Najnowsze

Opublikowano Luty 22, 2013 Przez Jan W Bez kategorii

Robert Larkowski – EKONOMIA EKONOMÓW

Źródło: http://larkowski.nowyekran.pl/post/88360,ekonomia-ekonomow

Data publikacji: 21.02.2013

lar1

W POLSCE EKONOMIA JEST NA KATASTROFALNYM POZIOMIE…

W Polsce wśród autorytetów teorii gospodarczych, brylują mocno przechodzeni ideowo i pod względem stażu profesorowie ekonomii, którzy zdobywali zawodowe ostrogi w czasach PRL-u. Panowie ci tkwią w rozkroku między marksistowsko-leninowską młodością i wiekiem średnim, a współczesną epoką radosnego kapitalizmu, do której musieli się gwałtownie przystosować z entuzjazmem neofitów.

Nic z tego nie wyszło, ponieważ polska myśl ekonomiczna praktycznie nie istnieje. Uczelnie są ostoją piaskowych dziadków produkujących sobie podobnych doktorów, tworzących wspólne kółka wzajemnej uniwersyteckiej adoracji. Nie ma współzawodnictwa tylko wzajemne kadzenie i budowanie skostniałych sitw zawodowych, gdzie każdy jasny umysł ląduje poza układem i wypada z gry.

Efektem powyższego komunizmu towarzyskiego jest brak w wydaniach prestiżowej pozycji „Kto jest kim w światowej ekonomii”, choćby jednego Polaka. Ranking najczęściej cytowanych ekonomistów na świecie, przedsięwzięcie Europejskiego Towarzystwa Ekonomicznego, również nie zawiera żadnego geniusza znad Wisły. Gazetowa „biblia” biznesu „Financial Times”(wyniki sprzed kilku lat),przedstawiła listę najlepszych uczelni ekonomicznych – ranking European Business Schools – według którego Szkoła Główna Handlowa(SGH) w Warszawie( za PRL-u funkcjonująca pod nazwą Szkoła Główna Planowania i Statystyki) znajduje się na szarym końcu(55. miejsce). Tę pokazową kuźnię krajowych kadr ekonomicznych, wyprzedził nawet węgierski Corvinius University(49. Miejsce)., czyli że polska perła szkolnictwa ekonomicznego ustępuje także placówce z byłego bloku państw socjalistycznych. Według innego rankingu „FT” Masters in Management, SGH posiada najmniej zadowolonych z poziomu oferowanych usług studentów, którzy dodatkowo twierdzą, iż za te usługi(wiedzę) płacą niewspółmiernie wysokie czesne, a po ukończeniu studiów otrzymują niskie pierwsze pensje, co wynika m.in. z braku praktyk zawodowych w czasie nauki. Tak więc nasza „perła” jest przy światowych uczelniach szkółką niedzielną, pomniejsze krajowe uczelnie ekonomiczne trudno zaliczyć nawet do nich.

Geniuszy polskiej ekonomii nikt nie chce czytać. Wśród najpopularniejszych książek sprzedawanych przez największą księgarnię internetową Amazon. com, ich dzieła znajdują się na samym dnie. Książka prof. Grzegorza Kołodki „Od szoku do terapii” zajmuje 1 291 513. miejsce, „Postkomunistyczna transformacja. Trochę lekcji” prof. Leszka Balcerowicza okupuje 3 850 680 pozycję, zaś zbiór tekstów prof. Jan Winieckiego „Instytucjonalne bariery dla ekonomicznego rozwoju. Niedokończona transformacja Polski”, to prawdziwy Rów Mariański (5 303 477. m. – spadek ceny ze 155 dol. do 21). Ma się rozumieć, że literatura ekonomiczna do łatwych nie należy i trudno konkurować jej z beletrystyką czytaną do poduszki. Jednakże guru współczesnych ekonomistów liberalnych, prof. Milton Friedman, spokojnie umieścił swoją najbardziej znaną książkę „Kapitalizm i wolność” wśród pierwszych 2 tys. pozycji rankingu Amazon. com.(trudniejsza „Teoria cen” zmieściła się na 146 098. miejscu). Czyli on posiadł tajemną zdolność napisania czegoś dla w miarę normalnych ludzi spoza branży, a taki niedoszły noblista(che… che…) Balcerowicz jakoś nie? Być może wynika to z tego, iż Friedman nie musiał robić skoku z marksizmu w wolny rynek, a wymienione profesorstwo z głową napakowaną ekonomią socjalistyczną, było zmuszone pożenić Lenina z Friedmanem. Jak już pożeniło, to poczęło tworzyć do niczego niepodobne systemy gospodarcze i płodzić książczyny, których samo nie potrafi zrozumieć, a przeciętny Kowalski musi to wszystko ogarnąć w praktyce, aby po prostu przeżyć.

