Opublikowano Marzec 3, 2012 Przez a303 W Świat

Więzi plemienne, rasizm i projekcja. Gilad Atzmon

Źródła: http://www.gilad.co.uk/writings/gilad-atzmon-tribalism-racism-and-projection-part-1.html#entry15021528

http://www.gilad.co.uk/writings/tribalism-racism-and-projection-part-2.html

13.02.2012 r. i 17.02.2012 r.

Gilad Atzmon, tłum. wMordechaj

Część I

Gilad Atzmon

“Nie postrzegamy rzeczy jakimi są, lecz postrzegamy je takimi, jacy sami jesteśmy” – Anais Nin

Nie trzeba geniusza, aby dostrzec, że ludzie, których identyfikuje się jako syjonistów i żydów, są w jakiś sposób nadreprezentatywni w różnego typu skandalach, jakie mają miejsce w sprawach dzisiejszego świata. Prowojenne, neokonserwatywne think-tanki zostały w sposób przeważający zalane żydami-syjonistami, wewnątrz mediów zasiedli zwolennicy „moralnego interwencjonizmu” w większości reprezentowani przez syjonistycznych żydów. „Mózgi” stojące za tak zwaną doktryną Busha, czyli „wojną z terrorem”, to Paul Wolfowitz i Scooter Libby, i jakby tego było mało, to na dokładkę mamy kolejnych żydów w samym centrum zamieszania w świecie finansów, a same instytucje finansowe są wyraźnie rozpoznawalne jako żydowskie –  jak Lehman Brothers czy Goldman Sachs, a także Alan Greenspan, Bernie Madoff i wielu innych.

Ktoś może zadać oczywiste pytanie – dlaczego inny żyd, gdziekolwiek by się nie znajdował, powinien zainteresować się tymi faktami? Dlaczego jakiegoś innego żyda należy łączyć z czynami lub poglądami, z którymi nie ma on/ona prawdopodobnie nic wspólnego? Dlaczego mój żydowski sąsiad, również wystawiony na szwank przez finansową zawieruchę i nie powiązany w żaden sposób z Madoffem, Wolfowitzem, Davidem Aaronovitchem lub Lordem „bankomat” Levy’m, jest jednak łączony z całą tą finansową lub imperialną piramidą skandalu, za które nie ponosi odpowiedzialności? Dlaczego moi przyjaciele, żydowscy muzycy, nie powiązani w żaden sposób z Izraelem, AIPAC, CFI,CST, Nickiem Cohenem czy Alanem Greenspanem, czują się winni zbrodni i czynów popełnionych przez innych, dlatego tylko że sami są żydami? Czy Francuz albo Irlandczyk w Ameryce poczułby się zagrożony albo dyskryminowany z powodu rewelacji na temat udziału swych ziomków emigrantów w jakimś ogólnym kolosalnym skandalu?

Zatem pytanie, które tu stawiam, jest dość proste: dlaczego jakiś żyd ma się czuć winny zbrodni, które zostały popełnione przez inne osoby – ludzi, z którymi nic go nie łączy?

Odpowiedź jest równie prosta – żydzi w pojedynkę nie mają powodu, aby zakładać swą odpowiedzialność za czyny popełnione przez innych żydów. Lecz prawda wyłaniająca się z tej materii jest taka, że wielu żydów jest bardzo mocno łączona z tym potokiem skandali: niektórzy czują się winni, a wielu nawet potencjalnie uważa się za zagrożonych. Sądzę, że taka reakcja zasługuje na naszą uwagę.

Pośród mych rozlicznych grzechów, jest również i ten, że regularnie monitoruję żydowskie media, i jest dla mnie oczywiste, że żydowskie instytucje reagują alarmująco na każdy skandal, który jest choćby tylko delikatnie łączony z żydowskimi protagonistami albo instytucjami. Programy żydowskich mediów dają wrażenie, że każda pogłoska o skandalu, gdzie pojawia się żyd, jest od razu nagłośniona do rangi możliwego powrotu fali obrzydliwego antysemityzmu.

Zostaje nam zatem domysł, czy żydowski strach przed antysemityzmem jest obecnie usprawiedliwiony, czy raczej jest napędzany „fantazją na temat zniszczenia”.

