Opublikowano Luty 10, 2012 Przez a303 W Bez kategorii

Z cyklu zdrowie: Rak jest wyleczalny z natury

Dr Stanisław Rymsza

(Artykuł opublikowany w tygodniku „Ład” 27 października 1985 r.)

W związku z artykułem R. J. Baja pt. „Adwentyści wobec no­wotworów” (Ład nr 33) poczuwam się do obowiązku moralnego i nau­kowego ukazania wyników moich badań biologicznych nad profi­laktyką i autoterapią raka.

Tę wielką sprawę ogólnoludzką za­początkował drobny „prywatny” konf­likt z medycyną, reprezentowaną przez kilku lekarzy pracujących w kli­nikach, którzy odmówili mi współpracy, „nie ufając nowinkom bio­logicznym”. Byłem więc zmuszo­ny uciec się do testu publicz­nego. W styczniu i lutym 1954 r. w ra­mach akcji odczytowej TWP wygłosi­łem cztery popularnonaukowe prelek­cje otwarte o moich badaniach nad rakiem u zajęcy i królików oraz obserwacjach porównawczych chorych ludzi. Umówiłem się ze słucha­czami, aby donosili mi o każdym po­zytywnym i negatywnym wyniku za­stosowania przedstawionej im mojej metody sterowania samoleczeniem się organizmu w każdym przypadku (wy­krytego przez specjalistyczną medycy­nę) raka u nich i ich bliskich. Odtąd w ciągu 25 lat otrzymałem 46 takich doniesień pozytywnych (guzki sutkowe — 32, nadżerki szyjki macicy — 8, guzy wątroby — 2, induratio penis — 2, nowotwór skóry — l, rak płuc — 1). Negatywnych zaś nie otrzymałem. A te contra factum non valet argumentum, więc nie czekając zaplanowanej początkowo setki (do bilansu procentowego), opisałem te godne uwa­gi owoce moich zignorowanych przez medyków „nowinek biologicznych” i rozesłałem komunikat do wszystkich uczonych parających się tą problema­tyką.

Był to wynik moich żmudnych ba­dań: odkrycie nowej prawdy o specy­ficznej roli kwasu L-askorbinowego (C6H8O6) w tworzeniu się i funkcjono­waniu fagocytów, zdolnych do pożera­nia komórek rakowych. Mikrobiologicznicznie, ponad wszelką wątpliwość stwierdziłem, że ten kwas (acidum L-ascorbinicum), zwany witaminą C, przekształca bierne leukocyty, zwła­szcza neutrofilne w aktywne fagocyty, które drapieżnie bronią organizm przed wszelką infekcją zewnętrzną i przed neocytozą wewnętrzną, zakłócającą je­go genetyczny porządek rozwojowy, stabilnie zaplanowany w DNA. Pełne zaopatrzenie krwi i limfy w molekuły witaminy C tak potężnie uzbraja two­rzące się pod jej wpływem fagocyty i makrofagi, że absolutnie żadne obce mikroorganizmy nie są zdolne rozwi­jać się w jej środowisku osmotycznym. Tu fagocyty przy pomocy witaminy C rozpuszczają (rozmiękczają) ścianki niepotrzebnych komórek egzogennych (mikroby chorobotwórcze) i endogen­nych (tkanki martwicowe, neocyty i neoplazy rakowe), a następnie je po­żerają, same przy tym ginąc i trupa­mi swymi wypełniając gruczoły chłon­ne, skąd są systematycznie wydalane do moczu jako tzw. „ciała ropne”, znane powszechnie  z elementarnych analiz lekarskich.

W świetle tej prawdy o kwasie L-askorbinowym, witamina C może śmiało awansować do rangi wymarzo­nego przez ludzkość panaceum. Jeżeli wszyscy będą mieli zawsze swoją krew nasyconą witaminą C, to nie tylko rak, ale również inne dolegliwe cierpienia (grypa, katar, torbiel przyzębna, szkor­but etc.) zostaną wykreślone z rejestru chorób człowieka. Są tu jednak pewne bardzo istotne restrykcje, które przeo­czają inni badacze (np. Pauling). Dla­tego ich wyniki są połowiczne, a wnios­ki błędne. Przede wszystkim trzeba sobie uświadomić, ze witamina C nie jest lekiem sensu stricte, lecz koniecz­nym składnikiem organizmu, jak wo­da (H2O) i sól (NaCl), których natu­ralne uzupełnienie należy do kulinarii — nie do terapii. Dopiero brak tych składników lub ich niedobór wy­wołuje stany chorobowe, wymagające ingerencji medycyny. Takim właśnie deficytowym składnikiem krwi człowieka jest dziś kwas L-askorbinowy (C6H8O6), którego ubytek powiększa się coraz bardziej w miarę postępu tech­nizacji życia codziennego (wibracja, promieniowanie, hałas, ultradźwięki) i chemizacja pokarmów (konserwacja, dezynfekcja, dezynsekcja). Szczególnie szkodliwa tu jest pironizacja żywnoś­ci, zapoczątkowana wkrótce po wyna­lazku ognia, a dziś doprowadzona do perfekcji. Surówki spożywa człowiek coraz rzadziej. A więc, w rezultacie deficytu witaminy C w jego krwi, roz­wijają się tzw. „choroby cywilizacyj­ne”, pośród których rak zajmuje czo­łowe i najgroźniejsze miejsce pobu­dzając uczonych (Rosenthal, Galio) do snucia najbłędniejszych hipotez i teo­rii. Np. nie wiedzą oni, że modny dziś interferon jest bezwartościowym od­padkiem (askorbinofagocytozy) antagonistycznych wirusów, a więc „śmie­ciem” witaminy C.

