Opublikowano Kwiecień 26, 2017 Przez a303 W Polska

URSUSA na razie zwycięski bój. Henryk Pająk

Program zaorania fabryki światowej klasy ciągników „Ursus”, jest klinicznym przykładem zabójczego sabotażu pierwszych trzech rządów żydokomunistycznej sitwy spod znaku Round Table.

a

Zakłady Przemysłu Ciągnikowego „Ursus” usiłowano zniszczyć kilkoma klasycznymi sposobami od czasu, gdy na propozycje „prywatyzacji”, załoga fabryki odpowiedziała zorganizowanym sprzeciwem, a jest to tłum kilku tysięcy pracowników razem z zakładami kooperującymi, około 12,5 tysiąca pracowników. We wrześniu 1991 roku powołano zarząd komisaryczny zakładu, co było formalnym wstępem do „prywatyzacji” zakładu z powodu – jak zwykle, jak zawsze i wszędzie -wielkich zadłużeń. Były one wykładnią przestępczego programu zamieniania majątku  narodowego w masę upadłościową  przez rządy żydo-lewactwa .  Pierwszym etapem nakładającym   się równolegle na następną spiralę zadłużenia, był  raptowny skok  oprocentowania kredytów  już zaciągniętych . Następnym  odmowa kolejnego kredytowania w sytuacji, gdy stopa procentowa kredytów już zaciągnietych sięgała 600prc. Rocznie , a  rolnicy  podobnie wpędzeni w pułapkę zadłużeniową  przestali kupować ciągniki.   Stały więc na placach zakładu „hektarami”. Następnymi kamieniami u szyi tego i setek innych zakładów stają się tak zwane dywidendy oraz popiwek – dwie formy opodatkowania dodatkowego, z premedytacją niszczące wszelkie szansę ratunku. Słynny popiwek, to podatek od wzrostu wynagrodzenia. Aby robotnik mógł otrzymać np. 100 złotych podwyżki płac, zakłady musiały odprowadzić do skarbu państwa 500 złotych popiwku, czyli bandyckiej kary. Wyprzedzając wydarzenia podam, że w 1993 roku place w „Ursusie” zamknęły się kwotą 750 miliardów złotych, a samego „popiwku” naliczono 300 miliardów złotych’. Już tylko te dwie kwoty wykazują absolutnie przestępczy charakter ówczesnych rządowych programów zagłady polskiego przemysłu. Z kolei dywidenda była sabotażową formą nacisku na przedsiębiorstwa państwowe, aby pozbywały się zbędnego majątku. Część tego majątku została zakupiona w czasach nakazowych rozdzielników – i jego sprzedaż byłaby uzasadniona, ale brakowało chętnych nabywców tego majątku, bo był to sprzęt specjalistyczny. Coś z tego sprzedano, reszta leżała na placach zamieniając się w złom pokrywający się rdzą dywidend.

Niskie płace na tle stałego wzrostu kosztów utrzymania, z konieczności zamrożone przez dyrekcję w pełni świadomą skutków popiwkowego bicza, w końcu wyczerpały cierpliwość załogi „Ursusa” – rozpoczęły się strajki. Gasząc strajki, podniesiono płace, co było wejściem z deszczu pod rynnę popiwku.

W 1990 roku pojawili się „zbawcy” – Baksik i Gąsiorowski. „Wykupili” oni 6000 ciągników, które obiecali sprzedać w eksporcie. Dzieje się to bez wiedzy załogi. Z cichą aprobatą ówczesnej Rady Pracowniczej, dwaj żydowscy oszuści zawiązują spółkę, w której Art-B posiada 75 proc. udziałów, 15 proc. zakład i 10 proc. Skarb Państwa. Oszuści ani myśleli wywiązać się z warunków umowy – sprzedaży 6000 „zakupionych” ciągników. Umowy potrzebowali do zaciągnięcia kredytów, które następnie puścili w lukratywny obieg w ramach tzw. oscylatora – szybkiego przerzutu wkładów z jednego banku do drugiego, z wykorzystaniem różnicy między stopą kredytowania a stopą wkładów. Wygląda na to, że ówczesny premier K. Bielecki nic jeszcze nie wiedział, że Art-B jest gigantycznym oszustwem zmontowanym przez syndrom izraelskiego Mossadu (wywiad) i polskiej Bezpieki, z użyciem dwóch tuzinkowych hochsztaplerów – Baksika i Gąsiorowskiego. Bielecki posłusznie realizował nakazany mu przez europejskie izraelity program transformacji polskiego majątku narodowego w masę upadłościową, ale ówczesna rola i źródła powodzenia tych zuchwałych hochsztaplerów rodem z jego nacji, zapewne jeszcze nie była mu znana. Kiedy bowiem wybuchły w „Ursusie” strajki płacowe, premier pojechał do zakładu i spotkał się z jego kierownictwem. Zastał tam Gąsiorowskiego i jak wspomina inż. Janusz Ściskalski – szef ówczesnej „Solidarności” „Ursusa” a potem jego dyrektor:

