Tak powiada teoria i logika.

Niestety, praktyka daleka jest od jakiejkolwiek logiczności. Żyjemy przecież w czasach ciekawych. Czujny system stoi na straży nieopłacalności małych biznesów.  Tak jest niemal w całym świecie.

P. kupuje składniki do produkowania owych delicji u rozmaitych producentów i hurtowników. Ja rozumiem, w chcili obecnej zaszczepia się nam paniczny strach przed wszystkim i wszystkimi, dlatego pewne produkty obarczone są ograniczeniami i każdemu ich się nie sprzedaje. Na przykład olej musztardowy.  Dostępny jest jedynie w dziesięciokrotnym rozcieńczeniu i każdego nabywce sprawdza się dokumentnie, czy na przykład nie zamierza z niego zrobić iperytowego ładunku śmierdzącego w celach niecnych. Każdy indywidualny człowiek jest wszak potencjalnym zbrodniarzem, nieprawdaż. Albo powiedzmy ług do mycia aparatury.  Ale taka rafineria oleju nie powinna mieć żadnych obiekcji do sprzedaży swoich wyrobów każdemu, kto przyniesie gotówkę, albo sprawdzony kredyt.  Nie, sprawdza się nie tylko wiarygodność firmy, ale prześwietla jej właściciela do siódmej generacji wstecz. W dodatku firma kręci nosem i narzuca niesamowite marże na ilości mniejsze niż cysterna z kontraktem na rok. A dystrybutorzy sprzedają oleje w beczkach, co nie czyni najmniejszego sensu w produkcji sosów i dressingów. Podobnie centrale sprzedaży soli, pieprzu, naturalnych koncentratów i wyciągów smakowo zapachowych, pasteryzowanych żółtek, czy nawet usługodawcy w rodzaju czyścicieli puszek olejowych, albo deninsektorów. Taki mają prikaz zgodnie z antykonstytucyjnym programem zwanym chyba na ironię „Patriot Act“.

Ale największą aktywność w tym zakresie przejawiają agencje rządowe. Pół biedy jeszcze z lokalnymi organizacjami, jak miejski wydział zdrowia, czy biuro licencyjne. Im bardziej w górę, tym gorsze i całkiem jawne nastawienie antybiznesowe.

Pewnego razu zapowiedziała sie inspektorka FDA, czyli agencji federalnej do spraw kontroli żywności i farmaceutyków. Rzecz jasna największą uwagę zrazu zwróciła na higiene, ale tu akurat nupełnie nie było się do czego przyczepić. Toteż zakwestionowała otwarcie ścieku pod zlewem do atmosfery, ale w tym przypadku takie rozwiązanie podyktowane jest przez wymagania innej federalnej agencji i nie mogła przeforsować tego argumentu.

Nareszcie zaczęła przyglądać się procesowi produkcji. Tu również nie było nic do zanegowania, przecież opracowaliśmy ścisłe procedury postępowania z każdym składnikiem. Ćwierć wieku doświadczenia w przemyśle chyba coś znaczy. Jedynie, powiada, nóż do otwierania zgrzewek z żółtkami musi być odkażony chlorkiem. Ale przecież chlorek żre stal, także nierdzewną. No, ale pan każe, sługa musi. Na drugi raz bedziemy używać jednorazówek.

Wreszcie pytanie, jak sprawdzacie kwasowość produktu,  Ano, małym pehametrem.  Kiedy go ostatnio kalibrowaliście?  Rano.  O, niedobrze, trzeba kalibrować przed każdym pomiarem. Znaczy się, jeśli mamy powiedzmy sześć szarż produkcyjnych na godzinę (wishful thinking), to mamy kalibrować instrument co dziesięć minut? Ile litrów buforu na to zejdzie, który nie jest tani i również wymaga sprawdzenia właściciela firmy aż do Adama i Ewy.

Aby nie przedłużać tego wywodu: Chodzi o to, aby produkcja i sprzedaż małych ilości stała się jak najbardziej nieopłacalna i żeby biznesmen wziął się wreszcie za uczciwą, a ciężką pracę rąk własnych, najlepiej niedopłacaną.

Na koniec wizyty inpektorka powiedziała bez ogródek:  Kiedyś wpadnę do ciebie niezapowiedziana i cię dorwę. (dosł. Some day I will come in unannounced and I will get you.)

