Najnowsze

Opublikowano Czerwiec 14, 2013 Przez stophasbara W Bez kategorii

Tendencje samobójcze narodu polskiego – Adolf Bocheński, cz. I

a5

CZĘŚĆ I.

I.

Dwojakie są zdania co do wagi dziejów. Jedni dowodzą ogromnej wartości historii dla zastosowania jej do życia bieżącego. Takim było zapatrywanie starożytnych: „Historia est magistra vitae”. Napoleon stwierdził, że zawdzięcza wiele Macchiavelemu i Monteskiuszowi. Ostatnio hr. Skrzyński nie waha się cytować wojny trzydziestoletniej i pokoju wiedeńskiego dla poparcia swoich teorii na przyszłość. Ale zdanie wprost przeciwne zdaje się mieć więcej zwolenników w naszej dobie. Zdanie, iż historia się nie powtarza, widzi się często na szpaltach prasy. Z tej strony Wilson zapowiedział nową erę, pewną głęboką zmianę w stosunkach między narodami, przy czym doświadczenie lat ubiegłych żadnego nie miałoby znaczenia.

Marszałek Piłsudski pisze „o ile porównania historyczne istnieć mogą”. Mnóstwo uczonych socjologów walczy wciąż o tę kwestię. Zadziwia wprost olbrzymia literatura tego tematu. Nie będziemy wchodzili w teoretyczne argumenty, które jedna lub druga strona przywodzi dla poparcia swojej tezy. Ograniczymy się na zgrupowaniu paru zdarzeń realnych, które by szalę prawdopodobieństwa na tą lub tamtą stronę przeważyły. Studiując dzieje powszechne, spostrzegamy z łatwością, iż każdy naród, w granicach praw ogólnych rozumie się, inaczej kształtował swoje stosunki zewnętrzne. Przede wszystkim twierdźmy więc, iż naród A inaczej odpowiadał na podnietę X niż naród B. Różnice te nie dadzą się przypisać zmienionym okolicznościom lub przypadkowi. Występują one bowiem w każdej okoliczności przez cały ciąg dziejów i one te dzieje formują. Gdyby kto, studiując historię turecką, znalazł w danej chwili fakt, iż Turcja dążyła do zawarcia wieczystego pokoju z sąsiadami, uczułby się bardzo zdziwionym. Może przeczytałby nawet ów rozdział po raz drugi, by się upewnić. Natomiast fakt taki w historii Belgijskiej minąłby niepostrzeżony. Rzeczywiście dzieje Belgijskie nie wykazują nigdzie ekspansji ze strony tego narodu. Prowadził on raczej politykę obronną, co leżało w jego charakterze. Turcy natomiast mieli zawsze pociąg do zdobywania ziem sąsiednich. Charaktery te przejawiły się tu i tam po tysiąc razy w najrozmaitszych okolicznościach. Widzimy więc, że istnieją pewne cechy ludzkie, wspólne dla całego narodu. Czytelnik, który przeczyta pewnego dnia w swoim dzienniku, iż rząd angielski postanowił zatopić swoją flotę wojenną dla utrzymania pokoju, zada sobie niewątpliwie pytanie, czy to on oszalał czy redaktor dziennika. Historyk zada sobie podobne pytanie, znalazłszy ten fakt w średnich wiekach. A jednak Polska uniemożliwiła istnienie swej flocie 300 lat temu. Gdyby zaś dziś Sejm tę uchwałę przeprowadził, miałbym więcej powodów do oburzenia, niż zdziwienia.

II.

