Opublikowano Czerwiec 22, 2017 Przez a303 W Świat

Roi Tov zaginął ….może go uciszono

Nieznany los blogera i felietonisty portalu Veterans Today

Roi Tov, autor książek Krzyż Betlejemski I i II [The Cross of Bethlehem] i felietonista  Veterans Today, zaginął, i niektórzy spekulują, że Izrael mógł uciszyć go na zawsze.

a

Tov wcześniej służył jako oficer w izraelskiej armii, ale nie mogąc wytrzymać codziennych horrorów okupacji, nawrócił się na chrześcijaństwo i zaczął mówić publicznie o ogromnych naruszeniach praw człowieka przez żydowskie państwo. Jego działalność doprowadziła do odebrania mu izraelskiego obywatelstwa i ucieczki z kraju. W końcu osiedlił się w Boliwii, gdzie początkowo dano mu status uchodźcy, ale Tov, w wielu wpisach na swoim blogu wyrażał opinię, że Boliwia i rząd Evo Morales zawarli faustyczny układ z Izraelem żeby jego życie zamienić w piekło. Wkrótce zatrzymywano go na ulicach La Pa, a niekiedy atakowano fizycznie (zob. artykuł poniżej).

Swoje doświadczenia Tov opisał w dwu książkach Krzyż Betlejemski, wydanych w 2009 (I) i 2012 (II).

W ostatnim wpisie pod koniec sierpnia 2014 wyraził pogląd, że znalazł się na celowniku by go zabić [very last post], i zakończył go słowami: „Dziękuję za wam za czytanie mnie w ostatnich latach”.

***

Roi Tov uciszony

Ariadna Theokopoulos

Jak pisze Eileen Fleming  [a report by Eileen Fleming], Roi Tov mógł zostać uciszony na zawsze.

Izraelski dysydent i płodny pisarz, Roi Tov, urodził się w Ameryce Południowej i dorastał jako Reuven Schossen, w zwartej wspólnocie komunistycznego kibuca wzdłuż Doliny Jordanu.

a

Po 4 latach służby w Izraelskich Siłach Zbrojnych, kpt Schossen przeszedł do rezerwy i ukończył 4 stopnie [fakultety?], 3 w fizyce chemicznej.

W drugiej książce Krzyż Betlejemski II: z powrotem w Betlejem napisał:

„Był rok 1983, ale w szkole przerabialiśmy książkę 1984 Orwella, która przeraziła nas swoim podobieństwem do życia w Izraelu.

Wojnę libańską, która rozpoczęła się rok wcześniej, nadal rząd nazywał ‚wojną o pokój w Galilei’.

Hebrajskie dwa słowa połączone razem brzmiały dokładnie tak samo, jak ‚wojna-pokój’, tworząc idealny orweliański oksymoron.

W naszych komentarzach wszyscy pominęliśmy oczywisty współczesny kontekst książki; taka semantyka może należeć tylko do wroga, a żyliśmy w oświeconym społeczeństwie.

Nasz rząd nie mógł świadomie dokonać takiego orweliańskiego wyboru. A jeszcze cichy głosik w mojej głowie mówił mi coś innego, i muszę zatrzymać to dla siebie. Pomyłkę pozwalającą na to by taka wywrotowa książka znalazła się na liście naszych lektur można by interpretować  jako niespójność systemu.

Ale przerażające alternatywne  wyjaśnienie było takie, że „1984” umieszczono na oficjalnej liscie Ministerstwa Edukacji celowo, żebyśmy zawsze bali się władzy i dobrze zachowywali. Była to nasza pierwsza lekcja o rządowej manipulacji narodem”.

Eileen Fleming kontynuuje:

W kwietniu 2012 w rozmowie email Tov napisał:

„W Krzyżu Betlejemskim II jest rozdział poświęcony Mordechai Vanunu, prawdziwemu bohaterowi naszej ery.  W nim omawiam powody jego i naszych prześladowań.

„W trzech głównych rozdziałach książki omawiam to co on nazwał „torturami psychologicznymi”, a ja wolę nazywać to ‚wojną psychologiczną'”.