Wobec całego kierownictwa zakładu z bezczelnym uśmieszkiem na twarzy Gąsiorowskiego uczył premiera na czym polega oscylator. Bielecki wyjeżdżając z ursusa tak trzasnął drzwiami że omal nie wypadły i krzyczał że jest to sabotaż. Potem poleciło kilku ministrów i szef Narodowego Banku Polskiego. „Ursusowi” jednak to nie pomogło, bo i pomóc fabryce nie chciano.

Od tego momentu „Solidarność” „Ursusa” nagłaśnia sprawę Art-B, co staje się początkiem upadku szajki zakończonego rejteradą obu oszustów do Izraela2. Na fali tego skandalu Ministerstwo Przemysłu i Handlu unieważniło umowę z oszustami. Niewiele to pomogło, bo spirala kredytów z dodatkowym „turbo-doładowaniem” w postaci popiwku i dywidendy, mknie w górę. Kredyty zaciągnięte przez zakład w latach 80. na sumę 200 mld ówczesnych złotych, puchną z szybkością 48 proc. na miesiąc! Temu nie byłaby w stanie sprostać nawet kopalnia złota, a nie fabryka ciągników, na które akurat nie było zbytu, bo rolnik był zadłużony w ramach tego samego mechanizmu. W tę lukę po Gąsiorowskim i Baksiku wciska się ich pobratymiec, były esbel; B. Gawronik, kumpel Sekuły i innych „górali” pookrągłostołowych. Deklarował dofinansowanie fabryki, doskonale przy tym wiedząc, że nie posiada na to pieniędzy. Taka deklaracja złożona przez do niedawna tuzinkowego esbeka, powinna była spotkać się z prokuratorskim podstawowym pytaniem: skąd masz te pieniądze?

Gawronik chciał w ten tani sposób zyskać rozgłos, co jednak nie uchroniło go od – niestety – chwilowego zapudłowania w areszcie. Gawronik – kumpel obydwu oszustów, zaufany Służby Bezpieczeństwa3 został krótkotrwałym prezesem Art-B po ucieczce obydwu hochsztaplerów do Izraela. Dzięki temu wywiózł z willi Bagsika około 36 bezcennych obrazów malarskich, ale formalnie nie ustalono, czy obrazy wywiezione następnie przez UOP z willi Gawronika, były własnością Bagsika.

A wywieziono m.in. obrazy:

– Renoira: „La collation” – cena szacunkowa 5,5 mld zł;

– Achenbacha: „Via Appia” 1,2 mld zł;

– Malczewskiego „Dziewczynka na tle gaju” 1,7 mld zł;

– Malczewskiego „Dziewczyna…” 1,6 mld zł;

Ponadto, tym sposobem zmieniły miejsce pobytu obrazy Makowskiego, Chełmońskiego, Witkiewicza, Kossaka, Chevaliera, Picassa, kilka innych płócien Malczewskiego. Razem 36 obrazów o łącznej wartości około 20 mld złotych. Ponadto z willi Bagsika wywieziono wiele cennych dzieł sztuki będących także własnością Bagsika, jak lampy, wazony, miniaturowe rzeźby. Oprócz tego najwyższej klasy sprzęt elektroniczny, samochód mercedes 600 Sel (za 150 tyś. USD). Samochód został zresztą wkrótce „skradziony”, przez jak zawsze nieznanych sprawców.