Niewątpliwie nie każdy naród posiada dość obszerną historię, by z niej wnosić o jego rysach charakteru w stosunkach zewnętrznych. Wiele z nich zadowalało się rolą biernego pionka w ręku monarchów i ministrów. Ale istnieje z drugiej strony parę narodów, które politykę zagraniczną własnymi kształtowały rękoma, parę innych, które zawsze mówiły, co o niej myślą. Historia ich każda poszła inną koleją. Studiując ich dzieje, dojść możemy do tych rysów, które raz ukształtowane (w genezę się nie wdajemy) z kolei oddziałują niezmiennie na swój i sąsiadów rozwój. Wiele decydujących w dziejach świata zdarzeń przypisać należy wyłącznie działaniu tych charakterów. Bardzo jasno ujmuje tę prawdę Monteskiusz, rozpatrując powody zwycięstwa Rzymian w wojnach punickich: „Rzymianie pragnęli zwycięstwa dla swej pychy, Kartagińczycy dla chciwości; pierwsi chcieli panować w 30 prowincjach, drudzy wzbogacać się nimi i ci ostatni, wiecznie rachując dochody i rozchody, nie lubili nigdy wojen, choć je prowadzili”. Jeszcze bardziej oczywiście ukazuje się wpływ usposobienia narodu w dziejach Wielkiej Brytanii. Tu każdy krok jest jak gdyby dyktowany przez jeden i ten sam umysł zdobywczy i daleko przewidujący. Indie natomiast zawsze poddawały się prawie bez walki każdemu, kto po nie rękę wyciągnął.

 A więc już pierwszą wielką zasługą historii jest stwierdzenie istnienia tych różnic charakterów i skrystalizowanie ich dla poszczególnych narodów. Rzeczywiście znajomość charakteru tak swego, jak i sąsiednich narodów jest niezwykle cenną dla męża stanu, jak i dla historyka. Cezar poświęca wiele kart rozpatrywaniu charakteru danych szczepów, karty te niemało mu zaszczytu przynoszą i wiadomościom w nich zebranym wiele sukcesów zawdzięcza. Nikt zaś lepiej nie rozumiał wagi charakteru narodów odnośnie do polityki jak Napoleon. Daje on tego dowód w swej sławnej nocie do Dyrektoriatu z pierwszego termidora roku drugiego o prowadzeniu wojny w Hiszpanii czy we Włoszech. Również Bismarck nie wahał się opierać swoich kalkulacji na usposobieniu narodu francuskiego. Ale to tylko pośrednio dotyczy tematu. Ubocznie odpowiadamy na pytanie, czy znajomość dziejów może posłużyć w życiu bieżącym. Przede wszystkim zaś mogliśmy stwierdzić, iż znając usposobienie narodu, rzec możemy, do czego w danej chwili będzie miał skłonność. Z tego bowiem poprzednie twierdzenie samo wynika.

III.