Nasi kochani ekonomiści nie są skazani na zlizywanie resztek po Leninie i Friedmanie, mogą się jeszcze czegoś nauczyć. Cóż z tego, kiedy nie chcą. Nie interesuje ich przykładowo uczestnictwo w seminariach Europejskiego Stowarzyszenia Ekonomicznego – EEA(Polacy przestali na nie jeździć). Rodzi się złośliwa dygresja, że kwiat polskiej ekonomii czuje strach przed zdemaskowaniem swej naukowej mizerii. Do prezentacji na seminariach EEA dopuszcza się 30 proc. zgłoszonych referatów, żadna to konkurencja biorąc pod uwagę realia USA. Jednak polscy ekonomiści najwyraźniej boją się również 30-progowej konkurencji i wolą nie opuszczać ciepłych progów umiłowanej ojczyzny. Teoria o przestraszonych ekonomistach ma swoje uzasadnienie. Żeby przeczytać doktorat obroniony na SGH, trzeba uzyskać zgodę samego rektora. W Europie i Stanach Zjednoczonych są one do wglądu dla każdego w internecie. Tak, ale tam nie ma niebezpieczeństwa, że jakiś wścibski dziennikarzyna albo zwykły internauta, wyciągnie zasłużonemu w szerzeniu liberalizmu profesorowi jego pracę doktorską z przed lat, w której ten wynosi pod niebiosa wizje ekonomiczne Marksa i Engelsa. Zaciągowi doktorskiemu spod skrzydeł podobnego profesora, także najwyraźniej opisany układ pasuje. Po co kogoś kłuć w oczy spartaczonym doktoratem?

A przecież teoretycy wolnego rynku, którzy pouczają cały naród o wyższości kapitalizmu nad socjalizmem, powinni sami spróbować jego smaku. Niech wzorem swych kolegów z USA, doktorzy ekonomii opuszczają przymusowo rodzime uczelnie i uczestniczą w walce o zatrudnienie na innych uniwersytetach, co odbywa się na tzw. targach doktorów. Tam zainteresowany otrzymuje coś w rodzaju przepustki wstępnej i ponownie niejako broni pracy doktorskiej przed uniwersyteckim audytorium, które akceptuje kandydata lub nie. Zatrudniony w ten sposób doktor ekonomii doczeka się podwyżki tylko w jednym wypadku – kiedy pracę zaproponuje mu inny uniwersytet. Tymczasem u nas ekonomiczna brać sama naważyła leninowsko-friedmanowskiego piwa i nie chce go pić na zasadach wolnej konkurencji. Od tego ma króliki doświadczalne w postaci społeczeństwa. Ekonomiczny autorytet w Polsce jest jak eunuch – wie z grubsza jak to się robi, lecz osobiście nie potrafi.

Z tych powodów gospodarka po odejściu Leszka Balcerowicza z kierowniczych funkcji , dołuje i trze o dno, a on sam po staremu nie dostaje spektakularnych posad, które na ładne oczy proponowały mu usłużne media( miał m.in. dostać Nagrodę Nobla i być szefem Banku Światowego). Balcerowicz po wsze czasy zostanie sprawnym organizatorem niższego szczebla bez własnej inicjatywy i pomysłów, bo dlatego i z powodu tych cech, wytrzasnął go z niebytu tandem George Soros-Jeffrey Schas. Do funkcji przykrywki nad masowym uwłaszczeniem nomenklatury i złodziejstwa rodzimego kapitału przez obcych, nie trzeba było wynajmować fenomena. Wprost przeciwnie – należało znaleźć wiernego i miernego ekonoma ekonomii, co też doszło do skutku pod postacią doktora i niedługo później profesora Balcerowicza.

Gdzieś zniknęły lokalne znakomitości w rodzaju profesorów Marka Belki, Grzegorza Kołodki i Jana Winieckiego. Wszyscy oni mówili niegdyś o przewadze widzialnej ręki państwa nad wolnym rynkiem, Friedmana mieli za populistę i demagoga, wyśmiewali się z polityki obniżki podatków(tzw. reganomika – posunięć gospodarczych sygnowanych przez Ronalda Reagana), wieszczyli o wybuchu społecznym w Ameryce z powodu pięcioprocentowego bezrobocia i wzroście interwencjonizmu w tamtejszym sektorze prywatnym, krzywą Laffera( zasadę, według której podnoszenie podatków osiągając pewien punkt, zaczyna likwidować zyski fiskusa, albowiem ludzie uciekają w szarą strefę i przestają je płacić ) uważali za nonsens, czy wreszcie nawoływali do zlikwidowania zapisów księgowych rejestrujących różnicę pomiędzy aktualnym kursem waluty a ceną jej zakupu(tzw. rezerwa rewaluacyjna), ponieważ kurs dolara nigdy nie osiągnie trzech złotych , co spowodowałoby unicestwienie wirtualnych zysków. Tymczasem dolar kosztuje obecnie ok. 2,76 zł., czyli że trzeba byłoby dodrukować pieniędzy, gdyby posłuchać się leninowsko-friedmanowskich wróżek( w tym wypadku Marka Belki). Z całej gromadki ekonomów ekonomii świetnie się ma protegowany PiS-u, prof. SGH Adam Glapiński, szef rady nadzorczej KGHM Polska Miedź(jakieś 50 tys. miesięcznie na rączkę plus premie – niech żyje Polska solidarna!). O jego poglądach na gospodarkę w ogóle mało wiadomo, ledwie tyle, iż jeszcze w 1982 r. strofował publicznie kolegów ekonomistów, którzy „zazdrościli” poglądów Marksowi i Engelsowi.