Przy czym pochwaliła się, ilu to polonijnym firmom wsadziła mandaty po dwa tysiące zielonych.

Jest rzecz jasna i druga strona tego niezbyt złotego medalu: Polak za granicą jest już genetycznie oszczędny i pilnuje każdego kłodra. Nieważne, że oferowane przez P. produkty jakością przewyższają te najwyżej cenione nie tylko w USA, ale i w świecie. Nieważne, że są one sporządzane z naturalnych składników i bez użycia konserwantów. Polonijny konsument porównuje ceny owych kondymentów do najtańszych i najgorszych tutejszych produktów masowej wytwórczości.  Ponadto, rynek polski kurczy się w żwawym tempie. Problem w tym, że owe kondymenty są wyłącznie na rynku tzw. polskim, ktory niknie w oczach, albowiem USA straciwszy status raju na ziemi przestały byc mekką dla  Polaków, którym w Kraju się nie wiedzie.  Teraz za chlebem się jeździ do Anglii i iinnej Europy.  Po co się tłuc na drugi kraniec świata, obcy i Polakom wrogi, w dodatku eksperymentalnym samolotem, który w każdym momencie może sie w powietrzu rozlecieć, w cenie biletu równej oszczędnościom całego życia, jeśli zaraz za miedzą są warunki lepsze, bardziej swojskie i co miesiąc można sobie skoczyć do domu, by sprawdzić wierność współmałżonka lub współmałżonki (wieri, no prawieri).

Wejście na rynek anglosaski jest niezwykle trudne, albowiem potencjalny klient zwany tu prospektem oczekuje sprzedawstwa wiele-, szybko- i głośnomówiącego, podczas, gdy pierwsze pytanie do oferenta wykazującego obcy akcent będzie Where are you from? Któżby tu rozmawiał z polskim sprzedawcą, skoro stereotyp podsycany przez środowiska nas nienawidzące, lokuje Polaka przy sprzątaniu, a co najwyżej przy remontach budynków. W Chicago Polak to wciąż mieszkaniec kategorii co najmniej trzeciej i nikt nie bierze powaznie, co taki ma do powiedzenia.  W robocie, owszem, ceniony, ale otworzyć buzie to mu wara.

To będzie koniec wstępu, czy też pierwszego rozdziału.

Teraz tak.  Były lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku.  Siedziałem po uszy w olejach i tłuszczach.  Ot, troche inżynierii, więcej technologii, a dużo product developmentu, czyli wymyślania nowych produktów żywnościowych.  Aby już nie rozwlekać i nie przynudzać, będziemy się streszczać jak tylko to możliwe.  Olej sojowy wykazywał tendencje wzrostowe na giełdzie i cały przemysł margaryniarsko kondymentowy trząsł portkami z obawy przed konkurencją produktów mleczarskich i zagranicznych.  Wtedy to przyjechał dr. J. Moolayil z Malajazji, by promować ciekłą frakcję oleju palmowego, który nie wymagał uwodornienia do produkcji margaryny i smażalniczych ceresów, zatem nie wykazywał obecności zwiazków konfiguracji trans.  Na American Soybean Board padł blady strach, ponieważ oleina była tańsza niż olej sojowy, ponadto nie trzeba było jeszcze dopłacać trzech lub czterech centów na funcie za utwardzanie, bo była juz częściowo naturalnie utwardzona na drzewie palmowym.

I wskutek interwencji lobby American Soybean Board, wyszedł akt zatytulowany Poisoning of America (uczciwie muszę przyznać, że wyszedł trochę wcześniej, ale właśnie wtedy nabrał szczególnej wagi i wymowy wobec azjatyckiego zagrożenia), który w mocnych słowach oskarżał przemysł żywnościowy i restauracje o trucie Amerykanów szkodliwymi tłuszczami, w wyniku czego MacDonald musiał zrezygnować z łoju do smażenia frytek i zastąpienia go uwodornionym sztucznie olejem podprawionym syntetycznymi środkami smakowymi,  a potem wyszła rekomendacja US Surgeon General na kilkaset stron w sprawie konsumpcji tłuszczów.  Ôw raport można streścić w jednym zdaniu. Nie żryj, tylko się umartwiaj i trenuj zajoba.