W mojej ostatniej książce “The Wandering Who” zawarłem myśl, że żydowska obawa przed antysemityzmem jest w znacznej mierze czymś, co człowiek sam sobie narzucił, a co nie ma praktycznie żadnego odniesienia do otaczającej nas rzeczywistości. Żydzi mają skłonność do uważania siebie za wspólnotę plemienną i większość z nich poddana jest wpływowi uwarunkowanej kulturowo i rasowo indoktrynacji. Z jednej strony, judaizm uczy swych wyznawców że „wszyscy z Izraela są odpowiedzialni jeden za drugiego”(1) (Kol Yisrael areivin zeh l’zeh); lecz z drugiej strony, niereligijni, świeccy, wyemancypowani żydzi, których identyfikuje się politycznie, ideologicznie i społecznie jako żydów, również działają w ramach żydowskich układów etnocentrycznych. Nawet w ruchu Palestyńskiej solidarności mamy żydów, podejmujących działania w komórkach „wyłącznie żydowskich”, jak na przykład JBIG (Żydzi za bojkotem izraelskich towarów – Jews for Boycott Of Israeli Goods) oraz IJAN (Międzynarodowa żydowska siatka antysyjonistyczna – International Jewish Antizionist Network). W jakiś sposób, oni również czują się głównie „odpowiedzialni jeden za drugiego”.

To opracowanie na temat współczesnych społeczności żydowskich może ukazywać przyczyny, dla których wielu żydów wpada w popłoch na wieść o przestępstwach popełnionych przez innych żydów, tych, których nawet nie znają.

Sądzę, że są trzy przyczyny takiej sytuacji:

Projekcja: gdyż niektórzy żydzi uważają się za rasowo odrębne plemię, mają tendencję, aby uważać, że inni – nie-żydzi – również w ten sposób myślą o sobie. Innymi słowy, wielu żydów dokonuje projekcji, czyli przenosi swe własne etnocentryczne symptomy na gojów, itd. Oni sądzą, że goje powodowi są takimi samymi względami rasowymi, jak sami żydzi.

Poczucie winy: ponieważ część żydów ma skłonność uważać siebie za rasowo odrębne plemię, czują się w związku z tym winni tego, że nie są w stanie powstrzymać tych członków plemienia, którzy zamieszani są w niektóre wielkie skandale.

Koniunkcja – suma czynnika 1 i 2.

Coraz bardziej jasne staje się, że w centrum żydowskiej obawy przed antysemityzmem i antyżydowską bigoterią znajduje się orientacja rasowa żydów, przejawiająca się w różnych formach projekcji i winy. I choć wydaje się oczywiste, że żydzi obecnie nie tworzą rasy, to nie ma wątpliwości, że żydowskość, szczególnie świecki żydowski dialog, jest nacechowany rasowo, a przynajmniej plemiennie. Niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z napięć rasowych pomiędzy różnymi żydowskimi społecznościami, jak Aszkanazyjczycy i Sefardyjczycy. W Izraelu odrzuca się dawców krwi spośród czarnych obywateli o pochodzeniu etiopskim z „powodów medycznych”. Izraelski system prawny jest przesycony dyskryminacją rasową i prawami supremacji nad Arabami i ludnością nie-żydowską.

Więc do pewnego stopnia, strach przed antysemityzmem nieodłączny jest syjonistycznemu i żydowskiemu świeckiemu dialogowi politycznemu, napędzanemu przekonaniem, że inny, tj. goj, tak samo powodowany jest przez podobną rasistowską ideologię.

Należy przyznać, że niektórzy żydzi mogą przedstawić powody odrzucenia takiego jak wyżej wyjaśnienia: mogą spierać się z nim dowodząc, że historia żydowska (tzn. bezustanny ciąg kolejnych Shoah) udowadnia, iż „synowie Izraela” usprawiedliwieni są w swoim poglądzie, że należy stale mieć się na baczności. Mogą powiedzieć, że żydzi powinni ciągle być świadomi, że ich sąsiedzi w każdej chwili mogą zwrócić się przeciwko nim.

Proponuję jednak, abyśmy zajęli się rozpatrywaniem tych obiekcji z klasycznego punktu widzenia – co było pierwsze, jajko czy kura: o ile niektórzy żydzi zgodzą się w swoim gronie, że antysemityzm jest generalnie „chorobą urojoną”, o tyle jest kilku dość odważnych i uczciwych historyków, jak Bernard Lazare, którzy umieją zadać pytanie, dlaczego i jak bardzo, sami żydzi przyczynili się do tego, że spotkało ich tyle cierpień.

