Najnowsze

Opublikowano Luty 7, 2013 Przez Jan W Bez kategorii

Polacy wobec powstań (2): Historyczne łamańce prof. Nowaka

Za: http://www.wicipolskie.org/index.php?option=com_content&task=view&id=8217&Itemid=56

Data publikacji: 6.02.2013

pow1

Prof. dr hab. Andrzej Nowak stara się najwidoczniej przejąć usilnie spuściznę po tragicznie zmarłym Józefie Szaniawskim. Istotą tej spuścizny jest uporczywe wmawianie Polakom, że ich rzekomo największym narodowym obowiązkiem, więcej nawet – dziejowym posłannictwem, jest nieustępliwe walczenie z Rosją w każdych warunkach i okolicznościach, i za wszelką cenę. I że oba narody i państwa skazane są na nieuchronną, nieusuwalną wrogość, no, chyba że Rosja zdemokratyzuje się dokładnie według zachodnich wzorców.

W ostatnim swoim artykule pt. „Romantyczno-powstańcza indoktrynacja nie odpuszcza”[1] pozwoliłem sobie postawić hipotezę, iż prof. dr hab. Andrzej Nowak stara się najwidoczniej przejąć usilnie spuściznę po tragicznie zmarłym Józefie Szaniawskim (zdaje się, że obaj panowie nawet osobiście się przyjaźnili). Istotą tej spuścizny jest uporczywe wmawianie Polakom, że ich rzekomo największym narodowym obowiązkiem, więcej nawet – dziejowym posłannictwem, jest nieustępliwe walczenie z Rosją w każdych warunkach i okolicznościach, i za wszelką cenę.

I że oba narody i państwa skazane są na nieuchronną, nieusuwalną wrogość, no, chyba że Rosja zdemokratyzuje się dokładnie według zachodnich wzorców – to wtedy możemy ewentualnie rozpocząć z nią dialog. Ma się rozumieć, prof. Nowak, jako historyk i uczony z prawdziwego zdarzenia, promuje tą ideę w sposób nieporównanie bardziej inteligentny, zręczny i – nie zawaham się sięgnąć po to słowo – chytry, niż to czynił toporny propagandzista Szaniawski. Nie, nie można absolutnie tego powiedzieć, by kłamał wprost, by ordynarnie przeinaczał fakty historyczne – jak to zdarzało się temu ostatniemu. Przyjęta przezeń metoda, to raczej subtelne manipulowanie, wyrywanie poszczególnych faktów historycznych z szerszego kontekstu i całkowicie subiektywna ich interpretacja, tak by spasowały do założonej z góry tezy. Jest to więc przykład – można by tak to zjawisko ująć – skrajnego historycznego aprioryzmu. Poniżej postaram się udowodnić tą ocenę, odnosząc się do kolejnych lansowanych przezeń opinii, w zastosowanej już konwencji: konkretna teza – natychmiastowa odpowiedź.

Na początek powracam do omawianego już w przywołanym artykule tekstu pt. „Powstanie styczniowe to nie wynik „kompleksu antyrosyjskiego”, to kolejna reakcja ludzi, którzy zachowali honor i osobistą godność. Reakcja na zniewolenie” („W Sieci” nr 2(6)/2013, s. 14-17).

Autor stwierdza tam między innymi: „(…) Ale dziedzictwo tamtej walki (chodzi o konfederację barską – A.T.), krew w niej przelana przez dziesiątki tysięcy zdesperowanych patriotów, mobilizowała do nowej energicznej pracy dla odbudowy Rzeczypospolitej. Nie byłoby sukcesu Komisji Edukacji Narodowej, dzieła Sejmu Wielkiego, Konstytucji 3 Maja, odbudowy Wojska Polskiego, gdyby nie było tego wyrzutu, jakim dla tysięcy rodzin tamtego pokolenia była wisząca na ścianie „pani barska…”” (s. 15).

