Najnowsze

Opublikowano Luty 24, 2013 Przez Jan W Bez kategorii

USA vs Chiny – kto okaże się zwycięzcą?

Źródło: http://www.geopolityka.org/komentarze/2077-usa-vs-chiny-kto-okaze-sie-zwyciezca

Data publikacji: 23.02.2013

chin1

Stany Zjednoczone Ameryki w swej krótkiej historii istnienia wywarły wielki wpływ na otaczającą nas rzeczywistość. Dziś wydaje się, że ich pozycja mocarstwowa zdaje się słabnąć, a na horyzoncie wyraźnie widać tych, którzy mają wielkie szanse na przejęcie palmy pierwszeństwa – Chiny.

USA i Chiny – dwa systemy, dwie strategie, dwie drogi

Konstytucja USA z 1789 r. stała się symbolicznym początkiem w tworzeniu się nowoczesnego i sprawnie zarządzanego państwa, które w szybkim czasie wyrosło na pozycję mocarstwa stawianego za wzór innym narodóm. Swobody obywatelskie, demokracja, poszanowanie godności człowieka – te wszystkie hasła i slogany znalazły podatny grunt dla rozwoju w tej zbuntowanej kolonii brytyjskiej. Wyrazem szybkości zmian niech będzie fakt, że jeszcze do połowy XX wieku językiem salonów i spotkań na szczeblach międzynarodowych był język francuski. Po II wojnie światowej musiał jednak ustąpić mowie angielskiej, którą posługiwano się w kolebce kapitalizmu i świata finansów – Nowym Jorku i Waszyngtonie.

Rozwój Stanów Zjednoczonych miał jednak w sobie od niemal zarania istotny defekt, który rozrastał się w amerykańskim ciele aż do dzisiejszego niebotycznego rozmiaru. Tym defektem jest FED, czyli Rezerwa Federalna, zwana też Bankiem Centralnym USA. Za rok minie dokładnie 100 lat od momentu powołania do życia tej instytucji. Złośliwi mawiają, że FED nie jest „Federalny” (faktycznie jest prywatny). Nie jest także rezerwą, bo nie posiada istotnych rezerw walutowych a w końcu w ogóle nie jest on bankiem. Zasady działania FED wprawiają każdego w stan osłupienia.

Udzielanie pożyczek kojarzy się każdemu z sytuacją, w której jedna ze stron posiada środki finansowe (pożyczkodawca), a druga potrzebuje pieniędzy, zatem je pożycza (pożyczkobiorca). Tymczasem FED pożycza pieniądze rządowi USA, których wcale nie posiada. Gdy rząd prosi FED o pożyczkę, pod zastaw której wystawia obligacje rządowe np. na 100 miliardów USD, FED uruchamia po prostu drukarki i drukuje wnioskowaną kwotę. Groteskowość tej sytuacji zmienia się jednak w grozę, gdy uświadomimy sobie, że rząd jako gwarancję spłaty owej wydrukowanej pożyczki, zastawia przyszłe wpływy do budżetu z tytułu podatków. Tym samym każdy obywatel USA staje się dłużnikiem prywatnego banku, jakim jest FED. Jak mogło dojść do powstania takiego schematu i dlaczego przez 100 lat nic nie zakłóca nabijania prywatnych sakiew pieniędzmi obywateli USA?

Odpowiedzią na to pytanie może system dwupartyjny, jaki istnieje w Ameryce. Z punktu widzenia innych państw „kolebka demokracji” posiada kuriozalny model, w którym w zasadzie tylko dwie partie mogą rządzić i tylko przedstawiciele dwóch partii mają realne szanse na objęcie urzędu prezydenta. System taki ułatwia realizację własnych, partykularnych celów wszelkim grupom lobbującym oraz mniej lub bardziej oficjalnie działającym przedstawicielom wszelkiej maści instytucji chcących wywierać nacisk i wpływ na rządzących. W dużym uproszczeniu wystarczy uzyskać wpływ na elity partyjne jednego z ugrupowań (często nawet obydwu), by wynik wyborów stał się mało istotny dla chęci realizacji danego przedsięwzięcia. Można powiedzieć, że wybory stają się wówczas groteską i farsą, bo bez względu na wszystko wiadomo, że wygrać mogą Demokraci lub Republikanie. Inną bolączką, która dotyka nie tylko USA, ale i pozostałe państwa europejskie jest kadencyjność władzy. Rządzący, mając świadomość, że za 4-5 lat czekają ich ponowne wybory, boją się podejmować trudne, ale konieczne z punktu widzenia państwa decyzje. Wolą nie zaogniać, nie prowokować i spokojnie doczekać ponownego wyboru.