Na jakich przesłankach, źródłach i materiałach i jak rzetelnych oparta była owa propaganda, to jest temat na oddzielne rozważania, ale w uproszczeniu powiedziawszy, kto ma władzę, ten może prawdę naginać dowolnie dla swojej wygody.

Oczywiście rynek, chcąc byc świętszy od papieża, zawrzeszczał publikę, indoktrynując, że oleje tropikalne są trujące, podczas gdy wielonienasycone (kolejny pokręcony neologizm), nalezy pić duszkiem.  Czy coś w tym rodzaju.  Nastapiła korespondencja miedzy moim skromnym ofisem, a rozmaitymi rządowymi agencjami i innymi sponsorowanymi przez rząd instytucjami, przy czym argument rakotwórczosci wielonienasyconych tluszczów byl zwalczany coraz nerwowiej.  Wreszcie, gdy otrzymałem notatkę świadczącą, jakoby tłuszcze nasycone w równym stopniu mogły obniżać cholesterol w serum jak te wielonienasycone, ale pod warunkiem, że sa to cywilizowane, sztucznie uwodorniane stearyniany, a nie jakieś wstrętne, dzikie, nieoczyszczone palmityniany z dalekiej Azji, wymiękłem i przestalem uczestniczyć w bezsensownej wymianie racyj.  Bo racje jak wiadomo zawsze posiada wiekszy i wazniejszy.  Albo ten, co ma spluwe.

Może dlatego trudno mi potem było znależć robotę w swojej dziedzinie ekspertyzy…

Trzy tygodnie temu moja Żona wyjechała na jakiś czas do Starego Kraju, pozostawiając mnie biednego z Dzieckiem (pierwsza połowa dwudziestolecia u tego Dziecka) i pieskiem Pikusiem (100 funtów zywej, oj zywej wagi i uciąg pół tony).  Dziecko lubi gotować, a Pikuś asystować i degustować. W pewnym momencie zabrakło w kuchni masła, powiadam więc potomstwu swemu,  weź karte, idź do sklepu i zrób zakupy.  Dziecko niewprawne w zaopatrzeniu, przyniosło margarynę, a ja w śmiech, który po dokładniejszym wpatrzeniu się w ingredient declaration, utkwił w gardle i przeszedl w zadziwienie.

Otóż margaryna (Imperial) jest dziś sporządzona na bazie olejów palmowych! Zero tłuszczow trans i zero woskowego posmaku, który sprawia, że margaryny uwodorniane smakują jak stearyna ze świecy.  Proroctwo głupiego polaczka okazało sie faktem.  Znaczy się, moje własne przepowiednie, oparte nie na czarnym kocie i kryształowej czaszce, ale na ekstrapolacji wydarzeń rynkowych i branżowych.  Ale, jak już było powiedziane, w trakcie wygłaszania pogladów przez kogoś, komu nie starcza proweniencji, rozlega się smiech gawiedzi szyderczy a durny. A jak teraz chciałbym powiedzieć – a nie mówiłem, toby powiedziano o, patrzcie, uzurpator słuszności.  Kim ty myślisz, że jesteś? Przestań mędrkować i do roboty, nygusie.

Ponadto, dziś w lokalnej gazecie zapodaje się, iz tran (rybi olej) może powodować raka prostaty.  A olej rybi to przecież wielonienasycony olej zwierzęcy.  Wielonienasycone czasteczki podatne są na przyłączanie kilku atomów tlenu, przez co powstają nadtlenki i wielonadtlenki, które w skrócie wielkim powiedziawszy, promują powstawanie i utrzymywanie in statu nascendi wolnych rodników, a te z kolei są od dawna znane jako szczególnie zjadliwe karcigeny i to selektywne.   I znów na moje wyszło, nie, nie żebym się chwalił, tylko gorycz wołającego na pustyni…

Po co ja to wszystko piszę???

Raz:  Wiekszość zaleceń żywieniowych z oficjalnie uznanych źródel bazuje na polityce i jest zwykłą propagandą.  Dwa: Proweniencja jest negatywnym argumentem, czyli jeśliś nikim, nie masz prawa w niczym mieć racji.  Trzy: Tak sobie piszę „sztob jazyka nie zabut’“, jak to mawiała moja ś.p. Babcia, prenumerując russkie satyryczne czasopismo Krakadił.

Qui me amet, amet et canem meum.

wilk-matirani

Tags : , , , , , , ,

Komentowanie zamknięte.