Rola witaminy C w organizmie Jest dwojaka. Primo: Jest ona konieczna jako czynnik (enyzm askorbinaza) me­tabolizmu, bez którego proces życia (przemiana materii) byłby niemożliwy. Secundo: służy fagocytom i makrofagom jako niezbędne narzędzia obrony orga­nizmu przed egzo- i endoinfekcją. Sto­sownie do tej dwoistej funkcji witami­ny C, jej zapas w organizmie dzieli się niejako na dwa magazyny. Pierwszy — bazowy, konstytutywny, stały, me­taboliczny, nienaruszalny (na rzecz drugiego). Drugi — obronny, niestały, ilościowo zmienny, w zależności od do­pływu z zewnątrz, z pokarmów, zużywalny po zaspokojeniu zapotrzebo­wań pierwszego (po jego nadmiarze ilo­ściowym).

Normalnie organizm sam wytwarza witaminę C dla obu tych „magazy­nów” w dostatecznej ilości. Niestety. cywilizacja techniczna permanentnie utrudnia to wytwarzanie oraz niszczy (denaturalizuje) potrzebne do tego su­rowce pokarmowe. Stąd wiele ludzi nie posiada dostatecznego stężenia witami­ny C we krwi, wystarczającego na za­opatrzenie obu tych „magazynów” sta­le się opróżniających wskutek procesu życia i obrony fagocytarnej. Cywilizacja techniczna prowadzi do tego, że za­pas witaminy C zabezpiecza już tylko zaspokojenie konstytutywnych potrzeb metabolizmu i to w coraz uboższym zakresie Na potrzeby obronne mamy jej coraz mniej. Wynaturzony przez technikę i starzejący się organizm wy­twarza ją coraz skąpiej, a schemizowane pokarmy dostarczają coraz mniej surowca przydatnego na to wytwarza­nie. Oba te nieszczęścia idą w parze! Na ich tle powstają różne choroby za­kaźne, które medycyna nauczyła się zwalczać za pomocą osobnych szczepio­nek. Ale wobec neocytozy kancerogen­nej okazała się bezradna, wskutek nie­wiedzy o istotnej roli witaminy C w organizmie, gdzie ona stanowi uzbroje­nie fagocytów, zabijających i pożerają­cych wszelkie niepotrzebne komórki (neocyty, mikroby, nekroby).

Odkrycia tych niepodważalnych prawd o witaminie C dokonałem na zasadzie: necessitas mater, studiorum. W roku 1952 lekarze stwierdzili, że mój najbliższy przyjaciel jest chory na „raka wątroby z przerzutem na płuca”. Zaproponowali jako jedyny ratunek chirurgiczne usunięcie guza oraz rentgeno- i chemioterapię z gwarancją ży­cia przez 2 lata po operacji. Odrzuci­łem tę „łaskę” medycyny i jako bio­log na własną rękę podjąłem walkę ze śmiercią człowieka, poświęcając ba­daniom ponad 400 królików, co za­wdzięczam pomocy prof. Jana Dem­bowskiego, który uwierzył w moją hi­potezę intuicyjnie. Po wielu ekspery­mentach stwierdziłem, że 88 proc. ra­kowatych królików powróciło do zdro­wia po wprowadzeniu dużych dawek witaminy C do ich pożywienia. Dalsze próby, już po wyeliminowaniu dostrze­żonych błędów transplantacyjnych, wykazały 100-procentowe wyzdrowienie zwierząt, dożywianych witaminą C. Podkreślam: dożywianych! — nie le­czonych! Onkolodzy bowiem pouczyli mnie, że witamina C jest lekiem za mało toksycznym, więc nie zatruje raka (!)