Z zupełnie innym modelem rządzenia mamy do czynienia w Chinach. W tradycji chińskiej jest zakodowane długofalowe planowanie. Rządzący ChRL mają ten komfort, którego nie posiadają elity zachodu – czas. Decyzje i działania w Państwie Środka są planowane na kilka, a nawet kilkadziesiąt lat do przodu. Dzięki temu Chiny wyprzedzają Zachód, który niejednokrotnie „budzi się” zbyt późno. Doskonałym przykładem jest polityka surowcowa wobec tzw. metali ziem rzadkich jaką zastosowały Chiny. Gdy w latach 80. cały świat zachodni zaabsorbowany był poszukiwaniem nowych złóż ropy naftowej i gazu, Chiny zainteresowały się pierwiastkami z grupy lantanowców. Okazało się, że ich występowanie jest dość powszechne ale główny problem stanowi ich wydobycie i przetworzenie do celów przemysłowych. Decydenci w Pekinie postanowili już wówczas podjąć próby „oswojenia” się z tymi metalami, choć nikt wtedy nie słyszał o telewizorach LCD, silnikach elektrycznych, zaś tak znany i poważany obecnie termin „zielona energia” – nie istniał.

Dziś Chiny dysponują ok. 97% zasobów tych metali, a reszta świata, z Japonią na czele, podejmuje desperackie i bardzo kosztowne próby, by choć w minimalnym stopniu uniezależnić się w ich pozyskiwaniu od Państwa Środka. Koncern Toyota, który stara się o pozycję lidera w produkcji hybrydowych i elektrycznych napędów wymusił na japońskim rządzie zdecydowane działania w tym zakresie, gdyż już raz dotkliwie odczuł chwilowe wstrzymanie przez Chiny eksportu metali ziem rzadkich do Japonii.

Co dzieje się dziś?

Obecnie w Stanach Zjednoczonych FED uruchomił po raz trzeci (QE3) program skupu rządowych obligacji pod wydrukowane dolary. Tym razem jednak, w przeciwieństwie do dwóch poprzednich rund, FED nie określił ani czasu drukowania, ani wielkości. Wiadomo tylko, że każdego miesiąca do obiegu trafia 85 miliardów pustego pieniądza.

Tymczasem Chiny nie mają zamiaru biernie przyglądać się, jak waluta, w której posiadają prawie 95% swych rezerw stacza się po równi pochyłej – wprost do deprecjacji i drastycznego spadku wartości, a być może i nawet do ostatecznego unicestwienia.

Od 2011 r. Chiny są największym producentem złota na świecie, ale nie są amym jego największym eksporterem. Przeciwnie – są równocześnie jego największym importerem. Dzieje się tak dlatego, że Chiny, przewidując przyszłość dolara – a dokładniej brak jego przyszłości – systematycznie zamieniają swe rezerwy walutowe na rezerwy w złocie. Powyższa polityka jest także szeroko nastawiona na ułatwianie i propagowanie wśród obywateli idei kupowania metali szlachetnych.

Co może stać się jutro?

Czy w USA wierzą jeszcze dolara? Wiele na to wskazuje, że oprócz zwykłych obywateli – nie.

QE3, w którym nie wprowadzono limitu czasowego ani ilościowego jest w zasadzie swobodnym puszczeniem w ruch machiny, która ma doprowadzić do zniszczenia waluty, jaką jest dolar. Stany Zjednoczone zdały sobie sprawę z tego, że zadłużenie USA nie jest możliwe do zniwelowania, jeśli nie dojdzie do drastycznego przetasowania na rynku walutowym. Tym samym można już wkrótce spodziewać się powrotu do założeń z 1946 r. o powołaniu nowego – światowego pieniądza, który zastąpi dolara amerykańskiego.

Należy pamiętać, że w 1946 r. wszystko było w zasadzie gotowe do powołania światowej waluty, ale prezydent Harry Truman uznał, że skoro dolar ma wielkie szanse, by stać się walutą rezerwową świata, to nie ma sensu wprowadzać innej. Faktycznie dolar stał się taką walutą. Wszystko jednak kiedyś musi się skończyć.

Stany Zjednoczone muszą jednocześnie uporać się z kolejnym problemem odpowiedzi na poważne pytanie stojące na drodze do powstania światowego pieniądza: jak doprowadzić do tego, by świat wybrał nowy pieniądz „powszechny”, a nie chińskie renmimbi, które prawdopodobnie będzie częściowo oparte na złocie. W normalnej sytuacji nikt rozsądny nie zaufa nowej walucie – prawdopodobnie występującej jedynie w wersji elektronicznej – mając w zamian do wyboru „złotego juana”. Tutaj właśnie może przyjść z pomocą „wolność i „demokracja”.

Chiny są specyficznym krajem, w którym istnieje jedno pismo, ale nie ma jednego języka. Niemal każda prowincja posługuje się odrębnym językiem. Jeśli w Chinach pojawią się tendencje separatystyczne, połączone z ideami wolnościowymi to Państwo Środka może w mgnieniu oka rozpaść się na kilkanaście państewek. Wówczas „złoty juan” przestanie istnieć.

Już dziś widać tendencję przenoszenia z Chin do USA firm i programów zaawansowanych technologicznie. Technologia wymaga otwartych umysłów. Ktoś, kto podejmie wyzwanie technologiczne, jednocześnie stanie pomiędzy młotem a kowadłem – albo otworzy się na zachodnią wolność i demokrację, albo wojnę przegra. Dla Chin oznacza to porażkę w obu przypadkach.

Komentowanie zamknięte.