Część II

W tej części omawiam błędną i mylącą tropy rolę żydowskiej polityki (syjonistycznej i antysyjonistycznej) w ramach kampanii „antyrasistowskiej”.

Rasizm jest mocnym słowem, o dużym ciężarze gatunkowym, słowem o wielu złych konotacjach. Bycie oskarżonym o rasizm jest jedną z najbardziej dotkliwych i potencjalnie szkodliwych etykiet. A jednak, ilu rasistów naprawdę myśli w kategoriach „biologicznego determinizmu”? Ilu „rasistów” naprawdę myśli kategoriami „genów” lub nawet „kolorem skóry”? Nie sądzę, aby było ich wielu.

Podczas czynienia spostrzeżeń, że rasizm miał znaczący kulturowy i polityczny śmiercionośny wpływ pomiędzy końcem XIX wieku a połową poprzedniego stulecia, w dzisiejszej polityce słowo „rasizm” jest często błędnie używane, nadużywane, a w niektórych wypadkach świadomie stosowane, aby pomylić znaczenia lub nawet nakazać milczenie.

Chociaż dyskryminacja wobec mniejszości jest niestety powszechna i zupełnie nie do przyjęcia, to jednak niekoniecznie jest motywowana przez prymitywny rasizm. Na przykład, islamofobia jest ogólnie uważana za współczesną manifestację rasizmu, ale ja oponowałbym przed takim jej rozumieniem. Islamofobia, tak to sobie wyobrażam, nie jest powodowana przez rasizm, lecz raczej jest rzeczywistym wyrazem prymitywnego symptomu nietolerancji – ksenofobii, przejawiającej się w nienawiści, bigoterii i dyskryminacji. Moi angielscy przyjaciele, którzy przeszli na islam, są często poddani objawom obrażania i wyzwisk przez żydowskich bojowników (zarówno syjonistów, jak też „anty” syjonistów) oraz Angielskiej Ligi Obrony (English Defence League), lecz nie dlatego, że mają „geny”, „biologię” lub kolor skóry, ale raczej dlatego, że są „inni”; stanowią wyzwanie dla zachodniego systemu wartości oraz dlatego, że są w opozycji wobec Izraela i jego lobby. Wyraźnie są postrzegani jako swego rodzaju „wróg publiczny”, lecz taka reakcja nie może być zawsze rozumiana wyłącznie jako „rasizm” per se.

Podobnie, poza wszelką wątpliwością jest, że nie jest to proste zadanie, być czarnym, w „wielokulturowej” Wielkiej Brytanii. Jako muzyk jazzowy z łatwością postrzegam, jak moi czarni przyjaciele są często traktowani w tym kraju i dostrzegam wiele dowodów instytucjonalnej anty-czarnej bigoterii. Czytam o czarnych youngsterach zatrzymywanych i przeszukiwanych przez policję nawet 4 razy dziennie. To zupełnie nie do przyjęcia i wyraźny dowód dyskryminacji.

Ale czy zawsze chodzi tu tylko o rasizm? Czy to jedynie wynik „biologicznego determinizmu”? Czy na pewno rzecz dotyczy „genów”. „krwi” lub „koloru skóry”? To naprawdę otwarte pytanie i oczywiście ja nie wykluczałbym możliwości istnienia anty-czarnego (biologicznego) rasizmu. Jednak skłonny jestem wierzyć, że we współczesnych multietnicznych społeczeństwach, większość przypadków anty-czarnej bigoterii i dyskryminacji to różne przejawy głębokich, agresywnych, ksenofobicznych uczuć pomieszanych w niektórych wypadkach z głęboką, złowieszczą kulturową nietolerancją. Innymi słowy, dość często współczesnego bigota w ogóle nie interesują sprawy biologiczne, lecz raczej układy społeczne i kulturowo napędzany symbolizm.(1) To na pewno poważna sprawa i w niektórych przypadkach może to być powodowane morderczymi inklinacjami, w związku z tym wymaga odpowiedniego traktowania, lecz niekoniecznie jest to (biologiczny) rasizm per se.

