Najnowsze

Opublikowano Luty 13, 2013 Przez a303 W Bez kategorii

W obronie wolności wypowiedzi i badań naukowych

Prezentujemy Państwu tekst stary, bo z 1999 r., lecz niestety aktualny po dziś dzień, stąd jego przypomnienie.

W ostatnim czasie pojawiła się na rynku wydawniczym publikacja dra Dariusza Ratajczaka, pracownika naukowego Uniwersytetu Opolskiego, zatytułowana „Tematy niebezpieczne”. W swej książce zajął się on problemami, z jakimi styka się człowiek żyjący w rzeczywistości współczesnego państwa demokratycznego. Dość szybko i autor i jego tekst znaleźli się pod ostrzałem mediów, które rozpoczęły bez­pardonową walkę z „niebezpieczną publikacją”. Panu Ratajczakowi zagrożono więzieniem, utratą pracy i totalnym bojkotem środowisk naukowych.

Cóż takiego uczynił autor „Tematów niebezpiecznych”, że zasłużył sobie na taki „zaszczyt”, co w jego książce tak mocno rozsierdziło animatorów „ludowego frontu informacyjno-propagandowego”? Otóż jego zbrodnia określona została konkret­nie: w jednym z rozdziałów swej pracy streścił on mianowicie poglądy tzw. rewi­zjonistycznej szkoły historycznej na wydarzenia ostatniej wojny (konkretnie na żydowski holocaust), nie wypowiadając zresztą swoich w tej materii poglądów. Opinie historyków-rewizjonistów, mimo że mocno udokumentowane (a może właśnie dlatego), nie są w świecie oficjalnych, żyjących na państwowym garnuszku (i to nie tylko w Polsce) historyków przyjmowane z sympatią. Łamią one bowiem ukształtowane mity, narażając na szwank zawodową reputację „wybitnych” badaczy – podważają także, co szczególnie istotne, fundamenty gmachu politycznej poprawności liberalizmu. Jako niebezpieczne dla istniejącego porządku są więc stanowczo zwalczane. W wielu krajach europejskich dzieje się tak jednak nie na drodze nau­kowych dysput, lecz zwyczajnych policyjnych i sądowych represji. Od pewnego czasu ten styl „dyskusji” obowiązuje i w III RP.

Jak wszystkie inne tendencje naukowe, także teorie wysuwane przez history­ków-rewizjonistów powinny być przedmiotem publicznej debaty. Nikt bowiem nie ma monopolu na prawdę historyczną – ustala się ją dopiero w wyniku poważnych i żmudnych badań. Trudno jednak zaakceptować sytuację, w której przeciwko na­ukowym opcjom stawia się „argument” utraty pracy, prokuratora/sądu czy wreszcie uwięzienia. Jeśli tak ma wyglądać „demokratyczna swoboda badań nauko­wych”, to czym ona w takim razie różni się od totalitarnych, nazistowskich i bol­szewickich metod? Zdaje się, że niczym. W czasach komunistycznych zabraniano historykom zajmować się Katyniem, najazdem sowieckim na Polskę we wrześniu 1939 r., czy walką podziemia narodowego z socjalistyczną dyktaturą. Dzisiaj nie można dyskutować na temat. tzw. żydowskiego holocaustu. W Polsce demokra­tycznej swobodnie drukowane i sprzedane są wydawnictwa typu „Biblii Szatana” La Vey’a, która to książka nawołuje do mordów i zbrodni, ukazują się publikacje chwalące i propagujące nekrofilię i pedofilstwo – nie ma natomiast miejsca dla prac historycznych, które nie mieszczą się w kategorii „politycznie poprawnych”. To, że w Polsce „ludowej” za niezależność myśli można było stracić pracę czy trafić do więzienia, nikogo dziś nie dziwi – wszak nasz kraj pozbawiony był wówczas wolno­ści. Lecz dziś żyjemy ponoć w państwie demokratycznym, a więc w takim, w któ­rym swoboda wypowiedzi ma być najważniejszym prawem człowieka. Taka jest jednak tylko teoria. Ustawa o Instytucie Pamięci Narodowej (na którą powołują się przeciwnicy dra D. Ratajczka, chcący ukarać go za publikowanie „nieodpowie­dnich” teorii) narusza zasadę wolności sumienia i wolności wyrażania poglądów, która zagwarantowana jest w art. 1 pkt 2 Ustawy o Gwarancji wolności sumienia i wyznania oraz art. 54 pkt 1 Konstytucji RP, a także w ratyfikowanej przez Polskę Konwencji O ochronie praw człowieka i podstawowych wolności (art. 10 pkt 1). Jest więc ustawą nie tylko złą, lecz wręcz kryminalną, powtarzającą zasady socjalistycznej „sprawiedliwości”. Uchwalona została ona jednak nie przez krasnoludki, ale przez krajowe „elity polityczne” – przez przywódców polskiej demokracji.