Odpowiedź: Jest to teza w sensie ścisłym absolutnie nie do uwodnienia; po prostu czysto subiektywny, osobisty pogląd prof. Nowaka, którego nie powinien w żadnym wypadku narzucać tak sugestywnie polskiej opinii publicznej. Notabene, wybuch samej konfederacji barskiej można by jeszcze od biedy, mimo że była ona w sposób oczywisty chybiona z punktu widzenia rozumu politycznego (brak jednolitego, rozumnego kierownictwa oraz strategicznego planu), jakoś zrozumieć i usprawiedliwić. Niemniej, przyniosła ona w swych konsekwencjach tylko jeden niekwestionowany rezultat – I rozbiór Polski. Był to więc rezultat ponury – bolesne okrojenie państwa, a zwłaszcza samej Korony: szereg rdzennie polskich ziem i co najmniej jedna trzecia rdzennie polskiej ludności znalazła się odtąd pod panowaniem pruskim i austriackim (Rosja zagarnęła w I rozbiorze obszary zamieszkałe tylko w drobnym procencie przez Polaków, głównie zaś przez ludność białoruską i latgalsko-łotewską). Nie ulega żadnej wątpliwości, że tak straszliwa katastrofa, jaką był I rozbiór, silnie wstrząsnął moralnie Polakami i pobudził ich do wzmożonych wysiłków w kierunku zreformowania i wzmocnienia okrojonej Rzeczypospolitej. A ponieważ był on reakcją sąsiadów na konfederację barską, można by w tym kontekście uznać jej dziejową doniosłość w myśl znanego powiedzenia: „nie ma złego, co by na dobre nie wyszło”. Szkopuł jednak w tym, że świadomość konieczności przeprowadzenia głębokiej reformy Rzeczypospolitej zaczęła mocno nurtować już w czasach saskich (chociażby działalność Konarskiego, a po części także i „familii” Czartoryskich ). Stanisław August Poniatowski – choć zasiadł na polsko-litewskim tronie w okolicznościach zaiste haniebnych – rozpoczął zaś reformowanie państwa, stosownie do istniejących możliwości, od samego początku swego panowania (1766 r.), i w ciągu czterech lat, jakie minęły do momentu wybuchu konfederacji barskiej, osiągnął na tej drodze naprawdę niemało (m.in. usprawnienie administracji państwowej, reformy skarbowe i wyraźny, ogólny rozwój gospodarczy kraju). Nie dość tego, podniósł z całkowitej, saskiej ruiny polskie wojsko (utworzenie w 1765 r. Szkoły Rycerskiej i gruntowne jego zreformowanie i unowocześnienie pod kierunkiem gen. [Jana] Komarzewskiego). Oczywiście, armia ta pozostała dalej bardzo szczupła liczebnie wskutek braku pieniędzy i, przede wszystkim, rosyjskich i pruskich „gwarancji”, ale zaczęła już odtąd stanowić regularne wojsko, a nie bezładną, pstrokatą zbieraninę z czasów saskich. Twierdzenie więc, że to dopiero konfederacja barska i wynikający z niej wstrząs moralny w narodzie pozwoliły odbudować polskie wojsko jest opinią co najmniej nieścisłą. Co więcej, od strony czysto wojskowej wypadła ona przecież bardzo blado, i stąd to wcale nie w tych rozpaczliwych konfederackich bojach odradzające się polskie wojsko szukało wzorców i natchnień. W szerszym kontekście wszystkie wymienione przez autora polskie osiągnięcia, pomijając już ich rzeczywistą wartość, mogły mieć równie dobrze miejsce także i bez „pani barskiej”. Można by nawet powiedzieć, że lansowany przez niego obraz polskich dziejów poniekąd wprost obraża Polaków, bo między słowami wyraźnie sugeruje, że nie potrafią zawczasu przezornie zatroszczyć się o swoją Ojczyznę, że potrzeba im dopiero traumatycznych przejść i krwawych łaźni, by ruszyło ich w końcu sumienie, by się obudzili z niedźwiedziego snu. Choć jest w tym nieco na rzeczy, w ogólnym rozrachunku jest to jednak ocena przesadna i niesprawiedliwa.

Kolejny wywód prof. Nowaka: „(…) Najważniejsze powstania musiały się kierować przeciwko najsilniejszemu zaborcy. Oczywiście, można było zadać pytanie, czy nie ma szansy porozumienia, ugody z tym zaborcą. Na to pytanie podchorążowie z Nocy Listopadowej 1830 r. usłyszeli odpowiedź carskiej władzy: tej, którą reprezentował senator Nowosilcow, a potem sam nowy car Mikołaj I, nastawiony bezwzględnie na depolonizację wszystkiego na wschód od Bugu i na pełne podporządkowanie swej autokratycznej woli tego okrawka polskości, który ustanowiony został na kongresie wiedeńskim pod nazwą Królestwa Polskiego. Powstanie listopadowe było kolejnym zrywem w imię polskiej wolności…” (tamże).

Odpowiedź: Teza o konieczności wywoływania powstań przeciwko najsilniejszemu z zaborców kłóci się z najbardziej elementarnymi względami realizmu politycznego. To, że dla p. Nowaka, Wencla i im podobnych piewców ideologii powstańczej jest to pojęcie, przynajmniej oficjalnie, wprost wstrętne, nie umniejsza w niczym jego znaczenia. Jeśli z kolei chodzi o odczucia podchorążych z Nocy Listopadowej, to nie ma co brać ich za wyznacznik polskich dążeń narodowych. Stanowili oni bowiem tylko garść spiskowców, stojących na poziomie politycznych dzieci, manipulowanych swobodnie przez wodzów miejscowego węglarstwa na czele z Lelewelem. Można się ostatecznie zgodzić, że chcieli szczerze walczyć o polską wolność, ale na tym wszystkie ich kalkulacje się kończyły. Nie mieli nakreślonego żadnego konkretnego planu polityczno-wojskowego, poza wywołaniem samego powstania, ani też zgoła nie przemyśleli jego możliwych konsekwencji. Co jest zupełnym ewenementem w dziejach różnych spisków i puczów na całym świecie, nie zmierzali nawet do przejęcia władzy w państwie. Przeciwnie, chcieli tylko wywołać za wszelką cenę samo powstanie i natychmiast samemu usunąć się na bok, w przekonaniu, że sfery kierownicze – cywilne i wojskowe, z miejsca przejmą kierownictwo nad tą, w ich przekonaniu, zbawienną dla Polski inicjatywą. Gdy zaś dowódcy polskiego wojska odmówili im poparcia, uznając powstanie za czyn ewidentnie dla sprawy polskiej szkodliwy, zawiedzieni i rozwścieczeni, wielu z nich z miejsca pozabijali. Jan Zamorski podsumował ich poczynania w brutalnych słowach: „(…) Historycy rozczulają się i unoszą nad nieskazitelnością duszy, siłą i wzniosłością uczuć tych kilkunastu młodzieńców, którzy uderzyli na Belweder. Być może, iż mają słuszność. Niemiec ma na to trafne określenie: Gute Leute, aber schlechte Musikanten (dobrzy ludzie, ale źli muzykanci). My byśmy powiedzieli: zacni ludzie, ale marni politycy. Po co więc brali się do polityki…” (Uwagi nad powstaniem listopadowym, W-wa, 1930 r.). Jeśli zaś chodzi o Nowosilcowa, to był on rzeczywiście zajadłym, zadeklarowanym wrogiem Polski i polskości, którą konsekwentnie i zajadle zwalczał. Nie był on jednak jedynym reprezentantem carskiej władzy ani też rzeczywistym nieoficjalnym dyktatorem w Warszawie, i np. taki ks. Ksawery Drucki-Lubecki potrafił pod jego nosem realizować całkiem skutecznie swój program ugruntowania politycznej odrębności kongresówki od reszty imperium i rozwoju jej potencjału gospodarczego.