Gospodarka funkcjonuje najlepiej, kiedy nie ma nad nią kurateli stado świętych krów, do tego niedouczonych i pragnących łączyć ogień z wodą. Zaś w naszych realiach każdy obszar funkcjonowania społeczeństwa i państwa – od sztuk pięknych do ekonomii – opiera się o jakąś świętą krowę(lub stado takowych), „autorytety moralne” z nominacji, a nie za sprawą zasług. Niegdyś nie oglądaliśmy się na Friedmanów i jego podróbki, o Marksie z Engelsem i Leninie nie wspominając. W odpowiednim momencie, gdy powstawała II Rzeczypospolita, postawiono na żelazną rękę i prawdziwy geniusz Władysława Grabskiego(z pierwszego zawodu nie ekonomistę, ale historyka!) związanego z endecją, który niemal błyskawicznie ustabilizował gospodarkę kraju, zdławił gigantyczną inflację , powołał Bank Polski i przeprowadził reformę walutową, w wyniku której złotówka stała się czołowym pieniądzem Europy, mającym twarde pokrycie w złocie, a nie jak dzisiaj sztuczną siłę, osiąganą za pomocą windowania kursu manipulacjami bankowo-giełdowymi . Wniosek jest prosty – Polak jeśli chce, to potrafi być przykładem dla świata, nawet w niezmiernie trudnej sztuce ekonomii stosowanej w skali dużego państwa.

Trudno, w kwestii sztuk ekonomicznych nie posiadamy nikogo, kto dorósłby Grabskiemu do pięt. Nie ma jednak sytuacji bez wyjścia. Generał Augusto Pinochet widząc ruinę kraju dokonywaną przez lewaków, wziął wichrzycieli za mordę, a do uporządkowania gospodarki sprowadził ekonomistów „szkoły chicagowskiej”(Wydział Ekonomii University of Chicago jest w trójce najlepszych tego typu placówek w USA). Specjaliści nie sfuszerowali sprawy niczym szarlatan Jeffrey Schas i hochsztapler George Soros w Polsce(gen. Pinochet patrzył chłopcom z Chicago na ręce, pilnując również swoich polityków przed chorobą lepkich paluchów) i w efekcie Chile jest kwitnącym państwem Ameryki Południowej, gdzie z powodzeniem wprowadzono zasady „kapitalizmu ludowego” – opartego na sprawiedliwym upowszechnieniu dostępu obywateli do własności. Niestety, u nas Jaruzel bronił socjalizmu do końca – a tak naprawdę – gdy ów się definitywnie rozkraczył, dał przyzwolenie na gospodarczą liberalizację w gangstersko-nomenklaturowym stylu. Tym sposobem straciliśmy szansę na jakiś kapitalizm z ludzką twarzą, dostając w zamian leninowsko-friedmanowską hybrydę – wolny rynek dla sprywatyzowanej czerwonej i różowej burżuazji oraz pospolitych rzezimieszków. Na więcej ekonomistów o mentalności ekonomów na obcej służbie, nie było stać. Teraz jest, to co jest i trudno snuć optymistyczne opowieści na przyszłość.

Dla potrzeb powyższego artykułu pobawiłem się chwilami w gospodarczego liberała, a to w celu udowodnienia, że polskojęzyczni liberałowie są trzeciorzędnym wcieleniem wyznawanych przez siebie idei. Spieprzyli socjalizm, nie potrafili sklecić czegoś na miarę liberalizmu ekonomicznego made in Zachód i USA(czyli z niewątpliwymi plusami w poziomie życia materialnego zwykłych ludzi) – i w efekcie wyszedł im marksizm-leninizm podlany liberalnym sosem(lub na odwrót), danie którego nie chcą jeść nawet szczury.

ROBERT LARKOWSKI

Komentowanie zamknięte.