Skoro to nie rasizm, to co to jest? Powtórzę, że można to lepiej pojmować jako rozmaite formy głębokiej kulturowej i politycznej nietolerancji z domieszką pewnych poważnych i historycznie zagmatwanych etnicznych stosunków wzajemnych. Ktoś może zapytać, dlaczego mamy ograniczać zakres naszego pojmowania, co oznacza walczący „rasizm”, gdy w rzeczywistości mogą być to przypuszczalnie przejawy nietolerancji, napięć etnicznych i kulturowej dyskryminacji, przeciw którym powinniśmy protestować?

Ja sugeruję jednak, że istnieje pomieszanie pojęć: “głębokiej nietolerancji”, “kulturowej dyskryminacji” oraz „rasizmu”, i że jest tak nieprzypadkowo – i to służyć ma jawnie syjonistycznym politycznym sprawom. W dość szczególny sposób, taki stan rozumienia jest po to, aby utrzymywać wyraźnie rasową orientację i segregację jako jądro wielokulturowego dialogu. W wielu przypadkach ci, którzy „sprzeciwiają” się rasizmowi, muszą wpierw być zdolni do myślenia w kategoriach rasistowskich, inaczej ich sprzeciw byłby nadaremny.(2)

Paradoksalnie więc “anty-rasizm”, z jakim wielu z nas się identyfikuje, może w niektórych przypadkach ewoluować w kierunku dialogu podszytego rasizmem. Często może to nawet zdominować i zagrażać naturalnemu procesowi integrowania się i przejściu w kierunku harmonijnych stosunków społecznych. (3) Może nawet zniekształcać prawdziwie własną refleksję i doprowadzać do powstania procesu lustrzanego w stosunkach ofiar i sprawców.

Ponieważ publiczna dyskusja kontrolowana jest przez ideologię “antyrasistowską”, ofiara rasistowskiego oszczerstwa natychmiast otrzymuje pomocne wybawienie. Nie musi mieć samoświadomości swych działań, gdyż niewiele jest w stanie zrobić ze swymi „biologicznie określonymi warunkami”. Bojownicy syjonizmu i Hasbary (4), skłonni są deprecjonować każdą możliwą krytykę żydowskiej polityki i postępków Izraela, jako przejaw „antysemityzmu”. Robiąc w ten sposób, jakby popadają w stan „wyłączenia się”. Są w stanie ignorować otaczającą ich rzeczywistość poprzez nazywanie każdej krytyki ich działań, kolejnym przykładem ślepej, „rasowo” zdeterminowanej nienawiści wobec żydów. Zamiast zająć się wyjaśnieniem podstaw krytyki  i poznaniem ich treści przy pomocy własnej refleksji, żydowski dyskurs polityczny przekształcił się w dyskusję nad tymi sprawami w zaściankowy i ograniczony sposób.

Tak samo, tak zwany “rasista” lub “napastnik” również może być głuchy na zew anty-rasizmu, ponieważ wyrażana przez niego krytyka jest powszechnie ignorowana. „Napastnik” wie, że w większości wypadków, rzecz nie idzie o „rasizm” jako taki, lecz raczej o żywotne sprawy polityczne, kulturowe i ideologiczne, a zatem umożliwia to zignorować jego udział w całej rozciągłości, gdy omawiane są te kwestie. Pomimo faktu, że w ramach współczesnego dyskursu antysyjonistycznego nikt nie krytykuje żydów za to, że są żydami i nie zaprzęga się do tego jakiejś rasowo natchnionej ideologii albo terminologii, jak robią to agenci izraelskiej Hasbary i syjonizmu w celu uciszenia krytyków politycznych Izraela poprzez podrzucenie etykiety antysemityzmu. Taka taktyka jest w oczywisty sposób bezskuteczna w próbie uciszenia krytyków Izraela, ale z pewnością służy utrzymaniu otchłani wzajemnej głuchoty na argumenty pomiędzy syjonistami a ich krytykami. A tym samym pozostajemy w sytuacji dwóch równoległych dyskursów, jakie straciły jakąkolwiek szansę na zmiany w przyszłości.

Sądzę, że obecność takiego faktu samo w sobie powoduje położenie nacisku na to, jak beznadziejną sprawą jest perspektywa pokoju.