Królestwo Kongresowe było w istocie, choć pod berłem rosyjskiego cara, na wpół niepodległym polskim organizmem państwowym. P. Nowak nazywa je, dość lekceważąco, „okrawkiem polskości”. A jednak ten „okrawek” – niewielki obszarowo, ale posiadający własny sejm, konstytucję, rząd, skarb, wojsko, kwitnący pod względem gospodarczym i cywilizacyjnym – był szczytem koncesji państw zaborczych wobec Polaków, z nieporównanie większym zakresem swobód i możliwości narodowego rozwoju, jakie im dawało istniejące przez pewien czas w granicach Prus Wielkie Księstwo Poznańskie, czy nawet autonomia galicyjska. Był to też dobry przyczółek, przy sprzyjającej koniunkturze międzynarodowej, do ewentualnych dalszych polskich akcji rewindykacyjnych w kierunku zachodnim i południowym. Owszem, pełna zgoda co do tego, że Mikołaj I nie był już tak łaskawy dla Polaków jak poprzednik, i że dążył do znacznego umniejszenia zakresu samodzielności Królestwa; nie było to jednak wcale takie proste i łatwe do przeprowadzenia. Wspólna polsko-rosyjska wyprawa na zrewoltowaną Francję była dobrą okazją ku temu i zapewne jej efektem byłoby wprowadzenie przynajmniej częściowo tychże carskich zamiarów w życie (choć polskie braterstwo broni z Mikołajem mogło znacząco zmienić jego nastawienie; ponadto nie wolno zapominać, że zadeklarowanym obrońcą utrzymania odrębności Królestwa, choćby tylko w swoim osobistym interesie, był sam Wlk. Książe Konstanty). A więc nawet wspólny marsz z carem na Francję stanowił znacznie korzystniejsze i rozsądniejsze rozwiązanie niż wszczynanie skazanego z góry na klęskę powstania.[2]

Królestwo Kongresowe, czy lubiane przez cara i rosyjskie elity państwowe, czy nie, było dla Narodu Polskiego istotną wartością i należało bronić jego istnienia, jednak w sposób rozumny, a nie prymitywnymi w istocie działaniami odruchowymi. Postawa wyrażona dosadnie słowami znanej pieśni narodowej: „dziś twój tryumf, albo zgon”, nie daje jednak zupełnie miejsca chłodnym kalkulacjom. Zaś wzmianka: „słońcem lipca podniecony” (czytelna aluzja do węglarskiej rewolucji we Francji w lipcu 1830 r.) jednoznacznie sugeruje, komu to powstanie było tak naprawdę potrzebne – wolnościowe hasła pełniły tu tylko rolę przynęty. Faktyczny bilans powstania listopadowego to ostateczne skasowanie polskiej państwowości w jakiejkolwiek formie (bo przecież trudno nazwać polskim państwem wolne miasto Kraków) na blisko 90 lat, ostateczna likwidacja tak ważnej instytucji narodowej, jaką było polskie wojsko, srogie represje carskie, i w efekcie ogromne osłabienie rdzennie polskiego żywiołu zarówno na obszarze samej kongresówki, jak i zwłaszcza Ziem Wschodnich. Tu wychwytujemy jedną z najgrubszych manipulacji krakowskiego historyka – nie ma najmniejszych podstaw do twierdzenia, że car podjął jakiekolwiek kroki, czy nawet tylko przygotowania, w kierunku tępienia żywiołu polskiego i polskiej kultury na tych ziemiach przed wybuchem powstania listopadowego. W istocie język polski i polska kultura panowały tam, za zgodą rządu rosyjskiego, niepodzielnie, mimo ich bezpośredniej przynależności politycznej do Rosji, a proces polonizacji niższych warstw społecznych toczył się dalej. Szczególnie dotyczy to tzw. guberni zachodnich (wileńskiej, grodzieńskiej, mińskiej, wołyńskiej i podolskiej). Polityka ich depolonizacji, zapoczątkowana likwidacją rozbudowanej sieci polskiego szkolnictwa na tym obszarze, zaczyna się dopiero po stłumieniu powstania. Zatem to ono było właściwie jej powodem, dając ku niej dogodny pretekst. W konsekwencji więc to właśnie owo tak zachwalane przez p. Nowaka powstanie listopadowe zahamowało polski pochód cywilizacyjny na wschód i było początkiem stopniowego słabnięcia polskości na tych ziemiach. Jak z tego widać, to odruchowe dążenie do bliżej niesprecyzowanej „wolności”, bardzo drogo nas kosztowało.

pow2

 