W 1991 roku premier Bielecki nawiązał tajne (!) kontakty z firmą Massey Fergus-son, własnością brytyjskich Żydów. Działo się to przy współpracy ówczesnego dyrektora „Ursusa” – tego samego, który podpisał umowę z Gąsiorowskim i Baksikiem. Na wieść o konszachtach z Massey – Fergussonem dyrektor został wywieziony przez załogę na taczkach za bramę zakładu. To samo spotkało Radę Pracowniczą. Załoga odpowiada strajkami : to właśnie wtedy Bielecki przyjeżdża do ursusa i stwierdza sabotaż. Pertraktacje K Bieleckiego z Fergussonem zostały jednak wstrzymane.

W 1992 roku, na wniosek „Solidarności” fabryki, premier Olszewski wprowadził zarząd komisaryczny zakładu i zarządcę postępowania porozumiewawczego. Udało się także sprzedać 750 ciągników, ale była to zaledwie część tego, co mogło postawić zakład na nogi. U progu 1993 roku nadal brakowało pieniędzy na zakupy do produkcji, pojawiały się przestoje. Był to rok zmarnowany tym bardziej, że fabryka miała zamówienia z Pakistanu, Malezji, USA i Kanady, a ciągniki „Ursusa” kupuje dosłownie cała Europa, ponadto reflektują na nie ci z polskich rolników, których już stać na zakup. W 1993 roku sprzedaż wynosiła już 11 tyś. ciągników, w 1994 – 14 tyś. W 1995 roku „Ursus” mógł wyprodukować i sprzedać 28 tyś. maszyn, ale z braku funduszy na zakup materiałów, sprzedali tylko 16500 ciągników. Relatywnie zmniejszano koszty produkcji – głównie na skutek zwolnień grupowych.

Na przekór temu ożywieniu, banki nadal odmawiały fabryce kredytów. Na początku 1995 roku obiecywano, że jeśli fabryka uzyska portfel zamówień dający rentowność, czyli 23 tysiące rocznej produkcji, to otrzyma kredyty. Fabryka uzyskała zamówienia na 25 tyś. ciągników, a jednak kredytów jej nie przyznano, choć produkowano miesięcznie 2000 ciągników. Ratując tempo produkcji, „Ursus” o trzy miesiące przedłużał swoje płatności dla kooperantów, godzących się na to w oczekiwaniu na obiecany kredyt dla zakładu macierzystego.

Całkowite zamknięcie zakładu jednak nie wchodziło w rachubę z dwóch powodów. Pierwszy, to olbrzymie świadczenia socjalne, które by musiano płacić dla 12,5 tysiąca bezrobotnych. Drugi – to fatalny wydźwięk propagandowy, wywołany zakłada chluby socjalistycznej gospodarki i niekwestionowanego światowego potentata w produkcji ciągników o wielkiej renomie.

W 1995 roku, a więc po czterech latach walki o przetrwanie, ursuska „S” wywiera presję na rząd J. Oleksego, aby nie dopuścił do likwidacji fabryki. Mieli argumenty nie do odparcia: ciągniki równe najlepszym na świecie; dobra sieć międzynarodowej sprzedaży i odnawiający się zbyt krajowy.

W tym samym jednak czasie rząd prowadził ciche rozmowy z firmą AGCO, która wykupiła Fergussona. Chce sprzedać „Ursusa”. Nawieść o tym, wybuchają kolejne strajki załogi. Ostatecznie rządzący zdecydowali się na umorzenie 85 proc. długów fabryki, ale układ o umorzeniu nie został zatwierdzony. Agencja Rozwoju Przemysłu (rozwoju czy zagłady?) wykupiła od banków długi „Ursusa” rzędu jednego miliarda złotych. Jeżeli więc ugoda zostanie zatwierdzona, wówczas nieuchronne jest przekształcenie zakładu w spółkę wierzycieli. Jakich to wierzycieli? To oczywiste – Agencja Rozwoju Przemysłu po to wykupiła wierzytelności zakładu, aby go sprzedać wspomnianej firmie AGCO. Takie było rozdanie kart tego szulerskiego pokera do czasu wyborów parlamentarnych A.D. 1997. Czy „Ursus” pójdzie za bezcen w obce ręce śladem setek innych zakładów – rozstrzygnie nowy rząd, pseudo-solidarnościowy, choć takich solidarnościowych rządów – z wiadomym skutkiem, przeżyliśmy już kilka.

