Najnowsze

Opublikowano Grudzień 12, 2013 Przez a303 W Polska

Wojna żydowska w roku 1859 (początki asymilacji i antysemityzmu). Kazimierz Bartoszewicz

Prace jak m.in poniższa prosimy kopiować i rozpowszechniać. Strony internetowe dziś są, a jutro może ich nie być. Wraz z nimi przepadają niekiedy skarbnice wiedzy, która jest nam i pokoleniom które przyjdą po nas niezbędna. Broszurę można ściągnąć na dysk twardy z linka – klik. Dziękujemy p. Staszkowi za podrzucanie tego cennego źródła historycznego/a303.

a

I.

Po latach odrętwienia i przygnębienia, spowodowanego klęska, roku 1831, zaczął się kolo roku 1840 budzić powoli / w Królestwie Polskiem ruch umysłowy i ekonomiczny. Pomimo ucisku, a więc niesprzyjających warunków, ruch ten I rozwijał się dość silnie w dwudziestu latach następnych. Li­teraturze przybywały nowe a cenne nazwiska, praca nad dziejami przeszłości coraz szersze zataczała kręgi, nie brako­wało wybitnych badaczów nauk ścisłych, prawa i przyrody, pojawiły się poważne miesięczniki literacko-naukowe, dzien­nikarstwo z powstaniem Dziennika Warszawskiego (1850 r.) weszło na drogę reformy, zbliżając się do typu europejskiego. Rozwojowi życia ekonomicznego, prócz postępu na polu rolnictwa, sprzyjały nowopowstające fabryki i ulepszone środki I komunikacyi, między którymi olbrzymią doniosłość przedstawiały: żegluga parowa na Wiśle, zaprowadzona staraniem Andrzeja Zamojskiego, i budowa kolei Warszawsko-Wiedeńskiej.

W tym ruchu ekonomicznym wielki wzięli udział Ży­dzi. Prócz handlu, który od dawna spoczywał, w ich rękach, i prócz targu pieniężnego, którym prawie wyłącznie zawła­dnęli, rzucili się na pole większych przedsiębiorstw przemy­słowych. Fortuny ich rosły z dnia na dzień, a stąd odgry­wali oni coraz większą rolę w życiu społecznem i towarzyskiem, zwłaszcza, że zwolna zwiększały się i szeregi ich inteligencyi, dzięki przeważnie Szkole Rabinów. Mury średnio­wiecznego ghetta kruszyły się. Żyd bankier, przemysłowiec, fabrykant wchodził w bezpośrednie stosunki z ziemianami i sferą urzędniczą. Żyd księgarz i wydawca zaczął wpływać  na losy literatury i nauki, które nawet znalazły wśród Żydów swych mecenasów: tak np. Matias Rosen i Leopold Kronenberg popierali finansowo Biblioteką Warszawską. Coraz więk­szy zastęp pracowników chrześcijańskich stawał się zależnym od plutokracyi żydowskiej. Żydzi lekarze cieszyli się obszerną praktyką, a niektórzy z nich wzbogacali literaturę naukową: np. Ludwik Natanson redagował Tygodnik Lekarski. Biblio­grafia polska zapisuje z tych czasów nazwiska: Tugendholda, Paprockiego, Amszejewicza, Buchnera, Elkana, Elsenberga itd., a między nimi i Bogumiła Dawisona, słynnego aktora niemieckiego, rodem z Warszawy, który przedtem pracował w dziennikarstwie warszawskiem. Dochodziły też z za gra­nicy wieści o sukcesach naukowych głośnego anatoma Hirsz­felda, który później został powołany na katedrę w warszaw­skiej Akademii Medyko-chirurgicznej. Na polu sztuki zdoby­wał sobie uznanie Aleksander Lesser, malarz historyczny; szeroko też rozbrzmiewało w kraju i za granicą imię muzy­ków Wieniawskich—skrzypka i fortepianisty.

W życiu towarzyskiem coraz częściej spotykało się Żydów, zwłaszcza tak zwanych pogardliwie „mechesów“ (prze­chrztów); zdarzały się nawet wypadki, że ludzie tej sfery wchodzili w związki rodzinne ze szlachtą, i to karmazynową. X W teatrach, na salach koncertowych żydowska arystokracya pieniężna zajmowała poniekąd miejsce honorowe, ustąpione jej dobrowolnie przez naszą arystokracyę rodową.

Równocześnie z tym udziałem Żydów w życiu ekonomicznem, społecznem, umysłowem i towarzyskiem, krzewiła się coraz silniej idea asymilacyi. Przyczyniła się do tego ( w pierwszym rzędzie wspomniana Szkoła Rabinów, której ) zarząd administracyjny spoczywał w rękach Polaków. Mocny podkład do tego kierunku położyli dyrektorowie tej Szkoły: Antoni Eisenbaum i Jakób Tugendhold. Pierwszy z nich już w r. 1813 wydawał czasopismo polsko-żydowskie Postrzegacz Nadwiślański, a stanąwszy w roku 1826 na czele Szkoły Ra­binów, walczył z obskurantyzmem żydowskim i szerzył za­miłowanie do języka polskiego. Następca jego, Tugendhold, autor wydanej już w roku 1818 broszury o Żydach („Jero-boal czyli mowa o Ż у d a c h“), napisał po polsku cały szereg dziełek i broszur religijnych, oraz przekładów z hebrajskiego, mających przeważnie na celu propagandę języka polskiego. Z pod jego też pióra wyszła pierwsza polska książka do modlitwy dla Żydów i pierwszy poniekąd polski dla nich katechizm; w r. 1844 wydał on „Skazowki pra­wdy i zgody pod względem różnicy wyznań”1).

To też wychowańcy Szkoły Rabinów władali dobrze językiem polskim, byli przeciwnikami żargonu i niemczyzny, panującej w synagodze postępowej. Kolo roku 1850 Józef Fruchtmann, Izaak Kramsztyk, Hilary Nusbaum, Jakób Rotwand i Henryk Szmideberg przystąpili do założenia synagogi na Nalewkach z polskiemi kazaniami i polskim chórem. Pierwsze w niej polskie kazanie wygłosił Izaak Kramsztyk podczas świąt wielkanocnych roku 1852 (10 marca). W kilka lat później (1857 r.) już i w synagodze niemieckiej na ulicy Daniłowiczowskiej prowadzono protokóły w języku polskim i sprowadzono do niej polskiego kaznodzieję, Jastrowa. W roku 1858 Izaak Kramsztyk przemówił po raz pierwszy po polsku do nowo­żeńców. Jeszcze w roku 1854 żydowska młodzież postępowa, asymilacyjna, stoczyła zwycięską walkę z ortodoksami o postawienie na cmentarzu żydowskim pomnika Eisenbaumowi z polskim napisem.

Ruch asymilacyjny znalazł poparcie w inteligencyi ży­dowskiej (należy tu wspomnieć jeszcze Jakóba Rosentala, Goldszmidta itd.), a częściowo i u plutokracyi (M. Rosen, H. Toeplitz, Natansonowie, Epsteinowe, Mejerowie, Bernard Kohen itd.). Gorącymi zwolennikami asymilacyi stali się po­tomkowie frankistów (Wołowscy. Brzezińscy. Majewscy, Kry­sińscy) i neofici (dr. Wolff, Leowie, S. Frenkel), wśród któ­rych głównym orędownikiem te] idei był Leopold Kronenberg, potentat finansowy, człowiek wielkiej energii niepospolitego rozumu, szczerze przywiązany do kraju. W szeregu z tym znaleźli się i polscy „entuzyaści”, jak Jurgens. ChaŁubiński. Oświadczyła się za tym ruchem młodzież demokratyczna; gorliwymi jego wyznawcami byli czerwiency: Nawet wśród „klemensowczyków, szlachty grupującej się koło Zamoj­skiego, znaleźli się zwolennicy asymilacyi. Sądzono, że przez uświadomienie narodowe, spolszczenie Żydów, wzmocnią się siły odporne społeczeństwa, że przybędzie mu pół miliona obywateli. Jako najlepszy środek, prowadzący do tego celu, uznawano dążenie do równouprawnienia Żydów.

‘) Tugendhold pod innym względem, jako ślepy sługus rządu, pozostawił po sobie nieszczególną pamięć.

Ale ze wzrostem zwolenników asymilacyi rosła i liczba jej przeciwników. Coraz więcej przybywało ludzi, patrzących z trwogą na „zalew żydowski. Przerażało ich rosnące bogac­two żydowskie, drażniły wpływy plutokracyi, niepokoiło gwał­towne wciskanie się Żydów we wszystkie sfery życia społecznego. Powstawała nowa potęga, opartą przeważnie na wszechwładzy złota, ciągnąca za sobą tłum ciemny, odrębny religią, kulturą, językiem, pojęciami, nawet ubiorem. Rodziło się pytanie: po której stronie ta potęga stanie? czy będzie to przyjaciel czy wróg, tem niebezpieczniejszy, że wewnętrzny?

O ile zwolennicy asymilacyi wierzyli, że z równouprawnieniem i zatarciem różnic między „dziećmi jednej ziemi” nasz charakter narodowy ulegnie korzystnej zmianie, bo nauczymy, się od nowych współbraci solidarności, karności, oszczędno­ści, rozumnej filantropii i cnót rodzinnych, o tyle przeciwnicy asymilacyi obawiali się, aby wady żydowskie, ujemne strony ich charakteru, ich pojęcia nieraz tak sprzeczne z etyką chrze­ścijańską, nie przeszły w krew naszą. W równouprawnieniu Żydów widzieli nie pozyskanie nowych obywateli, lecz dostarczenie wrogiemu żywiołowi środków do ekonomicznego nas pognębienia. Asymilatorom odpowiadano: Nie spolszczymy Żydów, lecz sami zżydziejemy, nie wzmocnimy naszych sił, lecz je osłabimy, nie zaprzęgniemy Żydów do służby naszym ideałom narodowym, lecz sami pójdziemy w słu­żbę ich ideałów, staniemy się pachołkami żydowskimi.

Ówczesne stosunki sprawiły, że walka tych dwu skraj­nie odmiennych poglądów na kwestyę żydowską w ogóle i na asymilacyę w szczególe nie występowała wyraźnie, toczyła się po cichu. Nie mogła wypłynąć na publicznych zebraniach, bo ich nie było. Nie ujawniła się w określonych formach na łamach prasy, bo cenzura starannie przeszkadzała wszelkiemu podnoszeniu kwestyi żywotnych. Więc była to jedynie „za­bawa towarzyska”, był to przedmiot pogadanek w małych kółkach, na prywatnych zebraniach. Ale prochy były przy­gotowane — jedna iskra mogła je zapalić i sprawić wybuch. I rzeczywiście taka iskra padła w formie… recenzyj muzycz­nej. Prawie wierzyć się nie chce, aby z takiej drobnostki mogła powstać wielka „wojna żydowska”. A jednak po­wstała. Starcie było tak silne, ze całe prawie społeczeństwo podzieliło się na dwa obozy. Rzecz oparła się o sądy, o za­mek królewski, o Petersburg, znalazła swój rozgłos w prasie zagranicznej…

Zanim jednak przyjdzie opowiedzieć tę „wojnę”, należy jeszcze raz stwierdzić, i to nie czczem słowem, lecz dowo­dami, że prochy były przygotowane. Inaczej drobna iskra byłaby zagsła…

„Wojnę” poprzedziła „partyzantka”— zanim przyszło do walnej bitwy, odbywały się drobne utarczki. A że były interesujące, że dają wcale dobry obraz ówczesnych zapatry­wań na sprawę żydowską w naszym kraju, więc należy się im wspomnienie i przypomnienie.

II

Dążność do uprzemysłowienia i ekonomicznego podnie­sienia kraju znalazła w naszem społeczeństwie licznych prze­ciwników. ludzie, przesadnie troskliwi o nieskazitelność du­cha narodowego, czuli wstręt do naśladowania cywilizacyi zachodniej, coraz bardziej opierającej się na gromadzeniu zasobów materyalnych. Według nich, dążność do bogacenia się musiała doprowadzić do obniżenia pojęć etycznych, do upadku, ducha. Pogoń za złotem spaczy sumienia, odbije się ujemnie na życiu rodzinnem, wystudzi zapał, wykopie grób ideałom. Każdy naród ma inne posłannictwo, inne tradycye, żyje w odmiennych warunkach bytu, więc też powinien pie­lęgnować swą odrębność, szukać właściwych sobie środków do utrzymania i rozwoju swych sił dla zdobycia lepszej przy­szłości… Precz więc z materyalizmem, ciągnącym do nas z Zachodu! Owo „precz z materyalizmem” musiało się po­średnio łączyć z niechęcią do Żydów, którzy byli u nas, je­żeli nie pionierami, to w każdym razie wybitnymi przedsta­wicielami tego kierunku.

Zapatrywaniom tym w literaturze dał najsilniejszy u nas wyraz Kraszewski. Był to umysł zbyt wrażliwy, aby nie po­dzielał o baw, Wyrosłych bądź co bądź na gruncie zacnym i szlachetnym, bo na gruncie uczucia i szczerego patryotyzmu. Zwolennik przewagi ducha nad materyą, nie umiał się po­godzić z nowym prądem z nowa „chorobą”. Jego zmysł krytyczny łatwiej dostrzegał objawy ujemne, niż dodatnie, więc z obowiązku strażnika czystości ducha narodowego ostrzegał przed grożącem niebezpieczeństwem.

Już w „Dwóch światach”, powieści napisanej w r. 1854,widział, jak „na zwaliskach zamczyska dymi komin cukrowarni lub gorzelni… potomkowie hetmanów warzą syropy і pędzą truciznę… Posłannictwem ich, misyą, kuć pieniądz, by go używać bezmyślnie… kopać grób sobie i rodzinie. Gdzie są dziś panowie i czem się różnią od bogatych Żydów i ban­kierów?” W „Abrakadabrze“, utworze, wydanym w r.1855,  pytał: „Co po nas zostanie? — alkaloidy i banknoty, dwudziestu czterech ekonomistów, formułujących społeczną zasadę bytu, trochę szkła, trochę drutu i żelaziwa, dużo rdzy i kwita“.

Najwyraźniej jednak przemówił w „Chorobach wieku“, powieści, drukowanej w r. 1856 w odcinku Kroniki wia­domości krajowych i zagranicznych, redagowanej przez Juliana Bartoszewicza. „Niech mi nikt nie dowodzi — pisał Kra­szewski, — że można być najlepszym gospodarzem, agrono­mem, spekulantem, przemysłowcem i najczulszym i najpoetyczniejszym z ludzi. To są podobno żywioły, które z sobą w parze nigdy chodzić nie będą. Przerobi się świat na wielki kantor gospodarsko-industrialno-komercyjny, ludzie na komi­santów, książki na rejestra, życie na rachubę podwójną przez habet i debet i… komuś z tem będzie dobrze… Powiadają, że tak już jest wszędzie u rozumniejszych ludzi na Zachodzie… czas więc i nam zostać ludźmi rozsądnymi, zimnymi, praktycz­nymi… Naówczas niktby nic od nikogo nie potrzebował, uczu­cie nie przydałoby się na nic, bo na wszystkie wypadki sto­warzyszenia i asekuracya musiałyby wystarczyć… ziemia sta­łaby się domem pracy… klasztorem bez religii i wiary… ro­dzajem falansteru czy fabryki. Nie! to coś okropnego! ten ich świat naszym być nie może… czegoś więcej trzeba człowie­kowi nad strawę bydlęcia i grosz żydowski”. Kraszewski nie był przeciwnikiem dobrobytu materyalnego, ale nie widział, aby cywilizacya przeprowadzała granicę między „rozumną zapobiegliwością i postępem rozsądnym” a „szałem handlarskim, spekulacyjnym i zupełnem zmateryalizowaniem”. Na takie ustalenie granicy któżby się nie zgodził, ale autor „Chorób wieku” sam nie umiał postawić granicy swym zarzu­tom, skierowanym przeciw „dzisiejszej cywilizacyi”. Uważał ją za wyłącznie „materyalną”—i „dlatego niema w jej łonie ani bohaterów i istotnie wielkich ludzi, ani wielkich prawd zasadniczych… Wszystko maluczkie i praktyczne… Każdy kraj pilnuje tylko materyalnego postępu, ulepsza pługi, bu­duje fabryki, zapobiega materyalnej nędzy, a gotuje daleko straszniejszą — duchową,.. Wśród kolei, fabryk, nagroma­dzonych bogactw, ludność zbestwiona i wynędzniała, ogłu­piona, bez kawałka chleba często, lub w dostatku a bez czucia i myśli, wystawia najstraszniejszy kontrast bogactwa materyalnego i nędzy moralnej, odrętwiałości i zestarzenia stra­szliwego. Nigdzie jeszcze równolegle postęp materyalny nie sprowadził za sobą rozwinienia i spotęgowania moralnego — chleb będzie, ale serc nie stanie… A nam najpilniej naśla­dować tych, których charakter, losy, posłannictwo cale od naszych są różne… Po co my z Zachodem szaleć mamy… Błędy innych przegniłych narodów ani nas zadziwiają, ani smucą… ale szczepić sobie zarazę dobrowolnie, uporczywie, ochotnie, z zapałem… to nierozumnie i nie postępowo… Na­sze małpiarstwo na tak potężną skalę — to upadek moralny niepodźwigniony, przetworzenie nas na istoty bez charakteru, bez znaczenia. Zyszcze kraj na gospodarstwie i przemyśle, ale my dla tej odrobiny zarobku wyrzeczeni się siebie i za lat sto nikt nas od Żydów, od Niemców i od całej rzeszy ( handlarskiej kosmopolitów nie pozna!”…

Trudno zaprzeczyć, że w tej apostrofie przeciw groszoróbstwu było sporo –słuszności, ale i wiele przesady. Obawa zaszczepienia się u nas zgnilizny Zachodu kazała Kraszew­skiemu zamknąć oczy na to, co ten Zachód dobrego i pię­knego ze swego ducha wysnuwał. A właśnie, pomijając już literaturę, sztukę, wreszcie postęp na każdem polu, Zachód ten wówczas podnosił, a po części urzeczywistniał hasła wolności ludów. Już to samo musiało nas ciągnąć do niego, choćbyśmy zapomnieli o stosunkach, które go nas z nim łą­czyły, o wspólnej historyi, o skarbach oświaty i wiedzy, które z niego czerpaliśmy. Jednostronność poglądów znakomitego pisarza nie liczyła się ani z ewolucyą stosunków społecznych, ani z prądem, ogarniającym całą Europę, wobec którego ci, co poza nimi stać chcieli, odtrącając czerpanie z nowych, potężnych źródeł dobrobytu, skazywali się dobrowolnie na zastój ekonomiczny, zły jak każdy zastój w ogóle, a tem gor­szy dla narodu zgnębionego, miotanego burzami losów, który tylko w rozwoju ducha i sił materyalnych mógł znaleźć mo­żność utrzymania się na powierzchni i doczekania się lepszych warunków bytu. Ta jednostronność tem więcej zadziwiać musiała, że jeżeli gdzie, to u nas, przemysł i handel stał na tak niskim jeszcze stopniu, iż zawcześnie było łamać ręce nad nieszczęściami, które miał sprowadzić.

To też „Choroby wieku” wywołały sprzeczne sądy: Kraszewski otrzymywał gorące pochwały i równie gorące protesty. Z pomiędzy takich protestów wyróżnił się list Hen­ryka Toeplitza, bankiera warszawskiego, którego jednak mniej obchodziły sprawy finansowe, niż literatura i sztuka, a zwła­szcza muzyka. Właśnie w tym czasie otrzymał list od Kra­szewskiego z podziękowaniem za „szczere przyjęcie” młodego wiolonczelisty Meyera; więc skorzystał ze sposobności, aby wytoczyć swe żale z powodu „Chorób wieku”. „Pan jako człowiek — pisał do Kraszewskiego — dajesz przykład, czem być powinien ten, którego Bóg namaścił dla oświaty i objaśnienia współbraci”. Z tem większą boleścią czytał „Choroby wieku”, w których widział „nieszczęśliwe tendencye” i jakby „zachętę dla próżniaków”. Prosił przeto Kra­szewskiego, aby przyjął od niego kilka uwag, pochodzących od „bezstronnego” człowieka. List składał się z dwu części: pierwsza była polemiką o pojęcie materyalizmu, druga obroną Żydów.

„Nie wiem, co społeczeństwo na tem zyskuje — pisał Toeplitz, — że ludzie pełni oświaty, na czele oświaty stojący, równie jak pospólstwo, imieniem Żyda oznaczają wady szachrajstwa i przewrotności. Pospólstwo żydowskie pod na­zwą chrześcijan pojmuje „ograniczonego”, Żyd wykształcony niezawodnie w tym znaczeniu słowa chrześcijanin nie użyje…

„Drogi Panie, wcale a wcale Żydów nie znasz. Rzuceni obłędnym prześladowaniem chrześcian na drogę czysto handlo­wą, w walce ciągłej o istnienie, o życie, o wolność, prawie oddychania tym samym powietrzem, wyrobili w sobie tę przebiegłość, która jest bronią słabych. Przecież takowa w wal­kach do dziś dnia jest dozwolonym, często podziwianym środ­kiem.

„Dopóki Izrael był narodem, historya jego jest „historyą sumienia, ciągłą nauką moralną w przykładach, gdzie dobre nagradzanym, a złe okropne skutki za sobą pociąga”. Wiel­kość i prawda tej historyi zrobiły z niej Księgę Światów, z której największy przyjaciel ludzkości czerpał swe natchnie­nia. Dziś jeszcze, jeżeli wejdziesz, drogi Panie, z duszą nie cierpką, nie chcącą karać za przestępstwo, dwa tysiące lat temu spełnione, które do dziś dnia mimo nauki Chrystusa ciągle się powtarza, gdyż do dziś dnia apostołowie prawdy są denuncyowani i krzyżowani bez wpływu Żydów, — jeżeli wejrzysz, powiem, w życie Żydów jako współbraci — okiem przyjaciela, jak przystoi na twój duch i twoje serce, znaj­dziesz w nich cudowne, wielkie cnoty, nietylko praktyczność.

„Znajdziesz przywiązanie wielkie i prawdziwe, dobro­czynność, wdzięczność—trzeźwość—duchowość, chęć nauki— miłość do poezyi — czułość familijną, litość — jednym słowem znajdziesz wielu, bardzo wielu lepszych Ewangelii ucz­niów, jak tysiące chrześcijan, uczących się tejże nauki.

„Jeżeli w opisach krajowych karcisz szachrajskiego karczmarza lub faktora, Żyd z tobą śmiać się będzie—gdyż przy­wary niewykształconych Żydów są nam równite przykre, ale z boleścią widziemy malowane bez żadnego celu same tylko ujemne Żyda strony. Bez celu — gdyż ten, biedak nie czyta, a dla chrześcijan jest to podniecanie i tak smutnych przesą­dów, wiodących do prześladowanin i ucisków.

„Czyż rola podniecającego nienawiść i wzgardę jest go­dziwa dla poety, dla ucznia Chrystusa? Tysiącoletnia trage­dya mąk ludu Izraela, największa może tragedya w historyi, powinna inaczej natchnąć poetę. Byron czul boleści szczepu Izraela, Mickiewicz znalazł typ szlachetny w Janklu. Panie, wierz, podle strony są wpływem ucisku i ciemięstwa, w obro­nie bez możności zwycięstwa w nierównej walce.

„Wpływaj przemożnym twym piórem w inny sposób. Niech cywilizacya przypuści Żydów do swego łona, niech nie zamyka szkół i wrót dla jakiegokolwiek stanu, niech ich nie wyłącza od grosza zbieranego dla biednych a ich jest ogromna ilość, dwie trzecie najmniej ludności—wtedy zginą stany odróżniające ich, znajdzie się miłość Kraju, będzie on bratem, ale czyż jest podobieństwo wymagać braterstwa wtedy, kiedy szyderstwo, prześladowanie i deptanie honoru czynem i sło­wem na chwilę nie ustaje.

„A jeżeli mimo tego znajdziesz Żydów kochających kraj, wspierających bez różnicy wiary każdą dążność postępową, czyż nie godzi się przyznać im pewnej zasługi i prawdziwego pojęcia żądań Chrystusa—tak trudnych do wprowadzenia w czyn — ażeby chlebem za rzucony kamień odpłacać.

„Zdaje mi się, szanowny Panie, że w obu kwestyach, które dotknąć pozwoliłem sobie, odbijają się krańcowe poję­cia, które wielu w naszej literaturze z tobą, Panie, dzieli. W jednej jest chrześcijanizm nadludzki, w drugiej nieludzki— a wieki czekają na prawdziwe pojęcie chęci Chrystusa, na ludzki chrześcijanizm.

„Przyjm, szanowny Panie, dobrym sercem te uwagi, które musiałem Ci napisać — są one wypływem konieczno­ści, piszę je bez zarozumiałości i pretensyi, z duszą pełną mi­łości dla kraju i postępu. Przebacz mą śmiałość, jeżeli znaj­dziesz me pojęcia błędne, nie wątp, że są rzetelne i że nie byłbym pisał do Ciebie, gdybym nie sądził, żeś godnym i szlachętnym, i nie liczył na to, że głos przeciwnej tobie opinii przyjmiesz pod rozwagę”. (List z dn. 15 października 1856 r.)

List powyższy dowodzi, jak głęboko odczuwali Żydzi asymilatorzy każde słowo nieprzyjazne ich współwyznawcom. Dowodzi również, że trwała już cicha walka między przedstawicielami odmiennych opinii na kwestyę żydowska,. Tajone niechęci znajdowały ujście w formie jeszcze łagodnej, która wkrótce ostrej miała ustąpić.

Co Kraszewski odpowiedział—nie wiemy, wiemy tylko, że z Toeplitzem prowadził dalej korespondencyę, że Toeplitz otrzymał od niego w r. 1856 jakiś list „szczery i przyjazny”, że wreszcie w dwa lata później zawiązały się między nimi blizkie osobiste stosunki1. Kraszewski nie zmienił swych poglądów na „postęp materyalny”, tylko je nieco utemperował. „Wierząc w to, że Bóg wszystko zsyła opatrznie — pi­sał w jednym z listów do Gazety Warszawskiej — i że ruch ku materyalnemu postępowi nie może być sam sobie celem, ale jest niepojętym jeszcze dla nas środkiem ku odrodzeniu społeczeństwa, może przez krwawy trud nowy prowadzącym ku lepszemu, schylamy głowę w pokorze przed faktem speł­nionym, choć trudno nam nad nim nie ubolewać”. Z przy­krością też stwierdzał zmianę nastroju. „Ogół czci złotego cielca czynem, choć wiarę Chrystusa wyznaje słowem gorli­wie i za nią przemawia głośno”. Społeczeństwo bądź co bądź dąży do tego, aby obyć się bez Boga. Ideałem jego „najwy­godniejsze życie”. Zachód „nawet Ewangelii używa dla przetorowania dróg handlowi — gdzie zajrzysz handel i grosze. Na odpustach paryskich, przy cudownych obrazach i reli­kwiach, sprzedają ogłoszenia i prospekty… Powoli przecho­dzi to i do nas — „idziemy w ślad jak barany Panurga. Smutna to epoka! „Może zresztą my się zestarzali, może jesteśmy ślepi… ale pokochać ją trudno”. Wprawdzie kwitnie na Zachodzie i filantropia, rzucają tam ogryzki dla zgłodnia­łej rzeszy, ale „pobudką tego miłosierdzia nie chrześcijańskie uczucie, ale czysto żydowska rachuba… Jest to Rotschild, okupujący się rewolucyi lutowej ze strachu o swoją skórę”. Upada literatura, ginie poezya… „Jedynym panem zarobek… Wszystko przesiąka tą dążnością materyalizmu, malowaną

1) W listach Toeplitza z r. 1857 są wiadomości o wspomnianym wyżej Majerze, któremu słynny Lipiński przepowiadał świetną przy­szłość; niestety, choroba piersiowa wkrótce położyła kres jego życiu. Sprawy żydowskiej Toeplitz już nie poruszał — pisał przeważnie o muzyce.

pięknie, a w rzeczy zgubną… wszystko, aż do literatury, w której się mnożą książki użyteczne, ale brak natchnionych…”

Słowa te pisał Kraszewski 12 czerwca 1857„w wigilię zapowiedzianego skończenia świata”.

I w innych artykułach Kraszewskiego z tej epoki nie brak podobnych biadań nad zwycięskim pochodem „postępu materyalnego”. Pisząc o podróżach za granicą, wspomina, że wartość ich, jako środka kształcącego umysł, obniżyła ko­lej żelazna, „wyborna dla towarów i dla bydła, ale nie dla człowieka”… „Kolej i telegraf jednej łzy, jednego, wykrzyku z głębi duszy nie zapłacą… Sto ich (ludzi Zachodu) wynalazków nie warte są naszego uczucia szczerego, naszych popędów szlachetnych i dziecinnych” (Gaz. Warsz., r. 1857, nr. 272).

Ale nigdzie ten wstręt do Zachodu i „cywilizacyi materyalizmu“, jakiemu wówczas ulegał Kraszewski, nigdzie i niechęć do żydów nie wystąpiła tak jaskrawię, jak w „Metamorfozach”. „U nas — pisał w nich — wszystko żyje przeszłością i jej siłą, tam (za granicą) wszystkiem jest przy­szłość… Śmieszna kto sądzi, że poza granicami naszemi są jeszcze jakieś narodowości, indywidualne charaktery ludzi; tam epoka narodowości już przeszła, jedni Słowianie w nią wierzą i piastują tę świętą ideę starą… Francuz, Anglik, Nie­miec, Włoch jeden mają cel żywota… jedną ideę, ojczyznę, religię, wiarę—grosz… Obrzydliwość uczułem dla tego tłumu nawróconego przez Izraela na wiarę żydowską i życie żydow­skie. Spełniły się przepowiednie—przyszło królestwo Izraela i bankier stał się panem świata… Jedno jest tylko, co ten świat wielki rozdziela na dwa olbrzymie pokolenia… jedno jak Żyd w dorobku skąpi obrzydliwie i brudno, drugie jak Żyd bogaty nadyma się, używa, zbytkuje… Cóż zrobisz z Ewangelią wśród tego żydostwa? Chrystusa ukrzyżowaliby raz drugi, gdyby to mogło podnieść kurs papierów na gieł­dzie… W naszym kraju, przy mnóstwie wad, są jeszcze niestrwonione zapasy… jest z czego budować na jutro; tam wszystko zabite i wyczerpane. U nas nie czczem słowem bra­terstwo… tam już o nie nie pytaj. O gdybyśmy nasze skarby znali i cenić umieli, jakby dla nas ta ułudna cywilizacya materyalizmu nic uroczego nie miała! jakbyśmy jasno w niej ujrzeli ziarno grzechu i pochodzenie pogańskie! Ale wielu z nas powraca zachwyconych geometrycznym ładem Europy, przemysłem dokazującym cudów, suchemi zjawiskami rozumu żydowskiego, a nie widzi, że u nas, nie tara, jest życie jutra, że u nas siły jeszcze, gdy tam starość niedołężna11… („Me­tamorfozy”, t. III, str. 17—20).

III.

„Metamorfozy” drukowane były w r.1858, w od­cinku Gazety Warszawskiej, pisma, które już od dłuższego czasu nie wprost, ale ubocznie występowało przeciw Żydom. Kierunek ten wzmocnił się zwłaszcza w końcu r. 1857, kiedy cenzura zaczęła być nieco liberalniejsza i pozwalała poruszać sprawy społeczne.

I tak np., w n-rze 295 z r. 1857, z powodu upadku „Do­datku” do Czasu, nieznany autor biadał nad Galicyą, że musi prowadzić walkę z „lecącą z Jerozolimy lawiną spekulantów, plujących na naszego ducha, ziemię, majątek”, w n-rze 301 znajdujemy znów notatkę statystyczną o miastach Królestwa, zamieniających się „w prawdziwie żydowskie”. Na 4696919 ludności Królestwa było Żydów 571421. W ciągu 40 lat ludność żydowska wzrosła o 169%, kiedy ludność innych wy­znań tylko o 72% — czyli że w ciągu 28 lat podwaja się lu­dność żydowska, kiedy ludność chrześcijańska potrzebuje do podwojenia się lat 60. W Warszawie ten stosunek jest jeszcze wydatniejszy, a w 56 miastach Królestwa Żydzi stanowią cztery piąte mieszkańców. Na milion ludności Żydów obwi­nionych o przestępstwa jest 22516, a ludzi innych wyznań tylko 14997; w domach kary osadzono na milion ludności Żydów 933, chrześcijan 895.

W felietonie tygodniowym nr-u 315 Gazety Wiktor Kamionowski, piszący pod znakiem kwadratu (O), wspominając o przesileniu finansowem i stagnacyi handlowej, które do­tknęły wówczas Warszawę, ubolewał nad biedakami, szuka­jącymi ratunku w lombardach, którzy „wpadali w szpony wysysającej wszystko szarańczy ulicznej faktorów”.

