Najnowsze

Opublikowano Styczeń 9, 2013 Przez Jan W Bez kategorii

Rozgrzani sędziowie

Źródło: http://www.bibula.com/?p=66339

Data publikacji: 8.01.2013

Rotmistrz Witold Pilecki przed stalinowskim sądem w Warszawie (1948 r.) Repr. M. Skorupski/Forum

Rotmistrz Witold Pilecki przed stalinowskim sądem w Warszawie (1948 r.) Repr. M. Skorupski/Forum

 

W latach 1944-1956 z przyczyn politycznych skazano na bardzo wysokie kary setki tysięcy ludzi. Tysiące zabito w śledztwach, kilkadziesiąt tysięcy w walkach, obławach, pacyfikacjach… Na mocy wyroków sądów stalinowskich stracono kilka tysięcy. Były to w istocie mordy sądowe, popełnione w majestacie „prawa”. Zarówno prokuratorskie śledztwa jak i rozprawy sądowe były kpiną z wymiaru sprawiedliwości.

Przy okazji pewnego procesu, w którym został skazany niejaki doktor G. (za branie łapówek), sędzia sądu rejonowego (a więc najniższej instancji) pozwolił sobie na komentarze i oceny, wybiegające daleko poza to, do czego był uprawniony. Dokonana przez niego ocena historyczna (a więc i polityczna) postępowania prokuratury i Centralnego Biura Antykorupcyjnego i porównanie działania tych instytucji do praktyk okresu stalinowskiego słusznie oburza tych, którzy patrzą na problem zdroworozsądkowo. Jeśli w toku postępowania, zbierania dowodów, ich oceny itp. doszło do nieprawidłowości, to jak najbardziej powinny być one wskazane i napiętnowane. Jak na razie dowiedzieliśmy się o „nocnych przesłuchaniach”, tak, jakby to było jakieś curiosum, w innych przypadkach w ogóle nie stosowane! Ale dobrze wiemy, że tak nie jest. Jeśli sędzia chce o tym zawiadamiać organa ścigania i ma ku temu solidne podstawy, to dobrze.

Jednakże odwołanie się do najbardziej krwawego okresu w dziejach prokuratury i sądownictwa w dziejach Polski, do okresu stalinowskiego – świadczy albo o wyjątkowej niekompetencji i ignorancji sędziego, albo też o wyjątkowo złej woli z jego strony.

W latach 1944-1956 (czyli w okresie umownie zwanym stalinowskim) z przyczyn politycznych skazano na bardzo wysokie kary setki tysięcy ludzi. Tysiące zabito w śledztwach, czyli oskarżeni nawet nie doczekali do rozprawy sądowej. Kilkadziesiąt tysięcy zabito w walkach, obławach, pacyfikacjach… Na mocy wyroków sądów stalinowskich stracono kilka tysięcy. Były to w istocie mordy sądowe, popełnione w majestacie „prawa”. Zarówno prokuratorskie śledztwa jak i rozprawy sądowe były kpiną z wymiaru sprawiedliwości. To przecież wszystkim już wiadomo a sędziowie powinni być z tym wyjątkowo dobrze obeznani.

I co? Po 1989 roku, w III RP, nie skazano żadnego prokuratora, żadnego sędziego! Czyżby to wszystko odbywało się wówczas w majestacie prawa, śledztwa i rozprawy sądowe były prowadzone praworządnie (co najwyżej z drobnymi uchybieniami) i dziś nie ma o czym mówić? Ci sędziowie i prokuratorzy, którzy dożyli okresu przemianowania PRL w III RP łagodnie przechodzili w intratny „stan spoczynku”, zachowując nad sobą ochronny parasol prawny. „Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało,”?… Mordercy w togach, lub w mundurach oficerskich miękko lądowali w nowej rzeczywistości, co miesiąc sowicie zaopatrywani w apanaże z naszych podatków. Byli też tacy, którzy nadal „robili w zawodzie” lub przeszli do intratnej adwokatury.

Ilu to było ludzi? Tego dokładnie nie wiemy, ale warto przypomnieć instytucje odpowiedzialne za komunistyczny terror sądowy. A zatem: prokuratura powszechna i wojskowa, w tym: Wojskowe Prokuratury Rejonowe i Naczelna Prokuratura Wojskowa; sądownictwo powszechne (w tym osławione „sekcje tajne”) oraz sądownictwo wojskowe: Wojskowe Sądy Rejonowe i Najwyższy Sąd Wojskowy; wojskowe sądy garnizonowe, Sąd Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego… Był to całkiem pokaźny aparat stalinowskich represji, liczący tysiące ludzi! Nikt z nich nie został sądownie rozliczony, pozostały po nich zbrodnie sądowe i krzywda setek tysięcy ofiar.