Herb Królestwa Polskiego zwieńczony koroną imperatorską, którą cesarz Mikołaj I koronował się w Warszawie na króla Polski w maju 1829 r. Sankt Petersburg, ul. Nabrzeże Pałacowe 26 – dawny pałac wielkiego księcia Włodzimierza Aleksandrowicza Romanowa (brata cara Aleksandra III), obecnie Dom Naukowców im. M. Gorkiego Rosyjskiej Akademii Nauk. Foto: geraldika.ru

Prof. Nowak stawia także tezę, iż: „(…) Krzyż powstania styczniowego był także przystankiem na drodze do niepodległości. Wywalczyli ją w 1918 r. – razem z powstańcami wielkopolskimi – i obronili w 1920 r. (razem z powstańcami śląskimi) ci, którzy o zrywie roku 1863 r. pamiętali z największym szacunkiem…” (s. 17).

Odpowiedź: Jest to czytelna pochwała Piłsudskiego, legionów i całego jego obozu, jakkolwiek bez wymienienia ich z nazwy. Albowiem druga strona, czyli obóz narodowy na czele z samym Dmowskim, oceniała przecież powstanie styczniowe bardzo krytycznie, odcinając się całkowicie od powstańczej tradycji, i walcząc z jego ślepym, bezrefleksyjnym kultem. Ta glossa zawiera aż trzy, podane w iście kuglarski sposób, ordynarne przekłamania. Jest to, po pierwsze, manipulatorskie pożenienie walk legionowych z czynem powstańczym Wielkopolan i Ślązaków. Przecież jest bezspornym faktem, że Piłsudskiego Wielkopolska i Śląsk prawie w ogóle nie obchodziły; że dał w Magdeburgu, w trakcie pertraktacji poprzedzających zwolnienie go z więzienia i wysłanie przez rząd cesarski specjalną salonką do Warszawy, hr. Kesslerowi słowo, iż „nie życzy sobie ani cala zaboru pruskiego” (poza ewentualnymi „prezentami” ze strony aliantów). I że potem tego przyrzeczenia w ogólnych zarysach się trzymał, nie udzielając ani jednemu, ani drugiemu powstaniu wydatniejszej pomocy (członkowie POW brali, to prawda, czynny udział w obydwu zrywach zbrojnych, jednak nie w roli głównej). Powstaniu wielkopolskiemu Piłsudski usiłował wręcz, w imię swych prywatnych ambicji i politycznych porachunków z endecją, zaszkodzić (sprawa gen. Dowbor-Muśnickiego). Na szczęście jego rachuby dały skutek odwrotny do zamierzonego. Gdyby nie polityka Dmowskiego i stoczona przez niego wielka polityczna batalia w Wersalu, to o prawdziwej niepodległości Polski nie byłoby najmniejszej mowy. Zresztą, nie byłoby o niej najmniejszej wprost mowy, gdyby się tylko powiódł niezmiernie szkodliwy, wprost zabójczy dla sprawy polskiej, plan Piłsudskiego wywołania antyrosyjskiego powstania w kongresówce w sierpniu 1914 r. Jak napisał dosadnie Dmowski: „(…) I w Berlinie, i w Petersburgu liczono, że Polacy uratują Niemcy od klęski i umożliwią powrót dawnych, dobrych czasów przyjaznego współżycia Rosji z Niemcami, związanych „wspólnym spożywaniem eucharystycznego ciała Polski…”” (Polityka polska i odbudowanie państwa). Tak, tak – taką to właśnie rolę miała tak naprawdę spełnić „kadrówka”. Na polskie szczęście, przekraczało to jednak absolutnie jej możliwości. Wreszcie, powszechnie już wiadomo, jak to Piłsudski „bronił” polskiej niepodległości w krytycznym momencie Bitwy Warszawskiej 1920 r. Powyższych faktów nie są w stanie zakryć żadne sofistyczne sztuczki i zaklęcia.

Do tego dochodzi jeszcze jedna uwaga natury ogólnej: już sam tytuł artykułu prof. Nowaka jest wysoce niestosowny. Sugeruje bowiem pośrednio, że honor i osobistą godność, jak by nie rozumieć te pojęcia, zachowali tylko ci, którzy poszli do powstania. A co z całą, pozostałą resztą polskiego społeczeństwa, która albo w ogóle odmówiła udziału w tym powstaniu w jakiejkolwiek formie, albo też wsparła go dopiero wtedy, gdy było już ono nie do odwrócenia. A była to razem zdecydowana większość Polaków żyjących w ówczesnym zaborze rosyjskim. Czy byli oni wszyscy ludźmi niehonorowymi, osobami o mentalności niewolniczej? A czy zadeklarowani krytycy tradycji powstańczej, włącznie z Dmowskim, to byli Polacy na niskim poziomie rozwoju moralnego? Doprawdy, renomowany historyk powinien bardziej uważać na wypowiadane słowa.

Ale powyższe wywody prof. Nowaka stanowią tylko przedsmak do jego popisów, jakie znajdujemy w wywiadzie pt. „Kto chce ginąć za Łomżę?”[3] (Rzeczpospolita, 19.01.2013, wydanie internetowe). Wywiad prowadzi p. Robert Mazurek. Ponieważ poniżej odniosę się tylko do najbardziej kontrowersyjnych tez, wyrywając je tym samym mimowolnie z kontekstu, poniżej zamieszczam link do wspomnianego wywiadu, tak by czytelnik mógł sam wyrobić sobie opinię w poruszanym przedmiocie.