Przeciwnicy stosowania doświadczeń dziejowych do życia, przywodzą ważny argument różnorodności wypadków. W samej rzeczy okoliczności zdarzeń dziejowych są bardzo niejednolite. W treści swej jednak, w istocie samej, fenomeny współżycia narodów wykazują odwieczne analogie. Na przykład wojna jest zjawiskiem bardzo częstym i w istocie swej niezmiennym. Wszystkie jej fazy, jak starania się o sojuszników, prowokowanie przeciwnika, by sam przedwcześnie wojnę zaczął, działania militarne, zawieranie pokoju i tyle innych powtarzają się niezmiennie. I cóż stąd, że jeden naród zamieszkuje równinę, inny góry, jeden jest monarchią, drugi rzeczpospolitą, jeden dopiero co wojnę ukończył, drugi od 100 lat pokoju zażywa? Zawsze i wszędzie przejść przez te fazy musi i jednych zasadniczych metod używać. Działania militarne, choć związane ściśle z techniką, a przeto z natury swej niestałe, zostawały częstokroć opracowywane i podstawowe ich zasady pozostały do dziś nietknięte. Natomiast działania polityczne, choć niezależne od postępów technicznych, a zawisłe li tylko od umysłu ludzkiego, z natury niezmiennego, nie są dotąd ujęte w system. Raczej we wspomnieniach i monografiach, niż w specjalnych traktatach szukać należy odpowiednich wskazówek. Z drugiej strony oczywistość i pozorna łatwość znalezienia prawideł sprawia, iż mężowie stanu sądzą, że sami bez trudności do nich dojdą. Nie odstępujmy od przykładu wojny: wskaźnik, by starać się o pokój w chwili sukcesu, nie zaś porażki, nie wymaga historycznego udowodnienia i znajdzie go każdy logicznie myślący minister. W naszych czasach cały Sejm lub obszerna komisja decyduje o tym. Tu by się przydało więcej znajomości historii. Pewnik wyżej podany bowiem jest nie tylko oczywisty, ale i po stokroć w dziejach stwierdzony. Powinien więc być znany jako taki. Wiele pewników podobnych istnieje, choć dotąd nie zostały skrystalizowane. Nie jest tu miejsce gruntować to zdanie. „Dociekanie właściwych, głębszych przyczyn jest bowiem zadaniem bardzo trudnym i zbyt często zupełnie dowolnie rozwiązywanym”, pisze prof. Barth[1]. Ograniczymy się do przedstawienia praw najprostszych i stwierdzenia czy naród nasz do nich się stosował. Spoglądając na dzieje współżycia narodów, widzimy jakoby wielki film, w którym narody raz powstałe rozwijają się kosztem drugich, dochodzą do zenitu jeśli mają charakter i okoliczności ku temu, kurczą się po tym i innym miejsce zostawiają. Wrażenie niestałości, wrażenie ciągłej zmiany jest dominujące. Wrażenie walki ani słabszej, ani silniejszej, ciągle tej samej. Ale im głębiej dzieje badamy, tym jaśniej przekonujemy się ile pierwsze wrażenie trafnym było. Od roku 6.000 p. Chr., kiedy wojny przedhistoryczne dzieje wojen rozpoczynają, nie ma ani jednej chwili, która by nie była chwilą wytchnienia do dalszej walki. Walką zajęli Żydzi ziemię Kanaanów. Walką bronili jej przed szczepami sąsiednimi. Walką brali ich w niewolę Asyryjczycy i Babilonie. Walką odbijali Machabeusze. Walką rozprószył ich po świecie Tytus. Walką zajęli Ariowie Indie i Europę. Walka wzniosła i poniżyła stanowisko Egiptu. Walką zwyciężył Rzym Kartaginę. Każdy podręcznik historii pozwoli dociągnąć do dziś dnia owe koło, potworne być może, ale jedynie realne. Występowanie tego zjawiska w tak gruntownie zmienionych okolicznościach, dowodzi, że walki te nie są spowodowane przypadkiem. Jednym z haseł wprowadzenia republik, była rzekoma chęć przeszkodzenia wojnom prowadzonym przez ambitnych monarchów. Aliści statystyka wykazuje, że republiki bardziej są wojownicze od monarchii. Dlatego możemy powiedzieć, iż między narodami, jak w naturze, istnieje walka o byt o podłożu nieświadomym.

 IV.