Polityka antyrasistowska jest w stanie ciągłego zagrożenia i wznoszenia murów głuchoty na argumenty, co skutkuje utrzymaniem intelektualnej, politycznej i etnicznej segregacji w samym sercu naszego publicznego dialogu. Zamiast promować nadzieję, integrację, tolerancję, harmonię, asymilację i dialog – antyrasizm woli iść na łatwiznę i bierze się za promocję utraty słuchu oraz zacofania i to dokładnie tam, gdzie najbardziej potrzebne są wytężanie uwagi i wymiana idei.

Trochę czasu zabrało mi zrozumienie, że w wielu wypadkach to syjonizm i żydowskie lobby podtrzymują i promują „antyrasistowski” dialog polityczny, a robią to z dwóch głównych przyczyn:

Sami będąc pogrążeni w rasowo uwikłany dyskurs, są zakotwiczeni w myśleniu w kategoriach rasowo-politycznych. Rasizm/antyrasizm jest wygodny, ponieważ usuwa jakąkolwiek odpowiedzialność z ofiary. Jeżeli żydów nienawidzi się z tego powodu, że są żydami, zatem żyd jest etycznie nieskazitelny. Implikacje tego wszystkiego są doniosłe – jak długo żydowska polityka tożsamości i syjonizm są chronione tarczą kategorycznych definicji „antyrasizmu”, żydzi mogą unikać każdej formy autorefleksji.

Lecz żydzi i syjoniści nie są tutaj osamotnieni: Lewica także jest zainteresowana antyrasistowskim dialogiem, gdyż to utrzymuje ważność Lewicy w roli awangardy postępowego „etycznego poglądu na świat”. Lewica sama siebie ustawiła w pozycji obrońcy słabych, a to jest naprawdę rozkoszne. Z upływem lat Lewica stawała po stronie „czarnych”, „syjonistów”, „żydów”, „irakijczyków”, a nawet „Palestyńczyków”. Lecz z pewnych powodów, Lewica nie stanęła nigdy po stronie wiodącej współcześnie siły antyimperialistycznej – muzułmanów. Lewica zawiodła również nie rozpoznając faktu, że w Europie, muzułmanie są prawdziwą uciskaną klasą pracującą i Lewica zawiodła całkowicie nie stając po stronie demokratycznie wybranego Hamasu albo Egipskiego Braterstwa Muzułmańskiego. Wyrażam pogląd, że nieopowiedzenie się Lewicy po stronie muzułmańskiej jest sympomatyczne dla głębokiej i wrodzonej Zachodowi nietolerancji: Lewica nie jest rasistowska, ale jest fundamentalnie przesiąknięta kulturową i ideologiczną nietolerancją – przypuszczalnie znajduje się w stanie ducha powiązanego całkowicie z praktycznością oraz pragmatyzmem bycia „postępowcem” bez względu na okoliczności (5). Sądzę, że są ludzie, którzy mogą czuć się bardzo „specjalni” właśnie dlatego, że wierzą oni w nierówność.

Naturalnie, “powód antyrasizmu” łączy w całość niektóre elementy kampanii Lewicy z założeniami kampanii prowadzonych przez syjonizm i Hasbarę. Zapewne, tak zwana polityka „antyrasowa” stała się po prostu kolejnym symptomem syjonifikacji zachodniego dialogu politycznego ze znacznym udziałem Lewicy postrzeganej jako instrumentalna fasada syjonizmu. Może to być wyjaśnieniem, dlaczego przewodnia grupa kampanii antyrasistowskiej w UK, Nadzieja nie Nienawiść (Hope not Hate) (6), stanowi odgałęzienie syjonistycznego Searchlight Magazine, wyjaśnia również, dlaczego ta sama Hope not Hate próbuje brać się za cenzurowanie wolności słowa liderów muzułmańskich w Wielkiej Brytanii. Wyjaśnia, dlaczego rzekomo „anty” rasistowski Harry’s Place (brytyjski blog polityczny-przypis tłum.) ( ściśle powiązany z Hope not Hate) wygrał nagrodę ‚Annual Islamophobia Awards’ w 2006 r., w dziedzinie walki o islamskie prawa człowieka. W Niemczech, „anty” rasistowska  Antideutsche –Anti Fa jest otwarcie pro-izraelska, pro-syjonistyczna i również anty-islamska. Mój domysł jest taki, że te zaciekłe syjonistyczne i pro-syjonistyczne grupy bojowe umieściły się w samym sercu tak zwanej Lewicy, aby mieć pewność, że z tego miejsca będzie im łatwiej walczyć z wrogami Izraela. Lecz pozwalają sobie na więcej. W trakcie ostatniej kampanii w UK pod nazwą Palestinian Solidarity Campaign’s AGM (Kampania Solidarności z Palestyną), dwóch żydowskich bojowników kampanii, którzy otwarcie działali w ramach „wyłącznie żydowskiej” komórki politycznej (J-BIG), zaproponowało działanie przeciwko rasizmowi. Sądzę, że absurdalność sytuacji jest na tyle klarowna, że nie wymaga dalszego objaśniania.