27 czerwca 2014 Tov napisał:

„Moja sytuacja zbliża się ku końcowi. W sierpniu kończy się moja karta ATM. Nie będę mógł wybierać pieniędzy ani dokonywać transakcji internetowych.

Pozbawiony przez boliwijski rząd dokumentów, które mi ukradł, niemożliwe jest otrzymanie nowej pocztą. Kilka dni po tym będę musiał opuścić tani pensjonat, który stał się moim więzieniem i znajdę się na ulicach.

To jest państwo policyjne. Oni sprawdzają dokumenty przy wchodzeniu do miast. Nie mogę opuścić La Paz. W pełnej przemocy boliwijskiej rzeczywistości to oznacza pewną śmierć w ciągu pierwszej nocy…”

28 czerwca Eileen zapytała go: co mogę zrobić?

Tov odpowiedział:

„Dziękuję ci, Eileen,

Jest wiele rzeczy które możesz teraz zrobić.  Dbaj o siebie, mów światu o Vanunu. Dalej postępuj dobrze.

Jeśli zapytałaś konkretnie o mnie, to nie da się nic zrobić. Izrael chce mojej śmierci i wynajął brutalne, dziwaczne towarzystwo Mickey Mouse, które zaproponowało mi schronienie w złej wierze.

Czas na długą drzemkę. Tymczasem będę publikował tak dużo jak będę mógł przez tak długo jak będę mógł…”

„Co do tego pisania” – mówi Eileen – „Tov nie odpowiedział na ostatnie emaile, i mimo że publikował codziennie przez ponad 2 lata, NIE opublikował niczego od tego podsumowującego komentarza wysłanego 27 sierpnia 2014:

„Jeśli nic się nie zmieni, to umrę zabity na boliwijskich ulicach w ciągu 2 tygodni. Słowo „assassin” [ang. zabójca] pochodzi od „hashish”; historycznej grupy zabójców używających narkotyki. Prawdopodobnie nie ma żadnego lepszego wyboru wyrazów by opisać króla narkotyków rządzącego skorumpowanym krajem cicho mnie zabijającego z rozkazu państwa Izrael.

Wiele lat temu obiecałem sobie nigdy się nie poddać, pisać tak dużo jak będę mógł i tak długo jak będę mógł. Odwrotnie do Netanyahu i jego zabójców, jestem człowiekiem słowa i honoru. Nie poddając się sile dużo większej ode mnie tracę życie a zyskuję duszę. Niech Bóg okaże swoje miłosierdzie wszystkim ofiarom, które nieustannie krzyczą: „Faraonie, wypuść mój lud”.

To jest portal [the site] który utworzył i utrzymywał przez wiele lat człowiek sumienia, współczucia i wielkiej odwagi: Roi Tov.

Tu jest wspaniały wywiad  [This is a great interview] jakiego  udzielił  dla Cristophera Bollyna, i video z innego wywiadu [a video] dla Daryla Bradforda Smitha, w którym się wypowiada.

Blog Tova, RoiTov.com, dalej jest w Internecie, choć niejasne jest jak długo będzie istniał, a ci którzy chcieliby zarchiwizować ten materiał, mogą zrobic to kiedy jeszcze mają okazję.

Poniżej wpis z bloga [post from the blog] w którym Roi opisuje atak na niego przez Izraelczyków na ulicach La Paz.

Anatomia ataku: o izraelsko-boliwijskim terrorze.  Roi Tov

I nic dziwnego. Sam bowiem szatan podaje się za anioła światłości – 2 Kor 11:14

a

Miejsce ataku, mniej więcej o tej samej porze dnia

Wczesnym rankiem 23 lipca 2009, zmuszono  mnie do opuszczenia budynku kościoła gdzie mieszkałem. Było kilka minut przed 7:00. Hałas był nie do zniesienia.  Archetypową formą tortur pozbawiano mnie snu. Dwie poprzednie noce spędziłem próbując uniknąć hałasu. Przeniosłem się z pokoju na dachu do toalet w piwnicy.  To nie pomogło. Sąsiedzi po drugiej stronie ściany toalety byli współpracownikami i wycelowali we mnie urządzenie dźwiękowe. Próbowałem nocnych spacerów, ale okolica była niebezpieczna. Po kilku bliskich spotkaniach trzeciego rodzaju z pijanymi boliwijskimi zombie, zrezygnowałem.