Owo „przesilenie bolesne” wywołało też szersze uwagi Józefa Keniga, piszącego pod znakiem kreski (—). „Łatwo żyć szumnie — pisał, — obracając milionami drugich, zacho­wując zysk dla siebie, a straty dla pożyczających… gdy pry­śnie bańka mydlana, łatwowierni tracą majątek, a spekulanci więcej jeszcze, bo honor i uczciwe imię, jeżeli je kiedy mieli… Znane aż nadto plemię lichwiarzy, tuczące się nieszczęściem, wysysające ostatni grosz z pracowitej ręki, nurtujące spokój i szczęście familii, z radością patrzy na to ogólne zubożenie. Dla tych wampirów prawdziwe otwiera się żniwo… dobiją się honorowej pozycyi i doczytają się w kuryerku ogłoszenia, że „jako uzdatnieni w zawodzie czysto handlowym, łatwo wy­wiązać się mogą z obowiązków”… Wspominał dalej Kenig, że kilku lichwiarzy, „co jak szatany” porywali w swe szpony majątek biedaków, „odbywa rekolekcye”. Żałują pewno, że w tej korzystnej epoce „nie mogą rozwinąć długiem doświad­czeniem nabytej biegłości w interesach” 1).

W tydzień później (№ 331) ukazał się w Gazecie ar­tykuł o obecnym upadku kredytu i handlu. Autor jego (pod­pis P—g W…a) ostro wystąpił przeciw spekulantom giełdo­wym, którzy zaczęli od pożyczania małych sumek urzędnikom i rzemieślnikom, potem zarzucili sidła na marnotrawną mło­dzież, a wkrótce jeździli już karetami, otwierali salony i pu­ścili się na większe zagraniczne spekulacye giełdowe. Na ich obrotach i stratach może bardzo ucierpieć ogólne bogactwo kraju i kredyt w kolebce będący. Jeżeli rolnik potrzebuje kapitału na użyteczne przedsięwzięcie, to otrzyma od nich „od­mowną i szydercza odpowiedź”. Kraj nasz — dowodził au­tor — jest rolniczy, więc też powinniśmy przedewszystkiem rozwijać przemysł rolniczy, popierać dobrobyt włościan, za­jąć się podniesieniem mieszczaństwa na prowincyi. Starajmy się „pół miliona żydostwa oderwać od brudnych frymarków, bezowocnie trawiących źródła bogactwa krajowego”…

Podobnego rodzaju artykuły, uwagi i wzmianki, ukazu­jące się na łamach Gazety Warszawskiej, nie podobały się zarówno Żydom, jak i zwolennikom asymilacyi. Z obu tych stron spotykały Gazetą zarzuty, że „dla chwilowej popular­ności schlebia niesłusznym przesądom, okrywając bezustan­nie Żydów szyderstwem i sarkazmami”, wskutek czego, „za­miast rozsiewać miłość i zgodę, jątrzy zadawnione rany i obu­dzą nienawiść. Felietonista Gazety (kwadrat) postanowił zatem zarzuty te odeprzeć i wyjaśnić stanowisko redakcyi.

„Gdybyśmy jątrzyli i obudzali nienawiść — pisał, — byłby to grzech ciężki wobec Boga i kraju. Nie przyznajemy

1) Aluzya do reklam Kury er a Warszawskiego. Właśnie w № 317 Kuryer donosił, że „p. Salomon Hantower, kupiec 2 gildyi, udał się za granicę, dla zawarcia z tamecznymi domami handlowych stosunków11 w celu utworzenia w Warszawie kantoru ekspedycyjnego. „Spodzie­wamy się — pisał Kuryer, — że długoletnie doświadczenie w zawodzie czysto handlowym i przykład, dany mu przez ojca, posłuży panu Salo­monowi do łatwego wywiązania się z tego obowiązku11.

się do tego wcale. Zarówno z najgorliwszymi obrońcami tego plemienia bolejemy sercem nad tym upadkiem i radzibyśmy całą duszą podźwignąć ich, ale… zanim to będzie możebne, należy pomyśleć, jak złe usunąć, jak zniszczyć przesądy, a po­tem dopiero w imię prawdy i miłości żądać zupełnego zje­dnoczenia. Obowiązek tej poprawy społecznej cięży natural­nie tych, którzy, zachowując wspólną wiarę, zdobyli już wyż­sze stanowisko ukształceniem, dostatkiem i wyszlachetnieniem pojęć. Obowiązek to trudny, praca ogromna i ciężka, ale i nagroda nie mniejsza. Obie strony złożą się na wieniec dziękczynny dla pierwszych, co się jej szczerze podejmą, którzy czynem i przykładem pomogą do podniesienia moralnej wartości jednych, do zniszczenia uprzedzenia w drugich. Całą sympatyą serca i głosu naszego pomożemy poczciwym za­miarom: pierwsi schylimy czoło przed prawą zasługą, jak tylko dojrzymy, że się ona wspiera nie na czczych dowodzeniach, i rozprawach, ale na czynach, zapewniających cel pożądany.

„Wszakże, zanim się ten cel osiągnie — pisał dalej fe­lietonista, — niech nam wybaczą, że zmuszeni będziemy dla własnego ich dobra nieraz powiedzieć im gorzkie słowa pra­wdy. Odwołujemy się do sumienia ludzi zacnych i myślą­cych, czy inaczej postępować można. Taić złe byłożby spra­wiedliwie? zapewniałożby którejkolwiek stronie istotny po­żytek?… Niech tylko obie strony, i ta co ma walczyć bronią miłości i zachęty, i ta, co podejmie niewdzięczną broń kar­cenia, idą właściwą każdej drogą, z myślą poczciwą i szczerą, a zejdą się obie u wspólnego celu i złączą się wspólnym wę­złem szacunku i zgody. Nie naszem zadaniem jest wyjaśniać powody upadku moralności Żydów w naszym kraju, wykazy­wać źródła niechęci do tego plemienia; wyznajemy przecież chętnie, że bez wyjaśnienia tych kwestyi w sposób bezstronny i sumienny trudno będzie zyskać stałą podstawę, na której możnaby opierać logiczne wnioski względem przyszłości i usunąć złe stanowczo z jednej i drugiej strony, nagroma­dzone wiekami. Nie wątpimy, że materyały do tej ważnej pracy znalazłyby się obfite i ciekawe; że nie zbraknie na lu­dziach z nauką i sercem, którzyby się podjęli tego trudu; ufamy wreszcie, że ci, których ta kwestya najbardziej obcho­dzi, przyniosą z ochotą wszelką pomoc materyalną, zdolną ułatwić poszukiwanie źródeł i ułożenie całości; chodzi tylko o pierwszą zachętę, o pierwszą inicjatywę pomysłu, o szczerą chęć wyświecenia prawdy, bez względu czy ta prawda będzie gorzka lub pochlebna, a w niedługim czasie ujrzymy dzieło, stanowczo rozstrzygające wszelkie sprzeczki, które dotąd wi­jąc się jak w zaklętem kole, krażą około prawdy, a nigdy jej jądra dosięgnąć nie mogą. Cokolwiek się zrobi dla tej ważnej myśli, a zrobi z przekonania, posłuży ku zbudowaniu nieśmiertelnej arki powszechnej zgody. Niech więc każdy znosi cegiełkę w miarę swej siły, niech pamięta na rzymskie zdanie: Nulla dies sine linea,( ) ani dnia bez kreski (tj. bez posunięcia choć odrobinę naprzód pracy twórczej)[1]–  Red.) a z tych okruszyn pojedynczych usiłowań, z tych myśli na pozór sprzecznych, złoży się całość gmachu, zapewniającego powszechny pożytek. Wiemy, że niełatwo zniszczyć kąkol przesądu, ale wiemy także, że niema niepodobieństwa spełnienia poczciwej myśli, jak tylko ku niej wiedzie miłość prawdy, widok ogólnego dobra, szczerość i wytrwałość(G.W., r. 1858, nr. 71.)

Pokojowy ton tego felietonu wywołał dobre wrażenie. Dowodem tego był „artykuł nadesłany”, zamieszczony w n-rze 77 Gazety.

„Pierwszy raz — pisał jego autor (M.) — spotyka się znieważana ciągle ludność żydowska naszego kraju z odwo­łaniem się do miłości chrześcijańskiej”. Pośpiesza więc z od­powiedzią „na te kilka słów dobrej chęci”, licząc na przy­rzeczoną całą sympatyę serca i głosu Gazety. Przyznaje, że podzielał w zupełności zarzuty Gazecie czynione, z przyje­mnością jednak chce wierzyć, iż w dotychczasowych artyku­łach felietonista miał na widoku jedynie „poprawę wad i kar­cenie błędów ludności żydowskiej”. „Sposób atoli — pisze M. dalej,—w jaki dotychczas przedmiot ten traktował, i środki, jakie nadal ku temu celowi obierać zamyśla, nie zdają się dobrze wróżyć jego zamiarom. Złem to zawsze będzie chcieć wytykać i wyszydzać wady i przywary mniej lub więcej licz­nych pojedynczych osób, zrzucając za nie odpowiedzialność na całą ludność jednego wyznania, a to tem bardziej, że wła­śnie na tych, dla których poprawy lub skarcenia autor (O) podejmuje tyle pracy, słowa jego pozostają bez wpływu, z tej przyczyny, że jak wogóle lud prosty, tak i oni czytać nie umieją. Artykuły takie równie są bezowocne, jak byłyby płonne w Gazecie artykuły, mające poprawić chłopa z nałogu pijaństwa”.

Również nie zgadzał się M. na złożenie całego ciężaru poprawy Żydów na ich wykształceńszych współwyznawców. „Gdyby autor — dowodził — bliżej był obeznany z mozolną pracą i usiłowaniami małej garstki oświeceńszych Żydów, w tym celu podejmowanemi, gdyby znał ich starania koło rozpowszechnienia języka polskiego, koło urządzenia i pod­ niesienia szkółek elementarnych, gdyby znał postęp, jaki się w wychowaniu młodzieży z najniższych klas ludności żydow­skiej ciągle objawia, gdyby wiedział o gotowości, jaką ma­jętniejsi Żydzi okazują w podaniu pomocy każdemu pojawia­jącemu się talentowi lub zdolności w sztukach lub naukach, musiałby przyznać, że czynność prywatna działa tu wedle swej możności, i że jeżeli działania jej nie są skuteczniejsze, to i przy najlepszych chęciach na raz wszystkiego zrobić nie można.

„Poprawa Żydów i wyrobienie ich na użytecznych oby­wateli kraju mniej jest kwestyą wyłącznie żydowską, jak kwestyą ekonomiczno-polityczną, kraj cały obchodzącą. Ciało społeczne nie może wyleczyć się z tej choroby, jak tylko reakcyą zdrowej swojej części, a środki ku temu znajdą się niezawodnie, lecz muszą się inaczej objawiać, jak w utyski­waniach i sarkazmach. Kwestya żydowska wymaga badań, pracy i czynu. Ręczyć możemy, że wykształceńsi Izraelici całą duszą przyłożą się do wspólnych usiłowań.

„Tak długo, jak kwestya krajowców wyznania mojżeszowego za narodową uważana nie będzie, nie znajdzie ona odpowiedniego rozwiązania. Nie mamy zbytku rąk, ni sił umysłowych; niechaj chrześcijanie nie wstydzą się połączyć swe siły z odznaczającemi się indywiduami wyznania mojżeszowego; wielka ich religia nie wyłącza żadnej z zasad mo­ralności”.

Autor artykułu nadesłanego kończył wyrażeniem prze­konania, że „zadaniem dziennikarstwa jest: skierowanie opi­nii publicznej na inną drogę postępowania, gdyż dotychcza­sowa, jak kilkowiekowe doświadczenie dowiodło, prowadzi do coraz większego pogrążenia w ciemności i do odosobnie­nia Żydów od spółdziałania dla dobra publicznego”.

Felietonista Gazety nie dał za wygraną. Z „artykułu nadesłanego” — mówił — dadzą się wyprowadzić dwa wnio­ski: 1) że o wadach i złych skłonnościach żydowskiej rasy najlepiej nic nie mówić; 2) że o ich poprawę starać się po­winni wszyscy mieszkańcy kraju, przez wzgląd na własne dobro i na sumienny obowiązek.

„Na oba te wnioski możnaby, a nawet należałoby, bar­dzo wiele powiedzieć. Niestety! sprawozdawcze ramy są za szczupłe na tego rodzaju rozprawy. Nam wolno traktować rzecz tę ważną tylko częściowo, niejako podjazdem, i dlatego gorąco wzywaliśmy ludzi dobrej i uczciwej myśli, aby zajęli się rozwikłaniem tego zadania na innem, odpowiedniejszem polu. Przemilczeć zarzutów jednak nie możem. Obowiązuje nas do odpowiedzi prawda i szczerość poślubionej zasady i wyraźnie godny poszanowania pogląd naszych przeciwników.

„…Grzechem byłoby taić milczeniem wady i błędy ple­mienia, uwydatnione od tak dawnych czasów. Tylko jawne wykrycie złego może zapewnić, że nawet błądzący zmuszeni będą uznać swą winę i zastosować się do praw i wymagań ogółu. Kto uznaje za obowiązek pokryć złe tajemnicą, ten traci prawo mówienia o poprawie. Kto tai złe usposobienia i czyny, jest jak ogrodnik, któryby lękał się wypleniać chwa­sty, aby nie zaszkodzić pożytecznej roślinie”.

Dalej zastrzegał się felietonista, że wytykał „wady osobistości, które nie powinny dotykać ludności jednego wyznania. Wady, które karcimy od czasu do czasu, są wadami całego plemienia. Mniejsza o ich źródło i powody, zdolne usprawiedliwić historyczny ich początek. Fakt jest niezaprzeczony, że niechęć do żydowskiej ludności wspiera się na błę­dach, wszystkim Żydom wspólnych, że szlachetniejsi i oświe­ceni wyznawcy tej religii stanowią, niestety! bardzo szczupły wyjątek, który własną zasługą i wartością potrafił już sobie wyrobić zupełnie inne uznanie. Zapewne! głos ostrej krytyki nie dojdzie wprost do uszu, dla których jest przeznaczony, ale zwróci uwagę mających prawo przemówić sercem i głową do swoich współwyznawców. Głos taki stanie się niejako ekscytarzem, przypominającym obowiązek czuwania i pracy. Posłuży za wskazówkę, oznaczającą, jak dalece wykształciła się moralność jednych, a znikły uprzedzenia drugich. Jawne a uczciwe na tem polu działanie dla obu stron równe zape­wnia korzyści. My nie zaprzeczamy postępu — każden objaw poprawy, zlania się z zasadami ogólnych pojęć i moralności, przyjmiemy chętnie i popierać będziemy z przekonaniem, ale… pragniemy zawsze i wszędzie… szczerości.

„Właśnie główny powód nieporozumień polega na tem, że Żydów ciemnych i ubogich odpychano ze wzgardą, nie zadając sobie pracy wytłumaczenia im, czem na takie zasłu­żyli postępowanie—bogatszych zaś i oświecienszych odurzano interesownem milczeniem. Naturalnym tego skutkiem było wzrastanie złego w miarę wzrastania ludności żydowskiej, a jednocześnie coraz silniejsze zakorzenianie się nienawist­nych uprzedzeń. Nikt nie miał ani odwagi, ani siły wystą­pić z głosem prawdy, przykrej dla stron obu, a zawsze nie­korzystnej dla tego, któryby ją podnieść się ośmielił. Więc z milczenia złe się rozrosło i zagnieździło. Więc nie wolno  milczeć tym, co wierzą w postęp i zwycięstwo prawdy nad fałszem, miłości nad uprzedzeniem. Każden ze swego stano­wiska powinien otwarcie mówić co widzi i pojmuje—w imie­niu prawdy domagać się sprawiedliwości, z wiarą i rezygnacyą poświęcać się dla wspólnego dobra, a wszystko to zyskać można nie na drodze grzecznych ustąpień i przemilczeń, ale na gładkiej, choć twardej drodze rzetelności i otwar­tości !”…

Po tych bardzo spokojnych, w przyzwoitym tonie trzy­manych wyjaśnieniach, nastąpiła chwilowe zawieszenie broni na szpaltach Gazety Warszawskiej. Ale w cztery miesiące później stoczono na innym placu boju utarczkę znacznie więk­szą i nierównie ostrzejszą, może dlatego większą i ostrzejszą, że odbyła się na obcym gruncie, nie krępowana ani miejsco­wymi stosunkami, ani zależnością od ołówka cenzorskiego.

IV.

W zeszycie lipcowym (1858 r.) wydawanego w Paryżu demokratycznego Przeglądu rzeczy polskich ukazała się kore­spondencja z Warszawy, w której zaznaczono, iż położenie Królestwa Polskiego „pogarsza jeszcze straszny rak, toczący ciało naszego narodu, to jest rozmnożone w niesłychany spo­sób żydostwo”. Żydzi — pisał autor korespondencyi — sta­nowią ósmą część ludności, tylko w siedmiu miastach nie przenoszą liczby chrześcijan, a „nieznośna ich ruchliwość potraja niemal rzeczywistą cyfrę. Na zebraniach, teatrach, spa­cerach „wszędzie prawie przeważa cyfra Machabejczyków”. Są to wprawdzie równi nam ludzie, ale „trudno przezwycię­żyć odrazy, jaką w nas wzbudza ich niechlujstwo, chciwość i głęboką, zastarzała ku nam nienawiść”. Przebiegłością opla­tali całe społeczeństwo. Szlachta siedzi w ich kieszeni i tylko zakaz nabywania dóbr przez Żydów chroni nas od przymu­sowego na ich rzecz wywłaszczenia połowy naszych majątków. Ci z nich, co rzucili wiarę ojców, dochodzą do najwyższych urzędów i godności, „złączeni zawsze z sobą węzłem kasto­wej solidarności”. Prawnicy wybierają stan obrończy jako najkorzystniejszy i „biorą sprawiedliwość w antrepryzę”. Ka­żdy wielki interes przechodzi przez alembik żydowski, który pochłania znakomity procent. Więc też „kraj cały ubogi, ale u Żydów są pieniądze. My stare naszych ojców łatamy su­knie, oni toną w jedwabiach i błyszczą złotem; my chodzim piechotą, oni w karetach się rozwalają; my żebracy i dzienni robotnicy, oni panowie i biesiadnicy uczt sardanapalowych! Zgroza!”

„Nie zazdrość to mówi przeze mnie — usprawiedliwiał się korespondent, — bo bogactw podstępem, chytrością naby­tych nigdym nikomu nie zazdrościł. Owszem, sądzę, że ten brak zazdrości jest złem w narodzie; możeby on go popchnął do czynu, do współzawodnictwa, a w końcu do zwycięstwa. Tymczasem u nas wszędzie tylko zdrętwienie jakieś dziwne, osłabienie moralne, bezwładność; cała nasza zemsta ogranicza się na żartach, śmiechu, szyderstwie: śmiejemy się, a Żydzi biorą nam mienia, ssą krew naszą jak pijawki i drwią z na­szych żartów! Hańba wieczna, że my we własnej siedzibie daliśmy się okuć przybyszom, niższym liczbą, i dobrowolnie przyjęliśmy i nosimy więzy plemienia, na całej ziemi wzgar­dzonego! We własnym domu jesteśmy niewolnikami, a pejsate Żydy wydają nam rozkazy.

„W dziejach ludzkości wieje teraz jakiś wiatr materyalizmu; przemysł, handel, złoto—to bożyszcza świata. W tym kierunku, widać, biedź musi dziś człowiek — do celów nie­znanych; materyalizm ma być łącznikiem narodów i ogniem, topiącym przesądy i rozdział. W naszym narodzie brak prze­mysłowej i handlarskiej żyły: ani łokieć, ani kwarta nie przy­padają do naszych zdolności; umiemy tylko pałaszem rąbać, prawić na sejmikach i palestrze, łub marzyć górnolotnie. Może dlatego też Izrael rozsiadł się na ziemi naszej, aby nam udzie­lić cząstkę tego, na czem nam zbywa, aby nas popchnąć na drogę wiru dziejowego, dać nam krwi swojej, zrobić kupcami i bankierami. Nie poprzestają oni już teraz na naszych pieniądzach—biorą nam siostry, córki, kochanki—a my, głupcy, synów naszych w Żydów zamieniamy!”…

Korespondencya Przeglądu wywołała natychmiast dwie odpowiedzi. Pierwszą p. t. „Żydzi w Polsce” pomieścił lon­dyński Demokrata Polski w n-rze z d. 31 lipca 1858 r. Autor tej odpowiedzi, Antoni Żabicki, uważał, że potrzeba się pogodzić z faktem zamieszkiwania na ziemiach dwumilionowego żydostwa i skłonić tę warstwę, aby przyłożyła ręki „do wspólnego dzieła narodowego wyzwolenia. Rasa żydowska, we­dług Żabickiego, jest „uposażona hojnie we wszystkie przy­mioty duszy, ducha i charakteru ludzkiego”. Posiada wady, ale te są wynikiem dwudziestu wieków prześladowań, „którychby nie przetrzymał żaden inny naród”. Na tę żywotność złożyły się więc—prócz wad—i cnoty, i „zapewne Opatrz­ność zesłała ich umyślnie na ziemie Polski”, abyśmy w na­szych klęskach mieli żywy przykład, „jak przechowywać tradycye, nie upaść na duchu i przetrwać długie i srogie nie­dole niewoli i uciemiężenia”. Naród żydowski, mimo strasz­nych przejść i „zasklepienia się w konserwatyzmie odrębności, formalizmu, upornego trzymania się litery Zakonu, z którego duch już uleciał”, dostarczy zawsze uczonych i będzie też zdolny wziąć udział w rozwoju naszej oświaty narodowej.

Wprawdzie możemy się pochlubić—twierdził dalej Żabicki, — żeśmy byli dla Żydów łagodniejsi i bardziej ludzcy, niż inni, ale wobec praw boskich i ta łagodność była jeszcze niesprawiedliwością. Pogardzaliśmy Żydami, ciemiężyliśmy ich, więc też mieli prawo nas nienawidzić. W innych kra­jach, gdzie ustały przesądy rasowej, klasowej i religijnej wyż­szości, spotykamy już tylko wyznanie żydowskie, ale nie ka­stę żydowska., „która stała się więcej narodową od samych narodowców”. To się i u nas stanie — zapewniał optymista Żabicki, — gdy demokracya polska zatryumfuje i „po wywal­czeniu niepodległości duch jej zasad wcieli się w konstytucyę narodową. Wstyd, żeśmy przez 80 lat niewoli nie zdołali Żydów przyciągnąć do siebie. Wszak we wspólnem nieszczę­ściu powinni byliśmy połączyć się z nimi duchowo, zawiązać „zbawienne kamractwo”. Trzeba było tylko pozbyć się po­gardy i zastąpić ją litością… Nie odpychajmy Żydów od sie­bie, wyrzucając im wady, za które jest odpowiedzialna tylko „nielitościwa, barbarzyńska, fanatyczna przeszłość”. Że zaj­mują się handlem, to ich do tego zmuszono, niczem innem nie pozwalając się zajmować. Szlachta polska powinna ra­czej „być wdzięczna Żydom polskim, że wyręczyli ją w mie­rzeniu łokciem i kwartą”. Jednoczesne zarzuty niechlujstwa, chciwości i bogactwa są niedorzeczne, boć niechlujstwo to niedostatek. Prócz kilku bankierów i kilku tysięcy zamożniej­szych Żydów, ogół żydowski jest biedny.

Usprawiedliwiał następnie Żabicki zamiłowanie Żydów do pieniędzy. Wszak były one dla nich „listem żelaznym, wielką kartą (magna charta), tarczą, jedynym środkiem ra­tunku, zyskiwania sprawiedliwości i przywilejów obrony ży­cia”. Chcąc zresztą wydać o Żydach wyrok sprawiedliwy, należy ich poznać i ocenić wielkie ich przymioty rodzinne, a dalej trzeźwość, pracowitość, rządność, rzetelność, szczerość itd. Solidarność ich wzbudza podziw — gdybyśmy taką po­siadali, odzyskalibyśmy już dawno, cośmy stracili. Jedynym środkiem na złamanie wyłączności i odrębności żydowskiej jest porzucenie nienawiści i pogardy, oraz złożenie rękojmi, że „warunków kapitulacyi, zapewniających im równość w obli­czu prawa i wolność obywatelską w całej rozciągłości, nigdy nie nadwerężymy i święcie dochowamy”. Wtedy sami Ży­dzi zniosą rozgraniczające nas z nimi okopy… Już to, co mówi korespondent Przeglądu o udziale Żydów w zebraniach, rozrywkach i zabawach polskich, „że trudnią się interesami polskimi i biorą je w antrepryzę”, że szafują na zbytki, a więc dają zarobek ludności, że żenią się z Polkami — powinnoby, według Żabickiego, być powodem nie do łez, ale radości, boć to objawy „pożądanego wlewania się kasty żydowskiej w stany narodu polskiego”.

Ujemne strony Żydów — kończył Żabicki — to wynik smutnych kolei, jakie przechodzili, ale zginą one, gdy przy­szłość ogrzeje ich serca promieniami wolności, kiedy Polska przestanie im być macochą, a stanie się czułą matką. Zresztą jakiekolwiek jest dziś usposobienie Żydów, rozwiązać kwestyę żydowską można jedynie przez sprawiedliwość i miłość. Więc też Towarzystwo Demokratyczne polskie, „porywając przyszłość Polski w swe ramiona, w manifeście swym i Ży­dom złożyło rękojmię, i jak akt krakowski z roku 1846, tak akt przyszłego powstania będzie zarazem aktem ich równou­prawnienia i najzupełniejszego usamowolnienia. Demokracya wobec czekającej naród polski walki nie może być obojętna na postawę 2 milionów Żydów i wszystko uczyni, aby, Je­żeli się z nich nie uda zrobić sprzymierzeńców, to przynaj­mniej nie zamienić ich w szkodliwych nieprzyjaciół”. Więc też źle postąpił Przegląd, organ demokracyi, bo „zakon de­mokratyczny powinien być niezmienny”, bo pokładając na­dzieję tylko w zbrataniu się wszystkich warstw, każdy objaw złości przeciw Żydom musi być uważany za szkodliwy.

Jednocześnie z artykułem Żabickiego w Demokracie Pol­skim ukazała się broszura Ludwika Lublinera, adwokata przy Sądzie Apelacyjnym w Brukselli. Tytuł jej: „Odpowiedź na artykuł korespondencyjny z Warszawy z 23 czerwca 1858 r., umieszczony w Przeglądzie rzeczy polskich” (Bruksella 1858, stronic 7). Lubliner, urodzony w Warszawie w r. 1809, prawa do występowania jako Polak nabył krwią, przelaną w r. 1831. Znany był później jako przyjaciel Lelewela i autor licznych broszur i artykułów politycznych i prawniczych, wydanych w języku francuskim, a dotyczących spraw polskich i żydow­skich. Wszędzie zaznaczał swój gorący patryotyzm polski i chlubił się nazwą Żyda-Polaka. Stąd też zabolała go „okropna filipika na Żydów, zamieszkałych w Polsce”.

Nie mógł pojąć, jak organ demokracyi polskiej na tułactwie politycznem mógł dać przystęp artykułowi, gdzie śmieszność spiera się o pierwszeństwo z fanatyczną złośli­wością”. Korespondentowi nie podoba się udział Żydów w publicznych zebraniach—czyżby chciał, aby siedzieli w domu za piecem i śpiewali Haleluja lub Majufes? Korespondent uznaje łaskawie, że Żydzi są tacy ludzie jak chrześcijanie, ale równość ta w jego wyobrażeniu polega jedynie na tem, że chodzą na dwu nogach i patrzą parą oczu. Że szlachta sie­dzi w kieszeni Żydów, to jej własna wola — czemuż nie po­życza u chrześcijan, jeżeli ci nie biorą lichwy i poprzestają na procencie prawnym. Korespondentowi, oburzonemu na przechrztów, wdzierających się do palestry, pozwala Lubliner przejść na religię mojżeszową i zostać adwokatem, byle dał takie dowody talentu, jak Wołowscy, Majewscy, Krysiń­scy… Dalej wspominał Lubliner o zasługach księgarzy ży­dowskich dla literatury, o muzykach Wieniawskich, malarzu Lesserze, o Epsteinie, wspierającym finansowo Biblioteką War­szawską1). Cóż dziwnego, że „dobrze ułożony” Żyd lepiej się spodobał jakiejś ładnej Polce, aniżeli korespondent war­szawski Przeglądu. Dawniej szydzono z Żydów, że karmią się cebulą i czosnkiem, a tylko w szabes częstują się kuglem i rybami-teraz znów sarkają na nich, że zjadają kuropatwy i bażanty; dawniej szydzono, że noszą łachmany, że są łapserdakami — teraz wyrzucają im powozy, „gdy tymczasem Za­mojscy, Potoccy, Radziwiłłowie po błocie piechotą chodzą”…

Styl korespondenta Przeglądu, „równie nienawistny jak jezuicki”, malował najlepiej, według Lublinera, „ohydną po­stać tego drapieżnego wilka pod maską baranka”. Zapyty­wał wszystkich „półgłówków”, co znaczy śmieszne oskarżenie Żydów o to, że trudnią się handlem i przemysłem, groma­dzą kapitały — wszakże to nie Anglicy, co wywożą do An­glii bogactwa Indyan lub Chińczyków. Żydzi od ośmiu wie­ków siedzą w Polsce, pozbawieni prawa piastowania urzędów, nabywania dóbr i domów mieszczańskich (a prawo to posia­dają przybysze cudzoziemcy), więc muszą się zajmować han­dlem i przemysłem, „czem się przyczyniają do wzrostu bo­gactwa socyalnego”. I za to mają być przedmiotem zemsty?

*) Omyłka — bo już wiemy, że nie Epstein, lecz Rosen i Kronenberg wspierali finansowo Bibliotekę.

„Nowoczesnemu Torquemadzie” potrzeba widocznie rzezi Żydów — gdyby on stał na czele rządu, wyprawiłby pewnie ich wszystkich w nurty Niemna i Wisły. „Takich półgłów­ków, dla pomyślności krajowej i honoru narodowego, nale­żałoby zamknąć w domu waryatów”. Bo co znaczy ten fra­zes: „Hańba, że my, Polacy, nosimy więzy plemienia na całej ziemi wzgardzonego”? Dlaczego: wzgardzonego? I to się drukuje we Francyi, gdzie Żydzi bywają naczelnikami rządu; co na to powiedzą Cremienx, Goudchaud, byli rządcy Fran­cyi i przyjaciele Polaków? Czyż nie wśród Żydów urodził się Chrystus? Wszak według doktryny chrześcijańskiej był On przez Boga Ojca przeznaczony na krwawą ofiarę dla zmazania grzechu pierworodnego, a „Żydzi tylko tę wolę Boga spełnili i przyczynili się tem samem do zbawienia chrze­ścijan”. Ale Lubliner nie chciał wdawać się, jak mówi, w dyskusye teologiczne, choć przez trzy lata zagłębiał się w teoryach ojców Kościoła katolickiego, i „przyjdzie czas, że wy­jaśni doktryny Talmudu chrześcijańskiego”.

Po takim, zdaje się, dość chyba ostrym wylewie obu­rzenia, Lubliner żałował jeszcze, że „cel jego odpowiedzi” nie pozwala mu z „całą energią napiętnować „herezyi” hi­storycznych korespondenta Przeglądu. Zakończył swą odpo­wiedź cytatą bardzo naiwnego frazesu Czackiego (z Rozprawy o Żydach) o sielankowem współżyciu kupców chrześcijańskich i żydowskich za Kazimierza Wielkiego. Podpisał się wresz­cie: „Ozeasz Ludwik Lubliner, żyd z religii, wychodziec po­lityczny, były podchorąży w pułku grenadyerów byłego woj­ska polskiego”.

Redakcya Przeglądu rzeczy polskich (redaktorem był Se­weryn Elżanowski), uznając „prace i zasługi ob. Lublinera w tułactwie polskiem”, przez „szacunek i przyjaźń”, jaką dla niego miała, jako też wierna „przyjętemu sposobowi trakto­wania przedmiotów”, postanowiła odpowiedzieć spokojnie na pełne drażliwych wycieczek pismo, którego i tytuł kompro­mitujący (dlatego go nie przytoczyła)1) i „treść, na faktyczne spostrzeżenia obelgami odpowiadająca”, mocno ją zdziwiła. Korespondent stwierdził jedynie „rzecz smutną, a powszech­nie znaną”, iż wzbogaceni Żydzi warszawscy, nieprzyjaźni narodowości polskiej, a jej wrogom przychylni, „jak pijawki”)

Widocznie Lubliner wydał swą broszurę pod dwoma tytuła­mi, boć nic „kompromitującego niema w przytoczonym powyżej ty­tule. Estreicher innego nie zna.

z krajowców wysysają mienie”. Zarzut ten możnaby ode­przeć jedynie faktami patryotyzmu, a więc pracą narodową, więzieniem, Sybirem, wygnaniem, ruiną majątków na sprawę polską, a nie sławą muzykalną łub nędznymi srebrnikami, danymi Bibliotece Warszawskiej.