Robert Mazurek (dalej: R.M.): „Po co te obchody? Powstanie styczniowe nie niesie już żadnego ładunku emocji”. Prof. Andrzej Nowak (dalej: A.N.): „Jeszcze trzy lata temu przyznałbym panu rację. Tak, to było martwe”.

Odpowiedź: Jak to było martwe, w jakim sensie? Obchody wybuchu powstania styczniowego były w Polsce w jakiejś formie regularnie świętowane, nawet w okresie PRL. Sam osobiście brałem udział w takich obchodach rocznicowych odbywających się w Lublinie jakieś 6 lat temu; i to obchodach bardzo uroczystych (mimo siarczystego mrozu), z udziałem poborowego jeszcze wtedy wojska. Samo pytanie trąci jakąś prowokacją. Jak to – po co? Jest rzeczą najzupełniej oczywistą, że każda zbiorowość, zwłaszcza zaś naród z tysiącletnimi korzeniami, przechowuje pamięć nie tylko o swoich tryumfach, ale i o swoich klęskach; czci wszystkich swoich bohaterów – nie tylko tych zwycięskich, ale i tych, którzy – od czysto ludzkiej strony – przegrali, jednak wnieśli twórczy, pozytywny wkład w jego dzieje. Jednakże „prawdziwych patriotów” takie świętowanie narodowych rocznic, w nastroju spokojnej refleksji i zadumy, niezbyt interesuje. Oni je widzą prawie wyłącznie jako narzędzie do wywoływania zbiorowych emocji, często bardzo niezdrowych, pod kątem ich bieżących celów politycznych. Powyższa wymiana zdań na całej dłoni to demaskuje!

R.M.: „A co się zmieniło?”

A.N.: „To dziedzictwo odżyło po 10 kwietnia”.

Odpowiedź: Mamy tu czytelne potwierdzenie powyższego spostrzeżenia i jeszcze jeden dowód na to, jak bardzo instrumentalnie ludzie ci traktują polską historię. Przed 10 kwietnia 2010 r. powstańcy styczniowi specjalnie ich nie interesowali, a ich dziedzictwo było rzekomo „martwe”. Skoro jednak w tym dniu doszło do niechybnego rosyjskiego „zamachu” na najbardziej „patriotycznego” prezydenta w historii III RP, to ich osoby mogą się świetnie przydać do wzniecania antyrosyjskiej histerii. W jednym więc momencie dziedzictwo powstania styczniowego staje się żywe, choć „prawdziwi patrioci” mają tak naprawdę tychże powstańców w tzw. głębokim poważaniu.

R.M.: „Powstańcy byli pisowcami?”

A.N.: „Chyba tak, bo powstanie rozbudzało patriotyzm. Co prawda świadomość historyczna jest bliska zeru, ale samo powstanie nadal budzi jakieś emocje”.

Odpowiedź: Samo pytanie p. dziennikarza jest niesłychaną bezczelnością! Powstańcy styczniowi, co by o nich nie powiedzieć, ginęli z pełną świadomością za Polskę, natomiast nie dostrzegam doprawdy żadnego pisowca, który by naprawdę chciał i był w stanie w tej postawie ich naśladować. Całe ich bohaterstwo (mówię, rzecz jasna, o pisowcach) sprowadza się do jazgotliwego poszczekiwania na kremlowskiego niedźwiedzia z bezpiecznej odległości. Odpowiedź p. prof. jest tego samego gatunku. Jeszcze jedno potwierdzenie, że dla historyków jego pokroju liczy się nie tyle podnoszenie świadomości historycznej Polaków, z którą faktycznie nie jest najlepiej, co rozbudzanie historycznych emocji. W praktyce prowadzi to nieuchronnie do dalszego fałszowania polskiej historii, tyle że przy wykorzystaniu „aksamitnych” metod.

R.M.: „Powstanie Styczniowe miało szansę?”

A.N.: „Przede wszystkim powiedzmy sobie, jak swoje szanse widzieli sami powstańcy. Według planów Jarosława Dąbrowskiego chcieli zdobyć arsenały w Modlinie, Cytadeli, by się uzbroić, opanować miasta i poczekać na jakąś interwencję międzynarodową”.

Odpowiedź: Te plany były z góry całkowicie nierealne i niewykonalne, tak w aspekcie wojskowym, jak i politycznym.

R.M.: „Kto w Europie chciałby ginąć za Łomżę?”

A.N.: „Nie za Łomżę, tylko przeciw zbliżeniu rosyjsko-niemieckiemu. To zaniepokoiło i Francję, i Anglię, i Austrię. To było powstanie, które miało największą szansę na doczekanie się pomocy z zagranicy. Przypominam, że 17 kwietnia 1863 r. wspomniane trzy mocarstwa wystosowały do Rosji ultimatum. Niestety, za tym nie poszły dalsze działania”.