Tego ranka wyszedłem z budynku i szedłem w kierunku centrum La Paz. Postanowiłem przejść przez rzekę Apumalla. Jak większość rzek płynących przez miasto, jest zakryta, ta płynie koło kościoła i nie jest wybrukowana. Pozwala na szybki dostęp pieszo do centrum nie będąc dostępną dla aut. Przechodzi przez nią kilka dróg i dwa razy podczas tej drogi moją ścieżkę przejechały podejrzane 4×4 ciężarówki. Przejeżdżały zbyt wolno, jakby była to misja  rekonesansowa, i nie pasowały do tego miejsca. Zwykle o tej godzinie nigdy nawet jednej nie spotkałem. Przyspieszyłem, i w końcu kilka minut później dotarłem do rogu Santa Cruz i Illampu.  To było miejsce „El Lobo”, izraelskiej restauracji, która oczywiście funkcjonuje jako podstacja Mossadu. Wzmocniony tym spacerem, szedłem dalej ulicą Santa Cruz. Była to najszybsza droga do centrum. Zrozpaczony chciałem zwiększyć dystans między mną, El Lobo i podejrzanymi ciężarówkami.

Nieco dalej na ulicy czekało czterech izraelskich mężczyzn. Prawdopodobnie spełniając ich oczekiwania, odchodziłem od nich tak szybko jak możliwe, wchodząc w aleję Linares. Było to centrum dla turystów. Było tu wiele sklepów z pamiątkami, agencji podróżniczych i tanich pensjonatów pół ukrytych w labiryncie wąskich alejek. Obawiając się, że mnie dorwą, skręciłem w lewo i zacząłem schodzić stromą i bez nazwy ścieżką prowadzącą do ulicy Murillo, i do, jak oczekiwałem, bezpiecznego miejsca. W połowie drogi usłyszałem za sobą stłumione kroki. Odwróciłem się w momencie kiedy mały, krępy Boliwijczyk doszedł do mnie, wyprzedził mnie i zatrzymał się około metra przede mną, blokując mi drogę ucieczki.

„Roy” – powiedział. To było nieprawdopodobne, między Boliwijczykami używam hiszpańskiego imienia. Czując co się działo, odwróciłem się by zobaczyć jednego z Izraelczyków których widziałem wcześniej przy ulicy Santa Cruz. Inny mężczyzna którego nie widziałem, skoczył na mnie od tyłu, ramieniem złapał mnie za gardło. W wewnętrznej części łokcia miał solidny kawałek metalu, przycisnął go do dolnej części mojej szyi. Przyciągnął go do tyłu i upadłem. Inny kryminalista złapał mnie za stopy. Odpychając je ode mnie, zwiększył nacisk na szyję. Usłyszałem dziwny dźwięk w szyi i straciłem przytomność.

Odzyskałem przytomność. Koło mnie nikogo nie było. Plecak i wszystkie dokumenty mi zabrano. Podniosłem się. Nic nie wydawało się złamane, choć dziwnie czuła się moja szyja. Szedłem do ulicy Murillo. Nic więc dziwnego, tam czekali na mnie dwaj policjanci. Przestępstwa w Boliwii dają policji dywidendy, rzadko popełnia się przestępstwo bez wiedzy policji czy nawet jej pomocy. To nie była tajemnica, pojawiało się to regularnie we wszystkich  boliwijskich mediach. Podszedłem do nich i krzyknąłem „Zaatakowano mnie”. Pomimo że stali obok mnie, policjanci ledwie słyszeli słaby szept jaki wyszedł z mojego zniszczonego gardła. Powtórzyłem „zaatakowano mnie”, i wskazałem na alejkę.