Ob. Lubliner — pisała dalej Redakcya — zna nasze za­sady, wie, że różnica wyznań i stanu w przekonaniu naszem nie stanowi tamy do równości i obywatelstwa w przyszłej Polsce — owszem nędza i ucisk Izraelitów wywołuje „gorące uczucie sprawiedliwego zadośćuczynienia i braterskiej miło­ści”. Ale ta nędza i to poniżenie, będące gorzkim owocem czasów ubiegłych, jak nas nie uwalnia od sprawiedliwego sądu, tak też nie uwalnia Żydów od obowiązku uważania się za Polaków i pracowania dla tej świętej sprawy, „którą oby­watel Lubliner tak ukochał, że jej wszystkie chwile i siły życia poświęca”.

„Korespondencya warszawska — pisał dalej Przegląd — może grzeszyć niektóremi zbyt siłnemi i dobitnemi wyraże­niami, ale nic przeciwnego zasadom i duchowi demokracvi polskiej nie zawiera. Mieści ona surowy sąd o Żydach Kró­lestwa kongresowego (warszawskich bogaczów widocznie na głównym mając względzie), nie za to, że odrębną wyznają wiarę, ale za to, że wśród społeczeństwa polskiego stanowią odrębną narodowość, miejscowej nieprzychylną i na jej zu­bożeniu opierającą swoje wzniesienie. Nagiej prawdy nie zbiją deklamacye, a tego, co korespondent o cząstce Żydów odłamu Polski powiedział, nie godziło się stosować do wszyst­kich Izraelitów, zamieszkałych w dawnych granicach Rzeczy­pospolitej, albo obywatelami zachodniej Europy będących. Na Zachodzie bowiem, a mianowicie we Francyi, Żydzi stopili się w jedności narodowego społeczeństwa. I u nas Żydzi krakowscy przedstawiają wyjątkowy przykład polskiego pa­tryotyzmu. Czemuż nie wszędzie wyznawcy Mojżeszowi są po równi z uciśnionym ludem polskiem prawymi Polski synami? Czemuż w r. 1848 Żydzi poznańscy, zamiast służyć powstaniu, zwyciężonych i rozbrojonych powstańców batogowali, obrzucali błotem, plwali? Zamiast złączyć się z naro­dowym wybuchem, który w szczytnej — może w nierozwa­żnej — wspaniałomyślności wyciągał przyjazną rękę, nie na znak upokarzającego dawnych winowajców przebaczenia, ale w dowód politycznej równości i ludowego braterstwa, a wy­ciągał do wszystkich, do odwiecznych nawet nieprzyjaciół; zamiast ofiarą krwi wkupić się męczeńsko do męczeńskiego społeczeństwa, czemuż złączyli się z wrogami naszymi, z wrogami demokracyi?

Ucisk, panujący w Królestwie kongresowem — kończył Przegląd, — nieco przychylniejszemi uczynił sprawie naszej pogrążone w nędzy warstwy Żydów polskich. „To też każdy, kto bez namiętności i z dobrą wiarą przeczyta korespondencyą warszawską, przyznać musi, że mniej do nich ściągają się jej słowa, że głównie mają na względzie żydowskich War­szawy bogaczów, na ruinach i z ruin polskich wznoszących swe kolosalne majątki, pnących się do obcych dostojeństw i wiernie obcym służących… Nawet i tych artykuł korespon­dencyjny nie traktuje surowiej, jak my innymi razami przeniewierczych sprawie narodowej Polaków. Dla wszystkich jedną wagę i jedną mamy miarę. I ani się dziwić, ani gnie­wać za to nie może ob. Lubliner, że każdy mieszkaniec Pol­ski jest dla nas obywatelem- wspólnej ojczyzny, że wzamian za to prawo wymagamy ścisłego pełnienia narodowych obo­wiązków od każdego, co polską zamieszkuje ziemię, że wszel­kie przeniewierzenie się Polsce surowemu ulega sądowi, bez względu czy je pojedyncza osoba, kasta, czy jakakolwiek po­pełnia zbiorowość, usiłująca swą odrębność narodową zacho­wać w pośrodku polskiego społeczeństwa”.

Była to rzeczywiście odpowiedź bardzo spokojna na arogancki, namiętny, nie przebierający w słowach ton bro­szury Lublinera. Możnaby polemizować z niektórymi szcze­gółami tej odpowiedzi, ale nie pozwala nam na to nasze ści­śle sprawozdawcze stanowisko. Sądzić należy, że ob. Lubli­ner był zadowolony z komplementów i że uspokoiły go wy­jaśnienia. Ale niestety, wkrótce znów się zakrwawiło jego serce. Nowy cios w nie uderzył ze szpalt Gazety Warszaw­skiej.

V.

Lwowski korespondent Gazety Warszawskiej (x), patrząc na „mnogie roje czarno ubranego i brodatego żydostwa, które miasta i miasteczka nasze obsiadły i od wieków jednostajnie zgubny wpływ na społeczność naszą wywierały”, nieraz „przemyśliwał” nad tem, jakby te „dzieci Wschodu zużytecznić dla kraju, któremu są nieprzychylni do dnia dzisiejszego prawie”. Zaczął więc naprzód badać, jakie powody mogła mieć ta masa do znienawidzenia kraju, w którym od  ośmiu wiekówprzebywa. To skłoniło korespondenta do podania krótkiego rysu historyi Żydów w Polsce i streszczenia ustaw, które ich dotyczyły.

Masy żydostwa — pisał, — nie poczuwające są do żadnych dla kraju obowiązków, tworzyły w całej Rzeczypospo­litej żywioł obcy i nieprzyjazny. Unikały ciężkich zatrudnień, garnęły się wyłącznie do kupiectwa i lichwiarstwa, do karczmarstwa i faktorstwa. Wpływ ich ubożył i demoralizował pracujące warstwy narodu. Obchodząc bezkarnie wszelkie prawo, Żydzi rujnowali wsie i miasteczka. Widząc to, sejm czteroletni wybrał komisyę do wygotowania projektu co do tego, jakby Żydów przemienić na użytecznych obywateli. Projekt był mądry i piękny, ale, niestety, nie było już czasu na jego wykonanie.

Następnie korespondent zajął się wyłącznie sprawą ży­dowską w Galicyi. Skreślił usiłowania rządu austryackiego, aby Żydów ucywilizować i wyzyskać finansowo. Tego dru­giego celu dopięto przez specyalne podatki; pierwszy cel po­został pobożnem życzeniem. Żydzi umieli obchodzić obo­strzenia: mimo zakazu, zarówno siedzieli na karczmach, jak kojarzyli małżeństwa między niedorosłymi. Nie udały się za­łożone dla nich osady rolnicze. Korespondent nie przeczył, że niektóre rozporządzenia rządowe były dobre, ale brako­wało im podstawy sprawiedliwości. Mało zwrócono uwagi na wychowanie młodzieży i na kwalifikacye rabinów. Wresz­cie — twierdził korespondent, — kto żąda spełniania obo­wiązków, ten musi przyznać i prawa, a Żydom ich odma­wiano. Nie mogli zostać urzędnikami, dosłużyć się stopnia oficerskiego, nie wolno im było nabywać dóbr, a nawet po­siadać apteki — w miastach wyznaczono im osobne dzielnice na mieszkanie. „Sądzę przeto — pisał korespondent, — że chcąc przekształcić stopniami Żydów, a tem samem uczynić ich użytecznymi obywatelami kraju, trzeba im było wskazać u celu możność uzyskania równych zupełnie praw obywatel­skich… Bez takiej zachęty i takiego bodźca będą wszelkie usiłowania daremne… Narzekający na nich statyści chrześci­jańscy nie wiedzą właściwie, czego chcą i żądają, ponieważ domagają się rzeczy bezwzględnie niemożliwej, to jest miło­ści i przywiązania od tych, których wzamian pogardą i nie­nawiścią od wieków darzono”…

Tu korespondent stawał się obrońcą i rzecznikiem tych „mas czarnych i brodatych”; uznawał, że co wieki zawiniły, to należy naprawić w imię ludzkości, sprawiedliwości i… po­lityki. Wierzył najmocniej w asymiłacyę — za przykład sta­wiał Ormian, też „dzieci Wschodu”, którzy się zupełnie zasymilowali. Zapomniał o tem, że Ormianie byli chrześcija­nami i że stanowili mały procent ludności. W obronie swej korespondent tak się zapalił, że prawie namiętnie kruszył kopię z „przesądami, fanatyzmem, ciemnotą wieków średnich” i usprawiedliwiał żydowskie „znienawidzenie wszystkich innoplemieńców”. Tu, choć potępiał „nieodpowiednie naturze ludzkiej” postępowanie chrześcijańskich krajów, musiał zauważyć, że bądź co bądź ziemia nasza dla Żydów była „najlepsza”. Nietylko podczas najcięższego prześladowania dała im gościnne schronienie, ale przyznała im dość rozciągłe prawa i „ani zdzierstwy fiskalnemi, ani nieludzkością się nie splamiła”. Żydzi żyli u nas pod opieką ustaw, w stosunku do innych krajów doznawali nadzwyczajnej swobody i powinniby też poczuwać się do wdzięczności. Że tak nie jest, to wina ich ciemnoty. Słusznie jednak może zadziwiać, że za­trzymali język swych najsroższych prześladowców. A jak języka, tak nie przyswoili sobie uczucia obowiązków obywa­telskich i pozostali wciąż obcym żywiołem…

Dalej korespondent przedstawiał współczesny sobie (r. 1858) stan Żydów w Galicyi. Jak i przedtem, nie mogli być urzędnikami, oficerami, właścicielami dóbr; więc oddawali się jedynie kupiectwu i spekulacyi pieniężnej. Owładnęli całym handlem i wywierają wpływ zgubny na stosunki przemysłowe i handlowe. Nie poczuwają się do żadnych obowiązków względem społeczeństwa — są „obcymi spekulantami”, goto­wymi dla pomnożenia swych zysków do pokrzyżowania inte­resów kraju. Nie znajdzie jednego prawie Żyda, któryby się troszczył naprawdę o wzrost rolnictwa, udoskonalenie prze­mysłu, o oświatę mieszkańców lub o książki i pisma polskie, „choć każdy oświeceńszy z nich niemieckie skupuje”.

Ale pomijając obojętność Żydów galicyjskich na to, co polskie, korespondent nie mógł wytłumaczyć sobie ich zamiłowania do niemczyzny, „od której nic dobrego nie doświadczyli, choć się z nią tak eon amore powinowacą”. Postępowcy nazywają się wprost Żydami niemieckimi. W ich bóżnicach, jakie sobie pobudowali we Lwowie, Brodach, Tarnopolu i t. d., nabożeństwo odbywa się w języku niemieckim. Cywilizowany Żyd staje się w Galicyi Niemcem, i to tak dalece, że znaczna ich część po polsku mówić nie umie, a „na stu bogatych za­ledwie jeden każe swe dzieci uczyć po polsku, na tysiąc zaś rodzin zaledwie jedna w domowem pożyciu polskiej używa mowy”. Więc też, mimo że przemawiał za równouprawnie­niem Żydów, mimo że „nienawidził przesądów, wykluczają­cych od praw obywatelskich”, korespondent w obawie o przy­szłość kraju cieszył się, że Żydom na nowo nie wolno dóbr nabywać.

Wpływ ich moralny i materyalny jest wogóle na mie­szkańców szkodliwy, a na włościan zgubny. Siedzą jak da­wniej na karczmach, a opłacając się podwójnie dziedzicowi i rządowi, muszą naturalnie używać całego dowcipu, przemy­słu i przebiegłości, aby wyżywić liczne rodziny. „Jedynym ku temu środkiem jest rozpajanie ludu wiejskiego, i nikt nad Żyda nie potrafi go lepiej używać”. Korespondent obszernie podawał ponury obraz tego rozpajania i lichwy żydowskiej, wykazując jak im sprzyja niewłaściwy rozkład dni targowych. Ale „straszniejsze są jeszcze skutki wpływu żydowskiego na moralność ludu, między którym liczne zagęszczaja się nie­cnoty i występki”.

W ogólności Żydzi —ta „plaga kraju”, mimo swej zręcz­ności i giętkości umysłowej, tworzą masę ciemną, przesądną i nieświadomą. Mała ich część zaledwie porzuciła przesądy, mnogie wyłączności i głupstwa, strzyże pejsy, goli brody, wdziewa suknie europejskie. Ale ci cywilizowani pomnażają po miastach zastępy reprezentantów idei germańskich. Starowiercy nienawidzą ich zarówno jak chrześcijan i mają się za wybrany naród Jehowy, który kiedyś ostatecznie zawładnie światem. Wśród mas żydowskich wiele jest nędzy, o ja­kiej trudno dąć wyobrażenie, a której przyczyną wstręt do ciężkiej i wytrwałej pracy. Zabobonne to, brudne, niechlujne żydostwo, jako od dzieciństwa przyzwyczajone do przebie­głości, ma przewagę intellektualną nad ludem, który nietylko ubożeje, ale i marnieje moralnie. W walce z karczmą najle­piej urządzona szkółka nie zwycięży. Dziwna rzecz, że tego wpływu nie usunięto, a przynajmniej nie użyto środków, aby samych Żydów powoli ukształcić, przerobić. Wypadałoby zacząć od reformy kahałów i urządzenia szkoły rabinów. Były wprawdzie rozporządzenia w tej mierze, ale cóż z tego kiedy „cudowni” rabini do dziś dnia są wyrocznią czerni, która przybywa do nich z najodleglejszych okolic, aby padać ofiarą zręcznego oszustwa.

Charakterystycznym obrazkiem przejażdżek rabinów po miasteczkach kończył korespondent swój list o Żydach gali­cyjskich, list dość długi, bo ciągnący się przez trzy numery Gazety Warszawskiej 1), Oburzył on do głębi Ozeasza Ludwika Lublinera. Więc już w grudniu tegoż roku wyszła w Brukselli obszerna jego broszura p. t. „Obrona Żydów zamieszkałych w krajach pol­skich od niesłusznych zarzutów i fałszywych oskarżeń”.

Lubliner rozpoczął od przypomnienia broszury, jaką wy­dał w odpowiedzi na korespondencyę warszawską Przeglądu rzeczy polskich, która to „refutacya” — jak twierdził „uczy­niła wielkie wrażenie tak między Żydami, jak Polakami chrześcijanami, którym osobiście jestem znany jako dobry i gor­liwy Polak, mimo że nie odebrałem chrztu z wody kościel­nej, ani w imię Trójcy katolickiej, lecz z krwi, „przelanej w bitwie pod murami Warszawy”. Zaręczał następnie, że jest przyjacielem Polski nie pomimo, że jest Żydem, ale wła­śnie dlatego, że jest Żydem, a ten „pozorny paradoks” obie­cywał z czasem wytłumaczyć w ułożonej przez siebie paralelli między upadkiem Judei a upadkiem Polski.

Oddawszy cześć Demokracie Polskiemu i Żabickiemu za streszczony powyżej artykuł o Żydach, przystąpił Lubliner do odpowiedzi korespondentowi lwowskiemu Gazety War­szawskiej. Czuł się w obowiązku powtórnie podnieść głos „na takie bezecne postępki” prasy, a to tem więcej, że „Izrae­lici polscy, niemając organu przychylnego sobie, muszą w mil­czeniu strawić wszystkie oszczerstwa, wszystkie zelżywości piór zatrutych”.

Już sam początek korespondencyi, mówiący o „mnogich rojach czarno ubranych i brodatych”, nie podobał się Lublinerowi, i w dłuższym wywodzie, zgodnym z prawdą, wyka­zywał, że zarówno dzisiejszy ubiór żydowski, jak i noszone przez nich brody, są czysto polskie — Żydzi bezwiednie więc szanują tradycyę narodową, od której Polacy odstąpili.

Ale o to mniejsza. Gorsza rzecz, że korespondent na­zywa ucywilizowanych Żydów Żydami niemieckimi i cieszy się, że im nie wolno znowu nabywać ziemi. Dlaczego nie­mieccy? czy dlatego, że Galicya do Austryi należy? Lubliner ominął zręcznie podany przez korespondenta fakt panowania języka niemieckiego w domach i bóżnicach Żydów postępo­wych, — a co do ziemi sądził, że właśnie prawo jej naby­wania, które przedtem chwilowo w Galicyi posiadali, zbliżyłoby

1) Rok 1858, N-ra 240, 241, 242.

Żydów z sąsiadami i ludnością rolniczą, a tem samem zmusi łoby ich do przyswojenia sobie języka polskiego.

Potem następuje w „Obronie” spory traktat o specyalnych podatkach, na Żydów nakładanych, a to ze względu, że korespondent Gazety Warszawskiej „zdaje się je usprawiedliwiać”. Tymczasem korespondent ogólnikowo tylko zaznaczył, że niektóre rozporządzenia austryackie co do Żydów „były dobre”, mając zapewne na myśli zakaz siedzenia na karczmach, zawierania małżeństw w zbyt młodym wieku itd. Zarzut więc Lublinera był niesłuszny i dał mu tylko możność do bardzo niesmacznych porównań przepisów żydowskich z dogmatami chrześcijańskiemu Przy sposobności oddał hołd Lelewelowi, że w r. 1831 zniósł nikczemny podatek Tagzettel.

Lubliner „nie przeczył tej jasnej prawdy, że karczmarze, arendarze Żydzi zdzierają często chłopa, już to przez fałszowanie wódki, już to przez powiększenie rachunku” — ale wykazywał, że Żyd to „zdzierstwo popełnia nie jako wy­znawca religii mojżeszowej, lecz… z konieczności,—zdzierają jego, zdziera i on. Monopol propinacyi jest głównym powo­dem zguby moralnej i fizycznej wieśniaków. Arendarz pa­nuje nad kieszenią chłopa, tak jak znów szlachcic panuje nad osobą arendarza. A monopol ten zaprowadziła szlachta. Prawda, że karczmarz, dając wódkę na kredyt, wzbudza po­ciąg do pijaństwa — ale czy inaczej postępowaliby karczma­rze chrześcijanie? Wszakże w Rosyi od XII w. w miejsco­wościach, gdzie nie wolno Żydom mieszkać, szynkują chrze­ścijanie, a przecież najświatlejsi pisarze rosyjscy, jak Turgie­niew, stwierdzają, że lud napawa się trucizną w kształcie wódki. W guberniach zachodnich zabrania prawo Żydom trzymać gorzelnie i karczmy, ale szlachta prawo to obchodzi, mianując Żydów swoimi administratorami. Dlaczego? — bo Żyd płaci większą, wygórowaną arendę. Wynika stąd „ma­tematyczna konsekwencya”, że jest zmuszony fałszować wódkę i oszukiwać chłopa, zwłaszcza, iż opłaca się jeszcze czynownikom, aby udawali, że nie widzą Żyda karczmarza. Toż samo istnieje w Królestwie kongresowem i Galicyi. Lubliner po­woływał się na Czackiego i bezimiennego autora dzieła „Galicya i Kraków” (Kalinkę). Pierwszy z nich zdzierstwa Żydów karczmarzy uważał za następstwo zdzierstwa rządu i szlachty, a drugi „nie miał sumienia obwiniać Żydów” i nie wiedział „kogo bardziej żałować czy chrześcijan oszukiwa­nych, czy Żydów oszukujących nędzarzy, bo jeżeli Żydzi ciągną zysk nieprawy, to jest niemniej prawdą, że zyskiem tym у dzieli się rząd“.

Następnie Lubliner polemizował z korespondentem lwow­skim Gazety Warszawskiej co do zarzutu, że Żydzi w Rzeczypospolitej, przy pomocy przekupstwa, obchodzili prawo i bezkarnie rujnowali wsie i miasteczka. Przekupywali — a więc chciwość szlachty była spólniczką tej mniemanej ruiny. Cytatami z Moraczewskiego, Czackiego i Surowieckiego sta­rał się Lubliner wykazać, że handel Żydów w Polsce był ścieśniony i że nie oni byli przyczyną ruiny miast polskich. Dodawał wreszcie zdanie uczonego historyka francuskiego, Artura Beugnota, który usprawiedliwiał dążenie Żydów do bogatwa…

Tu Lubliner opuścił korespondenta lwowskiego, aby odpowiedzieć Przeglądowi rzeczy polskich, zarzucającemu bogatym Żydom braic patryotyzmu. „Co za szczególna pretensya— pisał—aby bankiery, antreprenery dróg żelaznych, albo wiel­kich fabryk wstąpili na drogę konspiracyi politycznej, poświę­cili swój majątek, wolność swoich osób”. Czyliż we Francyi bankierowie katolicy biorą udział w spiskach? Ta klasa może wielkim majątkiem pomódz, dajmy na to, do obalenia rządu, do powstania, ale nie można wymagać, aby szła na Sybir, „albo w ogień tropikalny Lambessy i Gujany”. A mimo to są przykłady męczeństwa politycznego Żydów, ich wygnania na Sybir i konfiskaty majątków. Na dowód tego przytoczył Lu­bliner sprawę sławucką z r. 1836, wskutek której Żydzi ska­zani zostali na knuty i na Sybir. Ale najniesłuszniej czyni ich „męczennikami patryotyzmu polskiego”, bo sam zaznacza, że wystąpili przeciw cesarzowi Mikołajowi, „kiedy jego prze­śladowania rozciągnęły się na Żydów, których serdecznie nienawidził”. A więc byli to męczennicy patryotyzmu ży­dowskiego, nie polskiego. Dalej wymieniał Lubliner nazwiska trzech Żydów których majątki skonfiskowano w r. 1831 na Wołyniu, i 18 Żydów na Litwie, których pozbawił majątków ukaz z dnia 8 stycznia 1836 r.

Wracając do korespondenta lwowskiego, „faktami” zbi­jał Lubliner jego twierdzenie, że Żydzi nie troszczą się o wzrost kultury polskiej. Ale tu znowu popełniał błąd, ponieważ wymieniał „zasłużonych” Żydów warszawskich, a korespondent lwowski pisał o Żydach galicyjskich. Cofnął się wreszcie o dwieście lat wstecz, aby na podstawie Coyera („Histoire de Jean Sobieski”) „przypomnieć rodakom moim Polakom, oraz moim współwyznawcom”, że obrońca Trembowli, Chrza­nowski, i jego bohaterska żona, byli Żydami. „Mamy prawo— wołał — wymagać od Jezuitów i bigotów, aby nam, Żydom, nie zabrali naszego Samuela Chrzanowskiego”.

Po tem wszystkiem następowała „konkluzya”.

W konkluzyi tej dowodził Lubliner, że konstytucye: 3 maja, Księstwa Warszawskiego i Królestwa kongresowego nic właściwie nie uczyniły dla Żydów. Nawet rząd 1831 r. przyznawał „na przyszłość” prawo obywatelstwa tylko tym Żydom, którzy, zaciągnąwszy się do wojska, będą w niem słu­żyć lat dziesięć, lub zostaną ozdobieni orderem wojskowym.

Przyszłej Polsce przedstawiłby Lubliner dwie alterna­tywy: albo Żydów wypędzić, to jest popełnić czyn hańby i    sromoty, albo „wcielić politycznie, bezwarunkowo i bezpośrednio masy Żydów w masę narodu polskiego. Obecnie jednak tylko pisać można o równouprawnieniu Żydów i dla­tego, zapomniawszy o swych gromach na korespondenta lwow­skiego, „z pociechą prawdziwą” cytował Lubliner jego słowa o  potrzebie naprawy tego, co wieki względem Żydów za­winiły.

Polacy, którzy w teraźniejszym czasie „ścigają Żydów” obelgami i nikczemnymi zarzutami”, należeli, według Lublinera, do trzech kategoryi: pierwszą składają Lewenstamy (Żyd przechrzta), Miniszewscy i Niewiarowscy, znani szanta­żyści — Lewenstam w dodatku jako korespondent dzien­nika Le Nord, subweneyonowanego przez rząd rosyjski, „mio­tał nieraz zelżywości na sprawę narodową polską”. Do dru­giej kategoryi zaliczał Lubliner tych, co wzbudzając nienawiść przeciw Żydom, mimowolnie oddawali usługi rządom rozbiorczym. Trzecia kategorya — to „Jezuici i ciemni świętoszki, którzy wpadają w paroksyzm na samą myśl, żeby Żydzi mo­gli używać równych praw obywatelskich”. W tem miejscu Lubliner użył sobie na Jezuitach — przypisał im zarówno upadek Polski, jak i gotowość do pogodzenia się z rządami rozbiorczymi. Niech się tylko zmieni system uciskający Ko­ściół katolicki, a „bigoci polscy” wyrzekną się wszelkich dążności narodowych i staną się „przywiązanymi poddanymi”. Są oni zdolni „poświęcić cnotę, miłość ojczyzny, miłość ludz­kości, równość braterską na ołtarzu Boga swojego; nie

1) Z jakiego powodu L. wylicza te nazwiska nie wiemy, chyba dlatego, że byli oni współpracownikami Wolnych śartów, które wpraw­dzie drwiły z Żydów, ale i ze wszystkich. Ludzie ci zresztą nie cie­szyli się wogóle dobrą opinią. O Niewiarowskim np. pisze w swych listach Pathie, członek redakcyi Gaz Warsz., że był złodziejem kie­szonkowym w Paryżu, a w Warszawie miał proces kryminalny, Q Mi- niszewskim wyraża się krótko: złodziej, Lewenstam też niezaszćzytną po sobie zostawił pamięć.

tego, któremu wszyscy cześć oddajemy—ale własnego ich — bezecnego Loyoli”. Zresztą i Żydzi mają hassydów, fanatyków, nieprzyjaciół światła, którzy są „niczem innem jak żydowskimi Jezuitami, żydowskimi świętoszkami”.

W końcu oświadczał Lubliner, że gdyby się znaleźli w Polsce Żydzi, zadowoleni z jego obrony, ale mający czoło powstawać przeciw duchowi patryotycznemu polskiemu, to „tej niepatryotycznej liczbie Żydów radziłby opuścić ziemię polską” i przenieść się na Wschód. Niech osiądą tam, gdzie „lud ciemny, przez nieuków popów prowadzony, ma zwyczaj zmywać podłogę, na której noga żydowska stąpała, a wtedy poznają i kacapów, z których każdy w przebiegłości (według Piotra Wielkiego) przechodzi trzech Żydów, doznając arcysłodkiego postępowania drapieżnego czynownika i dumnej wzgardy zuchwałych bojarów — a wzięci w obroty wzdy­chać będą za błogą Polską, za łagodnością charakteru szlachty polskiej, za ogólną wspaniałomyślnością narodu polskiego”. Po tym cukierku, wzywał jeszcze Lubliner Żydów, aby prze­stali ogół polski uważać za swego prześladowcę. „Charakter Polaka jest wogóle wspaniały, serce jego jest ludzkie i tkliwe; język serca zdoła go wzruszyć do największej czułości. Nie zapominajmy nigdy, że nasi przodkowie jedynie w krainach Polski otrzymali przytułek, protekcyę królów i szlachty prze­ciw motłochowi ciemnemu, podburzanemu przez fanatyków, bigotów lub jezuitów. Jest to prawda historyczna tak nie­zaprzeczalna, jak dogmat zasadniczy naszej religii: jedność Boga, Adonai Echod“.

Korespondent lwowski Gazety Warszawskiej, a był nim uczony historyk Henryk Schmitt, spotkał się i z innej, wprost przeciwnej strony, z zarzutami z powodu swego poglądu na sprawę żydowską. Uderzył na niego Przegląd Lwowski za to, że się domagał „niebezpiecznego pod każdym względem dla prowincyi naszej (Galicyi) równouprawnienia Żydów. Na „bezzasadne zaczepki” Przeglądu Schmitt nie odpowia­dał, „ponieważ nie warto polemizować z pismem, które prze­kręciwszy myśl cudzą, spór o to wszczyna, czego w gruncie nie rozumie”. Ale „Obrony” Lublinera „me chciał zbyć milczeniem, ponieważ i bardzo zręcznie jest napisana i mo­głaby w błąd wrprowadzić niejednego co do wypowiedzianych zdań w mej korespondencyi”.

A więc streszczał naprzód Schmitt swoje wywody i za­warł je w dziesięciu punktach, których nie przytaczam, aby uniknąć powtarzania. Przeciwko nim — pisze Schmitt, — powinien był Lubliner „wystąpić i zbijać dowody, wykazując bez jadu i żółci gdzie i w czem się pomyliłem”. Ale on przyjął inną metodę. Zarzucił wprost, że artykuły Schmitta są nacechowane fanatyzmem i nienawiścią i wyrwał z korespondencyi „sześć czy siedem zdań i nie dotknąwszy słów­kiem w jakim były związku z całością, uderzył na nie z naj­większą zaciekłością i z taką żarliwością kastową, że miasto bronić swoich klientów, miota obelgi na ich przeciwników i   wypisuje im (klientom) po prostu najpiękniejszy panegiryk”.

O to, że Żydów prześladowano, Schmitt sprzeczać się nie chciał, bo sam to wyraźnie zaznaczył. Czyby nie lepiej Lubliner zrobił, gdyby wyjaśnił, czemu Żydzi nasi tak chętnie się niemczą, czemu są obojętni na sprawy polskiej kultury? Schmitt inteligentnych i bogatych nazwał Żydami niemiec­kimi, ponieważ ich tak u nas (w Galicyi) przezywają i oni sami się mienią Deutsch-Israeliten. O Żydach z innych prowincyi polskich nie pisał, czemu więc Lubliner na zarzuty, czynione Żydom galicyjskim, odpowiada przytoczeniem na­zwisk „wyjątków”, zamieszkałych w Królestwie? Należałoby mu takie „wyjątki“ znaleźć w Galicyi, — ale ich, niestety, niema. Możnaby więc Lublinerowi najsłuszniej zarzucić, że powodowany fanatyzmem judaizmu wpada w ostateczności i prawi o rzeczach, które nie istnieją. Schmitt uwzględniał przyczyny historyczne, które Żydów czyniły złymi obywate­lami, ale przedstawiając ich stan obecny, skreślił go z natury, „nie wdając się w żadne mrzonki i utopie”. Lubliner nie zna Galicyi i swych w niej wspólwierców, niech się na drugi raz wyraża oględniej i nie pomawia piszących prawdę o roz­myślne fałsze i potwarze.

Jacy byliby szynkarze chrześcijańscy, tego Schmitt nie wie, ale wie jakimi są Żydzi. Nie o religię tu chodzi, w co głównie bije Lubliner, lecz o charakter i zgubny wpływ ży­dowskich karczmarzy. Schmitt nie usprawiedliwia tych, co ich zdzierają, ale te „zdzierstwa” nie usprawiedliwiają Ży­dów, bo kto ich zmusza do karczmarstwa? Schmitt zape­wniał dalej, że nigdy nie powodował się zawiścią religijną. Cytaty z Moraczewskiego, Czackiego i Surowieckiego były zbyteczne, skoro Schmitt innemi słowy pisał prawie to samo. Niech Lubliner zamiast rzucać się, udzielać mniemanym wro­gom niegrzecznych i nieprzyzwoitych przydomków, stara się o podniesienie moralne Żydów, niech choć zdziała, aby ucy­wilizowani Żydzi nie modlili się po niemiecku, dzieci swoje kazali uczyć po polsku, aby nie przechodzili w szeregi germanofilów, a wtedy Schmitt nie będzie na nich narzekał.

Schmitt zgadzał się, że brak równouprawnienia był szko­dliwy — czego więc chce od niego Lubliner? Czy może ma powtarzać za nim i Coyerem, że obrońca Trembowli był pierwotnie Żydem? Co to nas dziś obchodzi? Jak jego pol­ska narodowość nie podniesie jego potomków, jeżeli się nie okażą godnymi wsławionego imienia, tak tem mniej jego da­wniejszych współrodaków, którzy w Galicyi nie okazali, że są godni praw obywatelskich. Dziś nikt ich nie prześla­duje, czemu więc nie poczuwają się do obowiązków wzglę­dem wspólnej ojczyzny? Przyczyną jest nienawiść religijna ku chrześcijanom, przesądy, zabobony, uprzedzenia i bałamuctwa tradycyjne. Czemu tej strony nie dotknął Lubliner w swej odpowiedzi?