W pięcioletniej bitwie o „Ursusa”, rozstrzygającą rolę odegrała autentyczna „Solidarność” tego zakładu. Wybijały się tam dwie indywidualności o bezinteresownych intencjach i patriotyzmie. Byli to: przewodniczący zakładowej „Solidarności” Zygmunt Wrzodak oraz Andrzej Krzepkowski – redaktor biuletynu zakładowego. Ten drugi już został zamordowany przez „nieznanych sprawców”. Wrzodak jeszcze żyje, ale jest poddawany fanatycznym, zmasowanym atakom polskiej żydolewicy, za swoją walkę o ocalenie zakładu oraz bezkompromisowość w jednoznacznym wskazywaniu sprawców piątego rozbioru Polski. Dla zobrazowania metod i temperatury tej walki, na zakończenie przytoczę zestaw pocisków wystrzeliwanych przez żydomasońskich kompradorów przeciwko Wrzodakowi, oraz dwie jego wypowiedzi rekapitulujące jego polityczne i narodowe credo:

Władysław Bartoszewski:

Wrzodak – wiadomo kto. To jest polski hitleryzm, który ja będę zwalczał. A. Szczypiorski: Wrzodak jest małym człowieczkiem spod budki z piwem (…). Na początku lat 30. w Niemczech lumpy i łobuzy wywrzaskiwały programy, które jak ulał pasują do mentalności Wrzodaka1. Andrzej Micewski, poseł „katolicki”:

Dołączam swój głos do potępień wystąpienia Zygmunta Wrzodaka, który 25 czerwca 1996 w „Ursusie” w rocznicę czerwca 1976 w obecności Prymasa Polski powiedział, że różowe hieny z KOR, żerują na robotnikach (…)2. Zbiorowy list protestacyjny przeciwko wystąpieniu Wrzodaka podpisali „górale”:

W. Bartoszewski, S. Bratkowski, A. Hall, ks. L. Kantorski, M. Komorowska, T. Mazowiecki, A. Międzyrzecki, S. Stomma, H. Suchocka, J. Turowicz, A. Wajda, A Wielowieyski3. Piotr Wierzbicki – red. naczelny „Gazety Polskiej”, odmówił wydrukowania tekstu Z. Wrzodaka pt.: Przystanek Niepodległość (styczeń 1997 r.).

Fragment wystąpienia Z. Wrzodaka, który tak rozjuszył Żydów, już cytowałem w innym rozdziale. Wobec tej nawałnicy oszczerstw i wyzwisk, uwierzytelnię Wrzodaka innym fragmentem jego wystąpienia, które tak rozjuszyło „górali”:

Środowisko polityczne, które symbolizuje Geremek, Michnik i Kuroń4 właśnie, alergicznie reaguje na retorykę narodowo-katolicką. Lewica laicka słysząc hasło: Bóg-Honor-Ojczyzna i widząc aspiracje katolickiego Narodu Polskiego, natychmiast cofa się do swego ideowego matecznika, by wraz ze swymi pobratymcami – komunistami, wytaczać armaty – argumenty grzmiące o zagrożeniu czarnosecinnym, faszystowskim, klerykalnym, nacjonalistycznym, hitlerowskim, etc., etc. Znamienne, jak bardzo jednoczą się Michnik z Urbanem, Labuda z Sierakowską i Marcin Król z Markiem Królem. (…)

Zygmunt Wrzodak w 1997 r. kandydował do sejmu z listy ROP. W ostatniej chwili został skreślony z listy przez przywódców ROP. Skreślenie Wrzodaka wykazało, że przywódcy ROP, to w istocie tuzinkowi polityczni kurduple. Stracili „murowanego” posła o jednoznacznej polskiej, patriotycznej postawie, tak różnej od ich kunktatorskich zachowań. Ponieśli zasłużoną klęskę wyborczą.

Henryk Pająk

Fragment jednego z rozdziałów z „V Rozbioru Polski”.

a

Tags :

Komentowanie zamknięte.