Dwaj policjanci zaczęli biec w alejkę. Nie miałem pewności czy chcieli zobaczyć miejsce przestępstwa, czy uciekali ode mnie. Poszedłem za nimi. Zatrzymaliśmy się na miejscu ataku. Wyjaśniłem im co się stało. Szli w górę, ja za nimi. Doszliśmy do alei Linares. Była pusta. Stąd szliśmy do ulicy Santa Cruz i rozglądaliśmy się. Jeden z policjantów zaczął ze mną rozmawiać, a drugi wszedł do alei Jimenez. Chwilę później wyszedł trzymając w dłoni mój nieważny boliwijski dokument tożsamości, była to jedyna rzecz która przetrwała atak. Dlaczego atakujący marnowaliby czas wybierając tę rzecz spośród wszystkich innych? Wydarzyło się więcej dziwnych rzeczy. Pierwszy policjant zatrzymał idącego ulicą młodego mężczyznę. Oni się znali, policjant zapytał go czy coś widział. Mężczyzna zaprzeczył by coś widział i go zwolniono. Wtedy policjant powiedział mi „Idź do PTJ” i obaj odeszli.

PTJ to skrót od  „Policia Tecnica Juridica”, część boliwijskiej policji zajmująca się przestępstwami. Centrum La Paz jest małe, większość oficjalnych instytucji jest blisko siebie. Szedłem w kierunku krajowych siedzib, pracują 24 godziny na dobę. Kilka minut później już tam byłem i doszedłem do stanowiska gdzie zgłasza się zarzuty, znałem je bo byłem tam po wcześniejszym ataku. Było puste. Stałem tam aż pojawił się oficer. „Zamknięte, wróć o 9:00” – powiedział. To było niemożliwe. Wskazałem na parę którą się tam zajmowano. „Jest zamknięte, wróć o 9:00” – powtórzył, wyraźnie niezadowolony z moich obserwacji.

Nie mogłem nic zrobić. Wyszedłem na ulicę i udałem się do pobliskiej siedziby UTOP. „Zajmujemy się tylko zamieszkami, idź do Centrum Sądowego”. Centrum było zamknięte. Policja na sąsiedniej ulicy kazała mi iść do Siedziby Transit Police. „Nie zajmujemy się tym, oficera policji turystycznej znajdziesz w Kościele św. Franciszka” – powiedziano mi w tranzycie. W końcu ten policjant poszedł ze mną do pobliskiego kościoła. Nie było tam żadnych znaków policji, było zbyt blisko miejsca przestępstwa i to mogło tłumaczyć ich nieobecność. Poszedłem do biura uchodźców, które jest blisko budynku policji tranzytowej. Wszedłem i czekałem przy drzwiach. Nie oczekiwano ich przed 8:30. Z kieszeni zabrano mi kilka rzeczy, moje ubranie było w opłakanym stanie, podarta koszula i pulsowało mi gardło.

Odrzucając mój niechlujny wygląd, pilnujący budynku policjant – znał mnie dobrze – kazał mi nie czekać wewnątrz i wyprowadził mnie z budynku.

Stałem obok budynku aż przyszedł ktoś z personelu. Natychmiast wezwano prawnika uchodźców. „Policja Turystyczna otwarta jest całą dobę, chodźmy tam” – powiedział. Po kilku minutach złożyłem pierwsze formalne oskarżenie. Policjantka zmieniała czas i miejsce, kilka razy musiałem ją poprawiać. Próbowała unieważnić oskarżenie. Później poszliśmy do PTJ, wtedy już otwartego. Tam złożyłem drugie oskarżenie. Oficer PTJ zmieniał wymienione przeze mnie godziny i miejsca. „Czy rozpoznasz twarz boliwijskiego wspólnika?” – zapytał. „Tak” – powiedziałem, i prawnik powiedział mi, że pokażą mi album zdjęć kryminalistów. Ale tak szybko jak pewien siebie powiedziałem „tak”, oficer zakończył nasze spotkanie. Nikt nie chciał bym rozpoznał kryminalistę.