Nie potrzeba zaiste dowodzić — ciągnął Schmitt, — że nabywanie majątków przez zniemczałych Żydów wyszłoby na złe społeczeństwu. Twierdzenie Lublinera, że prędkoby się spolszczyli, pochodzi z nieznajomości stosunków. „Póki Żyd u nas się nie wychrzci, dotąd nie staje się Polakiem i jest albo Żydem polskim, t. j. starowiercą, albo niemieckim, to jest postępowym nowowiercą… Cóżby się zatem stało z prowincyi naszej, gdyby jedną część dóbr Żydzi, a drugą Niemcy wykupili? Najzupełniejsza Germania… Żydzi, którzy u nas trzymają dzierżawy, lub dobra zakupili, nic obywatelskiego w sobie nie mają…, a wyzyskują włościan w sposób obraża­jący uczucie prawego człowieka… To samo z handlem i przemysłem żydowskim. O bogactwo narodowe Żydom galicyjskim nie idzie, ale jedynie o wyzysk; gotowi zniszczyć przemysł krajowy, jeżeli handel płodami obcego przemysłu większy im zysk przynosi. Czynią to, co prawda, i kupcy chrześcijanie, lecz zachodzi zawsze ta różnica, że przynajmniej część, swego zysku w skarbonkę potrzeb publicznych wrzucą, gdy Żyd do tego obowiązku się nie poczuwa“. To nie teo­retyczne rozumowanie, lecz fakta.

Lubliner — kończył Schmitt swą odpowiedź — wdał się w rzecz nie swoją, gdy odpowiada na fakta frazesami. A nie­prawdą jest, co twierdzi, że nie znalazłby się w Polsce dzien­nik, któryby zamieścił artykułu w obronie Żydów. Natomiast może to dla Lublinera będzie „nowiną“, a jest niestety fak­tem, że „nikt kraju naszego tak nie czernił i nie potwarzał w pismach niemieckich, jak właśnie Żydzi tutejsi — i nikt też z większą zajadłością przeciw naszej narodowości nie wy­stępował”. Wskazywał Schmitt Lloyda, Reichszeitung i inne pisma wiedeńskie, a prócz tego Augsburską Gazetę Powszechną i Ostedutsche Post, w których Lubliner napotka takie arty­kuliki swych współwierców, że „po ich odczytaniu krew mu się zetnie w żyłach z osłupienia, — a jeżeli zdoła, niech pi­sze druga, ich obronę“1).

Starcie się Lubiinera ze Schmittem było tem znamienniejsze, że Schmitt był demokratą, człowiekiem bardzo wolnomyślnym, również przeciwnikiem „Jezuitów, świętoszków i bigotów”, których Lubliner tak nienawidził. Ale Schmitt, mieszkając w kraju, patrząc na to co się dzieje, jako dobry obywatel otwierał oczy na grożące niebezpieczeństwo, a Lu­bliner, blizko 30 lat za krajem mieszkający, a o stosunkach galicyjskich nie mający żadnego wyobrażenia, pisał nie na podstawie obserwacyi, lecz kierowany doktryną i uprzedze­niem do katolicyzmu. Nie wolno powątpiewać o jego uczu­ciach polskich, można zrozumieć boleść, jaką mu sprawiały „na­paści” na Żydów, ale to jeszcze nic nie usprawiedliwiało jego zaciekłości i słownika, z którego czerpał swe epiteta ornantia. Sam fanatyk, innym fanatyzm zarzucał. Gniewał się, zapominając, że „nie ma racyi pan Gniewosz”.

W rażącej sprzeczności z jego „temperamentem” stał ton spokojny tak Schmitta, jak i redakcyi Przeglądu rzeczy polskich, co mówiło wyraźnie po czyjej stronie była słuszność.

VI.

Na parę tygodni przed odpowiedzią Schmitta, d. 26 grudnia 1858 r. dawały w Warszawie koncert w salach redutowych panny Marya i Wilhelmina Neruda, Morawianki. Gra ich na skrzypcach, zwłaszcza panny Wilhelminy, wzbudzała wszę­dzie entuzyazm. Kiedy w r. І857 wystąpił v z koncertem w Wilnie podczas kontraktów świętojerskich, Władysław Sy­rokomla napisał do albumu Maryi wiersz, zaczynający się od słów: „Przyszła do nas Słowianka, przyleciało ptaszę; zaszczebiotało rzewnie, wzięło serca nasze”, — a drugi wiersz tegoż Syrokomli na cześć Wilmy, „chluby słowiańskiej, artystki natchnionej”, dołączono do jakiejś pamiątki, danej jej przez mieszkańców Wilna.

W Warszawie Nerudównom koncert przyniósł zysk je­dynie moralny, bo publiczności zebrało się niewiele — bra-

1) Gazeta Warszawska 18-9 r, nr. 12.

kowało mianowicie żydowskiej plutokracyi, która chlubiła się popieraniem muzyki i na własnych salonach urządzała kon­certy (właśnie mniej więcej w tym czasie W. M. Epstein, konsul belgijski, urządził u siebie koncert, w którym wzięli udział wybitni artyści krajowi i zagraniczni). Nieobecność tych sfer oburzyła do żywego Józefa Keniga, zapalonego me­lomana, więc też w najbliższym felietonie Gazety Warszaw­skiej! (nr. 4 r. 1859) dał folge swemu niezadowoleniu.

Jeżeli, według przysłowia, ż wielkiej chmury mały deszcz bywa, to tym razem z małej chmurki powstała ogromna na­wałnica z piorunami. Możeby ta „wojna żydowska” nie wy­buchła, gdyby nie streszczone powyżej utarczki, które do niej grunt przygotowały. Rzeczywiście tylko podnieconym stanem umysłów, rozdrażnieniem, przeczuleniem inteligencyi żydow­skiej można wytłumaczyć to, co nastąpiło.

Ale wracajmy do koncertu. W długim felietonie, w któ­rym poruszał sprawy bieżące, wspomniał Kenig o przepeł­nionej sali na przedstawieniach magika Epsteina, wobec pu­stek na koncercie sióstr Neruda, i przeprosiwszy za to ze­stawienie, pisał dalej co następuje:

„Koncert zeszłoniedzielny był nieliczny, nie wiemy zaś, jak wypadnie czwartkowy. Nasze przypuszczenia powinny być fałszywe, talent, imię, sztuka mówi przeciw nam, a je­dnak nasza Sybil la drży. Panna Neruda, jak widać, nie po­siada łask u pewnej licznej koteryi, uchodzącej i uchodzić pragnącej za muzykalną. Brak jej orlego nosa, cery śniadej, czarnych włosów i innych сесh aryjskiego pokolenia; nie wy­mawia r gardłowo, nazwisko jej nie kończy się na: berg, blatt, kranc, stern, lub podobnie, brak jej więc tytułów do poparcia ze strony tego tajemniczego związku, który nasiadł całą Europę, a zwłaszcza nas, i trzymając się ściśle, popycha każdego ze swoich, czyto on bankierem, czy tenorem, czy spekulantem, czy skrzypkiem. A związek ten popychać umie wszystkiem: reklamą, oklaskiem, wrzaskiem, pieniędzmi na­wet. Pomiędzy tym brodaczem, rzucającym się na paradyzie, a pomiędzy tą strojną lożą, tajemniczo przebiega ciągle myśl jedna: wyniesienie swoich, wyniesienie bezwarunkowe. Wszelki tryumf jednego z nich, czyto on się objawia w Rotszyldowskiej kasie, czy w Meyerberowskiej orkiestrze, czy w Ra­cheli laurach, jest tryumfem całego plemienia. Ten, który przyszedł po procent, o którym sądzisz, że nic nad swe weksle nie zna, będzie ci mówił o tem z równą chełpliwością, jak światowy jego kolega. Tejto potęgi — w naszem mie­ście potęga to prawdziwa — nie umiała sobie zjednać panna Neruda; głównego tytułu jej brak.

„Może w związku z temi pojęciami zostaje anegdota, którą wyczytaliśmy niedawno w jednym z zagranicznych dzienników. W Rotterdamie bankier EUinckhuyzen zbiera za­pisy na akcye kanału Sueskiego. W kantorze zjawia się ja­kiś Anglik poważny i żąda 500 akcyi, bankier mu je wręcza. Anglik powoli otwiera gruby pugilares i płaci. Bankier oświad­cza, że suma jest zbyt wielka, bo na teraz żądają tylko po 50 fr. za akcyę. W takim razie, mówi Anglik, proszę o 1000 akcyi.

—  Zapłacisz pan tylko 50 000 fr.—mówi bankier.—Tak mało?—odpowiada kupujący,—a ja chciałem na ten cel obrócić 500 000 fr., proszę więc o 10 000 akcyi. Bankier akcye wrę­czył, dziwiąc się żarliwości dla przedsięwzięcia, które bardzo mało, jak na teraz, ma widoków. Po dość długiem wahaniu Anglik wyznał, że znalazł w Biblii przepowiednię, iż między­morze Suez będzie przekopane kanałem i tym kanałem Izrae­lici wrócą do Egiptu. Wskazał rozdział i wiersz; przepowie­dnia ta w istocie ma się znajdować w proroctwie Jeremiasza. Dziennik zagraniczny ręczy za prawdę anegdoty; co bądź si non e vero

Po przeczytaniu zaczęliśmy szukać w Jeremia­szu, ale dotąd nie napotkaliśmy upragnionego wersetu; gdy go znajdziem, przepiszemy tekst. W każdym razie kanał Sueski dziś mniej ma widoków jak niegdyś; mniejsza o lorda Palmerstona, ale Jeremiasz stanie mu na zawadzie, bo pewno żaden potomek tych, co wyszli z Egiptu nie zechce wrócić do krainy, którą przed 3000 lat tak niechętnie opuszczali; za na­szych miejscowych przynajmniej ręczyć można”.

Tak wyglądała owa iskra, co podpaliła nagromadzone prochy. Zawrzało wśród młodzieży żydowskiej — oburzenie udzieliło się i starszyźnie.

Pierwszym objawem protestu przeciw felietonowi Keniga było kilka anonimów nadesłanych do niego i do Lesznowskiego, redaktora Gazety Warszawskiej.

Autor jednego z nich rozpoczynał swój list od twierdze­nia, iż popieranie „swoich” przez Żydów jest cnotą, niedo­stępną Polakom, którzy ją tylko ustami wyznają. „Gałganie, durniu—pisał dalej rycerz zamaskowany,—korz się przed zale­tami żydowskiemi, które, gdyby Żydzi mieli wolność kształ­cenia się bez ucisku, jak ją mają chrześcijanie,-wszelką narodowość blaskiem swymby otoczyły. Padaj na kolana, blaźnie, przed wytrwałością plemienia mojżeszowego, które z odwagą nadludzką zwycięsko wyszło z tak licznych i okrut­nych prześladowań, wsparte tylko wielkością religii i znako­mitością swej odwiecznej inteligencyi, która wam dała prawa a nawet Boga, którego imieniu kłamiecie, któregoście pojmo­wać jeszcze się nie nauczyli. Wiedz, ty błaźnie i podobni tobie reprezentanci spodlonej i jezuickiej prasy, że plemię Izraela zniosło inne prześladowania i wytrwało i że dziś jest prawie jedynym reprezentantem zdrowego rozsądku i miłości Bożej w tym nieszczęśliwym kraju… Rozpaczaćby można o    przyszłości narodu, gdyby nie pewność, że z łona plemienia żydowskiego powstaną ludzie, którzy będą was uczyć jak poczciwa prasa na opinię publiczną działa, którzy odznaczą się jako uczeni, rolnictwo podniosą, przemysł rozkrzewią i li­teraturę oczyszczą z głogów i cierni ją szpecących… U Ży­dów działalność i bogobojność… u was zgnilizna, brak czyn­ności i obłuda… Wasze masy bydlęceją wódką i brakiem oświaty… Ani jednego zdrowego organu prasy, wszystko przekupne… Przekleństwo wam, którzy znacie bieg cywilizacyi, a kłamiecie. A tobie, chłystku, bodaj ci ręka upadła, zanim wymówisz słowo prześladowania przeciw Żydom, któ­rzy mają powołanie odrodzić imię Polski i chrześcijanizm w myśli Chrystusa, którąście zdradzili i ciągle zdradzacie, fa­ryzeusze”.

Ale oprócz strzałów z za płotu, wystąpił otwarcie do boju cały hufiec, złożony z „artystów, lekarzy, agronomów, właścicieli fabryk i kupców, ludzi żonatych i ojców familii” (tak się sami określili w późniejszej odpowiedzi Lesznowskiemu). Grono to po naradzie, odbytej u Ignacego Natan- sona, wystosowało do redaktora Gazety Warszawskiej list następującej treści:

Gazeta Warszawska z dnia 4 b. m. zawiera szyderczy artykuł, nacechowany nienawiścią dla Żydów i lekceważeniem wszystkich krajowców tego wyznania. Od dawna już przywy­kliśmy do nienawiści i ataków Gazety Warszawskiej i nienawidzieć pozwalamy się tyle, ile się komu podoba, a zajęci spokojną i pożyteczną pracą, bronić się tu i teraźniejszego stanu moralnego Żydów tłomaczyć wcale nie myślimy, ale szydzić i drwić z siebie nigdy nie pozwolimy. Jeżeli więc Gazeta Warszawska nie z lekkomyślności artykuł ten w szpal­tach swoich pomieściła, jeżeli nie chce przez odwołanie go w przeciągu dni ośmiu dowieść, że nie czyniła tego z namy­słu, oświadczamy Redatorowi głównemu Gazety Warszaw­skiej, Panu Antoniemu Lesznowskiemu, że rozbudzenie fana­ tyzmu w mieszkańcach jednej ziemi pod płaszczykiem przywiązania do kraju, działanie wpływem Gazety na masy ludności przez rozszerzanie nieuzasadnionych wieści ze złością i szyderstwem, jest postępowaniem niegodnem, wynikającem ze złej wiary i kierowanem chęcią egoistycznego zysku ze szkodą ogólnego dobra, a zatem jest postępowaniem, cechującem człowieka podłego“.

Potem szedł gotowy tekst odwołania, jakie Lesznowski miał zamieścić:

„W Gazecie naszej z d. 4 b. m., sprawozdawca tygodniowy, uniesiony zachwyceniem dla talentu panien Neruda, pobratymczych nam Morawianek, upatrzył w nielicznem ze­braniu się publiczności na ich pierwszym koncercie jakiś symptomat zmowy między zamożniejszą klasą Żydów, w War­szawie zamieszkałych. Szyderczy ton tego artykułu, odznacza­jący się niemal zapomnieniem przyzwoitości publicznej, wy­wołał między znaczną liczbą szanownych mieszkańców tego wyznania gwałtowne oburzenie, które się z tego powodu w listach do mnie pisanych objawiło. Zmuszony jestem oświadczyć, że jakkolwiek wady Żydów naszych, równie jak innych mieszkańców kraju, wytykać będę, nie miałem wszakże myśli, ani ubliżyć, ani lekceważyć tej części ludności krajo­wej i nie przestanę przestrzegać, aby szpalty Gazety w gra­nicach poważnej krytyki pozostawały”. (Tekst z rękopisu).

Powyższy list z datą 16 stycznia, ułożony przez Ignacego Natansona właściciela fabryki cukru1), podpi­sany został przez 23 Żydów. Podpisali go mianowicie: Sta­nisław Kronenberg i Henryk Toeplitz — naczelnicy domów handlowych, Aleksander Lesser malarz, Ignacy, Jakób, Adam Józef, Szymon, Ludwik i Henryk Natansonowie (Ludwik dr. medycyny, redaktor Przeglądu Lekarskiego, Henryk księgarz, Jakób magister uniw. dorpackiego, chemik, później profesor. Szkoły Głównej), Henryk Lange i Szymon Dawidson—ajenci handlowi, Seweryn Loewenstein komisant handlowy, Mikołaj Epstein ajent bankowy, Zygmunt Ostrowski właściciel za­kładu rolniczo-przemysłowo-leśnego, Bernard Kohn i Zy­gmunt Berens bankierzy, Izydor Brunner kupiec, Maksymilian Fajans litograf i przemysłowiec, Henryk Ńelkenbaum i Al. Rosenstein buchalterzy, Jan Berson obywatel i Dawid Rosenblum korespondent handlowy.

’) „Henryk Toeplitz napisał Gazecie odpowiedź11—donosił swemu przyjacielowi Al. Kraushar w marcu 1859 r. Wiadomość mylna.

W parę dni po otrzymaniu tego wezwania dostał je­szcze Lesznowski jeden anonim od Żyda „nieobrażonego”. Autor anonimu byt zdania, że artykuł Keniga nie ubliżał Żydom, owszem, że był dla nich właściwie pochlebny, bo uznawał ich inteligencyę, bez której nie zdołaliby zająć tak wpływowego stanowiska. Więc też, według anonima, obra­żone są tylko niektóre grupy żydowskie, uzurpujące sobie prawo reprezentacyi żydostwa. Anonim przestrzegał Lesznowskiego, aby się miał na baczności, gdyż Żydzi niemieccy, autorowie bezimiennych i podpisanych listów, uradzili „na walnej zmowie” czynnie znieważyć Keniga i Lesznowskiego. Misyę tę uchwalono powierzyć wybranemu losem, ale „nie­jaki Izydor Brunner“, nie chcąc narażać ludzi żonatych i obar­czonych rodziną, sam ofiarował swe usługi i zaprzysiągł, że Lesznowskiego „wybije po pysku”, a Keniga „kijem wywali”.

Ów Brunner, jeden z podpisanych na zbiorowym liście do Lesznowskiego, służył w r. 1849 we Włoszech w szere­gach powstańców rzymskich. Słusznie czy niesłusznie, oskar­żono później Lesznowskiego, że „miał nikczemność denuncyować go przed dyrektorem policyi, iż walczył za wolność i niepodległość Włoch” 1).

W tychże zapewne dniach i drugi z podpisanych na wezwaniu, Mikołaj Epstein, publicznie obiecał spoliczkować Lesznowskiego — świadkami tej obietnicy, uczynionej w restauracyi, byli: słynny aktor Aloizy Żółkowski, Karol Kucz, redaktor Kuryera Warszawskiego, literat Fr. Sal. Dmochow­ski i jakiś Julian Trzciński. Epstein tłumaczył się później w sądzie, że zamiar spoliczkowania Lesznowskiego powziął wskutek „fałszywej powieści” jakoby Lesznowski rozpowiadał, że go Epstein listownie przepraszał za swój podpis na zbiorowem wezwaniu 2)

Nawiasem zaznaczyć należy, że wszyscy podpisani, z ma­łym wyjątkiem, byli to ludzie młodzi. Najstarszy z nich był, zdaje się, malarz historyczny, Lesser, urodzony w r. 1814.

Jakie wrażenie na Lesznowskim uczynił list zbiorowy i jakie przeciw niemu poczynił kroki, dowiadujemy się na-

Lubłiner w broszurce „Zatargi p. Lesznowskiego z Żydami polskimi11 (Bruksella, 1859 r., str. 2). Sam Lubłiner pisze: .Jeżeli wiadomości są prawdziwe, miał on nikczemność” itd.

2) Epstein ten, później wywieziony, po powrocie z wygnania osiadł we Lwowie, gdzie był znaną postacią. Pisał udatne rymy. Jeden z nich, mający /wią/ек ze sprawą żydowską, przytoczyłem z rękopisu w artykule „Silva rerum Adama Bartoszewicza’* (Przegląd Narodowy 1912 r., tom IX, marzec, str. 245).

przód z listu Pathiego, członka red. Gazety Warszawskiej, do Kraszewskiego.

…,,W tej chwili — pisze on 20 stycznia — mamy tu szaloną rozprawę z Żydami, którzy tak z nami zadzierają, że się aż dusza w człowieku wzdryga. Wyobraź sobie, że jeden Żydziak jakiś, w bezimiennym liście do nas, poważył się na­pisać, że Polska tylko przez Żydów może się odrodzić, że oni są zesłańcami, pomazańcami boskimi, którzy nam prze­wodniczyć mają itd. Historya cała wywiązała się z kilku ustępów, a raczej alluzyi do Żydów, w linijce Keniga, prze­czytaj je dla samej ciekawości i powiedz sam, czy który łapserdak dotknięty tam osobiście. A jednak, piszą do Keniga i Lesznowskiego bezimienne listy najobelżywsze i podłe, na jakie tylko nikczemność żydowska zdobyć się może, aż wczo­raj nareszcie przysłali nam list przez 26 (?) Żydziaków pod­pisany, wymagający od Lesznowskiego deprekacyi, pod za­grożeniem podłości i konsekwencyi dotkliwych. Naturalna rzecz, że pod groźbą a jeszcze żydostwa nikczemnego i roz­zuchwalonego nikt nie odwoła tego co wyrzekł, choćby sam przekonanym był, że niema słuszności po sobie. I my też staniemy jeżem do nich, a w tej właśnie chwili Antek (Lesznowski) jest u Much(anowa) za tą sprawą. Myślimy Żydom zerznąć skórę, a bicie owe w drukarni dać do czytania ka­żdemu kto zażąda”. (Z ręk. Bibl. Jag.)

Do Muchanowa udał się zapewne Lesznowski ze skargą na cenzurę, która zabroniła pisać o tej sprawie i wogóle

o kwestyi żydowskiej. Muchanow uchodził za zdecydowanego wroga Żydów. Kiedy Tymowski, minister sekretarz stanu dla Królestwa Polskiego, zażądał od władz warszawskich wy­dania opinii co do ujednostajnienia prawodawstwa względem Żydów w Królestwie Polskiem z prawodawstwem w Cesar­stwie, zaznaczając, że jest to „wolą Najjaśniejszego Pana” (rzecz wyszła z osobnego komitetu dla spraw żydowskich w Petersburgu), a powołana do wydania tej opinii komisya, złożona z wyższych urzędników Polaków, oświadczyła się za szerokiem równouprawnieniem Żydów, Muchanow raport jej schował do biurka, a sam napisał memoryał, zatwierdzony pod naciskiem przez Radę Administracyjną, w którym obsta­wał za utrzymaniem ograniczeń1). Co wypadło z narady

1) Lubliner omawia tę sprawę w broszurze: nDe la condition ci­vile et politique des Juifs dans le Royaume de Pologne (I860). Memoryał (raport) Muchanowa nazywa nun rapport prolixe, fastideiux dans la forme, mensonger, haineux an fond“…

z Muchanowem nie wiemy, sądzić jednak można, że choć za­kaz cenzury się utrzymał, Muchanow pozwolił Lesznowskiemu chwycić się zapowiedzianego w liście Pathiego środka, to jest obiecał mu patrzeć przez szpary na rozdanie w odbitkach korektowych kilkudziesięciu egzemplarzy odpowiedzi na we­zwanie żydowskie.

Odpowiedź ta brzmiała:

„W numerze 4 Gazety naszej, w rubryce pod linijką, znajduje się ustęp o koncercie Panien Neruda. W ustępie tym, wspominając, że część tutejszego społeczeństwa, należąca do izraelskiego plemienia, na koncert nie przybyła, zwrócili­śmy uwagę na skwapliwość i jedność Żydów w popieraniu każdego, kogo tylko do swego rodzaju zaliczają, zwróciliśmy zwłaszcza uwagę na potęgę, coraz dla innych plemion naszej ziemi straszniejszą, jaką Żydom ta jedność już dała i dawać nie przestaje.

„To zwrócenie uwagi nie podobało się części żydow­skiego towarzystwa tutejszego. Otrzymaliśmy przez pocztę miejską listy bezimienne, pełne obelg najbardziej grubijańskich. Jeden z tych listów, tonem do innych podobny, wy­powiadał jednak myśli Żydów o ziemi naszej, myśli, któreśmy przeczuwać mogli, nie spodziewając się jednak, by już dziś tak jasno, tak groźnie sformułowanemi być mogły.

„Z listami temi postąpiliśmy jak się z takiemi rzeczami postępuje, pokazywaliśmy je wszystkim.

„Widać, że się tego nie spodziewano, bo w tydzień po­tem otrzymaliśmy list, tym razem opatrzony kilkunastu pod­pisami, list obelżywy, znieważyć nas chcący, w którym śmiano żądać od nas odwołania. Podpisy zmieniły charakter obelgi. Anonimy musiały zostać bez odpowiedzi, zachowaliśmy je tylko jako wskazówkę, jako symptomat ważny nie dla nas, ale dla tych, co się chcą łudzić. Obelga podpisana musi być jawna.

„Nie! panowie Żydzi, czy podpisujący czy nie podpisani, nie myślim ukrywać wystąpień waszych. Za cóż to miotacie na nas obelgi? za to, że ostrzegamy kraj, że mówim doń, by oczy przetarł i przejrzał, że mówim mu o potędze plemienia, które gościnnie przyjęte na tej ziemi przed wiekami, dziś w tysiącu gałęzi życia krajowego włada wyłącznie, za to, że mówimy starym mieszkańcom tej ziemi, by strzegli tego, co jeszcze jest w ich ręku.

„Nie o religię nam chodzi. Religia to rzecz Boga i su­mienia indywidualnego, nie zaś obcych rozumowań. Ale świętym obowiązkiem naszym jest przestrzegać, by plemię nasze czasem przez nieoględność swą, a więcej jeszcze przez zabiegi i zręczność waszą, nie wyszło na sługi tych, którzy kiedyś przychodzili tu jako słudzy.

„Nie my to stworzyliśmy istniejący rozdział, nie my go utrzymujem, ale wy sami.

„Nie zazdrościm bogactw, skupionych w ręku kilkuset lub kilku tysięcy Żydów, nie cieszym się wcale z nędzy materyalnej i moralnej, w której gnije większość tego plemienia u nas, ale widząc, jak coraz bardziej skutkiem owej jedności w działaniu, owej potęgi zbiorowej, wszystko z każdym dniem więcej monopolizuje się w żydowskich rękach, wznosimy głos nasz.

„Pamiętajmy o tem, że Żydzi stanowią dziś ósmą blizko część ludności naszej, za lat sto stanowić będą jej połowę; nie spoglądalibyśmy nawet na nich, gdyby stosunek ten nie był tak zatrważający.

„Nie o poniżenie Żydów, ale o ochronę naszego ogółu nam chodzi, nie o teraźniejszość już, ale o przyszłość.

„Zakazy i ograniczenia bronią jeszcze tu i owdzie, ale ten mur z czasem runąć może, runąć musi, a wówczas co nastąpi?

„Handel cały prawie, a przynajmniej najgłówniejsze jego części, a największa część zyskowych przedsięwzięć od dawna już nie do nas należą; cały nawet kapitał ruchomy jest własnością Żydów; korca zboża, pnia drzewa nie umiemy sprze­dać bez Żyda i śmiemy marzyć, że w takim stanie rzeczy zdołamy się utrzymać przy ziemi.

„Dlategoto wołamy o wyswobodzenie z rąk żydowskich przez oszczędność od lichwy, przez pracę od faktorów, przez zabiegiość od monopolu.

„Tak mówiąc, tak działając, nie nasze plemię tylko mamy na widoku, ale i samych Żydów. Oburzać to może kilku, kilkunastu lub kilkuset bogaczy, którzy wyssawszy swój pie­niądz z pracy innych, monopolizując w swem ręku ruch cały, nie dbają o Stan tej niesłychanej większości swego plemienia, nędznej, wygłodniałej, odartej, ciemnej i przesądnej z ich winy, którą, posługując się nią, zostawiają losowi. Bo nie sądzim stanu Żydów u nas z Warszawy tylko. Kto wie, czy ta ludność, która przy wszystkich wadach zachowała jednak silnie wiarę swoją, uznaje za swych naczelników tych, którzy nie opuszczając jej, formami życia wyrzekają się tej wiary. W ten tylko sposób oddziałać można na samychże Żydów, zmusić do umoralnienia, do pracy więcej produkującej, pod­nieść handel, który, jak to mamy dowody, nawet w posta­nowieniach ciągle wydawanych, w ich ręku kontrabandą a nawet szachrijstwem coraz bardziej upada i przestaje być źródłem narodowego bogactwa. Dlategoto ciągle, przy każdej sposobności, przy fraszce jak koncert, przy ważnej sprawie jak handlowy ruch kraju całego, wskazujem ową potęgę już dziś tak silną, by kraj przejrzał, zadrżał i postarał się o wy­łamanie się z pod niej, i dlatego że tak wołamy, spotykają nas jak dotąd od Żydów obelgi i plwania.

„Oni pierwsi może przeniknęli dokąd zmierzamy. Ale obelgi w obronie sprawy publicznej poniesione uważamy so­bie za zaszczyt; ważność jej i świętość nie pozwala, by to bioto, czy rzucone ręką bezimienną, czy opatrzone podpisem żydowskim, czy indywidualne, czy zbiorowe, dosięgnąć nas mogło.

„Ani obawa, ani krewkość żadna nie sprowadzi nas z obranej po długim namyśle drogi.

„Ani uniesienia niewłaściwe nie pozwolą nam zapomnąć, że sprawa, której bronimy, nie jest naszą sprawą osobistą. By zaś ogół mógł osądzić, jak daleko zaszło owo zuchwal­stwo, na co wystawionym jest i być może człowiek, nie schle­biający potędze kapitałowej, śmiało ostrzegający swoich, zło­żyliśmy owe listy w drukarni Gazety naszej, by je każdy mógł przeczytać. Listy te są to symptomata, wskazówki, ale przemówią one silniej jak najsilniejsze słowa nasze, wskażą co ogól nasz czekać może“ 1).

Sprawa stała się głośną. Cała Warszawa o niej mó­wiła. Według autora „H i s t o r у i dwu L a t“, zajmował się nią nawet tłum żydowski — stanowiła ona nawet przed­miot roztrząsań śledziarzy z za Żelaznej Bramy. Kraushar, wówczas jeszcze uczeń gimnazyalny („Z pamiętnika A l k a r а” II), w liście do przyjaciela donosił, że „rozlepiono plakaty bezimienne po ulicach przeciw Żydom“ i przewidy­wał, że „walka, jaka zawrzała, będzie miała ważne skutki”. Echo jej odbiło się nawet w szkołach. Stary profesor geometryi opisującej, Wrześniowski — pisał Kraushar — odezwał się z katedry: „Oto do czego już rzeczy doszły. Śmią nam teraz w żywe oczy wyrzucać, że jesteśmy „prochem”! Każdy wie, do czego zmierzam, ale uderzmy się w piersi. My sami jesteśmy temu winni. Ot, np. z liczby młodzie­

*) Ze zbiorów autora.

niaszków tej klasy, któż myśli o tem, by ucząc się, pomógł swojej ojczyźnie, by oddał święty dług Matce — ziemi, która go zrodziła? Tu każdy z was myśli o tem, by skończywszy gimnazyum pojechać do Paryża na hulankę i strwonić osta­tek ojcowizny. Tak być nie powinno. Powinniśmy wszyscy bronić honoru naszej ojczyzny!” To mówiąc, trząsł się cały, a w klasie głuche zapanowało milczenie.

„Mnie — pisał Kraushar — ciarki po ciele przeszły. Uczułem głęboko zbrodnię owych nieproszonych obrońców, co to poza krajem miotają obelgi na Naród, niepomni, że tem wielką zrządzają szkodę wszystkim” 1).

Z drugiej strony panowało ogromne oburzenie na Ga­zetą Warszawską w sferach młodzieży, grupującej się koło Jurgensa. Zarzucano Gazecie, że stwarza wewnętrznych wro­gów, że sprowadza wodę na młyn rządowy. Jedyny zysk z tej afery wyciągnęły na razie siostry Nerudówny i gitarzysta Soko­łowski, którego koncenrt też świecił pustkami. Na koncercie ich, danym wspólnie 25 stycznia, sala była przepełniona, entuzyazm panował niesłychany. Kuryer Warszawski notował, że pannę Wilhelminę obsypano kwiatami i przywołano 14 razy, panna Marya z bratem Franciszkiem (wielonczelistą) była wywołana czterykroć, a Sokołowski 8 razy. „Ta bez­stronna — dodawał Kuryer — i sprawiedliwa owacya słusznie się należała tak świetnym talentom. Ten wyraz bez­stronna, użyty przez „bezstronnego” Kuryera, najlepiej do­wodzi, że w sferach kuryerowych usiłowano odjąć właściwe znaczenie tej manifestacyi.

Żydowscy „protestanci, autorzy listu zbiorowego, nie / przyjęli w milczeniu odpowiedzi Lesznowskiego. Zredagowali więc rodzaj komunikatu, czy cyrkularza, który rozsyłali w odpisach pod adresem ludzi wybitniejszych. i Na wstępie zaznaczyli, że Gazeta Warszawska, „mająca największą liczbę czytelników”, od dawna odznaczała się „systematycznem prześladowaniem Żydów tutejszych, a to dla zyskiwania sobie prenumeratorów między licznymi w kraju żydowskimi nieprzyjaciółmi”. Koncert panien Neruda dał jej powód do „nienawistnej insynuacyi”, której autor wyraził w końcu życzenie, aby Żydzi z Polski do Palestyny wrócili, „niepomny, że oni od dziesięciu wieków kości ojców swych

2) Z ostatnich słów widzimy, że owa scena zaszła nieco później, kiedy w pismach obcych pojawiały się artykuły w obronie Żydów. Trudno jednak w opowiadaniu zachować ściśle chronologię aż co do dnia i godziny.

grzebią na tej ziemi, a więc nie są cudzoziemcami”. Dalej komunikat przytacza! w całości list zbiorowy do Lesznow­skiego i żądaną formułę odwołania.

