Najnowsze

Opublikowano Lipiec 17, 2015 Przez a303 W Zdrowie

Uważaj, na produkty zwane spożywczymi!

Lęk przed tym, co powiedzą ludzie, zastawia sidła na człowieka. Przypowieści 29, 325

„Jeżeli ludzie się zgodzą, żeby rząd kontrolował ich jedzenie oraz leczenie, to w krótkim czasie ich zdrowie będzie w podobnie opłakanym stanie, jak dusza niewolnika”. Thomas Jefferson

27 Mar 2008, Garnerville, New York, USA --- Assorted Junk Food --- Image by ?Envision/Corbis

27 Mar 2008, Garnerville, New York, USA — Assorted Junk Food — Image by ?Envision/Corbis

W połowie XIX wieku doszło do burzliwej dyskusji pomiędzy chemikiem Ludwikiem Pasteurem i lekarzem Beschampem. Chemik badał fermentację wina i odkrył bakterie. W związku z łatwym i szybkim pieniądzem dla przemysłu rozpoczęła się era pasteryzacji.

Stosuje się ją wszędzie, czy trzeba, czy też nie. Pozwala bowiem podnieść cenę produktu. A jak wiesz Szanowny Czytelniku, każdy produkt jest obłożony vatem, czyli łapówką dla urzędnika. Zauważ, że nie zdarza się coś takiego, jak obniżka vatu. Zawsze jest podwyżka, niewielka, ale dożywotnia.

Beschamp twierdził: „Bakteria niczym, środowisko wszystkim”. Ale Beschamp jako lekarz chciał leczyć, a nie oszukiwać ludzi. Wprowadzenie jego teorii do praktyki zmniejszyłoby liczbę chorych. Do tego przemysł nie mógł dopuścić.

Współczesne badania w pełni potwierdzają teorie Beschampa.

Niestety, w tzw. polskiej medycynie nadal obowiązuje schemat XIX-wieczny: choroba – bakteria/wirus – antybiotyk. O tym świadczy liczba przedmiotów poświecona temu zagadnieniu. Na studiach medycznych, skracanych z dawniejszych 8 lat, do obecnych 5 lat [!!!] są przedmioty takie jak mikrobiologia, biologia, choroby zakaźne, farmakologia.

Obecny lekarz nie ma większego pojęcia o żywieniu, żywności, a w szczególności o technologii żywności. Trudno mu więc w ogóle podejmować decyzje związane na przykład z przewlekłym zatruciem pokarmowym. W Polsce nawet nie ma laboratoriów, do których można by skierować pacjenta z podejrzeniem zatrucia ołowiem, fluorem, czy pestycydami. 

Lekarz nie wie, co się kryje pod tym, co obecnie sprzedawane jest jako mleko, margaryna, czy ser, nie wspominając o kiełbasach.

Praktycznie, zgodnie z definicją, w Polsce w ogóle już od ponad  20 lat nie sprzedaje się w sklepach mleka. Mleko według definicji, to produkt od krowy, nie przekraczający temperatury 41C. Proszę mi taki pokazać! A obecni pediatrzy co chwilę wypisują bzdury w rodzaju „uczulenie na mleko”. A gdzie niby ten dzieciak miał możliwość spotkać się z mlekiem?

Niestety, sztuka kulinarna w dobie przemysłu spożywczego zniknęła zupełnie. W szkołach zupełnie nie uczą przyrządzania posiłku. Zamiast tego uczą głupot o globalnym ociepleniu, dziurze ozonowej, czy ewolucji. Czyli tresuje się biologiczne roboty!

Kupowanie czegokolwiek w postaci rozmaitej maści gotowców spożywczych równa się grze w rosyjską ruletkę. Może zdążę dojść do toalety, ale długotrwałe skutki jedzenia tak przygotowanego posiłku na pewno skończą się utratą zdrowia.

Najlepiej pokazują to filmy na przykład o panu, który przez rok żywił się w Mc Donaldzie.

W Polsce sytuacja jest dodatkowo utrudniana, ponieważ tzw. instytuty żywienia i dietetycy są szkoleni na politechnikach i tak naprawdę nigdy nie mieli do czynienia z chorym człowiekiem.