Był to aparat (nie)sprawiedliwości, któremu możemy przypisać różne cechy, ale żadna z nich nie wiązała się z niezależnością i niezawisłością. Były to bowiem instytucje niejako „prywatne”, należące do rządzącej partii komunistycznej (PPR-PZPR), która sama w sobie była sowiecką agenturą.

Porównywanie dziś legalnych instytucji państwa (jakimi są prokuratura i Centralne Biuro Śledcze) i ich praktyk, do okresu stalinowskiego wzbudza bardzo negatywne uczucia. Instytucje III RP nie są własnością jednej partii. Jak dotąd, nie wiemy nic o rażącym przekroczeniu uprawnień w stylu stalinowskim w sprawach tego typu (co nie znaczy, że obywatele są w pełni zadowoleni z ich funkcjonowania). Są wprawdzie całkiem oficjalne zakusy, aby zawłaszczyć i tę dziedzinę. Słyszeliśmy już wypowiedzi o tym, jak to „rozgrzani sędziowie” tylko czekają, aby stać się narzędziem w rękach polityków. Mamy namacalne i widoczne przykłady dyspozycyjności sędziów, z którymi „idzie załatwić” to i owo nawet na telefon „od polityka” (ma się rozumieć – odpowiedniej orientacji, czyli partyjnej przynależności).

Prokuratorzy i funkcjonariusze CBA, którzy wykonywali czynności w tej sprawie, które sędzia uznał za „stalinowskie”, pracowali bądź nadal pracują, przy wielu innych postępowaniach. Jeśli tak, to dlaczego nie są ścigani za swe „zbrodnicze” metody? Co więcej – dlaczego nic nie wiemy o tych metodach i praktykach? Pewnym kryterium prawdy będą konsekwencje, jakie ich spotkają po zawiadomieniu organów ścigania przez nader dociekliwego i tak wnikliwego sędziego.

Cały czas pozostaje jednak problem – jeśli sędziowie i prokuratorzy z okresu stalinowskiego cały czas zachowują immunitety, żaden z nich nie stanął za ówczesne praktyki przed sądem, żaden nich nie został osądzony, to jak mamy sobie wytłumaczyć, że można to robić odnośnie prokuratorów i funkcjonariuszy państwa z okresu zwanego umownie „IV RP”? W czym ci ostatni są gorsi, czy mamy przykłady gorsze niż sprawa Witolda Pileckiego, Adama Doboszyńskiego, Włodzimierza Marszewskiego i wielu tysięcy innych ofiar zbrodni sądowych?

Sędzia nie tylko myli epoki i metody działania organów, które z samej nazwy powinny stać na straży sprawiedliwości. Z sędziego, który skazał niejakiego doktora G z łapownictwo (to uznał przecież za całkowicie udowodnione) już po procesie przeistoczył się w jego… obrońcę, sugerując, że był on zatrzymany bezzasadnie. Uznał też, że gdyby on (jak też inni zatrzymani w tej sprawie) wystąpili o odszkodowania i zadośćuczynienia (!?), „to z pewnością sąd by im je zasądził”. Wiemy więc już, że gdyby ów sędzia dostał do prowadzenia taką sprawę (sprawy), to sowite „odszkodowania” byłyby po prostu pewne…

Była to dopiero pierwsza instancja i należy przypuszczać, że obie strony, czyli zarówno prokuratura jak i skazany, odwołają się od wyroku. Na dobro sędziego, który tak ochoczo wyskoczył z (nie)wiedzą o okresie stalinowskim i ówczesnych praktykach można zaliczyć fakt, że pobudzi to dyskusję o „grubej kresce” i braku rozliczeń prawnych popełnionych wówczas masowych zbrodni w majestacie „prawa”.

A farsą jest fakt, że do „obrońców” rozgrzanego sędziego natychmiast dołączył były członek Biura Politycznego Leszek Miller i inni towarzysze… Są oni przecież spadkobiercami politycznymi i moralnymi stalinowskiego terroru (tego „prawnego” i pozaprawnego), przez wieloletnią działalność w organizacji, która ma ciągłość ideową i organizacyjną z PPR-PZPR.

Leszek Żebrowski

 

 

 

 

 

 

 

Komentowanie zamknięte.