Najnowsze

Opublikowano Luty 12, 2013 Przez Jan W Bez kategorii

Robert Larkowski – WIZJA UPADAJĄCEGO USA

Źródło: http://larkowski.nowyekran.pl/post/87655,wizja-upadajacego-usa

Data publikacji: 11.02.2013

lar5

Historia lubi karać wielkich równie jak małych.

Historia uczy, że nie istniały imperia, które wiecznie zachowywały idealną spójność rządów, silną armię, prężną gospodarkę oraz dynamikę i parcie do zawłaszczania i podbijania kolejnych ludów i krain pod sztandarem takiej albo innej idei. Jedne funkcjonowały długo, jak Persja lub Rzym, inne waliły się w kilkanaście lat, co stało się w przypadku imperium Aleksandra Wi…elkiego, Cesarstwa Francuzów Napoleona I albo III Rzeszy Adolfa Hitlera.

Przyczyną końca imperiów jest – w wypadku tych długotrwałych, zanik idei przewodniej, demoralizacja elit, rozkład gospodarki, rozprężenie dyscypliny i wewnętrzne napięcia etniczno-rasowe, ponieważ kiedyś następuje przekroczenie masy krytycznej, która nie wytrzymuje wspólnego bytowania obok siebie skrajnie odmiennych pod każdym względem kultur, nacji i ras. Rzym rozniosły prymitywne plemiona, mające jednakże zasadniczą nad nim przewagę – prostą moralność, twarde prawa i brak seksualnego wyuzdania. Imperia krótkotrwałe giną z nadmiernego apetytu swych przywódców(dodatkowo nie posiadających swoich następców), którzy potrafią błyskawicznie zawładnąć potężnym terytorium, ale w wyniku swojej pazerności i wywoływania wojen na zbyt wielu frontach, stosunkowo szybko budują przeciwko sobie koalicję wrogich państw, które niszczą te sezonowe potęgi.

Stany Zjednoczone Ameryki Północnej powstały jako dzieło wyrzutków z Europy – protestanckich sekciarzy religijnych, kryminalnych uciekinierów przed sprawiedliwością, przypadkowych emigrantów i poszukiwaczy przygód. Gdy ten psychologiczny wulkan sprzecznych osobowości nieco ostygł i zjednoczył się na platformie pożądania ziemi, wydał wyrok śmierci na ludność rodzimą – czyli Indian. Przybysze dokonali trwającej kilkadziesiąt lat ich eksterminacji, a do pracy w ujarzmianiu nowego kraju sprowadzili niewolników z Afryki. Pierwszą „domową” rysą na świeżym jeszcze organizmie USA była wojna secesyjna, kiedy to uprzemysłowiona Północ(Unia) nie pozwoliła na samodzielną egzystencję bardziej tradycyjnemu i rolniczemu Południu(Konfederacji). Mieliśmy w tym względzie do czynienia z klasycznym konfliktem Miasta z Prowincją. Rzekome wyzwolenie niewolników(wszak w kilku stanach Unii obowiązywało niewolnictwo!) stanowiło wygodny pretekst do unicestwienia głównego prawa Skonfederowanych Stanów, którym była możliwość secesji i wypowiedzenia posłuszeństwa federalnym rządom w Waszyngtonie. USA od zarania dziejów łamały wolnościowe marzenia, czy to autochtonów, czy tych przyjezdnych i osiadłych Amerykanów, którzy nie chcieli żyć pod dyktando krwiopijców z Centrum, o obcych dla nich zwyczajach miastowych biznesmenów i bankierów. Południowców rozgromiono, pozbawiono wolności obywatelskich, masowo prześladowano, torturowano i pozbawiano własności, a samo Południe znalazło się pod faktyczną okupacją wojskową Północy. Działami i karabinami przywrócono „jedność”. Jak na pozorny, legendarny raj wolności, metody federalistów Abrahama Lincolna, przypominały bardziej nazistowskie porządki.