„Redaktor — pisał dalej komunikat, — po otrzymaniu listu unikał jego honorowych konsekwencyi, a w kilka dni później list powyższy znalazł się w rękach policyi. Władza policyjna nader uprzejmie, ale stanowczo kazała oświadczyć podpisanym, że wszelkie obelżenie osoby pana L. nadal bę­dzie uważane za czyn, uchybiający rozkazom władzy. Obok listu tego złożył pan L. dwa anonimy, które jak twierdzi, pocztą miejską odebrał. Nie potrzebujemy tu wspominać, że kto z anonimów robi użytek publiczny, wystawia się na po­dejrzenie jakoby był ich autorem. Dziś dowiadujemy się, że pan L. napisał artykuł w odpowiedzi na list nasz, a nie mo­gąc uzyskać pozwolenia na umieszczenie go w swej Gazecie, puścił go w obieg. Nie tykając wcale kwestyi osobistej, która drogą właściwą, ogół nie obchodzącą, załatwioną być winna, podajemy artykuł pana L. jedynie dlatego, aby wy­kazać drogi, jakiemi idzie ten pan w sprawach prywatnych, jak z drobnej kwestyi, tylko osobistego honoru jego dotyczą­cej, starał się, nie zaniedbując żadnego środka, poruszając wszystkie sprężyny efektu, zrobić ogólną sprawę, kraj cały oburzyć mogącą. Nadzwyczaj nam zależy na zupełnem odłą­czeniu sprawy pana L. od kwestyi Żydów w Polsce, bo o ile opinia ogólna co do tej kwestyi jest dla nas największej wagi, o tyle sprawa z panem L. jest małą i przypadkową. Nie zaczepialiśmy pana L. o istotę kwestyi Żydów w Polsce, ani nawet o jego osobiste zdanie w tym względzie, ale o nieprzyzwoitą formę, w jakiej się o nas odzywa. Teraz przypatrzymy się bliżej samemu artykułowi”1).

To „przypatrzenie się” urządzono w ten sposób, że przełamano arkusz na dwoje, na jednej jego części podawano „Artykuł pana L., a na drugiej (rubrum) „Uwagi”. Były one dość lakoniczne z wyjątkiem pierwszej, odpowiadającej na twierdzenie, że Żydzi stali się potęgą. „Zaledwo kilka indy­widuów w szkołach polskich — brzmiała „uwaga” — wyu­czyło się czysto po polsku mówić, pozbyło się przesądów, przejęło się obyczajami krajowemi, czyni wszystkie wysilenia, aby zrzucić z siebie odrębną cechę i zadosyć uczynić spra­wiedliwym wymaganiom towarzystwa, które ich otacza, a już Izrael wzrósł w oczach pana L. do jakiejś wymarzonej potęgi,

*) Rękopis ze zbiorów autora.

którą on chce kraj cały straszyć. Słowa te śmiesznie zaprawdę brzmią w naszych własnych uszach, a wyrodzić one się mogły tylko w fantastyczne] bojażni pana L. Potęgę coraz dla ple­mion naszej ziemi straszniejszą — wykrzykuje pan L. — po­tęgę tę, z wyjątkiem kilkuset indywiduów wykształconych, ileżto razy dziennie dotychczas w całym kraju za drzwi wy­pychają! Igra z nią dowolnie na każdej iluminacyi ulicznik warszawski.

Inne „uwagi”, a było ich dwadzieścia kilka, należały przeważnie do kategoryi notatek marginesowych, lub „Zwischenrufów” parlamentarnych. Kiedy Lesznowski wspominał np. o li­stach bezimiennych, „uwaga” brzmiała: „Tchórz lub głupi pisze listy bezimienne… Gdy Lesznowski mówił, że listy te oka­zywał wszystkim, „uwaga” dodawała: „i policyi”. Jedna z dal­szych uwag przeprowadzała różnicę między takimi listami a podpisanym zbiorowo, „za który podpisani biorą wszelkie na siebie konsekwencye”. Połączone z tem było zapewnie­nie, że wśród autorów zbiorowej odezwy „bezimienne szpar­gały treści haniebnej” wywołały oburzenie1). Twierdzono da­lej, że upomniano się jedynie „o przyzwoitość formy, o nierozbudzanie nienawiści”, a nie o to, że Lesznowski „miał krajowi oczy otwierać”. Owszem, zaręczali autorowie uwag: „my o to prosim, nam na tem zależy”. „Nie o religię nam chodzi”—pisał Lesznowski, a uwaga dodawała: „ale o interes”. Nieprawdą jest,—mówiła inna uwaga,—aby Żydzi stworzyli istniejący rozdział: — „dla nas żadna ofiara nie byłaby za wielką, gdybyśmy go zapełnić mogli”. Co nastąpi gdy mur ograniczeń runie?—pytał Lesznowski, a „uwaga” odpowiadała: „Znikną Żydzi, zwiększy się liczba obywateli — świadkiem tego zachodnia Europa”. Obawa, o utratę ziemi—to „śmieszne wnioskowanie: kilkudziesięciu Żydów świeci blichtrem kre­dytu i pieniędzy… jeden pan polski sumami w skarbcu za­mkniętymi całe ich mienie zakupić może“. I nie „bogacze” oburzyli się na Lesznowskiego, lecz „ludzie pracy, dobijający się o dobre imię” 2). Dalsza „uwaga” zaznaczała, iż „historya prześladowań” wykazuje, skąd powstała nędzna, wygłodniała masa żydowska, którą zamożniejsi wspierają, a nie „zostawiają losowi“, jak chce Lesznowski. Obelgi skierowane przeciw

‘) Później sędzia śledczy otrzymywał od Żydów liczne protesty przeciw owym anonimom.

“) Rzeczywiście między podpisanymi bogaczy, z jednym może wyjątkiem, zdaje się nie było. Kilku zaledwie należało do ludzi zamo­żniejszych.

sobie uważa on za zaszczyt i (dodawała uwaga) „dlatego udaje się do sądu kryminalnego”.

Wreszcie na „konkluzyę“ Lesznowskiego odpowiadali autorowie uwag: „Dość już tych żartów. Rysują nasze obli­cze, przedrzeźniając nasze nazwiska, wytykając nas niemal palcem, robiąc z nas igraszkę dla złej swawoli, wyrządza nam L. publiczną obelgę, zmusza spokojnych ludzi do gwałto­wnego upominania się za sobą, a porzucając właściwą zacnym ludziom drogę, nazywa te szyderstwa otwieraniem oczu kra­jowi i stara się, fałsz z fałszu wyprowadzając, zrobić z tej sprawy osobistej sprawę kraju całego. Opinia publiczna długo zwodzić się nie da i pozna się na czczych i napuszystych frazesach. Próżno będzie się stawiał jako męczennik ten, kto nie ma odwagi osobiście swego zdania zastąpić, prędzej czy później śmiesznością okrytym zostanie”.

Rzeczywiście Lesznowski traktował tę sprawę jako pu­bliczną, nie skłaniał się do załatwienia jej na „drodze hono­rowej”, jak tego, zdaje się, obrażeni Żydzi sobie życzyli, ale udał się do policyi i wytoczył skargę sądową przeciw au­torom pisma zbiorowego. Krok ten, którego niewłaściwość z wielu stron mu wytykano, do wysokiego stopnia rozdra­żnił Żydów, sprawie miejscowej nadał rozgłos szeroki, moznaby nawet, z dużą wprawdzie dozą przesady, ale niecałkiem bez podstawy, powiedzieć — europejski, bo echa jej przedo­stały się do prasy rosyjskiej, niemieckiej i francuskiej.

Zdecydowawszy się udać na drogę sądową, Lesznowski pragnął jednocześnie wyjaśnić całemu społeczeństwu zajęte przez siebie stanowisko w sprawie żydowskiej. Nie wystar­czały ku temu odbitki korektowe jego odpowiedzi, rozdawane tylko po Warszawie, i to dość skąpo, aby nie wpaść w kon­flikt z władzą. Udał się więc z prośbą do krakowskiego Czasu, aby wydrukował jego odezwę. Ale ówczesny redak­tor Czasu, Leon Chrzanowski, prośbie jego odmówił, podając charakterystyczne motywy. „Umieściwszy odezwę Waszą — pisał do Lesznowskiego,—bylibyśmy mocą ustawy drukowej zmuszeni do zamieszczenia odpowiedzi, którym odpórby da­wać należało, a nie byłoby wolno. Wyzwalibyśmy do walki całe dziennikarstwo niemieckie, szczególniej wiedeńskie, bę­dące wyłącznie w ręku Żydów. Bo jeżeli Żydzi są silni w Warszawie, iż swym wpływem na cenzurę wzbronili Wam odezwać się, to daleko większą przewagę mają w Wiedniu. Oto niedawno z powodu uderzenia naszego na nadużycie, po­pełnione przez Żydów w Starym Sączu, stanęły przeciwko nam żydowskie potentaty z połowy Europy: Fuld, Rotszyld, Pereira i t. d. Jeżeli zaś toczy się bój przeciw polskości i Polakom, lub wogóle Słowianom, to Niemcy liczą, się za Żydów, a Żydzi za Niemców; mieliśmy tego przykłady u nas i w Poznańskiem”.

Lepiej udało się Lesznowskiemu ze Słowem, pismem polskiem, wychodzącem dwa razy na tydzień w Petersburgu w formacie wielkiego dziennika. Redaktorem jego był gło­śny później ze swego smutnego losu „przestępca polityczny”, Jo­zafat Ohryzko. Otrzymawszy wezwanie „w interesie dobra i su­mienia publicznego”, nie zawahał się ogłosić artykułu „w kwe­styi nader ważnej i drażliwej, bo tyczącej się plemienia izrael­skiego w Królestwie Polskiem, oraz stanowiska, jakie to ple­mię zajmuje lub zająć pragnie w składzie ludności Królestwa”. Artykuł Lesznowskiego poprzedziło Słowo przytoczeniem z Gaz. Warszawskiej ustępu o koncercie Nerudy i zaznacze­niem, że listy bezimienne, otrzymane przez redakcyę Gazety, „pełne były gróźb i obelg, przechodzących nietylko granice przyzwoitości, lecz uwłaczających nawet ogółowi”. „Jakkol­wiek ironiczne wyrazy Gaz. Warsz. — dodawało Słowo — mogły być dotkliwe, broń atoli, której się jęli obrażeni, broń obelg i potwaizy, rzucanych nietylko na redakcyę Gazety Warszawskiej, lecz nawet na ogół, nigdy nie może być uspra­wiedliwioną, nawet wobec najbardziej stronniczego sądu, ani nawet wobec zimnej i sumiennej rozwagi tych sami ludzi, którzy w bezimiennych listach do redakcyi Gazety Warszaw­skiej jej użyli. Żaden publiczny organ polski, sama Gazeta Warszawska, nie odmówiłby miejsca w swych kolumnach na godne słowo protestacyi, na szlachetną obronę godności ple­mienia. Poczucie prawdy i godności własnej daje odwagę stawać publicznie w jej obronie; wszelkie działania pokątne— i dlatego tem zuchwalsze i nieprzyzwoitsze — nie dają rę­kojmi takowego poczucia i są tylko rysem charakterystycz­nym kasty.

Zawarowawszy sobie na później „wypowiedzieć swój pogląd na kwestyę izraelską”, Słowo podało w całości odezwę Lesznowskiego:

„Z najżywszem uczuciem niechęci i niesmaku — pisał Lesznowski — bierzemy dziś pióro do ręki. Z powołania, z przekonań stronnicy jawności, wyznajemy przecież z bole­ścią, że są wypadki tak nizkie, zapomnienia i zapędy tak niesforne, że wolelibyśmy pokryć je nieprzejrzaną zasłoną. I opierając się na czystości naszych zamiarów, na prawości dążeń naszych, na głosie wewnętrznym, który sam mówi, że dobrze pojęliśmy nasze stanowisko, nie uchylalibyśmy tej zasłony, gdyby o nas tylko chodziło, i milczeniem zimnej pogardy odpowiedzielibyśmy na brudne pociski, z brudnych, nieznanych, czy tam znanych rąk odbierane. Ale wyższe względy nakazują nam przeważnie glos zabierać i przed try­bunał jawności i sumienia publicznego wytoczyć sprawę, która nie jest naszą osobistą sprawą, ale wiąże się najściślej z interesami, dobro ogólne mającemi na celu”.

Następnie opowiadał L., jak Żydom niektórym warszaw­skim nie podobał się artykuł o koncercie panien Neruda, „w któ­rym kilka gorzkich ale szczerych prawd wypowiedzieliśmy o solidarności żydowskiej i fanatycznej żądzy wywyższenia nawet mierności” z pod sztandaru Izraela. Żarty, potępiające tę kastowość, odnosiły się nie do osób, ale do całego plemie­nia. „Indygnacya żydowskiego lokalnego patryotyzmu wyra­ziła się naprzód w formie najniższej, w listach bezimiennych… w których szczodrą i zapalczywą ręką obrzucono nas gradem gróźb, “karczemnych łajań i obelg”. Jeden z tych listów „ja­sno wypowiedział myśli i widoki Żydów o naszej ziemi”. Z listów bezimiennych Lesznowski śmiał się i traktował je jako „plugastwo”. Ale w tydzień po otrzymaniu ostatniego anonimu, przyszedł list zbiorowy, „wyraźnie z tej samej fa­bryki pochodzący”, który chciał Lesznowskiego „równie znie­ważyć i w którym śmiano od nas żądać odwołań”.

„Hola moi, panowie! — wołał Lesznowski — grubo po­myliliście się w waszej rachubie. Chcieliście nas znieważyć, a zapomnieliście, że zniewaga, poniesiona w obronie sprawy publicznej, stanie się zaszczytem i dobrego a zacnego obywatelstwa znamieniem; śmieliście żądać odwołań, a utwierdziliście nas tylko w naszych i tak najbardziej stanowczych prze­konaniach. Żadne groźby, żadne nieczyste szamotanie się ciemnoty, przesądu i fanatycznej kastowości nie zwrócą nas z raz obranej drogi. Pojmujemy ważność i godność naszego powołania, naszego obowiązku publicznego, i nie was radzić się będziemy jak go spełniać mamy. Raz wytkniętym torem pójdziemy dalej, nie zważając na wasze krzyki i wrzaski. Póki stać będziemy na wyłomie dziennikarskim, póki kiero­wać będziemy tym organem, nie zapomnimy co winni jeste­śmy krajowi i jaka miarka wam od nas, jako dziennikarzy, należy się“.

Nie chcąc „kalać” dziennika, listów tych Lesznowski nie drukował, ale kto się chce przekonać „jak właściwem było stanowisko Gazety“, ten może w drukarni przejrzeć wszystkie listy i „wyprowadzić z nich wnioski, jakich my dziś jeszcze wyprowadzać nie chcemy“.

„Ta jawność — kończył Lesznowski — będzie jedyną naszą odpowiedzią na te wszystkie wystąpienia. Przy jej świetle każdy potrafi ocenić je i zważyć; ona wykaże jak da­leko zaszło owo zuchwalstwo, na co wystawiani są ludzie niezależni, którzy śmiało ostrzegają swoich, a nie hołdują po­tędze kapitałowej. Jeszcze tylko dwa słowa, moi panowie. Od chwili kiedy chcieliście nas znieważyć, czujemy się sil­niejsi, zdrowsi na duchu, bo powtarzamy wam, chluba to nie mała obelga w obronie sprawy publicznej poniesiona. Więc szamoczcie się dalej, ale pamiętajcie, że błoto, rzucone ręką bezimienną, czy opatrzone żydowskim podpisem, czy zbio­rowe czy indywidualne, do nas nie doleci, a was tylko ska­lać może”.

Redakcya Słowa dodawała od siebie następujące „uwa­gi”, jakie jej nasunęła „obecna katastrofa” Gazety z Izrae­litami:

„Z przyczyn jeograficznych znać nie możemy dokładnie stosunków i tendency! tego plemienia w Królestwie, jednakże już sama namiętność utarczki świadczy, że to zajście porusza ogromnej wagi pytania, do których rozstrzygnienia potrzeba całej powagi nauki, całej potęgi rozumu, zbrojnych w daty, cyfry i fakta. Odrzuciwszy wszelką stronność, wszelki fanatyzm, pozbywszy się wszelkich myśli nietolerancyjnych i uprze­dzeń średniowiecznych, w imię prawdy trzeba zmierzyć to na nowo do życia zbiorowego rozbudzone i silnie wzrasta­jące plemię, które poczuwa się na siłach i rwie się do pe­wnych dążeń i wpływów. Sądzimy, że ludzie, stojący na szańcach dziennikarstwa i u steru literatury w Królestwie Polskiem, pojmą kwestyę z tej poważnej jej strony, ze strony bezwarunkowo ludzkiej, odpychającej co jest odjemne, a szukającej, równie jak wszędzie tak i tu, pierwiastków dodatnich, któreby przy pochodni światła naszego wieku na dobro ogółu spożytkować się dały. O ile nam starczyć będzie sił i zaso­bów, stawać gotowiśmy na ich zawołanie” 1).

W parę dni później otrzymało Słowo list od bawiącego czasowo w Petersburgu mieszkańca Warszawy, B. Hertzfelda, który, „będąc obeznany ze wszystkiemi okolicznościami utarcz­ki, postanowił odpowiedzieć na umieszczoną w Słowie ode­

l)   Słowo nr. 8.

zwę Lesznowskiego. Redakcyi Słowa „pojęcie obowiązku nakazywało list ten ogłosić, zastrzegła się jednak, iż zamyka kolumny Gazety dla traktowania tej kwestyi w charakterze osobistym, natomiast gotowa jest przyjąć z wdzięcznością „wszelkie poważne artykuły i rozprawy, tyczące się Izraeli­tów, ich dziejów i stanu obecnego w Europie, a szczególniej w naszym kraju” 1).

B. Hertzfeld zaczął od tego, iż mylne jest twierdzenie Słowa, że Gazeta Warszawska umieściłaby odpowiedź Ży­dów, gdyby się upomnieli o swą krzywdę z godnością i przy­zwoitością. Następnie „prostował fakty”, opowiadając przy­czynę zajścia i streszczając zbiorowy list żydowski do Le­sznowskiego. Zamiast zadośćuczynienia słusznym domaganiom, redaktor Gazety zasłonił się jakimiś listami bezimiennymi, „które na wzmiankę nie zasługują i ani Żydów ani nikogo obchodzić nie mogą“. Gdyby był człowiekiem szlachetnego sposobu myślenia, nie jątrzyłby mieszkańców jednej ziemi, nie odstręczałby od zgody i harmonii, „nie przekształcałby swej nienawiści prywatnej na kwestyę, kraju całego dotyczącą. Opinia długo zwodzić się nie da — dowodził dalej Hertz­feld, — zapewne „każdy prawy obywatel czytał artykuł Le­sznowskiego z takiem oburzeniem, z jakiem cała literatura rosyjska powstała przeciwko nadużyciu wiary publicznej je­dnego, mniej nawet znanego pisma, które w tejże samej kwe­styi jadowite zdania szerzyć usiłowało””2). Zresztą — koń­czy! swój list Hertzfeld — kwestya Życlów polskich nadto jest ważna, aby w odpowiedzi na artykuł redaktora Gaz. Warszawskiej mogła być poruszoną — niech ją omawiają ludzie światli, „zajmujący się dobrem kraju bezstronnie, w imię sprawiedliwości i praw ludzkości”, ludzie „gruntownie usposobie­ni, a nie posiadający tylko „powierzchowną gazeciarską ogładę.

Słaby, ogólnikowy list Hertzfelda był bardzo nie na rękę autorom zbiorowego wezwania. Hertzfeld wyrwał się nieproszony i zamknął im drogę do odpowiedzi na szpaltach Słowa. A odpowiedź taką miał już gotową Ignacy Natanson w chwili, kiedy w Warszawie otrzymano numer Słowa z ar­tykułem Hertzfelda. Sprobowano jednak szczęścia i odpo-

*) Słowo nr. 10.

2) W r. 18b7 prasa rosyjska żywo. polemizowała w kwestyi ży­dowskiej. Kiedy jednemu z obrońców Żydów zarzucono drukiem, że jest przekupiony, wiele wybitnych osobistości zaprotestowało przeciw temu „nadużyciu prasy“.

wiedź wysłano. Słowo jej jednak nie zamieściło, czyto z po­wodu vis major (o czem później będzie mowa), czy też dla konsekwencyi wobec oświadczenia, że zamyka dalszą osobistą polemikę. Musiał więc Natanson znowu poprzestać na rozpowszechnieniu swej odpowiedzi drogą odpisów.

Upraszając redakcyę Słowa o zamieszczenie swego arty­kułu, powoływał się Natanson na jej „szczytne wyrazy”, że pra­gnie odrzucić „wszelką stronność, wszelki fanatyzm, pozbyć się wszelkich myśli nietolerancyjnych i uprzedzeń średnio­wiecznych w imię prawdy”. Następnie podawał dosłownie list zbiorowy Żydów warszawskich do Lesznowskiego i tekst żądanego przez nich odwołania. Z kolei również, jak Hertzfeld, zapewniał, że myli się redakcya Słowa, sądząc, iż Le­sznowski zamieściłby odpowiedź Żydów; przytaczał na dowód, że już w roku poprzednim odmówił im zamieszczenia odpo­wiedzi na artykuły Gazety Warszawskiej. Żydzi „wyczerpali wszystkie środki uzyskania jawności w szpaltach tutejszych gazet”. Niestety, i redakcya Słowa miesza podpisanych na liście jawnie wręczonym z autorami listów bezimiennych. Jest to „dowodem zręczności pana L. i fatalizmem, który na nieszczęście towarzyszy nieraz najuczciwszym zamiarom… Fatalizmem tym nazywamy ukazanie się anonimów, fatalizmem jest wyraz „w listach”, w odwołaniu w naszym liście zamie­szczony” 1). Anonimy nazywa Natanson „haniebnymi szparga­łami, zuchwałemi ramotami”. Jeżeli L. „śmie publicznie utrzy­mywać, że list nasz i anonimy z jednego pochodzą źródła, moglibyśmy z równą bezczelnością powiedzieć, że tylko za­gorzały wróg, ciemny prześladowca, pozbawiony środków zemsty, mógł się do takiej nizkiej uciec insynuacyi”. Łatwiej byłoby „znaleźć pokrewieństwo stylu tych anonimów z arty­kułem p. L. w Słowie, niż z listem naszym”. Dalej twierdził Natanson, że Żydzi „podpisani” byli całkiem w porządku. Czegóż od niego żądali, jeżeli nie spełnienia „obowiązku pu­blicysty”? Jeżeli nie podobała mu się forma odwołania, mógł ją zmienić, mógł nie uczynić nawet zadość żądaniu, „ale w tym razie należało z jednym z nas stosownie się rozprawić”. Ale jemu szło o zemstę, a nie o zadośćuczynienie honorowe, „na

*) W projekcie „odwołania” był frazes „o listach pisanych przez znaczną ilość zamożnych ludzi tego wyznania”. Natanson tłumaczy, iż każdy z podpisanych miał osobno wysłać jednobrzmiący list do Le­sznowskiego. Później projekt zmieniono, a tekst zostawiono, co L. wy­zyskał, twierdząc, że podpisani wiedzieli o anonimach i z nimi się so­lidaryzowali.

dłoni leżące”. Było to dla niego wygodniej, zręczniej. Ta zręczność odbija się na całem jego postępowaniu. „Zręczność kazała zabezpieczyć przedewszystkiem siebie przez wyjedna­nie stosownych kroków ze strony władzy policyjnej, wypadało zrobić z tej sprawy osobistej sprawę ogółu, a ze swej osoby męczennika, ofiarę sprawy ogólnej — zniszczyć, wyszydzić ważność podpisów bez względu na ich indywidualność, zmie­szać je z błotem anonimów, stworzyć mnóstwo obelg, posta­wić się na wysokości niedosięgnionej, samemu głośno przy­znać sobie zaszczyty prawego i zacnego obywatelstwa zno­szeniem tych urojonych cierpień — skryć i rzucić w cień jedyne nasze rzeczywiście istniejące żądanie, które załatwić należało — nazwać to wszystko godnemi swej zręczności, wyszukanemi wyrazy: brudu, kału, karczemnych łajań i obelg, szamotań się i błota. Zręczność nakazywała korzystać ze zjazdu obywateli pod ten czas w Warszawie, należało uciec się do pisma, zręczność nie wstrzymała nawet od przepisy­wania anonimów na przedzie jednego ciągu dowodów, umie­szczając na końcu list nasz, bez naszego odwołania, nie obja­śniając czytającym, że pierwsze listy są bezimienne. Taż sama zręczność na domiar dominującej zemsty była powodem skar­żenia nas kryminalnie”.

„Bogiem się świadczym — pisał dalej Natanson, — że trudno się wstrzymać od gwałtowności, rysując takie postępo­wanie — ale głęboka pokora dla opinii publicznej, nie obznajmionej jeszcze z rzeczywistością, ścina nasze oburzenie w bo­lesną cierpliwość.

„Znamy Żydów w Polsce. Czujemy niestety całą nędzę, cały ciężar, jakim ta masa waży na szali pożytku krajowego. Ta też znajomość, to właśnie poczucie wkłada na nas obo­wiązek dążenia do zmiany tego stanu rzeczy. Bezwładni pod względem urządzeń dodatnich, przykładem przynajmniej da­jemy dowody tendencyi naszej. Pozbyliśmy się przesądów, przyjęliśmy formy słusznie wymagane towarzystwa, wśród którego od tysiąca prawie lat żyjemy. Wykształceni w szko­łach polskich, pracujemy na polu: sztuk pięknych, literatury ojczystej i pożytecznego przemysłu, a nawet rolnictwa o ile nam wolno. I kiedy ten przykład pojęty przez ludzi zacnych, ludzi nawet wysokie zajmujących stanowiska w kraju, przez ich przychylność dla nas, ściskanie nam ręki, zaczyna mieć zba­wienne skutki, stając się ponętą dobrej ambicyi dla innych mniej wykształconych jeszcze Polaków mojżeszowego wyzna­nia — nie jestże naturalnem, że poczucie godności własnej, podniesione jeszcze, zmusza nas do stania na straży zyska­nego szacunku. Dlategoto ironia nas tak bardzo dotyka, i w zakres naszego działania koniecznie wejść musi oznajmie­nie promotorom nienawiści i wsteczności, dyktowanych nawet nie z przekonania, że zapominają o obowiązkach organów publicznych, zamieniając je w korzystne warsztaty dla złej swawoli przesądów, i że gotowi jesteśmy zedrzeć z nich ma­skę przywiązania do kraju, by odkryć twarze bezwzględnie do swojego interesu ze szkodą ogólnego dobra przywiązane.

„Nigdy stronność nas nie zaślepi, ani żadna kastowość nie zarazi. Sprawiedliwie patrzymy na tę ciemną masę Ży­dów, którzy w swojem ściśnionem kole wychowani, nie wy­łażą prawie z niego, gorzkiego nabieramy tylko doświadcze­nia, patrząc na nich, że prześladowanie i przymus wyradzają zatwardziałość i zabobon. Tylko na drodze ułatwienia do­stępu błogosławionym promieniom oświaty można krajowi pożytek, a tej masie możliwe szczęście zapewnić.

„Ludzkość przecież pamiętać każe, że kto zrządzeniem losu urodził się Żydem, niemniej jest człowiekiem, jak każdy inny.

„Od dawna tkwi w nas gorąca chęć służenia tej sprawie.. Z upragnieniem wyglądamy chwili, by w jakiejkolwiek for­mie, czyto przez założenie Towarzystwa Zachęty, czy też przez poważne polemiki, czy wreszcie innym jakim sposobem, chęci nasze w czyny zamienić. Równie jak redakcya Słowa przekonani jesteśmy, że do rozstrzygania tej kwestyi potrzeba całej powagi nauki, całej potęgi rozumu, zbrojnych w daty, cyfry i fakta, równie także jak ta Szanowna Redakcya, o ile nam starczyć będzie sił i zasobów, gotowiśmy stawać na za­wołanie.

„Przejęci świętym obowiązkiem przysporzenia krajowemu pożytkowi siódmej części ludności, z zimną krwią, cierpliwie znosić będziemy wyskoki szalbierzów. Żadna niesprawiedli­wość nieżyczliwych egoistów nie może zmienić ani naszych chęci, ani gotowości służenia tej sprawie krajowej. Mężowie zacni i światli, których nie brak u nas, potomkowie tych, którzy wobec prześladowań całej Europy otwarli niegdyś gościnności wrota wygnańcom nieszczęśliwym, nie wyprą się cnót antenatów swoich i prędzej czy później sprawiedliwie nas rozsądzą” 1).

‘) Odpis ze zbiorów autora.

„Podpisani” nie poprzestali na tem, lecz drogą prywatną, gdzie mogli, starali się usposobić przychylnie dla siebie wybitnych przedstawicieli opinii. A nie miała ona chyba w owej chwili wybitniejszego, więcej wpływowego” przedstawiciela nad  Kraszewskiego” szło o niego tem bardziej, że był stałym, głównym współpracownikiem Gazety Warszawskiej, i że, jak to dobrze już wiemy, w ówczesnych swych powie­ściach i artykułach, walcząc przeciw materyalizmowi uderzył w plutokracyę żydowską, w jej etykę i ubóstwianie złota. Wprawdzie, jak to już równie wiemy przed dwoma laty sta­rał się Henryk Toeplitz „prostować jego mylne poglądy” na Żydów, i zdaje się, że je nieco zachwiał, ale teraz, gdy sprawa stanęła na ostrzu miecza, można było mieć obawę, że znako­mity pisarz stanie po stronie Lesznowskiego. Więc księgarz Henryk Natanson, który w r. 1857 wydał swym nakładem cały szereg powieści Kraszewskiego z rysunkami Pilattiego, skorzystał z nawiązanych z nim stosunków i przesłał mu w odpisie niedrukowany artykuł swego brata Ignacego, oraz inne alegata do sprawy żydowskiej, a prócz tego „wiedząc, że niema w kraju sprawy, która go nie zajmowała”, zdał mu w obszernym liście (26 lutego l859) ”dokładną relacyę”, prosząc Kraszewskiego, aby mu udzielił o całej sprawie swego zdania, „do którego bez zawodu się zastosuje”.

„Już od kilku lat—pisał H. Natanson—Redakcya G. W. od czasu do czasu zaczepiała Żydów, w sposób nienawistny, i pogardliwy. Pod pozorem mówienia o ich wadach, jątrzyła tylko opinię przeciw nim, tak, że Żydzi, których dla ich stanowiska w r. 1846—1848 zaczęto ogólnie dobrze uważać, stali się dziś znienawidzonymi prawie. Ale dotychczas jej arty­kuły były wyrażeniem zawsze czyjegoś zdania, i jako takie je szanując, mimo wyraźnej nieprzychylności dla nas, nie upo­minaliśmy się o nie. Uważaliśmy tylko za nasz obowiązek, przez nasze postępowanie, jako też przez wpływ na większość nieoświeconą naszych współwyznawców, opinię publiczną zro­bić dla nas przychylniejszą. Za długoby to było, żebym miał Szanownemu Panu wyliczyć wszystko, cośmy dotąd zrobili, aby z Żydów zrobić użytecznych kraju mieszkańców, i wielu nawet rzeczy nie chciałbym temu listowi powierzyć. Wspomnę tylko, że przez zachętę do uczęszczania do szkółek elemen­tarnych, gdzie pierwszych uczniów tylko przez pensye mie­sięczne, czasem nawet płacąc za każdy tydzień pobytu w szkole, dostawaliśmy, dziś, mimo ich pomnożenia, już wszystkich zgłaszających się pomieścić nie możemy. A wie Pan co jest głównym zadaniem tych szkółek? oto-żeby zrobić język polski, w którym się tam wszystko wykłada, językiem codziennym tych mas, które dotychczas jakiemś zepsutem narzeczem niemieckiem mówiły. Najlepszym dowodem jak da­lece to nam się udało, jest, że książka do modlitwy dla Ży­dów, wydana po polsku, w krótkim czasie wyprzedaną została. Muszę przyznać z prawdziwą przyjemnością, że nasze stara­nia znalazły ludzi dobrze myślących, i nagrodzono nas za nie przyjęciem do wszystkich prawie kół towarzyskich, co znowu stało się bodźcem dla wielu, i ogólnie zaczęto się kształcić, przyjmując język i zwyczaje kraju, pracując dla literatury i sztuki. Coraz też więcej indywiduów pojawiło się w towa­rzystwach, zaczęto ich spostrzegać, zaczęto o nich mówić. Gazety zwracały uwagę, że w teatrze są Żydzi, na koncer­tach i na balach Żydzi, w resursie Żydzi, w towarzystwach uczonych i dobroczynnych Żydzi. Nie dość na tem. Z wy­kształceniem poczęli Żydzi starać się i o uszlachetnienie swego jedynego sposobu utrzymania, t. j. handlu. Zamiast, jak da­wniej, zajmować się tylko łokciem i kwartą, starali się oni o zakłady przemysłowe, przedsiębiorstwa pożyteczne. I tu się stali widocznymi. Nasze Gazety to pokazywały ciągle, a naj­częściej Gas. War. Mówiła ona często o Żydach, ale zawsze z szyderstwem, bez żadnej oznaki miłości, odpychając ich bez­warunkowo od wszystkiego.