Stąd poszedłem do Centrum Sądowego i umówiłem się na wczesne popołudnie, lekarz też powiedział mi, że nie było problemu jeśli pójdę na pogotowie przed badaniem sądowym. Tuz potem byłem na pogotowiu w katolickim szpitalu współpracującym z urzędem dla uchodź-ców. Nie miałem zamiaru  pozwolić im na badania inwazyjne albo wstrzykiwać mi leki. Lokalne szpitale słyną z wywoływania infekcji wymagających dodatkowego leczenia (i kreowania większych dochodów dla szpitala). Lekarz zbadał mi gardło. Chciał podać mi kortyzon żeby uniknąć stanu zapalnego. Odmówiłem. Nie chcieli mnie wypuścić. „W przeciwnym wypadku się udusisz” – powiedziała mi pielęgniarka. Przynieśli nową strzykawkę i pokazali mi ampułkę z kortyzonem. W końcu, po około pół godzinie, zacząłem doświadczać trudności z oddychaniem i zgodziłem się na zastrzyk.

Wczesnym popołudniem wróciłem na badanie sądowe. Kiedy czekałem na dużym podwórcu budynku pojawił się Raul Gonzales. Był boliwijskim oficerem wywiadu opisanym w Krzyżu Betlejemskim. W marcu 2007 potwierdził, ze „Izrael poprosił nas byśmy cię obserwowali”. Jego syn jest jednym z Boliwijczyków pracujących we wspólnym programie fałszywych misjonarzy z CIA, boliwijscy misjonarze mogą wejść wszędzie gdzie nie mogą wejść Amerykanie. Zignorowałem go. Lekarz powiedział mi, że mam zmiażdżone gardło. Później w tym samym roku zdiagnozowano stałe uszkodzenie gardła, jego pogorszenie jest powolne i stałe. Nikt słyszący tę historię nie wątpił, że Izraelczycy i lokalna policja popełniła wspólne przestępstwo, najwyraźniej boliwijski wywiad też odegrał zyskowną rolę. Trzydzieści cynowych monet dla boliwijskiego Judasza.

Był czwartek. Wczesnym wieczorem odprawiało się nabożeństwo w kościele. Pojawiłem się w podartej koszuli. „Chciałem coś powiedzieć” – powiedziałem do Wilsona, przewodniczącego kongregacji. „Nie” – powiedział. Wtedy już zaczął działać kortyzon. Mogłem mówić, choć z bólem. Pastor podszedł do ambony i zaczął się modlić, wszyscy wiedzieli co się stało.

„O Panie, dlaczego nas opuściłeś?” – rozpoczął pastor.

Nie pozwoliłem mu skończyć. Podszedłem do ambony i stanąłem obok niego. W końcu skrócił swoje modlitwy. Upokorzony opuścił ambonę. Był jednym z tych którzy mnie sprzedali. „Dziękuję Panu że pozwolił mi przejść przez kolejną próbę” – rozpocząłem. To zdanie niemal udusiło pastora, zapadł się w krzesło. Pokazano mu, że jego postawa nie była chrześcijańska. Teraz zrozumiał swój błąd.

„Tu zawiodłem, od lat uczę i głoszę to samo przesłanie, a ty jeszcze nie rozumiesz, że donoszenie na brata jest grzechem” – kontynuowałem.

Ludzie płakali. Ale wydali mnie i nie skruszyli się. W listopadzie opuściłem ten kościół. Dużo później spotkałem jednego z członków kongregacji. Powiedział mi, że po tym kongregację opuścili dwaj członkowie. Jeden z nich, Sergio, był mężem przyrodniej siostry Wilsona. Wiedział, że mnie wydano, i w odpowiedzi zabrał całą rodzinę z gniazda szatana. Nie każdy był winien, nie wszyscy byli kolaborantami. Prawie dwa millenia wcześniej apostoł Paweł ostrzegł nas w Gal 2:4: „A było to w związku z tym, że na zebranie weszli bezprawnie fałszywi bracia, którzy przyszli podstępnie wybadać naszą wolność, jaką mamy w Chrystusie Jezusie, aby nas ponownie pogrążyć w niewolę”.

Boliwia uznała mnie za uchodźcę, a później wydała mnie prześladowcom. Co to o nich mówi?

Tłum. Ola Gordon

Źródło: http://www.veteranstoday.com/2015/02/10/roi-tov-missing-and-perhaps-silenced/

Komentowanie zamknięte.