A zatem, jak z tego widać, niektóre główne siły głoszące wyższość rasową i nietolerancję w naszym obecnym politycznym dialogu, sprytnie zadomowiły się bezpośrednio w samym sercu „antyrasowego” wołania. Co więcej, gdy staje się jasne, że to Izrael i jego lobby są siłą napędową stojącą za Islamofobią, z lekka zdumiewać może, że syjonistyczne organizacje różnej maści dominują również w dialogu „antyrasistowskim”. Znaczenie tego jest dość proste – rasizm i jego opozycja stopniowo stały się wewnętrznym problemem spraw żydowskich.

Wniosek również jest prosty. Teraz czas na nasz ruch, na uznanie, że rasizm i determinizm biologiczny nie mają znaczącej roli w dzisiejszym dialogu publicznym i politycznym. Musimy ponownie przemyśleć i przedefiniować czym dokładnie jest to, co wiedzie nas do społecznej dyskryminacji i kulturowej nietolerancji. Rasizm w swej prymitywnej formie w większości należy do przeszłości. Nasz multi-etniczny wszechświat nie jest we wrodzony sposób rasistowski, dlatego antyrasizm nie może też być wołaniem uniwersalnym. W wielu przypadkach „polityka antyrasistowska” jest w rzeczywistości po to, aby odwracać uwagę od polityki i ideologii, jakie są instytucjonalnie dyskryminacyjne, jakie stały się instytucjami w naszym życiu, służącymi dyskryminacji.

Coraz bardziej wiadomo, że kampania antyrasistowska, w swej formie obecnej, jest po to, aby służyć pewnym oczywistym interesom politycznym, i jest w znacznej mierze pod kontrolą rasowo nastawionych syjonistów, żydowskiego lobby i żydowskich grup nacisku. Jest tu po to, aby uśmieżyć każdą krytykę izraelskiego lobby, Izraela, żydowskiej polityki i syjonizmu.

Zacząłem pisać ten esej od zadania pytania, dlaczego każdy żyd winien czuć się winny przestępstw, jakie zostały popełnione przez ludzi, których nawet nie zna, i z którymi nie ma żadnego związku. Odpowiedź powinna być teraz dość jasna: zamiast wyzwalać resztę ludzkości z rasizmu, syjoniści, bojownicy Hasbary i żydzi „anty” syjoniści powinni najpierw sami siebie wyemapcypować ze swych własnych natchnionych rasowo ideologii – A zaprzestanie dokonywania projekcji swego własnego poczucia wspólnoty plemiennej na tle otaczającej ich rzeczywistości byłoby z pewnością czymś naprawdę dobrym na start.

Uwagi

1.Skłonny jestem wierzyć, że konflikty grup etnicznych i politycznych w Wielkiej Brytanii są podsycane przez napięcie społeczne i demograficzne bardziej, niż przez niechęć skupioną na kolorze skóry.

2.Nie można dokonać właściwego rozpoznania znaczenia czegoś – anty X, bez uprzedniego i dokładnego poznania tegoż X.

3.Mniejszości uwikłane w przeróżne dialogi np. o byciu ofiarą, mogą stracić wiele okazji do zintegrowania się w struktury społeczne, etniczne i polityczne, poprzez samo uczestnictwo w tych dialogach.

4.Propaganda Hasbary i Izraela

5.Co w praktyce nie różni się od żydowskiego świeckiego pojęcia „wybraństwa”.

6.Według ich oficjalnej witryny Hope not Hate jest „kampanią Searchlight w celu przeciwdziałania rasizmowi i faszyzmowi” http://www.hopenothate.org.uk/about-us/

Tags : , , ,

Komentowanie zamknięte.