Odpowiedź: Jest to chyba największy absurd w całości mętnych wywodów p. prof. Nowaka. To właśnie wybuch powstania był przyczyną zbliżenia prusko-rosyjskiego (tzw. konwencja Alvenslebena), o które Prusacy bardzo zabiegali. W tym sensie wymierzone było ono w trwałość tajnego układu rosyjsko-francuskiego z 1859 r. Tak więc powstańcy styczniowi występowali pośrednio w istocie przeciwko żywotnym interesom Francji. Polskie powstanie było Francji tak bardzo nie na rękę, że za wszelką cenę usiłowała do niego nie dopuścić, udaremniając m.in. w końcu 1862 r. próby zakupu broni dla przyszłych oddziałów powstańczych na własnym terytorium, i zaznajamiając władze rosyjskie z planami powstańczymi wydobytymi od ujętych emisariuszy polskich organizacji spiskowych. Z jakiego więc to powodu miałaby ich zbrojnie wspierać? – tak naprawdę była na nich doprawdy wściekła! Była, owszem, niemniej wściekła także i na Rosję, a to z powodu jej zbliżenia z Prusami, które uznała za złamanie podpisanego niedawno układu. Jednak nie miała ani przez moment zamiaru występować przeciwko niej zbrojnie – byłoby to z punktu widzenia jej własnych interesów prawdziwe samobójstwo. Ba, nie miała nawet ku temu realnych możliwości, bo konsultowane przez Paryż, Londyn i Wiedeń wyraziły gotowość popierania sprawy polskiej, ale wyłącznie na drodze dyplomatycznej, „bez uciekania się do wojny”. Anglia, ten tradycyjny sojusznik Prus, nie miała również żadnego interesu w udzielaniu realnej pomocy polskiemu powstaniu – było ono dla niej co najwyżej pożyteczną antyrosyjską dywersją. Zaś jaki był jej rzeczywisty stosunek do sprawy polskiej, ukazał to najlepiej kongres wiedeński. Podobnie miała się sprawa i z Austrią, której przejściowe wyrazy poparcia dla powstańców były po prostu przejawem czystej kokieterii pod polskim adresem. Gdyby zaś nawet Wiedeń chciał naprawdę czynnie poprzeć powstanie, to i tak nie miałby żadnych szans na zwycięstwo wobec połączonej potęgi rosyjskiej i pruskiej.

W tej sytuacji Francja dążyła do zlikwidowania powstania i tym samym do zahamowania bardzo niekorzystnego dla siebie zbliżenia rosyjsko-pruskiego na drodze dyplomatycznej i na warunkach znośnych dla Polaków (pełna amnestia dla powstańców i przywrócenie kongresówce szerokiej autonomii w zamian za złożenie przez nich broni. Uzyskała w tym zakresie poparcie Austrii i Anglii. Takie było podłoże wspomnianego „ultimatum”, które nie było jednak w istocie żadnym ultimatum w rzeczywistym tego słowa znaczeniu, tylko papierowymi notami dyplomatycznymi, wyrażającymi ogólnikowe poparcie dla polskiego powstania i propozycję polsko-rosyjskiego kompromisu na wymieniowych wyżej warunkach. P. Nowak albo więc myli się tu na całej linii, co może świadczyć tylko o wielkim dyletantyzmie, albo też z premedytacją wprowadza w błąd polską opinię publiczną. Powiedzmy więc to stanowczo – powstanie styczniowe nie miało żadnej, ale to żadnej, szansy na uzyskanie pomocy z zagranicy. Co więcej, owo „ultimatum” przyniosło wprost tragiczne skutki – przekreśliło szansę wygaszenia niefortunnego powstania, gdy był jeszcze ku temu czas (carska amnestia i potwierdzenie nadanych już kongresówce praw, odrzucona przez władze powstańcze). Miało za skutek przyłączenie się do działań powstańczych stojących dotychczas na boku „białych”, którzy wyobrażali sobie w rezultacie naiwnie, że zagraniczna pomoc jest już tuż, tuż. Prawdopodobnie stało się to zresztą wskutek zręcznej manipulacji ze strony buszujących w ich szeregach czynników masońskich. Francuski historyk Pierre de la Gorce tak skomentował postawę wymienionych państw wobec powstania: „…zrobiwszy akurat dosyć, by rozgniewać tych, którzy mieli władzę (Aleksandra II), nie zrobiły zgoła dosyć, by przynieść pożytek ofiarom…”.W istocie głównym beneficjantem wybuchu powstania styczniowego stały się Prusy i ich kanclerz, Otto Bismarck.

pow3

 
Powstanie styczniowe nie miało żadnej szansy na pomoc z zagranicy. Angielska karykatura przyjaźni prezydenta Lincolna i cara Aleksandra II w okresie wojny secesyjnej i powstania styczniowego.

R.M.: „Tyle zrobił Traugutt, że pięknie zginął? Naprawdę tego Polska chciała, by pocałował stryczek?

A.N.: „Traugutt wcale nie pchał się na szubienicę i nie chciał pięknie ginąć. Dowodził powstaniem lepiej niż ktokolwiek przed nim. A jaką miał perspektywę? Poddać się prześladowaniom? Proszę przeczytać korespondencję namiestników z carem i znaleźć choć cień szans na ugodę. Rosjanie nie chcieli ugody, tylko relacji pan-niewolnik. To miało być ostatecznie tylko Rosyjskie Imperium. Jak powie później car – „U awstrijskogo imperatora mnogo nacjonalnostiej, a u nas narod odin.”. I o tym mówił już Aleksander II Polakom w 1856 r.: „Żadnych marzeń””.