Najlepszym dowodem, potwierdzającym ten fakt, są wypowiedzi tych dietetyków w programach telewizyjnych typu: „Należy jeść warzywa, masło, czy sery” albo „jest uczulony na mleko”.

Proste pytanie: a w jakim to sklepie spożywczym można kupić mleko? A jakie jest stężenie pestycydów w warzywach? Brak odpowiedzi.

Przypominam, według definicji, mleko to produkt od krowy, nie przekraczający temperatury 41C. Wszystko inne jest już produktem mlekopodobnym. Nawet nie znamy składu związków, powstających po podgrzaniu mleka do temperatury 70 stopni C, czy 140 stopni C. A w prawdziwym mleku znajduje się ponad 200 związków enzymatycznych, witamin, czy hormonów.

Nie znam ani jednego raportu San-epidu, opublikowanego po kontroli zgodności chociażby z normami żywności w dużych jadłodalniach typu Mac Donald. Dlaczego? Przecież w dobie internetu każdy raport powinien być opublikowany na stronie internetowej San-epidu, który taką kontrolę przeprowadził.

A tutaj cisza zupełna. Tak jak gdyby San-epid w ogóle nie istniał. Od 1992 roku, tj. od chwili zmiany nazwy na Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego, instytucja ta zajmuje się tylko reklamą i dystrybucją szczepionek, wykorzystując cały aparat represji, zarówno w stosunku do lekarzy, jak i rodziców.

Przypomnę:

Po pierwsze, jakiego narodu to jest instytut? Polska zawsze była wielonarodowa. Nigdy nie było u nas dyskryminacji.

Po drugie, zdrowie jest zawsze sprawą indywidualną, publiczne to są domy, zwane burdelami. Czyżby to było przyczyną zachowywania tajemnicy kontroli? Naloty policji na burdele także pozostają w tajemnicy. Ciekawe, dlaczego żadnego posła, ani radnego, nie interesują sprawy przeprowadzanych przez te instytucje kontroli? Czy one w ogóle przeprowadzają jakieś kontrole MC Donalda, Biedronki etc? Czy też mają odgórny zakaz?

Kilka słów przypomnienia. Bardzo ogólnie mówiąc, to my tak naprawdę nie jemy. Można porównać naszą czynność jedzenia do wrzucania drewna do kominka. Dopiero jak znajdujące się w naszym przewodzie pokarmowym bakterie, a jest ich tam około 1.5 kg, przetrawią ten pokarm i wydalą, to to co wydalą jest transportowane po naszym organizmie, najpierw do wątroby.

Podkreślam, wspólny genom bakterii, czyli liczba zakodowanych informacji, znajdujących się w naszym przewodzie pokarmowym, jest 150 razy większy, aniżeli genom człowieka 

Czyli w naszym przewodzie pokarmowym musimy mieć tzw. dobre bakterie w ilości co najmniej 95 – 97%. Przy takich proporcjach, nawet jeżeli dostaną się „złe” bakterie, to giną same. Jest to podobna sytuacja do uprawy grządki. Jeżeli coś posadzimy, a nie pielęgnujemy, to po tygodniu chwasty zarosną cała grządkę.

Więc widzisz, że najważniejszy jest stan naszych bakterii.

Od ponad 70 lat rolnicy, szczególnie w okresie sowietyzacji, byli naciskani na sypanie nawozów sztucznych. Były nawet odgórnie ustalane normy 180 kg/ha, chociaż wystarczało 30 kg/ha, ale fabryki musiały zwiększać produkcję, aby dostać premię. Było przecież centralne planowanie. Żaden z tych pożal się Panie Boże ekonomistów nie został odsunięty po 1990 roku, a niektórzy, jak na przykład pan Balcerowicz, awansowali. A co potem robić z wyprodukowanymi nawozami? No, ktoś musi je kupić. Padło jak zwykle na chłopa.

Problem z tzw. nawozami sztucznymi jest jednym z podstawowych w rolnictwie. Jak to się stało, że mądrzy profesórowie uznali, że 3 pierwiastki  N-P-K, czasami czwarty Mg, zastąpią 100 pierwiastków z gnojowicy? Nie wiem i nawet nie usiłuję dochodzić, jakie to zamroczenie alkoholowe nimi kierowało i to w dodatku przez okres już 3 pokoleń. Świadczy to jednoznacznie o ciągłości nauki sowieckiej.