Właśnie, cóż to jest wolność w jankesko-północnym wydaniu, która stała się symbolem fałszywej wolności dla całej Ameryki, słowa używanego przeze mnie, nie w formie określenia kontynentu, ale synonimu USA? Protestancka, anglosaska mentalność – o judaistycznych korzeniach – narzuciła rozumienie wolności tylko w skutecznym zdobywaniu dóbr doczesnych, co według nauk buntowników przeciwko rzymskiemu katolicyzmowi i innym religiom tradycyjnym(prawosławiu, islamowi,hinduizmowi i buddyzmowi), świadczyło o łasce Bożej. Bogaty był nią obdarzony w doczesności i miał zapewnione zbawienie wieczne. Człowiek nie potrafiący robić pieniędzy, ponieważ nie każdy uważa to za dar najważniejszy na świecie lub nie ma ku temu talentów, był potępiony w amerykańskim systemie kapitalistycznym, a i amerykański bóg skazywał takiego delikwenta na piekło. Często zresztą w wyścigu szczurów nie mogły brać udziału grupy, choćby chciały, upośledzone etnicznie. W Ameryce wytworzyła się gradacja przybyszy – pierwsi rządzili, następni osiągali coraz niższe szczeble społecznej drabiny. Anglosasi stanowili arystokrację nuworyszy, nie gorzej mieli się Niemcy, Holendrzy i ogólnie protestanccy emigranci. Katolickich Irlandczyków – pomimo dużej liczebności i pracowitości – traktowano z pogardą w wyższych sferach, dopóki nie przystosowali swego katolicyzmu do amerykańskich reguł świętego dolara i poczęli wtedy trząść USA nie gorzej od Anglosasów. Nieco podobnie, choć nie na taką skalę, potoczyły się losy emigrantów z Włoch. Żydzi to amerykańska potęga XX-XXI wieku, na początku zaczynali jak wszędzie – od drobnego handlu, lichwy, jarmarcznej produkcji filmowej – nie zostali od razu panami USA w dziedzinie bankowości i mediów. Polska fala emigracji przypłynęła masowo praktycznie najpóźniej, na przełomie XIX/XX w. , gdy wyżyny społeczne obsiadły inne nacje i musiała ona walczyć na najniższym poziomie społeczno-zawodowym z Murzynami . Stąd do dzisiaj amerykańska Polonia z trudnością osiąga jednostkowe sukcesy na skalę całego USA, będąc w większości klasą średnią o małym poczuciu etnicznej solidarności, co wynikło z jej początkowego rozproszenia i zachowania tej sytuacji, która nie sprzyjała powołaniu narodowego lobby.

Amerykański koń galopował przez gospodarczą prerię, nabierając coraz większego pędu. Gdy Europa przeżywała katastrofy wojen światowych, USA na tym zarabiały. Przyszło pierwsze ostrzeżenie w postaci Wielkiego Kryzysu i dzwonek alarmowy, że Ameryka po nagłej utracie perspektyw na wzbogacanie się obywateli i pogrążona w długotrwałej nędzy, zawali się tak samo, jak inne potęgi polityczno-ekonomiczne przed nią. Lecz szybko o tym zapomniano, bo kryzys przezwyciężono metodami zatrudnienia i prac publicznych na wzór Niemiec hitlerowskich, o czym nikt obecnie nie wspomina. Wskaźniki rosły, dobrobyt przeciętnego Amerykanina się stabilizował, baronowie banków i biznesu wykupywali bananowe republiki i osadzali tam swych prezydentów, idylla wydawała się nie mieć końca. Coś pękło w latach 60. ubiegłego wieku. Upadał obyczajowy purytanizm i eksplodowała rewolucja seksualna, pierwsze symptomy gnicia imperiów znane sprzed wieków, np. z Rzymu; pojawił się anarchistyczny, pacyfistyczny ruch hippisowski i ekspansja narkotycznej antykultury. Murzyni wyszli na ulicę i pokojowo albo siłowo zaczęli domagać się równego traktowania obywatelskiego. Wojna w Wietnamie zdemaskowała nie tyle okrucieństwo USA, co demoralizację armii amerykańskiej, znarkotyzowanej i pozbawionej dyscypliny wobec fanatycznego i odważnego żołnierza z komunistycznego Wietnamu. To było przyczyną klęski US Army. Prezydentury Lyndona Johnsona, Richarda Nixona, Geralda Forda i Jimmy Cartera stanowiły apogeum pierwszego potężnego kryzysu wielkości Ameryki współczesnej doby. Na nogi wydawał się ją postawić Ronald Reagan, czego ukoronowaniem uznano ostateczny rozkład komunizmu.