Odpowiedź: Kolejna porcja zręcznych manipulacji. Bez dwóch zdań Traugutt to nasz wielki narodowy bohater, który zrobił wszystko, co do niego należało, i jeszcze więcej. Dlaczego jednak prof. Nowak nie piśnie ani słowa, że był on zadeklarowanym przeciwnikiem powstania, które uważał za wojskowe szaleństwo i przystąpił doń dopiero po wpływem uporczywych namów otoczenia, w kwietniu 1863 r., kierując się żołnierskim poczuciem obowiązku. Gdy objął nad nim dyktatorską władzę, nie miał już rzeczywiście innego wyjścia, jak tylko walczyć do końca, ale w ostatecznym rozrachunku na tą szubienicę wypchały go nadmierny radykalizm „czerwonych” i głupota polityczna „białych” do spółki z zacietrzewionym Wielopolskim, a bezpośrednio rosyjski szpicel w jego najbliższym otoczeniu, Żyd Artur Goldman. Druga kwestia – jest oczywiste, że nie było najmniejszych szans na taką ugodę już w momencie jego dyktatury. Nie było na nią też realnych widoków w przywołanym 1856 r., tym bardziej zaś po stłumieniu powstaniu, gdy Rosja przerzuciła się na politykę totalnej rusyfikacji wszystkich swoich polskich poddanych. Ale były jak najbardziej realne szanse na taką ugodę polsko-rosyjską (oczywiście na obszarze kongresówki), poczynając od początku lat 60-tych XIX w. aż do momentu powstania. Kto nie wierzy, niech sobie głębiej postudiuje zagadnienie; rzecz jasna, nie w interpretacji prof. Nowaka. Szczególnie polecam tu książkę J. Giertycha „Kulisy powstania styczniowego”. Skądinąd, radykałowie z obozu „czerwonych” nie dopuszczali nawet do siebie myśli o ugodzie. Ich intencje najlepiej oddaje wypowiedź Stefana Bobrowskiego (22-letniego członka ich władz naczelnych): „(…) Wywołując powstanie, (…)spełniamy ten obowiązek w przeświadczeniu, iż dla stłumienia naszego ruchu Rosja nie tylko kraj zniszczy, ale nawet będzie zmuszona wylać rzekę krwi polskiej, ta zaś rzeka stanie się na długie lata przeszkodą do wszelkiego kompromisu z najeźdźcami naszego kraju…”. Kim byli ci młodociani straceńcy, uważający siebie za uprawnionych do swobodnego dysponowania „rzeką krwi polskiej”? Kto im zasugerował ten imperatyw i wmówił, że mogą dysponować Polską podług własnego uznania? Trudno przypuścić, by doszli do tego sami? Na to pytanie trudno udzielić pewnej odpowiedzi. To wszakże nie ulega wątpliwości, że wyżej wymieniony cel osiągnęli, i to nie tylko w odniesieniu do swoich rodaków, ale i Rosjan, którzy w ramach reakcji popowstaniowej pogrążyli się na dziesiątki lat w ślepej nienawiści względem Polski i polskości.

R.M.: „Branka była de facto karą śmierci”.

A.N.: „Trafiły mi w ręce dane z powiatu piotrkowskiego. Stamtąd w latach 1833-1856 do wojska w głębi Rosji wzięto 11 tys. osób. Wróciło 498: zniszczonych, schorowanych, okaleczonych. To pokazywało, jak funkcjonuje społeczeństwo, które się nie buntuje. Zgoda na brankę oznaczała nie tylko zgodę na drenaż narodu, ale na traktowanie ziem polskich jako peryferii obcego, nieprzyjaznego Polakom imperium ”.

Odpowiedź: (Prof. Nowak nawiązuje tu do wcześniejszego swojego zdania, iż główną przyczyną wybuchu powstania było zarządzenie branki imiennie wybranych osób z kręgów „czerwonej” konspiracji, a więc jego głównym sprawcą jest margrabia Wielopolski – ze zdaniem tym akurat trudno się nie zgodzić). Ale co do tematu – nawet jeśli te dane są do końca miarodajne i wiarygodne, to nie muszą wcale od razu świadczyć, że wszyscy pozostali zginęli; przynajmniej niektórzy, oderwani na tak długi czas od rodziny i od ojczystego kraju, mogli zdecydować się po prostu na pozostanie w Rosji (służba wojskowa w carskim wojsku trwała wtedy aż 25 lat). Mniejsza jednak o to: wybuch powstania styczniowego wcale nie odsunął od Polaków widma owej branki, także i po nim funkcjonowała ona dalej aż do reformy wojskowej 1874 r., kiedy to wprowadzono w całym Imperium Rosyjskim powszechną służbę wojskową, w zasadzie trzyletnią. Skutek wywołania powstania był tylko taki, że do tych wielkich rzesz ofiar tego niezwykle drakońskiego mechanizmu dołączyło kolejne około 30 tys. Polaków poległych w beznadziejnej walce, kilka tysięcy straconych przez władze rosyjskie, 150 tys. uwięzionych lub zesłanych na Syberię (gdzie przecież też nie mieli ciekawych perspektyw), nie licząc już powszechnych konfiskat majątków ziemskich, olbrzymich strat materialnych itd. Zatem wywołanie powstania nie było żadnym skutecznym antidotum na okrucieństwa branki. Ale, co najistotniejsze, do wybuchu powstania listopadowego żadnej branki w Królestwie Polskim w ogóle nie było. Wniosek z tego arcyprosty, że to właśnie owo tak mocno bronione przez niego i usprawiedliwiane powstanie ściągnęło na jego mieszkańców to nieszczęście. To najlepiej obrazuje całą nielogiczność i niespójność argumentacji stosowanej przez prof. Nowaka, który na dobrą sprawę miejscami sam zaprzecza swoim tezom.

Można by jeszcze długo polemizować z treścią tego wywiadu, ale, nie chcąc ciągnąć niniejszych rozważań w nieskończoność, zmuszony jestem podsumować je krótkim odniesieniem się do wieńczącej go puenty.