Wiadomo, że do prawidłowego wzrostu organizmu potrzebne są niemal te wszystkie pierwiastki, a nie tylko te 3, czy 4. Każdy przeciętny rolnik wie, że jak przez dłuższy czas sypie tylko chemię, to pojawiają się tzw. golizny. A jak na taką goliznę wyleje gnojówkę, to natychmiast zaczyna wszystko rosnąć.

Oczywiście, że z tak otrzymanego ubogiego ziarna po sztucznych nawozach nie można otrzymać pełnowartościowej mąki. Nawozy dają doraźnie dużo masy zielonej. Masa zielona jest sprzedawana na kg. W związku z tym, czym więcej masy zielonej, tym większy dochód gospodarstwa. Oczywiście, odbywa się to kosztem jakości. Nasze stare szare renety miały koło 35 mg witaminy C/100g masy, a te „holenderskie” mają po 3-5mg/100g masy.

Innymi słowy DOBRY CZŁOWIEKU, musisz zjeść 20 jabłek „holenderskich” zamiast 2 polskich, aby Twój organizm otrzymał tą samą ilość witaminy C, niezbędnej do pokrycia dziennego zapotrzebowania. A zarabia „holender” na głupocie kupującego.

Oczywistym jest, że nie sposób zapamiętać tych wszystkich związków chemicznych, które dodają w produkcji żywności. Poniżej przedstawię kilka tych najgorszych, mogących powodować największe szkody w naszym organizmie.

1. Sztuczne słodziki.

W sprzedaży znajdują sie pod rożnymi nazwami i składem chemicznym. Jest to aspartam, sacharyna, spelnda alias sukraloz, acesulfam potasu i wiele innych. Ich jedyną zaletą jest taniość, a więc zwiększają zysk producenta.

Sztuczne słodziki podnoszą w znacznym stopniu ryzyko cukrzycy. Na podstawie badań można wręcz stwierdzić, że w cukrzycy typu 2 zaprzestanie spożywania wszelkiego rodzaju batoników, ciasteczek, czy innych produktów sztucznie słodzonych doprowadza do jej wyleczenia.

Sztuczne słodziki powodują niszczenie tzw. dobrych bakterii w twoim przewodzie pokarmowym. Jak podaje praca publikowana w Nature, taka splenda niszczy ponad 50 % prawidłowej flory jelitowej. To z kolei powoduje powstanie ognisk zapalnych w ścianie przewodu pokarmowego, rozpoznawanych pod nazwą „nieswoiste zapalenie jelit”. Jak podałem, w POlsce badań laboratoryjnych, pozwalających na potwierdzenie takiej diagnozy, nie można przeprowadzić.

Splenda zmienia funkcję glukozy i fruktozy, powoduje wzrost masy ciała, spadek odporności, cukrzycę typu 2.

To nie wszystko. Po podgrzaniu splenda uwalnia chloropropanois, który jest tej samej klasy, co rakotwórcze dioksyny. A wiadomo, że soki, dżemy, konfitury się gotuje.

Oczywiście przemysł spożywczy nie musi przeprowadzać badań toksyczności swoich produktów. Nie wspominając, że przemysł spożywczy nie jest polski i stosuje zasadę Kalego w modyfikacji.

Podobnie należy uważać na określenie: słodzone fruktozą lub cukrem naturalnym. W większości przypadków jest to chloropochodna fruktozy. Jest ona 600 razy bardziej słodka, ale także o wiele bardziej szkodliwa. Nieświadomość matek jest zastraszająca: dzieciaki zapychają się tymi batonikami. Żadna pani/pan Dochtor nie ostrzega matek o tym problemie.

2. Tłuszcze trans

Tłuszcze trans wprowadzono w 1911 roku. W organizmie człowieka powodują stany zapalne, które mogą być wyznacznikiem chorób przewlekłych.

Tłuszcze trans uszkadzają podstawę błon komórkowych. Może to torować drogę do powstania raka, cukrzycy, czy chorób układu krążenia. Tłuszcze trans radykalnie zwiększają ryzyko udarów mózgu.

