Najnowsze

Opublikowano Luty 12, 2013 Przez a303 W Bez kategorii

Wojna w Mali, czyli giwera i gitara

Jerzy Szygiel

Tak, tak, uśmiejecie się z wideo poniżej, dokładnie tak samo, jak ja się śmiałem oglądając w necie zapis telewizyjnej  dyskusji  między polskimi  dziennikarzami na temat aktualnej wojny w Mali. Było ich dwóch  – jeden „lewicowy”, drugi „prawicowy”.  Ten „prawicowy” nabijał się z „lewicowego” że popiera on francuską interwencję („bo we Francji rządzi lewica”), a pozostaje przeciwny wojnie w Afganistanie. Na to „lewicowy” odpowiadał, że „demokratyczny” rząd Mali sam zwrócił się do Francuzów o pomoc przeciw „islamistom”, którzy napierają od strony Sahary. „Prawicowy” mu przytakiwał i obaj się zgadzali, co do konieczności  walenia w „terrorystów z Al-Kaidy” – aż dziw, że nie ucałowali się na zakończenie swojej pozornej polemiki.

Nie warto jej oglądać, choć zapis takiego mejnstrimowego dyskursu jest zabawniejszy od filmiku poniżej. To krótki fragment zrealizowanego parę miesięcy temu reportażu z Mali: ćwiczenia malijskiego wojska, które z braku amunicji posiłkuje się wyobraźnią.

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=01NBUiA3Tjs]

Interwencja w Mali była przygotowana  równie dobrze, jak przewrót w Libii. Najpierw, w marcu zeszłego roku kapitan Amadu Sanogo ledwo wróciwszy z kolejnego szkolenia w bazie Quantico (Wirginia, USA) dokonał zamachu stanu obalając prezydenta  Touré, na parę tygodni przed wyborami zresztą, dla pewności, że nikt nie zostanie wybrany. Oczywiście kapitan mianował kolejnego prezydenta, tego, który grzecznie poprosił o interwencję Zachodu przeciw „islamistom”, ale nie warto wymieniać jego nazwiska, bo ma on tyle legitymacji demokratycznej, co dzielny kapitan-patriota Sanogo, którego już znamy.

Jest pretekst

Dzięki puczowi malijskie wojsko  uległo postępującej  dekompozycji. Generałowie zamienili mundury na garnitury, a trzy czwarte żołnierzy rozeszło się do domów, więc kiedy uzbrojeni faceci  przybyli z Libii na swoich pikapach, wystarczyło im zająć faktycznie porzucone saharyjskie garnizony.

Przed samą wojną oceniano ich siły na ok. 4 tys. ludzi i ogółem ok. 300 pikapów z zamontowanymi działkami przeciwlotniczymi.  W tym „Al-Kaida”, złożona głównie z Arabów, to jakieś 800 bojowników. Reszta to ugrupowania berberyjskie, głównie Tuaregowie różnych horyzontów politycznych, którzy zechcieli w ubiegłym roku ogłosić swoje państwo (Azawad) obejmujące saharyjską część Mali. Jest to teren trzy razy większy od Polski, na którym mieszka niecały milion ludzi – a i to większość  z nich trzyma się niewielkiej, południowej części tego obszaru, bliżej Nigru. Administracja malijska, obecna tam w wymiarze symbolicznym, uciekła wraz z armią zaraz po zamachu Sanogo.

Nasza prasa nazywa rebeliantów grupowo „islamistami”, lecz jest to różnorodna zbieranina, co najmniej pięć różnych organizacji zbrojnych. Jedyne co je łączy, to wyposażenie w nowoczesną zachodnią broń, dostarczaną (w tym z Polski) z samolotów w czasie natowskiej wojny przeciw  Libii. Organizacja, która ma „Al-Kaidę” w nazwie – Al-Kaida Maghrebu Islamskiego (AKMI), założona niegdyś w Benghazi , była jedną z organizacji, którą zachodnie wywiady posłużyły się do obalenia Kaddafiego. Był to pełen sukces – pierwszą inicjatywą nowych władz Libii było, jak wiadomo, wprowadzenie szariatu. Libia jest teraz obrazem nieszczęścia i chaosu, podzielona na trzy pod-państwa, w których panują aktualnie najsilniejsze  klany, ale nic w mediach o Libii nie słychać, gdyż instalacje naftowe, pilnowane przez dobrze opłacane lokalne bandy, działają bez zarzutu.