R.M.: „No, to nie mielibyśmy na Syberii Czerskiego i Dybowskiego, choć nikt już nie pamięta, że oni byli Polakami”.
A.N.: „Gorzej, gdyby nie było Powstania Styczniowego, nikt by nie pamiętał, że Traugutt był Polakiem. Może on sam straciłby tą świadomość. Nabierająca wspaniałego kulturowego i ekonomicznego rozpędu Rosja wchłonęłaby pod koniec XIX w. i zrusyfikowała wielką cześć polskich elit, a za nimi resztę społeczeństwa. A tak, obok Rosji, ocalała Polska, jej odrębna, nie mniej wspaniała kultura. Zrobiło się także w końcu miejsce dla Ukrainy, Litwy, Białorusi… To też po części skutek polskiej walki o wolność przeciwko imperium”.

Odpowiedź: Trudno doprawdy wyobrazić sobie większą demagogię. Jest doprawdy żenującą rzeczą, że tak utytułowany historyk plecie takie androny. Ciekawe, czy sam w nie wierzy? Co do Traugutta, to był on na tyle znaczącą osobą, że pozostałby z pewnością w pamięci przynajmniej najbliższej okolicy. Skoro zaś nie uległ rusyfikacji przez długie lata służby w rosyjskim wojsku, to nie ma najmniejszych podstaw do przypuszczeń, że nastąpiłoby to w czasie spokojnego życia w cywilu, tym bardziej, że związał się akurat małżeństwem z bliską krewną samego Tadeusza Kościuszki (Antoniną Kościuszkówną). Zatem drugie zdanie powyższego wywodu jest zwyczajnie podłą insynuacją pod adresem bohaterskiego generała, którego prof. Nowak w jednym miejscu dźwiga na piedestał, a w innym bezceremonialnie obniża mu ocenę, stosownie do swoich karkołomnych tez. Cóż, tak właśnie wygląda historia pisana i opowiadana na polityczne zamówienie. Swoją drogą, pozwolę sobie wyrazić przypuszczenie, że sam nasz bohater narodowy pewnie by wolał, po tylu trudach i życiowych wstrząsach, spędzić resztę życia u boku świeżo poślubionej małżonki, w pełni zasłużonym spokoju, niż wkraczać na drogę wiodącą go nieuchronnie w kierunku szubienicy z powodu szaleńczych planów ludzi, chcących koniecznie wytoczyć „rzekę polskiej krwi”.Sugestia zaś, że Polska wprost zawdzięcza swe ocalenie wybuchowi powstania styczniowego jest po prostu niedorzecznością, którą szkoda nawet rozbierać na części pierwsze. Podobnie – teza o asymilatorskich możliwościach Rosji w stosunku do polskich elit (zwłaszcza, gdy chodzi o rdzenną polską arystokrację, szlachtę i inteligencję wyznania katolickiego). Znamienny jest argument o zrobieniu miejsca dla Ukraińców, Litwinów i Białorusinów. Aha, wszystko już jasne – znowu znajduje tu zastosowanie maksyma: „Za wolność Waszą i naszą” (w praktyce tylko: „za Waszą”. To m.in. w bezinteresownym darze dla tych bratnich nacji trzeba było wylać koniecznie ową „rzekę polskiej krwi”. To nic, że ich awans polityczny i kulturalny nastąpił właśnie kosztem ogromnego osłabienia polskości na ziemiach wschodnich b. I Rzeczypospolitej – liczy się tylko to, że zarysowały się w końcu wielkie szczeliny w murach Rosyjskiego Imperium. Wracamy do punktu wyjścia.

Andrzej Turek

PS. Długo zastanawiałem się, czemu ma służyć ta osobliwa wykładnia polskiej historii. Dzisiaj myślę, że była to m.in. obowiązkowa lektura dla kandydatów na „nowych powstańców styczniowych”, którzy wyszli choćby na ulice Wrocławia[4].

pow4

 

 

 

 

 

Źródło: http://piastpolski.pl/readarticle.php?article_id=111 (25.01.2013)

 

Przypisy:

[1] – Polacy wobec powstań (1): Romantyczno-powstańcza indoktrynacja

http://owp.org.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=587&Itemid=1

[2] – Zob.: Angielska pułapka 1815-1915

http://polski.blog.ru/152072483.html (20.05.2012)

[3] – Zob.: Kto chce ginąć za Łomżę?

http://www.rp.pl/artykul/61991,971482-kto-chce-ginac-za-Lomze-.html?p=1 (19.01.2013)

[4] – Zob.: „Potrzebne jest nowe Powstanie Styczniowe”. Marsz z pochodniami w centrum Wrocławia

http://www.tvn24.pl/wiadomosci-wroclaw,44/potrzebne-jest-nowe-powstanie-styczniowe-marsz-z-pochodniami-w-centrum-wroclawia,301765.html (23.01.2013)

Zob. także: Bratobójcza katastrofa 1863 roku

http://www.owp.org.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=444&Itemid=1 (07.02.2012)

J. Engelgard, Prof. Andrzej Nowak na pierwszej linii powstańczego frontu

http://sol.myslpolska.pl/2013/01/prof-andrzej-nowak-na-pierwszej-linii-powstanczego-frontu/(15.01.2013)

Opracował – Grzegorz Grabowski

Za: http://owp.org.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=590&Itemid=1

————————

 

 

 

 

Komentowanie zamknięte.