Uwodornione oleje roślinne znajdują się w większości przetworzonej żywności, w krakersach, chipsach, smażonej żywności itd. Nawet obecne sery tzw. żółte, to jest uwodorniony olej. Sam się przekonaj, czy to ser tylżycki, czy gouda, mają ten sam smak.

Przemysł spożywczy na masową skalę wykorzystuje oleje roślinne, ponieważ są znacznie tańsze. O ile porównamy spożycie sprzed 100 laty, kiedy to spożywano głównie oliwy z oliwek, to obecnie ilość przetworzonych olei wzrosła 100 000 razy.

Generalnie oleje roślinne mogą zawierać cykliczne aldehydy, które to związki są wysoce zapalne i mogą się przyczyniać do chorób serca, a nawet choroby Alzheimera.

Ponadto oleje sojowy, rzepakowy, czy kukurydziany, są produkowane z roślin genetycznie modyfikowanych. A wiec tak naprawdę nie wiemy, co to jest. Nie ma żadnych prac naukowych, przedstawiających długotrwale spożywanie takich produktów. Te prace naukowe, które do tej pory opublikowano [ zobacz: Nasiona Kłamstwa] wskazują jednoznacznie, że GMO zwiększa częstotliwość powstawania nowotworów.

Dodatkowo stwierdzono, że GMO zawiera nadal związki chemiczne, takie jak glifosat, odpowiedzialny za nowotwory i choroby nerek.

3.    Sztuczne aromaty.

Niestety, nie masz zielonego pojęcia Szanowny Czytelniku, co sie pod tym pojęciem kryje. Jest to bowiem komponent dużej ilości związków chemicznych. Taki na przykład smak truskawkowy, to około 50 związków chemicznych. Nie znasz ani jakości, ani ilości poszczególnych związków. 

Inne związki, choćby te aromatyzujące masło, mogą przyczynić się do powstania płytek beta amyloidu, czyli przyspieszyć powstawanie Alzheimera. 

Tak więc nie możesz nawet teoretycznie ustalić konsekwencji biologicznych dla zdrowia, szczególnie małych dzieci.

4.    Glutaminian sodu, zwany MSG

MSG zwany jest także wzmacniaczem smaku. Praktycznie dodawany jest do wszystkich przetworzonych produktów żywnościowych, nieważne czy zamrożonych, czy w słoikach.

Najczęściej nie występuje pod własną nazwą, tylko jako kwas glutaminowy, hydrolizowane białko, ekstrakt drożdżowy, i dziesiątki innych.

MSG związany jest z występowaniem takich chorób, jak otyłość patologiczna, czyli można prawie nic nie jeść, a tyć, uszkodzenia oczu, bóle głowy, zmęczenie, dezorientacje, depresje, szybkie bicie serca czyli kołatanie, drętwienie, czy mrowienie.

Oczywiście, wybij sobie z głowy możliwość przeprowadzenia analizy laboratoryjnej na potwierdzeni istoty twojej choroby.

5.    Sztuczne barwniki.

Każdego roku w USA używa się 7.5 miliona kilogramów tych związków. Coraz liczniejsze pojawiają się głosy, że dzieci posiadają o wiele niższy próg tolerancji na te związki, aniżeli pierwotnie zakładano. A to przecież głównie produkty dziecięce się zabarwia.

Obecnie udowodniono, że 9 najczęściej stosowanych barwników ma związek z pogorszeniem stanu zdrowia. I tak na przykład RED #0  przyspiesza wzrost guzów układu odpornościowego u myszy, a także powoduje nadpobudliwość u dzieci. Dawki, jakie znajdują się w pojedynczej nawet porcji, są wyższe aniżeli te, które powodują zmiany zachowania u dzieci. 

Niebieski barwnik # 2  stosowany w cukierkach, napojach, związany jest z występowaniem guzów mózgu.

Barwnik żółty #5 stosowany w pieczywie, cukierkach, ciastkach, płatkach, powoduje zmiany behawioralne u dzieci.

Praktycznie wszystkie piwa w cenie poniżej 5 złotych są robione z proszku sprowadzanego z Chin. W Polsce wsypuje się proszek do wody dodaje spirytusu, najczęściej sztucznego i rozlewa do puszek, lub butelek. Nie leżało to nawet koło piwa chmielowego. Z tego co wiem, to ostatnią plantację chmielu zlikwidowano w Polsce przed 5-7 laty.