„Zwróciliśmy uwagę Red. na to w prywatnej rozmowie, pokazując, że szydzenie nie jest sposobem skutecznym poprawienia Żydów z błędów, jakie mają. Wzywano nas do debatowania tej kwestyi, a chociaż wiele mieliśmy powodów do obawy, że Gaz. W. naszą polemiką tylko chce pismo zrobić zajmującem, a względem nas będzie w złej wierze (co się

sprawdziło), nie chcieliśmy i tej przepuścić okazyi, aby rodzącą się nienawiść przytłumić. № 80 G. W. z r. z. dał nam zaraz sposobność przekonania się, żeśmy w naszych obawach mieli słuszność. Na wezwanie bowiem G. W., żeby kwestyę Żydów traktować, posłaliśmy jej niebawem 1-szy artykuł, w którym staraliśmy się wykazać, że poprawa Żydów, nie może być dziełem samych tylko wykształconych Żydów na których Gaz. W. i cały ciężar i odpowiedzialność zwalić się starała, ale że to powinno być staraniem prasy, a nawet kraju całego. Pan pewno to czytał i przypomni sobie, że G. W. z tego wyprowadziła wniosek, że my chcemy, aby o Żydach najlepiej wcale nie mówiono. Posłaliśmy na to 2-gi artykuł, w którym protestowaliśmy przeciw takiej insynuacyi, dowo­dząc, że ani jedno słowo naszego artykułu nie upoważniało G. W. do zrobienia owego złośliwego wniosku. Tej naszej protestacyi G. W. w żaden sposób umieścić nie chciała, zostawiając nas wobec kraju pod zarzutem zrobionej fałszywej insynuacyi, dając powód, że się własną ręką zabijać nie my­śli! Tu już się zła wiara wyraźnie objawiła, i musieliśmy zaniechać polemiki, która się zawsze naszą tylko szkodą koń­czyć miała. Chcieliśmy wprawdzie naszą protestacyę w in­nych gazetach wydrukować, ale G. W. nas w tem wstrzy­mała, zapewniając, że jeżeli tego nie uczynim, to już drwią­cych i nienawistnych artykułów umieszczać nie będzie. I w istocie, w r. 1858 nie było już prawie takich artykułów, choć zawsze były dla nas nieprzyjazne. Czytaliśmy nawet z wielką przyjemnością korespondencyę ze Lwowa, w której uczciwie i poważnie wady Żydów chłostano, bo nam idzie o ich poprawę, ale nas boli tylko szyderstwo i rozbudzanie nienawiści”.

Następnie twierdził Natanson, że sprawa z Niewiarow­skim1) i ukazanie się Słowa zmniejszyły znacznie liczbę pre­numeratorów Gazety (rzeczywiście sam Lesznowski w listach do Kraszewskiego zaznaczał, że Słowo czyni mu konkurencyę), a więc Lesznowski uciekł się do tak zwanych „artykułów sympatycznych“ — i „dalej na Żydów!” Felieton Keniga znieważył tych właśnie, co chcą krajowi przysporzyć 600 000 obyvateli.

Podawszy w krótkości znany nam przebieg toczącej się sprawy, oskarżał również Natanson Lesznowskiego o denuncyowanie Brunnera, legionisty rzymskiego, który był areszto­wany i został wypuszczony po zeznaniu do protokółu, że nie miał zamiaru bić Lesznowskiego. Dalej wspominał o agitacyi Lesznowskiego na posiedzeniu Tow. Rolniczego, o „komen­tarzu” Żydów, o artykułach Słowa; sądził, że Słowo, mimo oświadczenia, iż zamyka ramy dla polemiki, „ma honorowy obowiązek umieszczenia naszej repliki, skoro artykuł fantastyczny pana L. umieściło… Uciśnieni i prześladowani, nie mamy gdzie słowa obrony umieścić. Dla nas wszystko zamknięte, dla pana L. zaś wszystko otwarte”…2)

Ta ostatnia skarga niezupełnie zgadzała się z rzeczywi-

1) Niewiarowskiego usunięto z redakcyi Gaz. Warszawskiej. Ke­niga, który jak najgorzej wyrażał się o jego charakterze, wyzwał brat Niewiarowskiego. W pojedynku Kenig otrzymał lekką ranę. 2) List z rękopisów Bibl. Jagiellońskiej.

stością. W kraju, to jest w dziennikach warszawskich, cenzura obie strony zmusiła do milczenia, natomiast tak pisma obce, jako też polskie zakordonowe i emigracyjne, stanęły po stronie Żydów; co najwyżej niektóre z nich, karcąc Lesznowskiego, i Żydom udzieliły lekkiej admonicyi. W sukurs Lesznowskiemu przyszedł tylko, zresztą przypadkowo, niezależnie od toczącej się sprawy, znakomity publicysta, przyszły głośny historyk, Waleryan Kalinka.

VII.

W paryskich Wiadomościach Polskich, organie ks. Adama Czartoryskiego, kierowanym przez jen. Wł. Zamojskiego, a redagowanym przez Fel. Wrotnowskiego, zamieścił Kalinka bezimiennie obszerną rozprawę p. t. „Polska pod trzema zaborami”. Starał się dać w niej krótką ale wierną charakte­rystykę położenia Wielkopolski, Galicyi i Królestwa pod wzglę­dem ekonomicznym, kulturalnym i politycznym. W referacie tym najwięcej uwagi poświęcił Królestwu Polskiemu.

Już w Nr. 6 Wiadomości z r. 1859, pisząc o większej własności ziemskiej w Królestwie, zauważył Kalinka, że „nigdzie majątki nie są bardziej obdłużone, nigdzie trąd lichwy nie jest tak rozpostarty, nigdzie ród izraelski równie przemożny”. Kwestyę żydowską szerzej poruszył Kalinka dopiero w następnym artykule (Wiadomości Nr. 7 z dn. 12 lutego), kiedy przystąpił do charakterystyki stosunków finansowych i handlowych Królestwa:

„Klasę finansową — pisał — stanowi w Królestwie pra­wie wyłącznie ród izraelski, czy świeżo ochrzczony, czy w sta­rym pozostały zakonie. W jego ręku jest cały handel, kapi­tały, cały obiegowy kruszec, a więc całe materyalne dobro kraju. Dawnych przesądów szlacheckich, upatrujących w han­dlowych zajęciach poniżenie, jeszcześmy się nie pozbyli, aniśmy się też do tego zawodu uzdolnili. Nad lenistwem (i po­wiedzmy — szlachetnością polską) zawsze górę mieć będzie przebiegłość i chciwość izraelska. Żyd u nas nie przejął się miłością rodzinnej ziemi, jak w innych krajach; nie stał się jeszcze obywatelem polskim; a jeżeli czasem w wyższem społeczeńskiem położeniu przybiera jego pozory, to, z małymi wyjątkami, dlatego, że w nich jakąś korzyść i ułatwienie spe­kulacyjne upatruje. Wprawdzie, za panowania cesarza Mikołaja, ucisk jaki i Żydów w Królestwie dotknął, w mnogości i wysokości opłat, w rozporządzeniach co do ich ubioru, w ograniczeniu miejsc ich zamieszkania, a szczególniej w przy­musie do służby wojskowej, rozjątrzył był nawet ich umysły, tak zwykłe do cierpliwości; lecz nie należy zawierzyć zupeł­nie temu usposobieniu. Żydzi w dzisiejszym stanie rzeczy zawsze czuć będą dawną skłonność do rządu, w którym wy­biegami, oszukaństwem, przekupstwem mogą zapewnić sobie przewagę i łatwość zysku. Ponieważ mają pieniądz w ręku i zdolność do wszelkich obrotów, są dziś najprzeważniejszą klasą. Ta przewaga hierarchicznie objawia się. W stolicy najbogatsi, najprzebieglejsi, owładnęli wszelkie przedsiębiorstwa publiczne, wszelkie roboty i dostawy rządowe; majątek kra­jowy w ręku trzymają. Po miastach gubernialnych i powiatowych, przy braku zakładów kredytowych, opanowali majętności obywatelskie, będąc panami handlu i kredytu i wpi­jając się w majątki szlacheckie za pomocą łatwej lecz zgubnej lichwy. Po małych miasteczkach przeważny wpływ zyskują u drobnych właścicieli, oficyalistów prywatnych, rzemieślni­ków; schodząc aż na ostatni szczebel hierarchiczny, Żyd wę­drowny, wykupujący po wsiach najdrobniejsze produkta, je­szcze w tej włości, do której uczęszcza, jest władcą majątku jej mieszkańców.

„Lecz o ten przeważny wpływ żydowski nie samych obwiniajmy Żydów. Sami go ułatwiamy, złe nałogi nasze, wady lenistwa, pańskości, poszukiwania tego co jest dogo­dne, choćby się miało stać szkodliwem, w szpony żydow­skie nas wrzucają. Dotąd szlachcic polski bez Żydów obejść się nie może, bo jest bez pomocnika i pośrednika (w wszel­kich handlowych i tak zwanych „delikatnych” stosunkach), który go oszukuje, obdziera, do zguby prowadzi, lecz którym on pomiatać i pogardzać może. Jeżeli się zdarzy Żyd prawy i godność swoją szanujący, do niego się szlachcic nie garnie, lecz najpodlejszego sobie przybierze. Trafną ktoś uwagę uczynił, że jeżeli dla ludu uważają za potrzebne towarzystwo wstrzemięźliwości od trunków, dla szlachty polskiej potrze­bniejsze byłoby jeszcze towarzystwo wstrzemięźliwości od Żydów. Lecz nie wiemy prawdziwie, który z dwóch ślubów wierniej byłby dochowany, który nałóg głębiej wkorzeniony: czy pijaństwa w ludzie, czy usługiwania się Żydami w szlachcie.

„I w dawniejszych czasach Żydzi byli u nas panami ca­łego handlu w kraju, byli „żeglugą Polski”, jak ich nazwał książę Potemkin, lecz byli oni zarazem pokornymi sługami tych, z których zyski ciągnęli. Dziś ród izraelski uwielmożnił się, powciskał się we wszystkie warstwy towarzyskiego skła­du, i jak wszędzie tak i w Polsce ten wiek handlowo-spekulacyjny do nich jako do mistrzów w spekulacyi należy. W krajach, co niepodległość swoją zachowały, ta przewaga żywiołu żydowskiego, który się jednak tam przeistoczył i prze­jął politycznie ich narodowość, nie jest może niebezpieczna; lecz u nas, gdzie ten żywioł niezmiennym pozostał, znaczenie, jakiego nabrał, i liczba, do której doszedł, obudzić powinny troskliwość umysłów, zastanawiających się nad przyszłością narodu”.

Ten głos Kalinki był jedynym, powtarzam, sukursem publicystycznym, jaki otrzymał Lesznowski w walce z Ży­dami. Miał on tę wartość, że prawdopodobnie powstał nie­zależnie od warszawskiej „wojny”. Przypuszczając nawet, że Kalinka nie wykończył od razu całej rozprawy, której druk w Wiadomościach rozpoczął się już w r. 1858, że ją pisał od numeru do numeru, to i tak wątplić należy, czy w pierwszych dniach lutego 1859 r. mógł wiedzieć w Paryżu o „katastro­fie” warszawskiej, którą rozgłosiło dopiero Słowo w początku tego miesiąca.

Lesznowski, jak to zobaczymy, cieszył się z tego sukursu, lubo nie wiedział, komu go ma zawdzięczać. A choćby wiedział, to nie zwiększyłby się przez to stopień jego rado­ści. Kalinka nie był jeszcze powagą, w Królestwie całkiem go nie znano. Świetny jego talent publicystyczny ceniony był wprawdzie na emigracyi, ale do kraju zaledwie dochodziły o nim słuchy, zwłaszcza, że pisał bezimiennie lub pod pseu­donimami. Dopiero kiedy przestał „odwiedzać” tylko historyę, a oddał się poważnym badaniom przeszłości, imię jego nabrało rozgłosu; wtedy zaczęto dochodzić, co przedtem wy­szło z pod jego pióra, i tymi odszukanymi walorami wypeł­niano luki chronologiczne w jego pisarskiej działalności l).

Radość Lesznowskiego zmniejszał fakt, że Wiadomości Polskie były pismem, rozchodzącem się w nader małej licz­bie egzemplarzy, z których zaledwie kilka przedostawało się do kraju. Głos ich niknął zatem w hałasie, jaki podnieśli obrońcy Żydów.

1)  Właściwie dopiero w wydaniu pośmiertnem dzieł Kalinki wy­szła na jaw całość jego pracy literackiej i przeważny udział w Wiado­mościach Polskich.

A solidarność żydowska wystąpiła w całej pełni. Sprawę bądź co bądź lokalnego znaczenia, mającą w pierwszej chwili znamiona osobistej polemiki między redaktorem jednego z pism a 23-ma Żydami, rozdmuchano w sposób niezwykły. W pierwszym rzędzie zajęły się nią dzienniki rosyjskie, sprzy­jające Żydom, a wrogie naszej narodowości. S.-Pietierburgskija Wiedómyśl zamieściły korespondencyę z Warszawy, w której, opisawszy zajście Lesznowskiego, gromiły go za to, że nie przyjął „męskiego i otwartego wyzwania”, a miał na­tomiast odwagę „obrażać łudzi bezbronnych w najświętszych uczuciach”; — organ ten spodziewał się, że śledztwo da Ży­dom sposobność „przedstawić swe położenie bezbronne wo­bec takich napaści. Inne pismo petersburskie (tytułu nie znamy, pozostał tylko wycinek) nazywało Lesznowskiego nie­godziwcem (niegodiaj), a Gazetą Warszawską organem, który od dawna systematycznie obrzuca obelgami (klewieszczet) Ży­dów i rozbudza przeciw nim fanatyzm. Zmusiło to Żydów w końcu do wystąpienia, które „najlepiej objaśnia smutne położenie, w jakiem się znajdują w Polsce. Ludzie z najlep­szych rodzin, odznaczający się wykształceniem i stanowiskiem społecznem, uczeni, doktorzy, fabrykanci i przemysłowcy i t. d., oświadczyli na piśmie…, że gotowi są wobec takiego postę­powania uciec się do środków, których używają ludzie ucy­wilizowani przeciw obelgom i oszczerstwom”…1). Nawet Her­zen w wydawanym w Londynie Kołokole ujął się za Żydami.

W Breslauer Zeitunp „napadł brutalnie Lesznowskiego niejaki Fritz”, jak mówi Sulima. Ów „niejaki” Fritz—to bez- wątpienia Jan Mikołaj, lektor języka polskiego na uniwersy­tecie wrocławskim, tłumacz powieści polskich, autor Grama­tyki języka polskiego dla Niemców i wcale dobrych Wypisów polskich, a przytem korespondent pism warszawskich. Przy­puszczać należy, że odegrała tu pewną rolę konkurencya dziennikarska, która zachęciła Fritza do wystąpienia. Fritz bowiem nie był Żydem — przed rokiem 1846 miał pensyonat w Krakowie.

Żydem był jedak bezsprzecznie dr. Handvogel, który w Nordzie brukselskim, piśmie, jak to już wiemy, subwencyonowanem przed rząd rosyjski, „bardzo niewłaściwie winę dziennikarzy zwalił na cały naród i zarzucił mu fanatyzm i  zacofanie”2). Gazetą Warszawską obwiniał Handvogel, że

J) Z. L. S., „H i s t o r у a dwu 1 a i”.

3) Kraushar: „Kartki Alkara II“. Po tyra artykule nastąpiła owa scena w gimnazyach, powyżej opowiedziana.

służy interesom wstecznym, a jej redaktorowi zarzucał, że wyzwany na pojedynek, zamiast stanąć na placu po rycersku, uciekł się do policyi, która „dystyngowanych Żydów uwięziła.

Ale najostrzej wystąpił L Observateur belge, zamieszcza­jąc artykuł pod sensacyjnym “tytułem: „Prześladowanie Ży­dów w Polsce przez stronnictwo Jezuitów”. Sam tytuł już mówił wiele — treść była do niego świetnie dostosowana.

„Prasa codzienna warszawska — pisał L’Observateur — nie wstydzi się cofać ku barbarzyństwu i fanatyzmowi wie­ków średnich, obarczając wściekłą nienawiścią i gwałtownemi obelgami liczną ludność żydowską, mieszkającą w Polsce od ośmiu wieków. Gazeta Warszawska…, główny organ prasy warszawskiej, nie przestaje głosić prawdziwej krucyaty nienawiści i wytępienia przeciw Żydom, których liczba stanowi 1/8 całej ludności polskiej, a co potworniejsza, że uczniowie Ignacego Loyoli okrywają się płaszczem patryotyzmu pol­skiego, zapałają pochodnię niezgody między mieszkańcami jednego kraju”. Przedstawiwszy przebieg sprawy, autor ar­tykułu tak kończył: „Redaktor Lesznowski w swej nienawi­ści przeciw Żydom podsycany jest nietylko przez partyę je­zuicką, ale nawet przez obywateli ziemskich, chciwych na podatki wyjątkowe, jakie rząd nakłada na Żydów w Polsce; ci obywatele, zbogaciwszy się zdzierstwem, podają rękę re­daktorowi Lesznowskiemu dla obrzucenia Żydów obelgami i pogardą, dla osłonięcia sromoty łupu na tychże zdobytego. Takimi są straszne fakta, które się dzieją w Warszawie, w po­łowie XIX wieku!“

„Temperament” autora artykułu, bogactwo jego epite­tów, wzmianka o zdzieraniu Żydów przez szlachtę i wynale­zienie w tej sprawie Jezuitów — dostatecznie wskazują, czyja ręka rzuciła tę bombę dziennikarską na Lesznowskiego i ów­czesnych „antysemitów”. Styl i argumentacya zdradziłyby obywatela Ozeasza Ludwika Lublinera, choćby nawet nie za­mieszkiwał w Brukselli.

Ta kampania dzienników rosyjskich, niemieckich i bel­gijskich przeciw Lesznowskiemu była mu bez wątpienia na­wet na rękę, bo nietylko reklamowała Gazetę, ale wyrabiała mu stanowisko regimentarza hufców chrześcijańskich, walczą­cych z armią żydowską. Właściwy sprawca i współkierownik tej wojny, Kenig, zeszedł na plan drugi.

Mniej jednak przyjemne dla Lesznowskiego było zacho­wanie się pism polskich. Jak wiemy, Czas nie przyjął jego obrony. Co więcej, tygodniowy felietonista warszawski tego dziennika (nawiasem mówiąc — bardzo marny), lubo starał się być bezstronnym i nie bronił Żydów, potępiał jednak i za­chowanie się Lesznowskiego. „Jakkolwiek — pisał on — zda­nia w tej mierze są nadzwyczaj podzielone i wielu bardzo uważa tę kwestyę raczej za spór osobisty, a nie za ogólną narodową sprawę, pod którą podciągają się interesowane w tym względzie osoby, przyznać jednak należy, że z uwagi na następstwa swoje zasługuje ona na większą uwagę i nie może być pokryta obojętnością. Lecz, aby ją traktować we­dług jej znaczenia i wyprowadzić ją z owego zamętu, w któ­rym się błąka, przed sąd opinii publicznej, na to koniecznie potrzeba niezależnego zdania i organu; gdzie tego zaś niema, tam wszelkie wystąpienia będą bezowocne”… (Czas, Nr. 44.) To powód, dla którego pisma warszawskie milczą (korespon­dent nie wiedział widocznie o zakazie cenzury), i dopiero Słowo przerwało milczenie. Zdawałoby się, że korespondent, niczem niekrępowany, wypowie swoją opinię, ale na razie tego nie uczynił. Dopiero w tydzień później, donosząc o li­ście Hertzfelda w Słowie, zauważył, że napad Gazety War­szawskiej „był nielogiczny i bez znajomości taktyki wojennej wszczęty, bo się nigdy nikogo za cnotę nie obwinia, a cnotą jest i wielką cnotą wspieranie się i protegowanie swoich”. Przyznawszy dalej, że obrona Żydów była „najsmutniejsza, jaką tylko widziano i słyszano od czasów zmarłego mece­nasa sądu (?), że nie groźby, postrachy i wykrzykniki kwe­styę tę rozjaśnić mogą”, korespondent-felietonista krótko wy­raził opinię, że „niewielką zasługą jest poruszanie namiętno­ści, gdy to do niczego nie prowadzi11. (Czas nr. 50.)

Nie tak powierzchownie, aby się tylko wykpić, zabrał głos Dziennik Poznański (Nr. 59). Poświęcił on osobny ar­tykuł wstępny „nieopatrznemu zajątrzeniu kwestyi żydowskiej w Królestwie Polskiem”. Podawszy przebieg sporu, zarzucał Lesznowskiemu, że „nieszczęśliwie natchniony”, pomieszał listy podpisane z anonimami i „uzbroiwszy się we wzniosłą pogardę, oddał wszystko sądom koronnym do rozpatrzenia, a jak szereg przyjezdnych z Warszawy twierdzi, udał się o    pomoc i opiekę do władzy rosyjskiej. Jenerał Paniutin, zastępujący nieobecnego namiestnika Gorczakowa 1, wziął sprawę do serca i nakazał dziennikom milczenie. Społeczeń­stwo jednak żywo się zajęło sprawą, stając w części po stro-

1)  Paniutin zarządza! wydziałem władz cywilnych Królestwa. „Wojna żydowska”.

nie Gazety, w części po stronie „niefortunnych dwudziestu kilku bojowników sprawy żydowskiej”.

Dziwna, rzeczą może się wydać — pisał dalej Dziennik Poznański, — że artykuł gazeciarski podnosimy do politycz­nej wagi, ale w Królestwie Polskiem „tak bizantyńskie za­gnieżdżać się już poczęło usposobienie umysłów, że powstały stronnictwa koncertowe, baletnicze, artystyczne, a „poruszone w ich następstwie namiętności politycznej nabierają wagi, bo polityczne ciągną za sobą skutki”. Oto np. Towarzystwo Rolnicze stanęło po stronie Gazety Warszawskie i nie przyj­muje Żydów do swego grona.

Dziennik Poznański pojmował, że autor recenzyi koncer­towej, stając w jej obronie, usiłował wznieść ją na stanowi­sko zasady narodowej, ale trudno pojąć, że Gazeta War­szawska, „ten najgruntowniejszy, najbardziej czytany, najlepszemi chęciami ożywiony dziennik Królestwa…, daje w tym jednym punkcie taki dowód braku rozumu politycznego”.

A takiego rozumu — dowodził Dziennik — należy się domagać. Narody samodzielne, niepodległe, posiadają rządowe organa, które kształcą rozum stanu. W Anglii np. nawet ubogi dzierżawca, piwowar, woźnica, tragarz rozumieją tak dobrze potrzebę wojny chińskiej lub indyjskiej, jak sekretarz stanu wydziału spraw zagranicznych. I nasza szlachta nie­gdyś miała rozum polityczny; niestety, tradycya jego później zaginęła. Gdzież go mamy dziś szukać, jeżeli nie u „kilku mężów wybranych” i w kilku poważniejszych organach poli­tycznego piśmiennictwa?

Dziennik nie chciał z powodu „zajścia warszawskiego” rozstrzygać kwestyi żydowskiej, „tak drażliwej, a tak ważnej dla przyszłości”. Przedstawiwszy jednak z obowiązku prze­bieg sprawy, „pozwolił sobie” w końcu na „kilka aforyzmów i   pytań”, które podawał „pod rozwagę braci nad Wisłą”. Rzucał je „pobieżnie”, ale zaręczał, że były „niemniej wielo­stronnie, dawno i w gorącej miłości narodowej przemyślane”.

Oto owe aforyzmy i pytania:

1. „Inną jest kwestya: czy dobrze i korzystnie tak dla samolubnego interesu jednego narodu, jak dla celów człowieczeństwa w ogóle, ażeby wprowadzać obce plemiona, różne obyczajem i krwią, do kraju i mieszać je z plemieniem tuziemców? 1) A inna kwestya: co począć, wobec faktu dokona-

’) Gwoli wierności oryginałowi, zostawiamy ten wyraz, naślado- wany z niemieckiego lub rosyjskiego. Po polsku — nie „tuziemiec”, „tuziemcy“, lecz: krajowiec, tubylec, krajowy, tubylczy.Prsyp. redakcyi.

nego, z plemieniem odmiennem krwią i obyczajem, od wielu wieków zasiedziałem i blizko dziesiątą część ludności stanowiącem?

2. „Wolno ludziom prywatnym, prywatnym towarzy­stwom, społeczeństwom wreszcie zostającym w kolebce pod względem politycznego wykształcenia, kierować się w kro­kach swoich sympatyami, antypatyami i całą tą rozległą dzie­dziną uczuć, jak: miłość, nienawiść, gniew, zawiść, zemsta, pycha, wewnętrzne upokorzenie, odmienny smak i obyczaj. Ale mąż stanu kierować się winien rozumem politycznym. Rozum polityczny mu powiada, co, gdzie i jak czynić należy, by kraj, naród, państwo, nietylko dziś, ale w dalszej nawet przyszłości, nietylko w jednem mieście lub powiecie, ale w ca­łości swojej nie szwankowały.

3. „Ludzie, co się rozumem politycznym powodują, po­stępują w każdej trudnej i zawiłej kwestyi politycznej lub społecznej, w kierunku, prowadzącym do jakiegoś loicznego rozwiązania tej kwestyi. Otóż więcej miał rozumu politycz­nego ów pisarz, co w broszurze lat temu kilka wydanej radzi wszystkich Żydów przesiedlić z Polski i Rosyi do stepów Wielkiej Tataryi, bo to, chociaż niewykonalna i niesprawie­dliwa, ale jakaśkolwiek solucya kwestyi; więcej miał rozumu politycznego ten pisarz, niźli każdy, co Żydów w kraju po­zostawiając, pozwalając im mnożyć i bogacić się, jednocześnie wszystko czyni, co ich drażnić, oburzać i niezbłaganymi we­wnętrznymi nieprzyjaciółmi robić musi, bo takie postępowanie nie zmierza do żadnej solucyi politycznej, ani do zlej ni do dobrej, ale tylko do uwiecznienia i pogorszenia trudności. Kto tak postępuje, idzie bez żadnej zgoła rachuby politycz­nej, tylko za popędem chwilowego uczucia własnego, i to nie bardzo pochlebnego.

4. „Być może, iż niezupełnie zaspokajającą, ale z pewnością z wszystkich, jakie się nadarzają, solucyi, najprostszą, najmniej dla narodu szkodliwą tak moralnie jak materyalnie, jest wsiąknienie stopniowe plemienia żydowskiego w masę narodu. Że organizm każdy nerwowo odpycha obcy sobie pierwiastek, to naturalna; cóż wszelako powiedzieć, kiedy domniemani piastuni rozumu publicznego odpychają tych, co solucyą tę ułatwiając, sami pragną zlać się z narodem tuziemców, obyczaj jego, język a nawet religią przyjmując?

5. „Czy zarzuty czynione Żydom nie dadzą się rozcią­gnąć z pewnemi modyfikacyami na wszystkie plemiona i ka­sty, które w wielowiekowej niewoli, ucisku i prześladowaniu zostawały? Widzimy już, co się z nas tu i owdzie stało po kilkudziesięcioletniej niewoli, a wiemyż, jakimiby były praszczury nasze po tysiącoletniej niewoli?

6. „Czy przebieg kwestyi włościańskiej, tych chamów, jak ich dawniej nazywano, odmawiając im nawet zdolności do jakiejśkolwiek poprawy i ogłady, nie przedstawia w historyi polskiej dużo analogii z kwestyą żydowską, odłożywszy na bok różnicę krwi i religii?”

Artykuł Dziennika Poznańskiego wraz z jego „afory­zmami” silnie dotknął Lesznowskiego. „Ten jeden artykuł — pisał do J. I. Kraszewskiego, — w którym poprzekręcano fakta i sam pogląd na kwestyę najfałszywszy, — dlatego, że wydrukowany w piśmie polskiem, zirytował mnie. Natych­miast odpisałem — posłałem moją odpowiedź do Poznania na ręce swego korespondenta poznańskiego, a najlepszego przyjaciela — i wystaw sobie, Dziennik Poznański nie przy­jął mojej odpowiedzi, zaczepiwszy mnie poprzednio osobiście. Wiesz dlaczego nie przyjął? Oto nakładcą i właścicielem Dziennika jest Merzbach Żyd” 1).

Nie udało się również Lesznowskiemu z Nordem, czego mamy dowód w tymże samym liście do Kraszewskiego. „Do tej chwili — dowodził Lesznowski — nie odpowiadaliśmy na ataki dziennika Nord, organu żydowskiego, bo bezczelne kłam­stwa tego dziennika nie warte nawet odpowiedzi. Wiem je­dnak z pewnością, że była z Warszawy posłana odpowiedź do tego pisma, napisana przez bardzo rozsądnego człowieka, ale Nord, którego dyrektorem jest Żyd, nie przyjął jej“. Zapewne tym bardzo rozsądnym Człowiekiem był F. H. Lewestam, gdyż go Lubliner, znający stosunki dziennikarstwa bel­gijskiego, jako korespondenta Norda w jednej ze swych bro­szur wymieniał, a wiemy skądinąd, że Lewestam już od roku był współpracownikiem stałym Gazety Warszawskiej, choć go się Lesznowski wstydził i jedynie znakiem j (litera odwró­cona) podpisywać się pozwalał.

Ale najwięcej zapewne Lesznowski odczuł zamknięcie petersburskiego Słowa. Donosił tę „fatalną nowinę” Kraszewskiemu, dodając, iż Pathie opisze mu tę „katastrofę” 2). Ra­zem ze Słowem—pisał—padła Iskrą. „Reakcya widoczna w systemacie rządowym”…

1) List z dnia 20 kwietnia, z archiwum Bibl. Jagiell.

2) Pathić w tym czasie wyjechał umyślnie do Romanowa (pod Białą) dla widzenia się z Kraszewskim, który bawił u ojca.

M. Berg w swych „Zapiskach” poświęca spory ustęp zamknięciu Słowa, a Sulima powtarza go w „Historу dwustu lat“, dodając ozdoby stylistyczne i dorzucając parę drobnych szczegółów. Obaj twierdzą stanowczo, że wyda­wnictwa Słowa zakazano „z woli najwyższej”, wskutek ogło­szonego w niem listu Lesznowskiego. A miało to być tak: W Petersburgu bawił wówczas namiestnik Gorczalcow ze swoim „faktorem” Enochem, przechrztą, naczelnym prokuratorem ogólnego zebrania departamentów rządzącego se­natu w Warszawie! Jednocześnie przebywał nad Newą Leo­pold Kronenberg, starający się o koncesyę na wydawnictwo nowego dziennika. „Powiadają — pisze Berg, — że Kronen­berg, przeczytawszy artykuł Lesznowskiego w Słowie, aż „płakał ze złości”; Sulima przyjmuje to za pewnik i wie, że

plakat „gorzkiemi łzami”, a „oburzenie Kronenberga i Enocha nie miało granic”. Według Berga Kronenberg udał się pod opiekę wszechmocnego Enocha; według Sulimy, Enoch z własnej inicyatywy („ze swej strony”) przedstawił sprawę Gorczakowowi. Miał mu — według Berga — oświadczyć, że wszelki rząd w Królestwie stanie się niemożliwy, jeżeli zarządzenia namiestnika będą mogły być bezkarnie lekceważone i nie uznawane w Petersburgu przez pierwszego lepszego asesora kolegialnego, jakim był Ohryzko. (Szło o to, że Lesznowski prowadził polemikę w Petersburgu, jakiej mu zakazano w Warszawie.) Sulima powtarza to dosłownie, dodając, że Enoch mówił jeszcze Gorczakowowi, iż „należy raz dać przykład i pokazać władzom petersburskim, że namiestnik w Królestwie coś znaczy”. Więc Gorczakow przedstawił rzecz „w należy- tem oświetleniu” cesarzowi — mówi krótko Berg, a Sulima zdanie to szeroko rozwija, twierdząc, że Gorczakow uległ jezuicko-żydowskim wykrętom Enocha, że był „nadzwyczajnie rozdrażniony”, że zrobił „kwestyę gabinetową”, że zagroził dymisyą, jeżeli Słowo nie będzie ukarane. A Słowo już przed­tem naraziło się przez zamieszczenie listu Lelewela do Anto­niego Czajkowskiego, za co otrzymało ostrzeżenie. Więc wy­szedł rozkaz, aby Słowo zamknąć, a Ohryzkę osadzić w Petronawłowskiej cytadeli. Sulima wie jeszcze, o czem Berg milczy, że minister oświaty, Kowalewskij, opierał się rozkazowi, że na radzie ministrów poszli za jego zdaniem Rostowcew i Dołgorukij, ale obaj Gorczakowowie, namiestnik i kanc­lerz, byli tak uparci, że nie dozwolili nawet Kowalewskiemu odczytać memoryału, jaki w tej sprawie przygotował.