Nizina sarmacka – pisze hr. Skrzyński – tak wielka jaką jest, zdaje się być za ciasną dla dwóch narodów, które ją zamieszkują. Zdanie to przestanie być paradoksalnym, gdy przyjmiemy prawo walki o byt. Rzec można zaiste, iż każda ziemia zamieszkała przez dwa sąsiadujące narody, stanie się dla nich za ciasną. Dobrze li to jest, czy źle? W umysłach li naszych leży przyczyna tego stanu, czy poza nami? Nie wiemy, nie staramy się wiedzieć i przestrzegamy przed tym czytelnika. Zbyt bowiem rasa słowiańska jest skłonną do abstrakcji przy zupełnym lekceważeniu życia realnego. Prawo walki o byt tak mocno tkwi w historii, iż trudno przypuszczać, by naraz działać przestało. Za naszego jeszcze życia świat toczył wielką wojnę, najbardziej krwawą w dziejach cyfrowo (nie procentowo). Bezpośrednio po niej jednak wystąpiło silnie hasło wiecznego pokoju. Propagowane przez Wilsona, przyjęte przez wszystkich bodaj ministrów państw zwycięskich, rozgłaszane z zapałem przez liczne koła poparcia Ligi Narodów, hasło to jest za silne, by je można zbyć milczeniem. Starajmy się oświetlić chwilę dzisiejszą na tle dziejów, wojny zasadniczo rzadko bywają nierozegrane. Zwycięstwa natomiast najczęściej bywają połowiczne. Zawierając pokój, naród, który zdobył cel aktualny, wierzy, że nieprzyjaciel z odwetu zrezygnuje. Ponieważ jednak fakty, podobnie jak zrezygnowanie z odwetu, są raczej rzadkie, naród ów nie czuje się całkiem pewny. Nie dziw więc, iż częściowi zwycięzcy, którym zabrakło woli lub siły do zupełnego pognębienia wroga (jak Włochy Austrię), przywołują na pomoc hasła filozoficzne, wpływające w kierunku pacyfistycznym, ponieważ wojna wyjść już teraz może od strony pokonanej, z pokoju niezadowolonej. Tak więc nie należy się dziwić i zbytniego znaczenia temu przywiązywać, jeśli Francuzi, nie mogąc Niemców bardziej osłabić niż to uczynili, chwycili się z radością haseł Wilsona, które w zastosowaniu miały dać krucjatę całego świata na stronę atakującą, którą tym razem mogły być tylko Niemcy. W ten sposób tak nagła pokojowość przestaje być prądem powszechnym i nowym, a staje się po prostu jednym z wielu sposobów dyplomatycznych. Zrozumieć też łatwo, iż owa pokojowość istnieć będzie tak długo, póki zwycięscy między sobą się nie pokłócą i, sprzymierzywszy się z niedawnymi wrogami, nową konstelację ułożą. Wtedy ci sami, którzy najgłośniej o krucjatę pacyfikującą wołali, będą musieli walkę rozpocząć, by nie dać nieprzyjaciołom czasu na zbrojenia. Tak to Rosja po pokojowych hasłach świętego przymierza sama pierwsza Turcji wojnę wypowiada. I także za czasów świętego przymierza byli utopiści, biorący ten manewr polityczny za rękojmię wiecznego pokoju. Jakim był np. Saint Simon (Dzieła tom 39 strona 99). Można jednak wierzyć w nową erę pokoju, jako reakcję po okresie gwałtownych zmagań. Z tego punktu widzenia rzeczywiście można się spodziewać pewnego okresu pokojowego dla wytchnienia i zebrania środków na nową rozprawę. Czy jednak okres ten będzie długi? Wojny Napoleońskie, choć głębiej wstrząsnęły podstawami Europy, nie pociągnęły za sobą dłuższej pauzy pokojowej. W chwili bowiem, gdy w interesie Rosji, jednego z państw gwarantujących pokój, stała się zbrojna rewolucja w Grecji, prysnęły wszystkie wzniosłe zasady. Podobny był los haseł pokojowych, głoszonych już tak często w dziejach.         W obecnych stosunkach wierzyć w wieczny pokój może każdy, kto dziejów nie zna, lecz rozbrajać swój naród            w imię tej wiary, może tylko zbrodniarz.

V.

Jeżeli przyjmiemy prawo walki o byt, tedy musimy się zgodzić i na to, że naród, który poza tą walką stoi, zginąć musi. Narody, jak indywidua – pisze gen. Bonnal – nie mogą utrzymać swej państwowości i swego charakteru, jak tylko pod warunkiem, że walczą bez przerwy i zwycięsko (L’Esprit de la Guerre moderne). Jeżeli narody stale walczą między sobą o panowanie, to ten między nimi, który czy to z powodu religii, czy charakteru, czy fałszywego rozumowania, czy nareszcie przypadku przestanie szukać zdobyczy i pozwoli sąsiadom się wzmocnić i wybrać im dogodną dla nich chwilę rozprawy, naród ten musi zniknąć z listy wolnych narodów. Jest to logicznie pewne, ale i w historii zawsze znajduje potwierdzenie. Rzeczywiście wszystkie narody od Indii do Polski, które jasnego poczucia konieczności walki zaczepnej nie posiadały, gorzko za to zapłaciły. Klasycznym tego przykładem był naród żydowski. Nigdzie bowiem chyba wyraźniej niż tam dzieje nie dały potomnym wskazówek. Trzykroć ów nieszczęśliwy naród stawał się niewolnikiem wzmocnionych sąsiadów i trzykroć uwolniony zapominał o przyczynach klęski, zakładał ręce i całą energię ku zwalczaniu wielkich mężów wysilał.

