Najnowsze

Opublikowano Maj 19, 2016 Przez ls W NWO

Wróg naszego wroga

Nigdy nie ufaj statystykom, których własnoręcznie nie sfałszowałeś!” – ironiczne przysłowie, będące symptomem dla dzisiejszej etyki zawodowej

Wróg mojego wroga

Żyjemy w świecie zawodowych kłamców. Nie tylko polityków, dziennikarzy, sprzedawców…Nie, nie tylko, również szczebla kierowniczego, biznesmenów, naukowców, lekarzy, kolesiów od różnych religii, zresztą o kim nie powiesz, to pewnie i tak trafisz. Wszyscy kłamią, żeby zarobić na życie, jedni więcej, inni mniej. Niektórzy z nich łżą na zawołanie, jest to wręcz ich metoda na życie, gdy tylko otworzą usta, od razu wiadomo, że skłamią. Drudzy po prostu powtarzają jak papugi kłamstwa innych, chociaż nawet zdają sobie z tego sprawę, lecz wybierają ten sposób z różnych egoistycznych powodów. Część z nich otrzymało miano „zawodowca”. Będę o nich mówił zawodowi kłamcy.

Ten stan rzeczy wiedzie nas ku pytaniu, komu możemy ufać jako przyjacielowi albo sojusznikowi. Osobiście, nie ufam nikomu, kto zwykle zaczyna swoją wypowiedź od „powiem ci prawdę”. Nie ufam również tym, którzy zatytułują swój artykuł, książkę albo stronę w sieci „Cała prawda o tym, czy o tamtym…” Zastanawiam się po prostu, dlaczego ktoś musi kłaść nacisk na prawdę w tym, co mówi lub pisze? Czy nie może zwyczajnie o tym powiedzieć? Według mnie, brzmi to tak, jakby ktoś, kogo często oskarża się o kłamstwo, zaczynał przygotowywać się od razu do obrony, zanim znów padnie taki zarzut. Zapala mi się czerwona lampka, żeby nie wchodzić dalej w te dywagacje.

A zatem komu możemy ufać? Może nawet bardziej szczegółowe i ważniejsze pytanie, komu możemy ufać, jako przyjacielowi czy sojusznikowi?

Są ludzie, którzy odpowiadają na to pytanie – wróg mojego wroga jest moim przyjacielem – a przecież to wcale nie musi być koniecznie prawda. Można na to przedstawić rozliczne przykłady, w jakich wróg mojego wroga, jest takim samym wrogiem, jak mój własny wróg.

Weźmy przykład Cara Rosji. Jego oczywistymi wrogami byli żydzi, a przecież nie zaliczyłbym go do grona swoich przyjaciół ani sojuszników. Gdy zaczynała się Rewolucja w Rosji, był on najbogatszym człowiekiem na ziemi, bogatszym nawet od koronowanych głów przestępczej rodziny Windsorów. Jego bogactwo pochodziło z wielowiekowej haniebnej eksploatacji, ucisku i grabieży, innymi słowy dobrze sobie zasłużył na każdą kulkę, którą dostał w głowę.

Albo weźmy przykład Kościoła Katolickiego. Fakt, że żydzi go nienawidzą i zrobią, co w ich mocy, aby go zniszczyć, nie czyni go przez to nawet odrobinę mniej winnym wyrządzonego zła. Przestudiujcie choćby historię Chrześcijaństwa, żeby zrozumieć problem. Na początek polecam „Criminal History of the Catholic Church” Karl-Heinza Deschnera.

To, z czym mamy tu do czynienia, to nie walka dobra ze złem, lecz zła z czymś jeszcze gorszym, czymś na podobieństwo wojny gangów w wymiarze epickim. Każdy z nich robi z drugiego wcielenie zła, a z siebie aniołka, jednak wszyscy pospołu są siebie warci, przy czym uszczęśliwiają ludzi w taki sposób, aby sprostytuowali się do ich poziomu. Współczesnym eufemizmem na ten stan spraw jest określenie „wojna informacyjna”.

W niektórych przypadkach jest prawie niemożliwe jednoznaczne określenie, czy mamy do czynienia ze złem, czy nie. Dobry przykład to Adolf Hitler. Zakładając, że stał się on celem niebywałej ilości kalumni, do pewnego stopnia jest naprawdę bardzo trudno powiedzieć, jaka część „złej prasy” to propagandowe kłamstwo, a jaka część zawiera prawdę. Czy był on, chociaż go pokonano, błogosławionym antykomunistycznym zbawcą Niemiec, Europy, świata, jak chce go wiedzieć część różnych aktywistów, czy raczej, jak twierdzą inni, marionetką w rękach anglo-judeistycznych banksterów, którzy dali mu władzę, aby był batem na Stalina i stworzył warunki dla późniejszego uformowania syjonistycznej piekielnej dziury?

Na pewno jego polityka gospodarcza “społecznego zaufania” była majstersztykiem, który ogromnie poprawił warunki życiowe narodu niemieckiego, i to w okresie miesięcy, ale to również on wprawił w panikę przeklętą międzynarodową pasożytniczą wspólnotę banksterów, łącząc ich w całość przeciw Niemcom i doprowadzając do cofnięcia się kraju do epoki kamiennej wskutek terrorystycznych bombardowań z powietrza. Niezależnie od intencji Hitlera, jedynymi beneficjentami jego polityki stali się żydzi. W zasadzie nigdy nie będziemy w stanie jednoznacznie stwierdzić prawdy w sprawie, czy katastroficzne rezultaty II WŚ w stosunku do Niemców i Palestyńczyków były wynikiem zamierzeń Hitlera, czy zwyczajnym produktem anglo-judeistycznej cywilizacji zła.

W tak skomplikowanych sytuacjach, jak ta, nie możemy wyłącznie po owocach ludzkich działań oceniać zamierzeń. Musimy również spojrzeć, czy traktowali oni innych w taki sam sposób, jak chcieliby być traktowani przez innych, gdyby ci inni znaleźli się w ich sytuacji. Hitler nie miał powodów, żeby terroryzować niemieckich żydów. Mógł z łatwością załatwić cały problem, kupując im bilet w jedną stronę do sowiecko-żydowskiej Republiki Birobidżanu, albo innego kraju, na tyle durnego, żeby ich przyjąć.

Moim zdaniem, gdyby Hitler był fajnym gościem, jak twierdzą niektórzy aktywiści, to postępowałby jak fajny gość, i nie robiłby z siebie cudzego narzędzia, aby własnymi rękoma wykonać politykę wrogów, traktowania żydów gorzej, niż to konieczne, aby ich się pozbyć.

W jakiś sposób, jest to również odpowiedź na moje wstępne pytanie, komu można ufać. Nie patrz tylko na słowa i owoce czynów, lecz weź też pod uwagę, czy ten ktoś traktuje innych w taki sposób, jakby chciał, by ci inni traktowali go, gdyby znaleźli się na jego miejscu.

Źródło: http://www.therebel.org/opinion/editorial/945015-the-enemy-of-our-enemy

Tłum. PM

Tags : ,

Komentowanie zamknięte.