Imperium Americanum nie potrafi jednakże ustabilizować swej pozycji ekonomicznego i politycznego światowego suwerena. Jego ideologią jest syjonistyczny neokonserwatyzm – wyznawany przez Republikanów i finansowy globalizm Georga Sorosa(sorosyzm) – łagodniejsza wersja syjonistycznego neokonserwatyzmu, który silniejszy nacisk kładzie na doprowadzenie do bankructwa jankesko-żydowskich przeciwników, a nie ich fizycznej likwidacji w kolejnych kampaniach militarnych. Są to zresztą ideologie w formie frakcji w jednym Centrum,nigdy nie występują przeciwko sobie, aby tracił na tym ich wspólny interes – łupienie świata. Ameryka jako zbrojny pies łańcuchowy Izraela, produkuje sobie w zastraszającym tempie kolejnych wrogów. Tak lub inaczej, realizacja tych ideologi w praktyce, coraz więcej kosztuje; po prostu amerykańska skarbonka jest bezczelnie drenowana przez Izrael i wojny prowadzone w zastępstwie Tel Awiwu, co procentuje zaczynem kolejnego kryzysu. Mamy z nim właśnie do czynienia, choć powierzchownie ma on odmienne przyczyny od ciężaru utrzymywania i bronienia państwa żydowskiego. Okazało się, że system finansowy USA – także w gigantycznym stopniu masońsko- żydowski – jest niepewny, podatny na sztuczki hochsztaplerów, co procentuje zagrożeniem świętego dolara, czyli obsunięciem się społeczeństwa amerykańskiego w pospolite ubóstwo. Zaś jest to imperium takiego typu, iż bez zapewnienia odpowiedniej stopy życiowej obywatelom, nie będzie się komukolwiek podobać i każdy je przestanie traktować jak raj – a to katastrofa dla mitu USA. Po co komu Ameryka, która straci mitologię kraju wielkich możliwości i stoczy się do poziomu gospodarczego – bez obrazy dla tych państw – jakiejś Brazylii czy Meksyku? Taki Rosjanin egzystuje nierzadko w biedzie, lecz idea Świętej Rusi, Moskwy – Trzeciego Rzymu, eurazjatyckiej potęgi geosakralnej, prawosławnej, tradycjonalistycznej i nacjonalistycznej, która sama w sobie tworzy świat wartości poza zgniłym Zachodem. A jakąż to ideę posiada przeciętny Amerykanin? Dolara i tylko dolara, bo przecież nie te farmazony o wolności, ponieważ wolność zarezerwowana jest w USA dla milionerów i zboczeńców, którzy mogą sobie urządzać parady pedałów, ożenić się z ulubioną kozą albo założyć legalnie „Kościół” scjentologiczny ewentualnie „Wcielenia Jezusa – Elvisa Presleya”. Wolności nie ma, kiedy nazywasz Murzyna Murzynem, bo to jest „Afroamerykanin” lub wdajesz się w polemikę z lobby żydowskim, które potrafi wykończyć każdego i kazać odszczekać „antysemickie” wypowiedzi nieżyjącemu Marlonowi Brando i stosunkowo niedawno Melowi Gibsonowi. W byle ankiecie zabronione jest napisać o swym białym kolorze skóry, wymyślono w zamian „rasę kaukaską”.

Upadek nie nastąpi nagle, to musi się „uleżeć” i poczekać na odpowiednią eksplozję, która rozpocznie reakcję łańcuchową. Ameryka póki co pręży muskuły i dużo gada, lecz zagłada nadchodzi. Powstaną być może na jej gruzach Konfederacja Białego Południa, Północna Koalicja Państw Murzyńsko-Latynoskich, ewentualnie cały ten interes szlag trafi kompleksowo i definitywnie. Jeżeli nie ma mocnego i stabilnego dolara, kredytu, domku isamochodu dla każdego Amerykanina, nie ma także Ameryki! To państwo ludzi skazanych na dobrobyt i wygodne życie, zdające się powoli kończyć, bo bez atrybutów luksusu(choćby fałszywego) ulegnie samounicestwieniu. Nie trzeba zewnętrznej inwazji, najazdu kosmitów, katastrofalnej zarazy albo uderzenia meteorytu – bajek, które produkuje tamtejsza niska kultura obrazkowa, głównie kinematografia made in USA. Sami zaczadzą się smrodem swojej moralnej demoralizacji i degradacji oraz totalnego kryzysu ekonomicznego.

Robert Larkowski

Komentowanie zamknięte.