Jeżeli więc wykraczanie przeciw prawom współżycia narodów przynieść ma jakie skutki, tedy nie można się dziwić wiekowej niedoli tego narodu. Żaden bowiem bardziej historią nie pogardził.

Aliści w dziejach narodów pokonanych widzimy i takie, które nie tylko łatwowiernością nie grzeszyły, ale przeciwnie, zbrojeniami właśnie koalicję sąsiadów i upadek swój przygotowywały. Otóż trzeba tu uniknąć nieporozumienia: nie wolno nam stwierdzić, że naród, który nie sprzeniewierzy się prawom walki o byt, może już stąpać z zamkniętymi oczyma. Przypadek lub stosunki wewnętrzne mogą równie silnie szkodzić. Niemniej pozostanie faktem, że kto w walce o byt udziału nie bierze, ten zginąć musi. Jak więc wytłumaczyć upadek Rosji, Niemiec i Austrii, które to jak najsumienniej sąsiadów niszczyły. Przede wszystkim odłączmy Austrię i Rosję, które to państwa ucierpiały przeważnie dzięki swym stosunkom wewnętrznym. Pozostają Niemcy. Sprawa ta jest świeżą, że nigdy prawie nie rozpatruje się jej bezstronnie. Zwycięzcy składają winę wybuchu wojny na pokonanych tak bezwzględnie, iż zdanie przeciwne jest uważane za zdradę. Francuzi sami jednak przyznają, iż wygraną należy przypisać świetnemu stanowi armii i powszechnej nienawiści do Niemców z jednej, a dyplomacji z drugiej strony. Cóż z tego wynika? Czy militaryzm uchronił Niemców od klęski? Bynajmniej, lecz gnuśność byłaby ich o wiele drożej jeszcze kosztowała. I tu właśnie rzuca się nam przemożnie w oczy jedno pytanie jedynie głębsze, które sobie pozwolimy roztrząsnąć. Czy warto długich lat kosztownych zbrojeń i krwawych dni walki, by okupić nimi wolność? Czy warto? Otóż przede wszystkim złudzeniem jest mniemanie, jakoby utrata wolności pociągała za sobą zaniechanie zbrojeń i bojów. Bywa nawet wprost przeciwnie. Historia nas uczy, iż narody zawojowane musiały często płacić i wykonywać wyprawy przeciw własnym rodakom. W wojnie światowej nieraz Polacy walczyli przeciw sobie, dla obcego interesu, obcych państw, które potrafiły łatwowiernych zawojować. To są strony, które przynosi niewola, spójrzmy jeszcze raz na korzyści realne militaryzacji. W przygotowaniu swego planu ofensywnego na Francję, Moltke przewidywał dwa sposoby obejścia armii francuskiej albo przez Szwajcarię, albo przez Belgię. W równej mierze jak warunki geograficzne porównanie sił obu armii rozstrzygnęło przemarsz przez Belgię, która znacznie niżej stała militarnie od Szwajcarii. Z drugiej strony wiemy, iż opór Belgii, tak słabym jakim on był, uniemożliwił zniszczenie armii francuskiej i tym samym stał się nieodzownym składnikiem jej późniejszego zwycięstwa. Dlatego rzec można, iż gdyby Belgia miała armię silniejszą, uniknęłaby 4-letnich męczarni, gdyby miała słabszą, dotąd byłaby pod obcym panowaniem. Reasumując całość, widzimy, że istnieją prawa, które rządzą współżyciem narodów. Jednym z nich jest, iż naród, który nie bierze udziału w walce o byt, upaść musi. A teraz spójrzmy na stosunek Polski do tego prawa. Naród trzeba brać jako całość w ciągu całych jego dziejów, pisze Dmowski w „Polityce Polskiej”. To dopiero może dać pojęcie o jego ostatniej wartości. Pójdziemy za tą metodą, zobaczymy jakie nam ona da wyniki.

Komentowanie zamknięte.