Dużo z tych barwników otrzymywanych jest ze smoły pogazowej. Smacznego!

6.    Środki konserwujące.

Jest to typowe pomieszanie pojęć. Tzw. środki konserwujące to związki bakterio/grzybobójcze.

Dodawane do żywności pozwalają na dłuższe jej przechowywanie. Problem polega na tym, że jak już pisałem, to nie Ty, ale Twoje bakterie są odpowiedzialne za zdrowie. Czyli jedząc takie środki, sam popełniasz harakiri, niszcząc swoje dobre bakterie. Złe bakterie mają więc wolne pole do rozmnażania. Łatwo to możesz sprawdzić, śledząc wygląd i zapach swojej kupki. PISAŁEM JUŻ O TYM.

I tak, najczęściej stosuje się takie związki, jak butylohydroksyanizol BHA i BHT. Są one dodawane do gum do żucia, płatków śniadaniowych, chleba, krakersów, chipsów, mieszanek orzechowych itd. Udowodniono, że powodują problemy neurologiczne, hormonalne, zaburzenia metaboliczne z w/w powodu.

Hydrochinion tertbutyl – TBHQ jest związkiem podawanym do makaronów, krakersów, słodyczy, pizzy kupowanej w supermarketach, napojów i soków itd. W zależności od dawki, może powodować nudności, wymioty, szum w uszach, uczucie duszenia, uszkodzenie wątroby. Jest tak toksyczny, że już 5 gramów może Ciebie zabić.

Benzoesan sodu jest dodawany do napojów, soków owocowych, sosów do sałatek, marynat itd. Powoduje astmę, marskość wątroby, chorobę Parkinsona, nadaktywność.

Azotyn i azotan sodu są dodawane do wędlin, ryb wędzonych, hot-dogów. Może powodować uszkodzenia jelita grubego, żołądka, raka trzustki.

Azodikarbonoamid znajduje się w hurtowo sprzedawanym cieście, odżywkach. Powoduje raka, astmę, alergię.

Problem wyłania się w przypadku zadania prostego pytania: a dlaczego te wszelkiej maści towarzystwa naukowe i medyczne nie reagują. I od razu masz odpowiedź.

Ile dostaje od firm spożywczych, czy farmakologicznych, Polskie Towarzystwo Pediatryczne, tego nie wiem. Ale  Amerykańskie Towarzystwo Pediatryczne – AAP otrzymało tylko w jednym roku 433 000 dolarów od firmy Merck, za zatwierdzenie szczepionki HPV dla dzieci. Dało to firmie Merck 1,5 miliarda zysku.

AAP kolejne 342 000 dolarów otrzymała od firmy Wyeth, za zaakceptowanie szczepionki przeciw pneumokokom dla dzieci. Zysk firmy wynosi rocznie 2 miliardy.

Przypomnę, że jednym z głównych agitatorów tej szczepionki był prof. Radzikowski z Warszawy. Ile się zarabia na lobbingu, nie wiem.

Dr Marcia Angell, wieloletni redaktor New England Medical Journal NEMI wręcz stwierdza po dwudziestu latach pracy, że nie ma możliwości sprawdzania wiarygodności przesyłanych do druku prac. W większości tzw. recenzowanych  czasopism, recenzje prac wykonują naukowcy pracujący dla przemysłu.

I to by wyjaśniało iluzje takich pojęć, jak „medycyna oparta na dowodach”. Jeżeli jakikolwiek internauta używa tego pojęcia, to może to robić tylko osobnik obecnie nazywany delikatnie trollem. Lenin-Goldman nazywał to dosadniej.

Opr. na podstawie www.articles.mercola.com. z dnia 18.03.2015

Przypisy: Dr Jerzy Jaśkowski, Uważaj na produkty zwane spożywczymi! , 2015.07.2015

Dr Jerzy Jaśkowski 

Za: http://www.polishclub.org/2015/07/12/dr-jerzy-jaskowski-uwazaj-na-produkty-zwane-spozywczymi/

Tags : ,

Komentowanie zamknięte.