Jak bardzo miłym jest ten styl bolszewickiego załatwiania problemów (i prze­ciwników) wrogom wolności może świadczyć wypowiedź Wł. Bartoszewskiego dla „Gazety Wyborczej” (9.04.99). Otóż ów pan rzucił taką „myśl”, by ludzi głoszących inne niż obowiązujące teorie historyczne poddać przymusowym badaniom psy­chiatrycznym: Ratajczak nie chce być zgodny z wersją historii określoną ustawo­wo, więc do psychuszki łajdaka! Choć opinia ta wyrażona została przez człowieka wątpliwego autorytetu, to jednak pełniącego rolę senatora RP, członka izby wyższej polskiego parlamentu. Za swoje wypowiedzi nie został on jednak przez swych ko­legów parlamentarzystów potępiony, co de facto oznacza, że sowieckie metody po­stępowania z niewygodnymi dla systemu ludźmi uznali oni za właściwe. Wypowiedź Bartoszewskiego nie była jedyną wygłoszoną w duchu ideologii bolszewickiej. Inny „wybitny naukowiec”, W. Kulesza, b. szef Głównej Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu (która to „wsławiła się” dwuznaczną rolą przy wy­jaśnianiu tzw. pogromu kieleckiego) stwierdził wręcz („Gazeta Wyborcza” z 8.04.99), że podejmowanie w tym wypadku jakiejkolwiek dyskusji historycznej jest pomysłem absurdalnym. Brawo! Kierownik jednej z ważniejszych polskich placó­wek badawczych przyjmujący postawę sowieckiego prokuratora Rudenki, który w trakcie Procesu Norymberskiego arbitralnie określił „niepodważalną wersję holo­caustu”, to niewątpliwie ogromne osiągnięcie polskiej demokracji.

Nagłośnienie „sprawy Ratajczaka” jest niewątpliwie próbą wywarcia presji na wszystkich niezależnych badaczy w Polsce; ma być ostrzeżeniem przed konsekwen­cjami, jakie spadną na nich za wierność posłannictwu historyka, za wierność zasa­dzie, że dociekanie Prawdy jest sprawą najważniejszą. Lecz wątpliwe jest, by działania te odniosły większy skutek. O fiasku tego typu akcji przekonali się komuniści, zakazując pod groźbą kary więzienia dyskutowania sprawy Katynia; odczują to też na własnej skórze „demokratyczni” spadkobiercy bolszewizmu, którzy określają dziś, drogą ustaw, co jest, a co nie jest historycznie prawdziwe. Prawdy nie da się bowiem zmienić. Można Ją zacierać, Jej piewców zamykać w więzieniach, czy mordować po sfingowanych procesach, lecz zniszczyć Jej nikt nie jest w stanie.

Nieskuteczność represji potwierdza przykład Instytutu Narodowo-Radykalnego. Od lat na łamach naszych pism, głównie miesięcznika „Szczerbiec”, publikujemy materiały i opracowania naukowe odnoszące się do problematyki holocaustu, dzięki dwóm wydaniom opracowania „Mity holocaustu”, w sumie kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy dostępnych w dystrybucji, przełamaliśmy blokadę milczenia dotyczącą tego zagadnienia. I na tym nie poprzestaniemy – bez względu na to, jak wielki gniew i prześladowania ściągniemy na swoje głowy. Bronić będziemy też tych wszystkich, którzy drogą Prawdy będą niezłomnie podążać. Tak jak dr Dariusz Ratajczak – ofiara „rewolucyjnej czujności” nowoczesnych bolszewików; nowoczesnych, lecz przez to nie mniej wstrętnych i dla wolności człowieka niebezpiecznych.

Adam Gmurczyk
Warszawa, 12.04.1999 r.
Tylko Polska 3/99

Komentowanie zamknięte.