Oczywiście czasem libijska Al-Kaida urywa się spod kontroli, o czym świadczy napad na algierski kompleks gazowy. Ale też nie wykluczone, że po prostu świecki algierski reżim jest przeznaczony do odstrzału, niczym syryjski. W Syrii, w łonie tzw. Wolnej Armii Syrii działa aż siedem organizacji z „Al-Kaidą” w nazwie, lecz Syria jest na celowniku jako sojusznik Iranu, więc są to islamiści, których medialnie kochamy i podziwiamy.

Wyznaczeni dzicy

Warto wyjaśnić, że wszystkie te „Al-Kaidy” nie mają wiele wspólnego z „Al-Kaidą” stworzoną niegdyś przez CIA w Afganistanie. Nazwa jest popularna, bo kojarzy się z czymś, co Zachód „szanuje”, albo „się boi”. Wysłuchałem paru youtube’owych przemówień działaczy malijskiej AKMI – jest to typowy dyskurs narodowo-wyzwoleńczy o tendencji silnie socjalistycznej – z dodatkiem szariatu oczywiście.  AKMI w istocie ucięła dłonie kilku lokalnym złodziejom (przy aplauzie tłumu niestety), reszta ugrupowań „islamistycznych” tego nie robi.

Niektórzy mówią, że Francuzi interweniują w swojej dawnej kolonii , by chronić swoje malijskie kopalnie uranu. Ale w Mali jest tylko jedna taka kopalnia, państwowa.  Być może teraz,  z wdzięczności,  Malijczycy ją oddadzą. Mają oni też kopalnie złota, ale nie są one zbyt wydajne – starcza z nich tyle, by zalepić budżetowe dziury, kiedy kursy bawełny (z południa kraju, gdzie mieszka prawie cała populacja) idą w dół. Mali to biedny kraj. Francuzom chodzi teraz raczej o zabezpieczenie granicy z Nigrem, gdzie rzeczywiście mają wielkie kopalnie. Niger to według PNUD (oenzetowska agenda ds. rozwoju) najnędzniejszy kraj świata, teraz jeszcze zatruty radioaktywnością. Zachodnie koncerny opłacają tam lokalny rząd, by trzymał populację w ryzach, ale miejscowi Tuaregowie się burzą.

To zresztą oni będą pierwszymi ofiarami kolejnej neokolonialnej wyprawy Zachodu. Ciekawy, nomadyczny lud, ruchomi mieszkańcy Sahary od zawsze. Dziś część z nich już osiadła, ale i tak są oryginalni: to bodaj jedyny lud wędrowny, który trwale wprowadził do swojej ludowej muzyki  gitary elektryczne – już w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Są klany, które ciągną na wielbłądach generatory i głośniki, by grać wieczorami. Kilka grup muzycznych przebiło się nawet na Zachodzie. Francuska prasa donosi właśnie, że francuskim myśliwcom brakuje już pikapów do zniszczenia, więc można sobie wyobrazić, jak przez pustynię ucieka Tuareg z giwerą i gitarą przytroczonymi do wielbłąda, a za nim leci supernowoczesny śmigłowiec, owoc naszej wspaniałej cywilizacji  – my przecież nie musimy używać żadnych onomatopei, by strzelać.

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=FRqiqHZhKOM]

Tak samo nie musimy wysilać naszej wyobraźni. Wystarczy, że powiedzą nam, że zabijani czy kiwani są jacyś dalecy „dzicy” (prasa nam da do zrozumienia aż nadto jacy oni są: wycinają skalpy, obcinają ręce, pożerają dzieci), a wszystko poprzemy – przyklaśniemy i zapomnimy. Jak było pięćset lat temu, tak jest i dzisiaj.

Źródło: blog.wirtualnemedia.pl

Komentowanie zamknięte.