Równolegle z królikami i mój naj­bliższy przyjaciel został w ten sam sposób uratowany od niechybnej śmierci, prognozowanej przez medycy­nę. Już w styczniu 1954 r. był on pra­wie zdrowy: z płuc całkowicie zniknęły wszystkie 4 guzki wielkości fasoli, a na wątrobie guz (wielkości manda­rynki) zmalał do rozmiarów orzecha laskowego. Po następnym roku rtg nie wykazał już żadnych zmian. A nie­doszły „umarlak” jest dziś uosobieniem zdrowia i siły (mężczyzna ten liczy dziś lat 89. 180 cm. 89 kg). Przez ostatnie 25 lat, odkąd pozbył się swe­go raka. nie chorował ani razu, nawet na katar — wyraźnie odmłodniał. A to dzięki witaminie C, której dawkę obliczyłem mu na 9 g dziennie krysta­licznego kwasu L-askorbinowego, rozpuszczonego w litrze wody z cukrem. Po wyzdrowieniu pacjenta redukowa­łem stopniowo tę dozę aż do 2 g. które utrzymałem, na stałe jako minimum profilaktyczne, wykluczające nawrót nowotworu — co również wybadałem na zwierzętach. A więc (uczciwie wypro­dukowanych przez „Polfę”) 18 drażetek a 0,2 g witaminy C dziennie całkowicie zabezpiecza mu zdrowie przed nowotworami, ale również przed innymi chorobami i schorzeniami.

Jako wskaźnik kontrolny nasycenia organizmu kwasem L-askorbinowym przyjąłem jego śladową obecność w urynie. Kto w moczu ma kwas askor­binowy, temu nie grozi rak ani inna choroba. Zrozumiała więc jest naiw­ność amerykańskich uczonych (np. Burzyńskiego), którzy z moczu wypreparowują ten nadwyżkowy odpadek wi­taminy C jako specyficzny „antyneoplaston”. Przecież to substancja już mało aktywna biochemicznie, „zmęczona” pracowitą wędrówką po organiz­mie! Ale oni tego nie rozumieją i nie wiedzą, że to odpad witaminy C.

Odkrywszy tak niezwykłe walory witaminy C, przeprowadziłem bardzo dokładne badania mikrobiologiczne i biochemiczne nad jej działaniem. Tu m.in. okazało się, że jest ona bardzo wybredna i kapryśna pod względem „towarzyskim”. We krwi nie znosi ona obecności alkoholi, alkaloidów, glikoalkaloidów. sulfamidów etc. Pod ich wpływem struktura kwasu L-askorbinowego ulega przekształceniom izome­rycznym i traci niektóre atomy, prze­mieniając się w kwas dihydroaskorbinowy (C6H6O6) albo w inne bezwar­tościowe „askorbiniaki” (kwasy: d-as­korbinowy, L-izoaskorbinowy, d-izoaskorbinowy), których mieszaninę fab­ryczną sprzedają apteki pod nazwą „witamina C”, ale bez literki „L” przed nazwą łacińską: acidum ascorbinicum. To po­ciąga za sobą bezskuteczność terapeu­tyczną i profilaktyczną tej handlowej witaminy C. A w organizmie traci ona wszelką wartość ochronno-fizjologiczną, gdy spotyka tam różne „używki” przyjemnościowe, nie stanowiące pokarmu.

A zatem kto chce mieć w swoim organizmie prawidłową gospodarkę as­korbinową, gwarantującą absolutne zdrowie pod każdym względem, ten musi zrezygnować z wielu rozkoszy „cywilizacyjnych”, jakimi codziennie zanieczyszcza swoją krew (alkohol, ni­kotyna, kofeina, solanina etc.). To jest warunek konieczny skuteczności dzia­łania witaminy C, którą należałoby ustawowo wprowadzić do wszystkich produktów spożywczych, poddając je askorbinizacji przemysłowej. Bo tylko w ten sposób wszyscy ludzie będą mie­li krew nasyconą tą witaminą bez uciążliwej konieczności łykania draże­tek. Opłaciłoby się to wielokrotnie bardziej niż budowanie kosztownych ośrod­ków onkologicznych — albowiem tań­sze jest zapobieganie aniżeli leczenie.

Aby uniknąć nieporozumień powta­rzam, że tylko jeden kwas askorbino­wy jest witaminą C, chociaż wszystkie one mają identyczny wzór ilościowy (C6H8O6), z wyjątkiem dihydroaskorbinowego (C6H6O6). Różnica polega na budowie molekuł (drobin) tych kwasów. Prawdziwa witamina C mu­si mieć literkę „L” przed swą nazwą: acidum L-ascorbinicum. To jest klucz do zagadki, na której załamują się ba­dania i odkrycia wszystkich uczonych. A ich kosztowny interferon jest mało skuteczny, bo to odpad fagocytarny kwasu L-askorbinowego. powstający przy antagonizacji wirusów.

Dr STANISŁAW RYMSZA

Komentowanie zamknięte.