„Któż z współczesnych nie pamięta—pisze Berg,—jakie oburzenie wywołało w Moskwie, Petersburgu i innych cen­trach Cesarstwa” uwięzienie Ohryzki. Co tu rozprawiać o re­formach, mówiono, jeżeli takie rzeczy dziać się mogą, jeżeli na żądanie jakiegoś jenerała chwytają i bez sądu więżą nie­winnych ludzi w kazamatach. Turgieniew i Żemczużnikow (poeta) wystosowali listy do cesarza. W samym pałacu Zi­mowym znaleźli się potężni obrońcy Ohryzki. Więc w re­zultacie Ohryzko odzyskał wolność, a winowajca Gorczakow musiał usprawiedliwiać się przed Kowalewskim, który, aby mu okazać swe lekceważenie, przyjął go w szlafroku. Na odjezdnem usłyszał jeszcze Gorczakow wymówkę od cesarzowej w słowach: „Nigdy panu nie przebaczę, żeś skłonił cesarza do popełnienia pierwszej niesprawiedliwości”.

Ile jest prawdy, a ile fantazyi w opowiadaniu Berga, a za nim Sulimy, o powodach zamknięcia Słowa, trudno odgadnąć. Obaj nie podają źródła swych informacyi; obu też nieraz mo­żna przychwycić na łatwowierności i nieścisłości. Nie zaprzeczając, że ich relacya o zamknięciu Słowa odpowiada może mniej więcej rzeczywistości, mamy jednak powody wątpić, aby w szczegółach była całkiem prawdziwa. Co do niektó­rych nawet jest pewność, że były utworem fantazyi.

Pomijając, że płaczący, i to „gorzkiemi łzami, Kronenberg“ wygląda podejrzanie, bo ten człowiek realny, prak­tyczny, silnej woli, prawdopodobnie nigdy swej „złości” w ten iście kobiecy sposób nie objawiał, i to jeszcze przy świad­kach — jest wogóle podejrzenie, czy rzeczywiście w tym czasie bawił w Petersburgu. Jeszcze większą wątpliwość wzbudza twierdzenie, że jeździł nad Newę dla uzyskania koncesyi na dziennik 1). Wprost jednak można zaprzeczyć temu, aby Słowo przed sprawą żydowską naraziło się już zamieszczeniem listu Lelewela i otrzymało ostrzeżenie, gdyż list Lelewela drukowany był w miesiąc po artykule Lesznow­skiego, i to w ostatnim (15) nrze Słowa z dn. 5 marca. Ten to numer skonfiskowano (w Warszawie zabrano go z poczty) i zakazano natychmiast wydawnictwa Słowa. Gdyby więc Berg i Sulima zajrzeli do Słowa, nie powtarzaliby bajeczki.

Ta całomiesięczna odległość czasu między listem Lesznowskiego w Słowu a zamknięciem tego dziennika po­większa również niewiarę w dokładność relacyi Berga i Su-

1) Podstawą do tych wątpliwości jest dokładnie mi znany prze­bieg toczących się w tym czasie pertraktacyi Kronenberga z Kraszew­skim o objęcie redakcyi Gazety Codziennej.

limy. Więc dopiero po miesiącu Kronenberg płakał, Enoch podjudzał Gorczakowa, a ten groził dymisyą cesarzowi?

Ta groźba wydaje się bardzo naiwną — również nai­wnie wygląda Gorczakow, pragnący zamknięciem Słowa do­wieść, że „namiestnik coś znaczy”. Tem bardziej to uderza, że Gorczakowa nie było w Warszawie podczas całej afery żydowskiej, że zakaz prowadzenia o nią polemiki w pismach warszawskich wyszedł od Paniutina lub Muchanowa (obu ich wymieniają współcześni) — oni zatem, a nie Gorczakow, mo­gli się czuć dotknięci.

Inaczej też sprawę zamknięcia Słowa przedstawiały współczesne dzienniki. Czasowi donoszono, że katastrofa dotknęła Słowo za przypisek redakcyi do listu Lelewela, choć były i „inne pozory”, a więc: list Lesznowskiego, wzmianka o instytucyach emigracyjnych księcia Adama Czartoryskiego, oraz „ostry przycinek Wielopolskiemu za sprawę Swidzińskiego, któryto przycinek „obraził wiele osób wysoko położonych w Petersburgu.

Dziennik Poznański donosił, że zamknięcie Słowa nastą­piło za pośrednictwem sekretarza stanu do spraw Królestwa Polskiego (Tymowskiego), na przedstawienie namiestnika. Dziennik przypuszczał, że powodem mógł być nie dający się pogodzić stosunek cenzury warszawskiej do petersburskiej, czego bowiem nie może przepuścić pierwsza, to przepuszcza druga. Nie wolno było np. poruszać w pismach warszaw­skich sprawy włościańskiej, a Słowo, przychodzące do War­szawy i Królestwa, traktowało ją obszernie. Władze więc, nie mogąc przeszkodzić tej anomalii, poczęły nalegać na zamknię­cie Słowa.

Jeszcze jedna współczesna relacya. Jan Zakrzewski bę­dący w blizkich stosunkach z dziennikarstwem warszawskiem

I Kronenbergiem, pisał do Kraszewskiego dn. 12 marca: „Ważną wiadomość komunikuję— Słowo u nas zakazane (nie wiedziano więc jeszcze o zamknięciu, myślano, że go zabroniono tylko w Królestwie). Muchanow to zrobił — telegramem przedsta­wił do ministra spraw wewnętrznych, że jego cenzura nie może przepuszczać podobnych artykułów, jak w Dodatku o czasopismach”…

Z tego wszystkiego płyną dwa wnioski. Pierwszy—że może nie bez pewnej dozy słuszności Lesznowski katastrofę z –Słowem przypisywał reakcyi, gdyż jednocześnie zamknięto parę pism rosyjskich o dążnościach słowianofilskich (donosił o tem Czas), Teke Wileńską (pozór, że się zamienia w pismo peryodyczne), Iskrą, polskie pismo humorystyczne, wychodzące w Petersburgu, i Wolne Żarty w Warszawie. Wniosek drugi, że również nie bez słuszności przypuszczano, iż powodem zamknięcia Słowa był co najmniej w części „nie dający się pogodzić stosunek cenzury warszawskiej do petersburskiej”. Nie był on jednak „anomalią”, ale zupełnie naturalnym wy­nikiem instytucyi cenzury. Trudno wymagać, aby cenzorowie, rozsiani po całem państwie, byli we wszystkiem zgodni z sobą, aby jednomyślnie dostrzegali „niebezpieczeństwo” w pe­wnym artykule lub w pewnym frazesie. W każdem wreszcie środowisku tak olbrzymiego państwa inne muszą być wa­runki i stosunki, inne wpływy, inne zapatrywania. Nie po­trzeba wreszcie ani olbrzymiego państwa, ani istnienia cen­zury, aby przy wolnomyślnej nawet ustawie prasowej nie zdarzały się podobne „anomalie. Czyż np. do dziś dnia nie konfiskuje władza w Krakowie artykułu, który jednocześnie wydrukowany we Lwowie nie podrażnił zupełnie uczuć lojal­nych tamtejszego prokuratora?

W każdym razie taki stan rzeczy musiał irytować wielkorządców warszawskich. Słowo wogóle nie było im na rękę. Więc bardzo prawdopodobnie o zamieszczony w nim list Lesznowskiego poszły skargi do Gorczakowa, również prawdopodobnie doradca jego, Enoch, użył swego wpływu; może być wreszcie, że namiestnik przedstawił rzecz cesarzowi i że los Słowa był już zdecydowany, ale faktem jest, iż zamknięcie jego nastąpiło dopiero po skonfiskowaniu listu Lelewela, a w miesiąc po liście Lesznowskiego. Może czekano tylko  na pozór i znaleziono go. W głównym zarysie więc opowia­danie Berga i Sulimy może być zgodne z rzeczywistością, tylko w szczegółach trąci fantazyą.

Berg idzie jeszcze dalej, bo z tego epizodu „wojny żydowskiej” wyprowadza doniosłe skutki których następstwem (można się domyślać) było według niego i… powstanie. Są­dzi, że przytoczone powyżej słowa cesarzowej jak grom pa­dły na niedołężnego Gorczakowa. Odtąd „stał się głuchym i ślepym na wszystko, co się koło niego działo. Wciąż tru­chlał, aby nie popełnić jakiego błędu lub nieostrożności. Nie dozwolił nawet, aby Rosyanie, zamieszkali w Warszawie, za­łożyli klub pod nazwą „rosyjskiego” — pozwolił tylko na „Warszawskie powszechne zebranie”. Nieco wyżej, kładąc nacisk na nastrój, jaki wywołało uwięzienie Ohryzki, Berg każe się dorozumiewać, że nastrój ten, przeciwny represyom, był jednocześnie przychylny jeżeli nie Polakom, to swobodom narodowym. Gorczakow na posiedzeniu ministrów miał się wyrazić: „Jeżeli panowie tak będziecie postępować, to mi wkrótce wypadnie strzelać kartaczami w Warszawie”.

Tak to — konkluduje Berg — „nic nie znaczący spór żydowsko-polski, jakiś artykuł Keniga, wpłynął na zmianę sto­sunków na ogromnych przestrzeniach krajów, podległych Rosyi. Sprawa polska, już i bez tego mająca za sobą opinię ludzi inteligentnych, olbrzymim krokiem postąpiła naprzód, stała się głośną w całej Rosyi i pozyskała sympatyę w je­szcze szerszych kołach. W Polsce zaś samej zyskała na tem swoboda działania: różnolite żywioły zaczęły się porozumie­wać i zbliżać”…

Artykuł Keniga o Nerudach—ojcem wypadków 1863 r., to już, zdaje się, olbrzymi wyskok fantazyi.

VIII.

Gromy papierowe wciąż dalej spadały na Lesznowskiego.

Nie wytrzymał, rzecz prosta, obywatel Ozeasz Ludwik Lubliner. Oprócz artykułu w L’ Observateur beige, o którego autorstwo go posądzamy, wydał w marcu broszurę p. t. „Za­targi pana Lesznowskiego, redaktora Gazety Warszawskiej, ze Żydami polskimi”. Broszury tej nie posiada żadna z bi­bliotek krakowskich i warszawskich, ale znając sposób pisa­nia i poglądy Lublinera, łatwo się można domyślić, jaką ła­źnię sprawił Lesznowskiemu. Wierny swym zasadom, wy­stąpił w końcu z gorącem wezwaniem do Polaków i Żydów, gromiąc jednocześnie …Jezuitów. Oto ta apostrofa:

„Polacy chrześcijanie! Jako gorliwy wasz współrodak, wzywam was, w imię świętej sprawy ojczyzny, abyście z obu­rzeniem i pogardą odpychali wszelkie napady złośliwe, wy­mierzone na Żydów, chociażby one przywdziały płaszczyk patryotyzmu. Jezuityzm jest żywiołem, zapalającym pochodnię niezgody pomiędzy obywatelami różnych klas lub religii, służy on zarazem za silną podporę jarzma, Ojczyźnie nałożonego… Przestańcie nakoniec poniżać Żydów; bądźcie pierwszymi do podania im dłoni bratniej, rozpocznijcie z Żydami nowe ży­cie socyalne, oparte na uprzejmości i na braterstwie; te są jedyne godne środki, aby natchnąć Żydów uczuciami i obo­wiązkami obywatelskiemi…

„A y Izraelici, współwiercy moi! Zachęcam was, abyście nie przestali objawiać słusznego oburzenia waszego prze­ciw złośliwym napadom ze strony Jezuitów i świętoszków polskich; nie są oni Polakami z serca, lecz tylko z końcówki ich nazwiska: ski, icz”.

Przytoczony wyjątek znajduje się w paryskim Przeglą­dzie rzeczy polskich, w zeszycie z dn. 15 kwietnia. Korespondencya z Warszawy, zamieszczoną w tym samym zeszycie, opowiedziawszy przebieg zajścia z Żydami, zganiła ostro Le­sznowskiemu, że miasto „odpowiedzi przyzwoitej i godnej Polaka, ożywionego uczuciem chrześcijańskiego braterstwa”, udał się do oberpolicmajstra, który Żydów do sądu pociągnął.

Tego samego zdania, co emigracyjne pismo demokra­tyczne, były i konserwatywne Wiadomości Polskie, cytowany już powyżej organ hotelu Lambert. Zaznaczywszy, że „od początku roku brzmiał w dziennikach krajowych przykry dźwięk jednej z wielkich i ciężkich kwestyi, potrąconej w spo­sób drażliwy”, a co gorsza, echo jego rozbrzmiewało w pra­sie zagranicznej,— Wiadomości usprawiedliwiały się, dlaczego nie wyraziły dotychczas o tej sprawie opinii. Czekały, aż prze­minie pierwszy impet, aż walka ochłodnie. Następnie podały Wiadomości przebieg całego zajścia, czyniąc zarzut Lesznow­skiemu, że uznał potrzebę repliki. Wprawdzie redakcya Słowa po liścife Hertzfelda oświadczyła, że zamyka polemikę, ale „występna chęć dogodzenia popędom gniewu, z zapomnieniem na ważne względy, przeniosła proces do obcych dzienników”. Pochwyciły tę sposobność organa rosyjskie, chętne do czer­nienia naszego społeczeństwa, do rozpuszczania fałszów o nietolerancyi polskiej. „Nic oplakańszego — pisały Wiadomo­ści, — nic więcej grzeszącego przeciw uczuciom obowiązków narodowych, jak to oddawanie spraw domowych, wewnętrz­nych, historycznych pod sąd opinii nieprzyjacielskiej”.

Z całej sprawy Wiadomości odbierały przykre wrażenie. Przypominała im ona uliczne zatargi studentów z Żydami. Z jednej strony ulicznikostwo, z drugiej zaraz wrzask o zabójstwo, kryminał — poczem następuje wdanie się władzy policyjnej.

Wiadomości zgadzały się „zupełnie” z Dziennikiem Po­znańskim i na ogólne założenie i na inne szczegółowe zdania. Oprócz braku „rozumu politycznego”, uzupełniały jego wy­wody wzmianką o innym jeszcze „braku”.

„Przez cały ciąg dziejów Polski — pisały, — od rumia­nej zorzy do szarego dzisiaj mroku, przechodzi jeden prąd wielki, który za błogich czasów jaśniał jako mądrość stanu

i    działał jako siła narodu. A byłto ten duch, co nam dał prawo i szczycić się wspomnieniami i ufać nadziejom, duch ofiarny miłości chrześcijańskiej. To tylko nasze, co on spoił i co jego moca, utrzymywać zdołamy. Nie podbojem i uci­skiem, ale jego ogniem Polska stopiła w jedną całość wiele ludów pobratymczych i niepobratymczych, blizkich i bardzo dalekich pochodzeniem. Tatarzy z wrogów i niewolników stali się jej dobrymi i wiernymi synami. Odtąd, jak ten ogień począł gasnąć, ćmil się rozum polityczny, darmo wytężała się dzielność orężna. Żywioły, nie przejęte błogim wpływem, bu­rzyły się, lub mętne i martwe opadały na dno…

„Źle jest otwierać regestra dawniejszych krzywd i zaża­leń; niesprawiedliwie w cechach rodowych, nawet godnych szacunku i naśladowania, upatrywać tylko powody niechęci i wstrętu do całego plemienia; niezgodnie z duchem chrze­ścijańskim—stać twardo i dumnie, rachować nieufnie kroki zbliżenia się i czekać w postawie odpornej…

„Stolica Królestwa szczególnie wystawiona jest na próbę tego taktu subtelnego, który wtedy ma niekłamliwy pozór cywilizacyi, kiedy w gruncie polega na wyrobionem i czystem uczuciu chrześcijańskiem. Utworzyła się w niej klasa Izraelitów, z kultury, majątku, sposobu życia należących do towa­rzystwa ukształconego; nie dziw, że pragnęliby mieć w niem zupełny udział, kosztować wszystkich jego korzyści. Tym­czasem ogólne ich położenie zawsze jest nieswobodne i stąd drażliwe, jako ludzi nowych. Tu mianowicie trzeba delikat­nego taktu, wzniosłego poglądu, czystego pojęcia godności narodowej, żeby, poskramiając niesłuszne lub zbyteczne pretensye, nie deptać razem kiełkujących uczuć życzliwych i szcze­rych.

„Nie mamy dziś do rozdawania praw politycznych, indygenatów obywatelstwa: obcy i nieprzyjaciele mogą szafunkiem tych darów uprzedzać nas albo i poniżać; ale mamy w skarbcu narodowego ducha, czem niegdyś przewyższaliśmy i obcych i nieprzyjaciół: mamy tam drogie klejnoty ewange­licznego braterstwa dlu ludów i ludzi — umiejmy użyć tego bogactwa”…

Uwagi te wyszły prawdopodobnie z pod pióra Klaczki, który był stałym współpracownikiem Wiadomości, a jako neo­fita musiał sympatyzować z „nowymi ludźmi”.

Tymczasem zbliżał się termin rozprawy sądowej. Bu­dziła ona ogólne zaciekawienie. Opowiadano, że żaden z adwo­katów nie chciał się podjąć obrony Żydów, że Żydzi gotowi są miliony rzucić, aby przeważyć na swą stronę szalę spra­wiedliwości, że cenzorowi Sobieszczańskiemu ofiarowywano sumę, zabezpieczającą, mu utrzymanie do końca życia, aby tylko, nie zważając na zakaz, przepuścił artykuł w obronie Żydów.

Lesznowski był najlepszej myśli. W długim liście, pisa­nym do Kraszewskiego na tydzień przed rozprawą sądową, szeroko wypowiadał swe nadzieje i poglądy. Donosił w nim, że w Gazecie Codziennej Niewiarowskiego ma ukazać się ar­tykuł przeciw Kraszewskiemu w sprawie jego zatargu ze szlachtą wołyńską.

„Ale niech tam malkontenci wrzeszczą — pisał, — nie zważaj na to. A ja małoż na siebie obudziłem wrzasków, krzyków i wymyślań… Ale to nieczyste miotanie się żydostwa, ta szalona nienawiść, te bezczelne kłamstwa i potwarze, które rozsiewają na mnie w dziennikach zagranicznych, zwykłe żydowskich, mnie zbrudzić nie mogą, a tylko ich ka­leczą. Słuchaj, zacny Panie Józefie, walkę moją z Żydami, która ledwo się zaczęła, uważam za najchlubniejszy wypadek z całego mojego blizko dwudziestoletniego zawodu dzienni­karskiego. Nigdy się nie czułem tak godnym, tak spokojnym jak teraz, kiedy obok mnie szarpie się to obrzydliwe plemię. Miotają na mnie złorzeczenia. Czuję to — głos wewnętrzny mi to mówi, że stałem się w całej tej sprawie mimowolną sprężyną do otworzenia oczów krajowi. Ze wszystkich stron odbieram najszersze podziękowania, wszyscy mi winszują, że tak poprowadziłem tę sprawę — że podałem ją na drogę sądową — na drogę jawności publicznej. Wierzaj mi, kraj otworzył oczy na niecne machinacye — na podłe szacherstwo tego plemienia, które eksploatuje bezwstydnie wszystkie klasy, cały naród: chłopa i szlachcica, mieszczanina i urzędnika — i wszystkich a wszystkich; kraj weźmie się do pracy, ładu— i wyzwoli się z pod nacisku żydostwa…

„Znasz mnie dobrze, Panie Józefie, wiesz jakich jestem zasad wyznawcą — więc pewno nie wierzysz i nie przypu­szczasz, że w kwestyi żydowskiej kieruję się średniowiecznemi zasadami. Czegóż chce moja Gazeta Warszawska? Nie prześladowania Żydów — nie ich ucisku. Niech sobie żyją

2)  Pogłoska ta miała pewien podkład—jak widzimy z „Kartek Al- kara”. Kraushar pisał do przyjaciela: „Niejaki Lichtinger udał się do cenzora Sobieszczańskiego z żądaniem, aby przepuścił artykuł, wymie­rzony przeciw Gazecie Warszawskiej. Sobieszczański się nie zgodził, lecz obiecał, że już artykułów przeciw Żydom nie puści w Gazecie”.

na tej ziemi, która im matką, a oni niewdzięcznymi pasierbami… Brońmy jej i strzeżmy… Otóż cała idea Gazety Warsz.— to żeby wyzwolić się z pod nacisku żydowskiego pracą, ła­dem, oszczędnością — żeby — jak piszą Wiadomości Polskie w nr. 7 w wybornym artykule — przeciw Żydom szlachta polska utworzyła towarzystwo wstrzemięźliwości od Żydów!1)

„Oto nasze wyznanie wiary w kwestyi żydowskiej, która prędzej czy później, stosownie do sprzyjających cenzuralnych okoliczności, w piśmie naszem przeprowadzimy w szeregu artykułów, pisanych z powagą, zimną krwią, z obywatelskiem poczuciem naszych obowiązków względem kraju. My do tego czasu milczymy — ale wkrótce zabierzemy głos… jak tylko fakt wymowny po naszej będzie stronie. Czekam na wyrok sądowy, który najniezawodniej padnie w końcu tego mie­siąca. Wiesz, jakie środki potężne mają Żydy w ręku—wiesz że mają miliony do dyspozycyi, że nietylko biednych sędziów, ale pierwsze figury mają w swojej kieszeni — otóż pomimo tej nierówności walki, pomimo, że oni mają do dyspozycyi najpotężniejsze środki, a ja jestem biednym dziennikarzem — pomimo tego wszystkiego wygram tę sprawę. Sądowy wy­rok da mi satysfakcyę najwyższą, a Żydów postawi na właściwem im miejscu. Natychmiast po wyroku napiszę Ci… a głos zabiorę w jakim niezależnym organie prasy europej­skiej. Kłamstwa i potwarze żydowskie odeprę… opinię publiczną zagraniczną oświecę — i wyjdę zwycięsko na ka­żdym punkcie z tej walki. Prędzej czy później — wiem, ko­chany Panie Józefie, znając twoje zasady i przekonania — że i ty przyłożysz swoją rękę do tej walki i wesprzesz nas swojem wszechwładnem piórem… Wychłostałeś apatyę, obojęt­ność twoich współobywateli — dasz się we znaki i żydowszczyźnie…

…„Ale dajmy już pokój tej kwestyi która dużo mnie wprawdzie zrobiła kłopotów, ale z drugiej strony wiele, bar­dzo wiele wywołała dla nas objawów sympatyi i szacunku publicznego.

„Po 1 kwietnia Gazeta Warszawska jeszcze poszła w górę. Liczba prenumeratorów i na prowincyi i w War­szawie wzmogła się — pomimo terroryzmu w cenzurze. Bo mażą teraz tak, jak nigdy nie mazali. Zajdą tu zmiany w dzien­nikarstwie — Kronika albo Gazeta Codzienna najniezawodniej przejdzie w ręce Żydów. Już teraz szukają Żydzi redakto-

l) Znany nam artykuł Kalinki.

rów — ale żaden porządny człowiek nie chce do nich przy­stać. Zaciągną oni pod swój znak żydowski kilku łobuzów i hultajów — ale czy wiesz — nawet w najniższym rzędzie literatów naszych znaleźli się przecie ludzie, którzy wprost im odmówili. Żartuję sobie z tej konkurencyi, która tylko utwierdzić mnie może. Poparcie, jakie mam od moich przy­jaciół — od ciebie zwłaszcza, drogi Panie Józefie, zabezpie­cza mnie zupełnie”.

List kończył się zapewnieniem „najszczerszej przyjaźni i wdzięczności dozgonnej”. „Bądź nam bratem po myśli i duchu“ — pisał „najżyczliwszy Antoni Lesznowski”.

Ale najcharakterystyczniejszy był przypisek do listu, nietylko ze względu na treść, ale i na zbieg okoliczności.

„Wiem z pewnością — pisał w tym przypisku Lesznow­ski, — że pan Leopold Kroneberg, Żyd chrzczony, trzyma­jący monopol tabaki i tytoniu, będzie nabywcą jednego z pism warszawskich, a może nawet już nim jest. Tento pan zro­bił całą awanturę naszą z Żydami. Onto podbudził namięt­ności żydowskie, on namówił Natansonów do tego skandalu,— jegoto cała ta sprawka”. Tu następuje parę ostrych epite­tów. „Niebezpieczny to człowiek ten pan Leopold. Formy ucywilizowane—biednemu, dla próżności, rzuci pod nogi paręśet rubli jak potrzeba — ale Żyd całą gębą — nienawidzi nas, a szczególniej szlachty polskiej. Z jednym z moich naj­bliższych przyjaciół, w którego prawość i honor wierzę jak w Ewangelię, miał rozmowę bardzo żywą o Żydach. Wiesz, jakie bluźnierstwo wyszło z ust jego? Cytuję Ci dosłownie własne jego słowa: „Dopóty u nas nie będzie dobrze, dopóki ostatniego szlachcica polskiego nie wywiozą na Sybir”. Oto masz pana Kronenberga — oto masz Żyda ucywilizowanego! „I taki człowiek kupuje dziennik — to zgroza i hańba.

„NB. Jeszcze jedno i ostatnie notabene. Księgarz Or­gelbrand dostał pozwolenie na przedrukowanie Talmudu. Dużo będzie kosztować — 30 000 złotych — i ma już 6000 prenumeratorów — fakt to niezawodny, tak jak niewątpliwem jest owo wyżej zacytowane bluźnierstwo Kronenberga. Na mój honor — to prawda najświętsza. Bawże się ta w filan­tropię… z żydostwem”…

Przypisek ten, powtarzam, jest najcharakterystyczniejszy. Nie idzie o sąd Lesznowskiego o Kronenbergu, sąd z gruntu fałszywy, będący wynikiem zaciekłości i obawy konkurencyi. Ale rzecz w tem, że owe nadzwyczajne czułości dla Kraszew­skiego, wraz z werdyktem potępiającym Kronenberga, pisał Lesznowski w chwili, kiedy między Kraszewskim a Kronenbergiem nawiązały się stosunki, które z Kraszewskiego uczyniły „łobuza i hultaja” i wydały najsilniejszy grom, jaki uderzył w Lesznowskiego. Ale nie uprzedzajmy wypadków.

IX.

Lesznowski doczekał się tryumfu na sali sądowej d. 28 kwietnia.

„Wszyscy Żydzi—donosił nazajutrz Kraszewskiemu, — którzy podpisali list do mnie, skazani zostali na trzy, piszę wyraźnie, trzy miesiące więzienia — w domu poprawy (to jest w Arsenale), na przeproszenie publiczne… i na koszta pro­cesu. Co do niektórych, są nawet obostrzenia. Mikołaj Ep­stein skazany został na jeden miesiąc więcej, to jest na cztery miesiące dlatego, że odgrażał się na mnie, a Ignacy Nathansohn za podburzanie i namawianie na miesięcy trzy, tak jak wszyscy — i na dni trzy. Mała to różnica, ale w spra­wie niezmiernie ważna, bo dowodzi, że obelga dokonaną zo­stała z rozmysłem, z namowami, sesyami, dyskusyami… i t. d., co karogodność niezmiernie powiększa.

…„Tysiące Żydów napełniało ulicę, gdzie odbywała się sprawa. Efekt na żydostwie piorunujący. Muszę być bardzo ostrożny teraz. Sądy polskie niech żyją! Biedny dziennikarz wygrał sprawę przeciw kaście najbogatszej, która pewno złożyłaby miliony, żeby umorzyć tę sprawę” 1).

Wyrok sądu policyi poprawczej wywarł rzeczywiście wielkie wrażenie, i to nietyłko na Żydach. Nie przewidywano, że będzie tak surowy. Wprawdzie skazanym służyło prawo apelacyi z którego skorzystali 2), ale było rzeczą widoczną, że

1) Mikołaj Epstein został skazany „za rozmyślne obelgi i zagro­żenie*, inni za „rozmyślne obelgi i zmowy’1. Uroczyste przeproszenie ргге<§ sądem brzmieć miało: „Przepraszam za rozmyślne listowne znie­ważenie pana“. Koszta sądowe (15 r. 90 kop.) rozłożono na wszystkich skazanych.

2) Apelował i Lesznowski, choć jak wiemy, był z wyroku bar­dzo zadowolony. Żądał mianowicie wyższego wymiaru kary. Apelacya ta jednak była prawdopodobnie wniesiona jedynie w celu osłabienia apelacyi skazanych, którzy oskarżali Lesznowskiego, że ich w skardze początkowej nazwał „bandą“, że zamieścił przeciw nim artykuł obelżywy w Słowie i że w rozsyłanych uwagach pomawiał ich o autorstwo listów anonimowych. Lesznowski w swem odwołaniu się do sądu apelacyj-

„drażliwej” sprawy wyrokiem tym nie usunięto z porządku dzien­nego, że przeciwnie zaostrzono ją i pogłębiono przepaść mię­dzy ówczesnymi antysemitami a inteligencyą żydowską i zwolennikami asymilaeyi.

Naprężenie spotęgowało się i przez to, że rozprawa od­była się przy drzwiach zamkniętych i że motywy wyroku przekraczały granicę oskarżenia. Sąd bowiem, choć trakto­wał sprawę jako osobistą obelgę i groźby, zapuścił się jednak poniekąd w roztrząsanie kwestyi żydowskiej w Polsce. Nie- tylko skazał oskarżonych, ale wydał w motywach werdykt, potępiający zachowanie się ogółu Żydów.

Wyroku tego nie pozwoliła cenzura ogłosić w pismach krajowych, nie ogłosiły go i dzienniki zakordonowe. Kore­spondent Czasu podawał wiadomość tylko o samym fakcie skazania Żydów, jako „już dokonanym i wiadomym całemu miastu”, przyczem „wstrzymał się najzupełniej od jego roz­bioru”. Dodał jedynie, że oprócz obrońcy, adw. Łąckiego, „przymawiało się ustnie” kilku obwinionych, a między nimi redaktor Tygodnika Lekarskiego, Natanson. Dziennik Poznański poprzestał na prostym przedruku tej wiadomości z Czasu.

To zachowanie się zakordonowego dziennikarstwa miało zapewne głębsze powody. Wiemy, że Czas odmówił Lesznowskiemu omówienia sprawy, że Dziennik Poznański zajął wzglę­dem niej stanowisko nieprzychylne, że równie tak on, jak i pisma emigracyjne, potępiły oddanie się Lesznowskiego pod opiekę policyi i sądu. Nie chciano po prostu „rozmazywać” sprawy — postanowiono ją przemilczeć. Nie bez wpływu na tę „ciszę” był zapewne i ogłoszony w dn. 3 maja przez Na­poleona III manifest wojenny, zapowiadający „wolność Włoch aż po morze Adryatyckie”. W przededniu wielkich wypad­ków, które nadzieją napełniły nasze serca, bo przynosiły (jak sądzono) początek zrealizowaniu „idei napoleońskich”, nie pora była zajmować się zatargiem Lesznowskiego z Natansonami, Toeplitzami, Epsteinami…

nego oświadczał, że sąd bezpodstawnie przyjął okoliczności łagodzące, gdyż „znieważono go za ujmowanie się w imieniu ogólnego porządku i dobra społecznego” — zniewaga ta więc „nie jest osobistą, ale znie­wagą praw i całej ludności krajowej”. Co więcej, dowodził, że zasądzeni rozpuszczali fałszywe wieści, jakoby żądali od niego satysfakcyi honoro­wej, której ze strachu dać nie chciał, że agitowali przeciw niemu nawet między ciemnym tłumem, że posądzali go, iż sam był autorem listów bezimiennych. i>ądał więc pół roku więzienia dla Epsteina, pięciu mie­sięcy dla trzech Natansohnów i Stanisława Kronenberga, a czterech miesięcy dla reszty obwinionych.

Lesznowskiemu, rzecz oczywista, cisza ta nie była na rękę. Postanowił zatem rozpowszechnić wyrok sądowy wraz z motywami drogą odpisów, czy też odbitek litograficznych. Dokumentu tego, mimo poszukiwań, znaleźć mi się nie udało. Miał go jednak w swych rękach Lelewel i na jego podsta­wie wydał broszurę p. t. „Sprawa żydowska w r. 1859 w li­ście do Ludwika Merzbacha rozważana” (Poznań, I860). Z tej broszury możemy w głównych zarysach zapoznać się z mo­tywami wyroku.

Akt ten sądowy zawierał naprzód wywód prokuratora, który trzymał się ściśle prawniczego stanowiska. Przytoczył artykuł Gazety Warszawskiej i złożył sądowi imienne i bez­imienne „pisma obelżywe”, żądając ukarania podpisanych na wspólnem wezwaniu do Lesznowskiego.

Obrońca wszedł na szersze pole. Dał mianowicie po­gląd na przeszłe i obecne położenie Żydów w Polsce, co stało się „powodem rozpraw”—mówi Lelewel.

Z rozpraw tych wypłynęło 17 „zważywszy“ wyroku są­dowego. Poszły więc po punkcie 1 (oskarżenie) punkty 2—4, będące rozprawami sądu z obrońcą. Punkty 5—8 zawierały ocenę przestępstw obwinionych i zastosowanie artykułu kar­nego. Dziewiąte „zważywszy“ zajmowało się Ignacym Natansonem, jako inicyatorem i autorem „wezwania”, dziesiąte zaś i jedenaste—M. Epsteinem, oskarżonym o zapowiedź czyn­nej obelgi. Punkt 12 oceniał artykuł Gazety Warszawskiej, 13 i 14 wyłączał z wyroku listy anonimowe, 15 i 16 uchylał osobne wykroczenie Izydora Brunnera, punkt 17 tyczył się kosztów sądowych — poczem następował wyrok.

Sąd w motywach swoich rozważał przywileje i prawa żydowskie, jakimi przeszłość w Polsce ich obdarzyła. Za­znaczał, że żyją płodami polskiej ziemi, a nie dają dowodów przychylności do niej, nie dążą do zlania się z narodem, który ich gościnnie przyjął i przez 800 lat karmił. Wytykał im ro­dzaj zajęć, umiłowanie złotego cielca, niechęć do cywilizacyi. Nazywał ich „przybyszami”. Ostro potępiał „ideę izraelską”, jaka się ujawniła w owym bezimiennym liście, w którym drwiono z Polaków, stawiając im na wzór Żydów, jako „je­dynych reprezentantów rozsądku i miłości Bożej w tym nie­szczęśliwym kraju”. Wspominał sąd i o owych chwalbach żydowskich, że dali chrześcijanom Boga, że staną się nauczy­cielami Polaków, że tylko w nich Polski nadzieja.

Sam wyrok już zńamy. Dodajmy jednak, że sąd przy­jął „okoliczności łagodzące” (kara mogła wynosić od 3—6 miesięcy). Brunnerowi nie podwyższono kary, pomimo, że tak samo jak Epstein, zapowiadał czynne znieważenie Le­sznowskiego, sąd bowiem uznał, że tej „zaocznej, ustnej, poza Warszawą popełnionej obeldze brak było cech przestępstwa bezpośrednich osobistych obelg“.

Lelewel w swej broszurze, przed oceną wyroku sądo­wego, zwracał się do Merzbacha ze słowami uspokojenia. Cała ta sprawa nie jest tak straszna, aby Żydzi byli „stroskani

O obecność i przyszłość”. Czas złagodzi burzę — minie chwi­lowe roznamiętnienie.

Lelewela dla Żydów przychylnie usposobił Czacki, kiedy L. robił mu korektę rozprawy o Żydach. Później sam Lele­wel „własną rozwagą“ nauczy) się „szacować i oceniać zalety i zasługi tego plemienia”.

Ci co się „targnęli” na Lesznowskiego — pisał dalej Lelewel — uczynili to „z zacnego wzruszenia”, ale dopuścili się nieroztropnego sowizrzalstwa. Pragnęli podobno poje­dynku, ale to „lichy środek”. Z powodu obrazy zamożniej­szych o „siabrostwo” i z powodu drwin wystąpili z gwałtownemi żądaniami. „Wcale mi się to nie podoba”—pisze wielki historyk. Kto nawołuje do przyzwoitości, niech sam będzie przyzwoity. Trzeba było drwiny odeprzeć drwinami, sar­kazm sarkazmem.

Nad wyrokiem Lelewel „bolał”. Belgijscy adwokaci, prokuratorzy, sędziowie „szyderczo” o nim mówili. Jest on „dziwactwem, jakiego szukać należy tylko w ciemnych wie­kach. Akt sądowy zawiera nietylko wyrok, ale „relacyę pro­cesu w formach niezwykłych”, zapewne dlatego, aby ogół dowiedział się, co było przy drzwiach zamkniętych. A z tego co było wypływa, że sąd pociągnął Żydów do odpowiedzial­ności za 800 łat ich pobytu w Polsce. Mówił o ich przywi­lejach, ale milczał o ograniczeniach. Zarzucał rodzaj zajęć, do których byli zmuszeni. Niesłusznie nazywał ich przybysza­mi, boć wszyscy mieszkańcy Polski kiedyś do niej przybyli: lud najdawniej, ale szlachta, „lachy” — z Saksonii, Kaukazu, czy Szwecyi, a ludność miejska z Niemiec. Że Żydzi dali nam Boga to fakt — prorocy Izraela są prorokami chrzęścijan — księgi kanoniczne żydowskie religia nasza między święte liczy. Sąd „obnażał swe złe usposobienie dla Żydów”, pomiatał plemieniem — o mało nie wytoczył przeciw nim skargi o grzech pierworodny. „Nie jest że to szyderstwem, sądową sprawiedliwości satyrą?” Epstein skazany za to samo, co darowano Brunnerowi — gdzie konsekwencya?

Cały akt sądowy — konkluduje Lelewel — to odwet za listy bezimienne, które z rozprawy uchylono. Akt ten dra­żni, rozbudza fanatyzm. W końcu zwracał się historyk do dzieci Izraela, zaręczając im, że światło wieku niedługo spra­wi, iż każdego wyznania krajowiec wpisany zostanie w oby­watelską księgę, aby mógł używać wszelkich praw cywilnych i politycznych.

Broszura Lelewela wyszła na początku roku 1860, kiedy sprawa żydowska już przycichła. Przed Lelewelem obszer­niej jeszcze omówił ją Przegląd rzeczy polskich w artykule „Żydzi w Polsce i Gazeta Warszawska (zeszyt z dn. 18 maja 1859). Przegląd nie poruszał wyroku warszawskiego, dawał tylko ogólny pogląd na spór, na który patrzał „z boleścią, acz bez zdziwienia”. Boleść ową odczuwał z powodu roz­głosu, jaki sprawa przybrała, dając sposobność wrogom na­szym do nienawistnych na nas napaści. „Każda kropla przy­czyniona do goryczy, jaką nas nieprzyjaciele napawają, staje się trucizną, drażni rany niezagojone” i opóźnia upragnioną chwilę… Redakcya Gazety tego nie zrozumiała, kreśląc swój „paszkwil”, na który Żydzi odpowiedzieli „nędznemi, bez­imiennie podrzucanemi paszkwilami”. Krzywdę krzywdą chcieli odeprzeć i wpadli w ten sam błąd. Słowa ich—„to wrzaskliwa chełpliwość, nie poparta czynami… w towarzystwie karczem­nych wyrazów i śmiesznej junakieryi”. Ale oddanie sprawy pod sąd urzędników rosyjskich 1)—to plama, to wyłamanie się z obowiązków Polaka. Oskarżenie Żydów przed policyą było „niezręcznością, bezskutecznym środkiem niecnego czynu”. Ten „krok antynarodowy” najbardziej zranił redaktorów Prze­glądu. „Rozsądek publiczny” równie potępił paszkwile Ży­dów, jak „denuncyacye współbraci przed wrogami”.

X.

Zaskarżony przez Żydów i Lesznowskiego wyrok sądu policyi poprawczej, utonął na zawsze w aktach apelacyi. Przy­puszczać należy, że wpłynęły na to „nowe czasy“, których zwiastunem były wypadki na Południu Europy. Wrażenie wyroku zatarły odgłosy wojny i rozbudzone nadzieje. Sto-

1) Zarzut o tyle niesłuszny, że sąd składał się z samych Pola­ków — byli oni wprawdzie urzędnikami państwowymi, ale przez to nie tracili charakteru sęlziów polskich.

sunki zmieniły się gwałtownie. Łudzono się, że „słońce austerlickie w opatrznym swym biegu zajdzie i na pola lechickie“. Wśród gorączkowego oczekiwania powstawały w kraju organizacye przygotowawcze do przyszłej walki. Wprawdzie, jak to zobaczymy, nie ucichły zupełnie namiętności, wywołane „wojną żydowską”, ale z natury rzeczy zeszła ona na plan drugi.

W tem położeniu rzeczy w niczyim interesie nie leżało „rozmazywanie” sprawy. Żydom wyrok, jako zaskarżony, nie groził, a więc mogli czekać spokojnie. Lesznowski był z niego zadowolony — nie w jego interesie było przyspieszać pochód sprawiedliwości, który mógł się obrócić na jego niekorzyść. Sąd apelacyjny do rozpatrzenia sprawy się nie kwapił,—kto wie zresztą, czy nie pozostawał pod wpływem czynników obywatelskich, które uznawały, że nieodpowiednia to chwila do porachunków domowych, do rozbudzania waśni na polu bądź co bądź wyznaniowem 1).

Możnaby więc na tem zamknąć akta sprawy, gdyby nie jej następstwo, nie epilog, który był ciosem dla Lesznowskiego i Gazety, a jeżeli nie przygotował tryumfu idei asymilacvjnei, to w każdym razie niepospolicie wpłynął na jego przyspieszenie.

Na jednym wózku z Białej podlaskiej do Romanowa, gdzie bawił w gościnie u ojca i brata Kraszewski, jechali 21 marca 1859 r. Pathe współpracownik Gazety Warszawskiej, i Jan Zakrzewski, przemysłowiec, od paru lat dobry znajomy, można nawet powiedzieć przyjaciel znakomitego pisarza. Pierwszy jechał w zastępstwie Lesznowskiego, z którym chciał się porozumieć Kraszewski co do dalszego swego współpracownictwa w Gazecie (a było ono olbrzymie, wszechstronne i wartość pisma niesłychanie podnoszące), drugi miał wprost sprzeczne zamiary, bo chciał zbadać Kraszewskiego, czyby nie objął redakcyi pisma codziennego, które Leopold Kronenberg chciał nabyć lub założyć.

Zakrzewskiemu misya udała się świetnie. Złożyły się na to szczęśliwe dla Kronenberga okoliczności. Kraszewski chciał porzucić Żytomierz z powodu zatargów ze szlachtą wo­łyńską — i sam myślał o przeniesieniu się do Warszawy. Co więcej, jak twierdzi Sulima, pałał chęcią posiadania wła­snego dziennika i proponował założenie go Branickiemu i Leo-

a)      Kraushar we wrześniu pisał do przyjaciela: „Sprawa jest w apelacyi, ale twierdzą ogólnie, że ją umorzą“. I tak się stało.

nowi Lubieńskiemu. Chęćto zupełnie zrozumiała: Kraszew­ski czuł się zawsze publicystą, rwał się do wypowiadania swych poglądów na sprawy społeczne, krajowe i… wszystkie inne. Dla jego niesłychanie wrażliwego i szerokiego umysłu nic nie było obojętne. Uśmiechało mu się zatem posiadanie własnej trybuny, z której mógłby o wszystkiem głos zabie­rać, niczem niekrępowany. Nawet w Gazecie Warszawskiej, choć go w niej „noszono na rękach, musiał o niejednem za­milczeć, niejedno półsłówkami traktować, bo trzeba się było liczyć z kierunkiem pisma, ze stosunkami redakcyi i „potrze­bami, sympatyami lub antypatyami właściciela. Co więcej, zawiał wiatr pomyślniejszy, zwolniono nieco więzów druko­wanemu słowu, — była wszelka nadzieja, że będzie można poruszać sprawy dotychczas „zakazane”, budzić uśpione siły, wpływać na kierunek opinii, zachęcać do pracy społecznej, do rozważania spraw publicznych.

Jedynym szkopułem dla Kraszewskiego mogła być kwestya żydowska. Ale tu prawdopodobnie otrzymał od Zakrzewskiego zapewnienie że Kronenberg wysuwać jej nie zamyśla. Niewątpliwie mogła ona wpłynąć na założenie dzien­nika, niewątpliwie Kronenberg, jako asymilator, zwolennik „moralizowania Izraelitów” (wyrażenie Kraszewskiego), pragnął spa­raliżowania antysemickiej działalności Gazety Warszawskiej, ale dążnością jego główną było „wytrzeźwienie narodu i zaprzągnięcie go do pracy”. „To był jedyny, cel jego pisma twierdził Kraszewski.

Ze Zakrzewski przedstawił w najlepszem świetle Kronenberga, tego łatwo domyślić się można. Ale niepotrzebne domysły, bo sam Zakrzewski to stwierdzał. „Podobnego po­święcenia się dla dobra ogółu—pisał do Kraszewskiego dn. 27 marca — nie wystawiałem sobie — zacny to i poczciwy czło­wiek; rozgadawszy się z nim obszerniej, przekonywam się że to com Panu mówił o nimi jego postanowieniu było niczem w porównaniu z tem co chce zrobić i jakie są jego intencye, a do tego żadnych osobistych ambitnych nie mając widoków i celów… Dużo i dużo z nim mówiłem, chcąc na­wet wyciągnąć go na słowo i wykryć, jeśli ma jakie ukryte myśli, przekonałem się o jego szczerości i zdziwiony jestem tem jego poświęceniem”…

Zakrzewski powrócił do Warszawy z listem Kraszew­skiego do Kronenberga. Znakomity pisarz przedstawiał w nim swe zasady i zapatrywania na zadanie dziennikarstwa.

Stanowczy układ Kraszewskiego z Kronenbergiem za­warty został w pierwszych dniach maja (donosił o tem K. bratu), a dn. 16 tego miesiąca Kronenberg, zrzekając się myśli założenia nowego dziennika (prawdopodobnie za poradą Kra­szewskiego), nabył od Niewiarowskiego upadającą Gazetą Co­dzienną za cenę 12 000 rubli (kwotę tę podaje Berg w swych „Zapiskach”). Kontrakt między nowym właścicielem a przyszłym redaktorem pozostał w tajemnicy, Kraszewski bowiem potrzebował paru miesięcy na uporządkowanie swych interesów w Żytomierzu. Wypadało mu również zręcznie wycofać się ze ścisłych stosunków z Gazetą Warszawską, nim obejmie obowiązki redaktora Codziennej.

A nie była to sprawa łatwa._ Znalazł się w bardzo niewygodnej, dwuznacznej pozycyi. Ów znany nam w wyjątkach list Lesznowskiego z 20 kwietnia, w którym składał wyzna­nie swej wiary w kwestyi żydowskiej, rzucał się namiętnie na Kronenberga (snać przeczuwał skąd mu grozi katastrofa)

I przykładał największą wagę do poparcia Kraszewskiego, — otrzymał Kraszewski już w miesiąc po zawiązaniu stosunków z Kronenbergiem, kiedy ich „wspólna praca” była już zupeł­nie omówiona i zdecydowana. Ale właśnie w ustępie po­czątkowym tego listu dał Lesznowski niebacznie broń prze­ciw sobie Kraszewskiemu, — zawiadamiał mianowicie, że mu odsyła pamiętnik Gozdzkiego, którego drukować nie będzie, gdyż rzuca niepochlebne światło na ludzi i wypadki prze­szłości.

W parę dni później Lesznowski telegrafował do Kra­szewskiego, prosząc go o spieszne nadesłanie jakiejś przyo­biecanej pracy do felietonu Gazety. Prawdopodobnie szło o kartki z podróży do Włoch lub o powieść „Caprea i Ro­ma”, które w kilka miesięcy później ukazały się w Gazecie Warszawskiej.

Kraszewski skorzystał tak z nieprzyjęcia pamiętników Gozdzkiego, jak z naglącego telegramu, aby udać śmiertelnie obrażonego. Napisał więc list do redakcyi w „tonie gorzkim”, pełny „przykrych i niepojętych wymówek”, który wszystkich „przejął najżywszem zdziwieniem” (słowa listu Lesznowskiego z dn. 29 kwietnia). Wszak co do rękopisu Gozdzkiego — pi­sał przerażony Lesznowski — „zostawiłeś nam Pan zupełną wolę przyjęcia go lub nie, — wszak to samo mówiłeś Pathiemu w Romanowie”. Pierwszy to rękopis—pisał dalej—jaki od lat 10 Panu zwróciliśmy—druk jego „zostawiłeś naszemu uznaniu, boś sam musiał wiedzieć i przeczuwać, że ten ręko­pis nie może odpowiedzieć wymaganiom naszego pisma…

Racz nam Pan Dobr. wytłumaczyć, co znaczą słowa listu Pańskiego: „W tej chwili odbieram telegram Wasz — macie prawo tak mnie zażywać, — ale jesteście bez litości i sakryfikujecie mnie dla Gazety”?—„Panie, — wołał z rozpaczą Lesznowski—w życiu mojem nie eksploa­towałem nikogo… nie sakryfikowałem nikogo dla Gazety. Są to zarzuty, na które nie zasłużyłem ani ja, ani my wszyscy w Gazecie… Napisałeś Pan te słowa pod złej chwili natchnie­niem — uważamy je za wyskok nerwowy—bo sumienie nam mówi, że w niczem a w niczem nigdy przenigdy nie uchybi­liśmy człowiekowi, którego szczerze kochamy i szanujemy… Nie, Panie, ja nie chcę ciebie zażywać… nie chcę cię dopro­wadzać do ostateczności”… „Na prawo nigdy się nie powoływałem w stosunkach moich z Panem, a liczyłem tylko na przyjaźń i szacunek zobopólny, bo nakoniec Bóg mi świadkiem, nigdy do ostateczności nie doprowadzałem”… Już zresztą sobie poradził, ma co drukować, może na rękopis Kraszew­skiego „czekać dwa, trzy, cztery miesiące”…

Kraszewski, czując się w fałszywej pozycyi, udzielił przebaczenia Lesznowskiemu, ale bądź co bądź stosunki ich stały się już naprężone.

O układzie z Kronenbergiem nic jeszcze nie wiedziano. Dopiero w końcu maja uchylono rąbka tajemnicy. „Mówią bardzo głośno po mieście naszem—pisał Pathić dn. 27 maja,— mianowicie przechwalają się tem Żydzi, że Ciebie, panie Jó­zefie, będą mieć redaktorem Gazety Codziennej, której forma zewnętrzna i wewnętrzna ma całkowitej uledz zmianie. Na­pisz mi, czy to prawda, bo mi się jakoś nie chce w to wie­rzyć”…

Wieści o objęciu redakcyi Gazety Codziennej przez Kraszewskiego doszły i do jego rodziny, a wraz z niemi i echa niepochlebnych o tym fakcie głosów opinii. Lesznowski za­czął ją już urabiać — dziennik Kronenberga nazywano orga­nem żydowskim, a co najmniej asymilacyjnym, co w owych czasach na jedno prawie wychodziło. Na „obawy” rodziny odpowiadał Kraszewski bratu (w lipcu 1859): „Mylisz się, sądząc, że żydowska sprawa i element wychodzi w tem zawarowałem sobie, żeby go nie było, ani być mogło. Ani bronić nikogo nie będę, ani zaczepiać. Cała rzecz: ufundować dobrą i uczciwą gazetę. O Żydach niema mowy, bo dla mnie niema Żydów—są ludzie, obywatele kraju, i ci, co na to miano nie zasługują. Kto obowiązki spełnia, jest—kto nie speł­nia ich, nie jest synem kraju. Przerabiać nikogo nie trzeba, bo silą rzeczy przerobi się, albo zostanie odepchniętym”…

Dopiero w końcu lipca pojawiło się w Gazecie Codzien­nej zawiadomienie, że Gazeta „drukować będzie pracę J. I Kraszewskiego p. t. „Dziś i lat temu trzysta”, po której nastąpią tego autora „Notaty z przejażdżki po Europie—Włochy, Niemcy, Francya”. Druk studyum obyczajowego „Dziś i lat temu trzysta” rozpoczął się 6 sierpnia, jednocześnie z przyby­ciem Kraszewskiego do Warszawy.

W dziesięć dni później (16 sierpnia) objął Kraszewski redakcyę Codziennej i ogłosił w niej swój program.

„Dziennik — pisał między innemi — nie może iść za słabostkami i upodobaniami chwilowemi, ani pochlebiać namiętnościo m… Cel dziennika stoi wyżej nad wszelkie rachuby osobiste — poświęcimy mu więc chętnie i chwilową wziętość i wszelkie materyalne korzyści”. W słowach podkreślonych można domy­ślać się odpowiedzi na owe „głosy opinii”, potępiające Kra­szewskiego za objęcie redakcyi Codziennej.

Lesznowski nie próżnował, choć nie mógł wystąpić do walki z otwartą przyłbicą, gdyż stosunków z Kraszewskim nie zerwał, drukował nawet w odcinku jego powieść („Ca- prea i Roma”). Ale są liczne ślady agitacyi jego przeciw Gazecie Codziennej, która z każdym dniem wzrastała w liczbę prenumeratorów. Każdy wstępny artykuł Kraszewskiego (a pi­sał je co drugi dzień prawie) spotykał się z bezwzględną kry­tyką. Podsuwano mu raz najradykalniejsze, to znów najwsteczniejsze tendencye — stąd ciągle się tłumaczył między wierszami, ostro występował przeciw „sądom a priori“ i prze­ciw potwarzy 1).

Użyto i broni anonimów, o które nie posądzamy bynaj­mniej Lesznowskiego. Nie było ich tak wiele, jak chcą bio­grafowie Kraszewskiego, ale były 2). A i te, co były, wystar­czały, aby „uprzyjemnić” chwile wrażliwemu i drażliwemu Kraszewskiemu.

Oto z nich jeden, co prawda najwstrętniejszy:

1) Obszerne wyjątki z tych artykułów podałem w rozprawie „Kraszewski w r. I860—1864″.

2) Pierwszy Sabowski („59 lat pracy i zasług J. I, Kraszewskie­go”) podał, że był ich cały tom. Za nim powtarzają to inni. Był rze­czywiście i jest tom w Bibl. Jagiellońskiej. Ale anonimy te pochodzą z całego szeregu lat i większa ich część jest obojętna, lub czuła.

„Wstydź się, Panie Kraszewski, tak dalece zapominać się, że byłeś Polakiem, synem nieszczęśliwej ziemi, której za­miast obrońcą, stajesz się widocznym wrogiem; wstyd i hańba twojemu imieniowi i poczciwym zasługom młodości.

„Pamiętaj, że hańba spadnie na niewinnych Twoich sy­nów, dlaczegóż im gotujesz łzy boleści i żalu — przeklinać będą ojcu, który im dał życie.

„Wyznaj, panie, przed obliczem własnego sumienia—czy Twoje postępowanie godne jest charakteru, przodkującym myślom i życzeniom narodowym.

„A czy wiesz jakie jest imię, którem Cię obdarzy po­tomność — oto, zdrajca — dziś nikczemnym tylko jesteś, ju­tro będziesz podłym…

„Pamiętaj, że jeśli Cię kamienie ominą, błoto Cię nie ominie, ulicznicy pamiętać o tem będą, aby Ci dał zasłużoną nagrodę za Twoje czyny, godne Grosów, Frenklów, Epsteinów lub Twojego pana—Kronenberga.

„Si omnia fierderis famam servare memento“ — mówili starożytni, a Ty, Panie, gubisz wszystko dla pieniędzy.

„Jeszcze piśmiennictwo polskie nie było sprzedajne — Ty pierwszy zaprzedajesz ideę polską, zaprzedajesz wrogom.

„Bądź zdrów i przypomnij sobie, że Czuwamy nad Tobą“.

Tymczasem w Gazecie Codziennej nie było zgoła nic, coby usprawiedliwiało rozszerzaną o niej opinię, jako organie żydowskim. Przeglądający jej numer za numerem co najwy­żej znajdzie jakiś drobny ustęp, który da się zastosować do kwestyi żydowskiej, lubo tej nazwy nigdy Kraszewski nie użył. Ale samo powodzenie Gazety Codziennej osłabiało sta­nowisko i znaczenie Gazety Warszawskiej, nie mówiąc już o nieuniknionych dla niej stratach materyalnych. Przytem Kraszewski zabiegał, aby postawić swój dziennik na stopie europejskiej. Starał się o urozmaicenie pisma, o najlepszych współpracowników i korespondentów. Czuć było, że lada chwila żaden dziennik nie będzie mógł konkurować treścią i poczytnością z Gazetą Codzienną. Tak się i stało, bo już w r. 1860 miała Codzienna 5000, a w r. 1861 doszła do 7000 prenumeratorów…

Od listopada 1859 r. Gazeta powiększyła znacznie swój format. Nie doczekał już tego Lesznowski. Zmarł nagle na miesiąc przedtem, d. 13 października. Opowiadano oczywiście, że przyczynił się do tego… Kraszewski. Berg w „Zapiskach” powtarza anegdotkę („mówią”), że Lesznowski przed śmiercią powiedział Kraszewskiemu: „Zabiłeś mnie!” Jest to, rzecz: prosta, wymysł. Przyczyną śmierci Lesznowskiego była jego na wskroś niezdrowa kompleksya. Olbrzymia jego tusza spra­wiała, że w teatrze przystawiano mu osobny wielki fotel obok orkiestry. Kraszewski zamieścił o nim pełne taktu, opatrzone swym podpisem, wspomnienie.

Mieszkańcy Warszawy wzięli tłumny udział w pogrzebie Lesznowskiego. Żydzi przysłonili okna i nie pokazywali się zupełnie na ulicach, przez które kondukt przechodził 1).

+

+           +

Dalszą walkę przeciw Gazecie Codziennej i Kraszewskiemu podjął Józef Kenig, nowy redaktor Gazety Warszawskiej. Przybrała ona teraz szerokie rozmiary. Były okolice, z któ­rych szlachta gremialnie odsyłała numery Gazety Codziennej, lub kazała ją przysyłać pod adresem swych arendarzy. To­warzystwo Rolnicze, jedyna moralna reprezentacya krajowa, nie przyjęło Kraszewskiego w poczet swych członków. Na kilkaset głosujących otrzymał 140 gałek czarnych. Przebalotowanie to nastąpiło wskutek silnej i rozwiniętej w ostatniej chwili agitacyi Keniga i zwolenników Gazety Warszawskiej. Ten wy­nik głosowania miał i swą zabawną stronę, bo na półtora roku przedtem Towarzystwo Rolnicze przyjęło jednogłośnie do swego grona Leopolda Kronenberga, a wraz z nim (choć już nie jednogłośnie) kilku Żydów warszawskich.

Po tym werdykcie obojętne już były dla Kraszewskiego inne Szpilki, a zwłaszcza anonimy. Jeden z nich jednak zasługuje na streszczenie. Pisał go jakiś „wielbiciel” Kraszew­skiego, Józef z Orchowa. Nie był to list, ale jakby mała roz­prawa, pełna „ważnych rad i przestróg. „Oskarżenie pu­bliczne, ciążące na Kraszewskim, „ma historyczne pojęcie słuszności. Bo co są Żydy polskie? Niewdzięczna masa, która nie przyjęła nawet naszego języka, choć swój ojczysty zatraciła. A co są „ucywilizowani i wyfraczeni Żydy — to tę „tajemnicę autor listu odsłoni. Kiedy po rozbiorach polskość tępiono, a stan rycerski skazano na zagładę, widząc to Żydzi, powiedzieli sobie, że oni na miejsce tego stanu obejmą pa­nowanie nad społeczeństwem. W trzydziestu latach cały ka­pitał krajowy spoczywał już w ich rękach. Rolnictwo popa-

J) Kraushar w liście do przyjaciela („Kartki Alkara11).

dto w ich jarzmo. „Żydostwo wchodziło w sojusz ze wszyst­kimi, ktokolwiek świadomie lub bezwiednie mógł pomagać ich zamiarom. Bank, opanowany za pośrednictwem Lubień­skich, odmówił kredytu fabrycznym miastom, dla których był założony, olbrzymie kapitały depozytowe, cały kapitał zakła­dowy Banku zamieniono na centrum żydowskiej adżioteryi, lub posługę ich handlu. Przechrztami zapełniono wszystkie biura, aż powoli przyszli do zajęcia najważniejszych posad. Zapragnęli z kolei sterowania opinią, inwazya ich musiała przejść w dziedzinę ducha. Głupi ten, kto ci powie, że Żydy nabyły Gazetę na zgniecenie Lesznowskiego. Oni od lat czte­rech pukali do dzienników i rozpoczynali targi, ostrożne bar­dzo. Mogliby zyskać nowy konsens z łatwością, ale judaizm nie śmiał odzywać się bezpośrednio do Polaków. Trzeba im było najpierwej firmy polskiej, potem skompromitować wszyst­kie zdolności polskie, zobrzydzić narodowi jego ukochane talenta i imiona, a na takiej ruinie dopiero rozwinąć swoją pro­pagandę… Zaślepliście wszyscy, a tą ślepotą dopuścili się wielkiego grzechu wobec narodu… Naród brzydzi się judai­zmem, i bardzo słusznie… Anonim ostrzegał Kraszewskiego, że go Żydzi wyrzucą, „gdy będzie im już niepotrzebny, gdy się ostatecznie zdepopularyzuje z innymi narodowymi talen­tami i ukochanymi imionami… Podła szajka Gazety War­szawskiej odziera już was z czci i wiary”. Któż z czasem po­zostanie przy Kraszewskim?—Klaczko, Wołowski i Leo, same mechesy. Kto go otacza? — Kościelscy, Zakrzewscy, same bankruty, czepiające się Żydów. „Szkoda Ciebie, Ty kochanku narodowy… Ty Pelikanie, karmiący naród własną piersią… Gdy­bym wiedział, że zachorowało serce Twoje lub zwiędło, wy­rwałbym moje z piersi i oddał Tobie. Gdybym mógł duszę moją w jeden zamienić pocisk, ugodziłbym Cię tym pioru­nem, aby Cię ocucić z tego zaspania, zgruchotać Twoją fał­szywą ambicyę i dumę — abyś mi dawnym wrócił do narodu Kraszewskim”. Po kilku jeszcze duserach i zaklęciach, pan Józef z Orchowa zakończył list, podpisując się „najczcigodniejszego Pana do zgonu wielbicielem”1).

’) Autor streszczonego anonimu wspomina kilka razy o Cześni- kiewiczu (Miniszewskim), którego Kraszewski usunął z redakcyi Gaze­ty. Wynosi jego serce i talent, mówi jakiego Kraszewski ma w nim przyjaciela, jak się za niego „ujada”, co wszystko może budzić podej­rzenie, że Józef z Orchowa—to Miniszewski-Cześnikiewicz. Potwierdza­łyby to i obelżywe epitety, udzielane Gazecie Warszawskiej, która Cześnikiewicza pozbyła się wraz z Niewiarowskim.

Wieści o przykrościach, jakich doznawał Kraszewski, doszły do jego ojca, pana chorążego Jana. Więc namawiał syna, aby porzucił Gazetę. Kraszewski odpowiedział ojcu: „Oto mam już blizko trzydzieści lat doświadczenia, i gdym się brał do tej pracy, nie oglądałem się na niebezpieczeństwa I trudności, poświęciłem się dla idei, jaką miałem. Tego nie odstąpię, choć się żółci napiję, a co ma być, to będzie. Raz wziąwszy się, ohydniebym postąpił, rzucając, i dopierobym dowiódł, że nie wiedziałem, co robiłem. Żydów, ani ży­dowskiej, ani żadnej sprawy tego rodzaju nie znamy i nie wiemy, ani chcemy wiedzieć. A że ludzie złej woli tworzą plotki i potwarze, a szlachta łatwowierna im wierzy, — cóż robić? Czas wielki majster, a prawda wyjdzie na wierzch. Dajmy już temu pokój. Z mo­jej przyczyny włożył Kronenberg z górą 250 000 złotych,

I z tego powodu nawet honor by mi nie dopuścił go porzu­cić. Niema o czem mówić“.

Miał słuszność Kraszewski, twierdząc, że „czas wielki majster”. Nie upłynął rok od listu jego ojca, a czas tak namajstrował, że „wojna żydowska” zamieniła się w „idyllę polsko-żydowską. Sprawiły to wypadki r. 1861. Najwięksi nieprzyjaciele Żydów podali im rękę — Kenig ostentacyjnie pogodził się z Kraszewskim i na szpaltach Gazety Warszaw­skiej czule się odzywał o Żydach, jako „dzieciach jednej zie­mi. Następstwem tego „zbratania się“, które chwilami pra­wie w szał przechodziło, było równouprawnienie Żydów przez Wielopolskiego. I to jedno, co po Wielopolskim do dziś dnia pozostało.

Ale opis tej sielanki r. 1861 nie należy już do „wojny żydowskiej”.

Należy natomiast stwierdzić, że bez wojny sielanki możeby nie było. Może Kronenberg nie nabyłby Gazety Codzien­nej, a Kraszewski nie objął jej redakcyi. Bez tego zaś Ga­zeta Warszawska pozostałaby przy swym wpływie, byłaby dalej naczelnym organem opinii. Kraszewski to berło z rąk jej wytrącił, a choć nie poruszał kwestyi żydowskiej, przy­czynił się do uspokojenia umysłów. Czy bez tego uspokoje­nia sielanka byłaby możliwa, trudno stanowczo odpowiedzieć, ale przypuszczać można, że nie.

KONIEC

Tags : ,

Komentowanie zamknięte.