Opublikowano Czerwiec 9, 2012 Przez a303 W Bez kategorii

Platforma platfusów i twórcy klasy próżniaczej i aferalnej. Andrzej Lepper

Fragment książki Andrzeja Leppera pt: „Czas Barbarzyńców” zatytułowany „Platforma platfusów i twórcy klasy próżniaczej i aferalnej”,  Wydawnictwo Depo, Warszawa 2005, s. 63-80. Admin.

Andrzej Zbigniew Lepper, ur. 13 czerwca 1954 w Stowięcinie, zamordowany 5 sierpnia 2011 w Warszawie

Gdy patrzę na rankingi partii politycznych i widzę wciąż wysoką pozycję Platformy Obywatelskiej, zachodzę w głowę, jak to możliwe, że w kraju, w którym panuje bieda, aż tak dużym poparciem cieszy się ugrupowanie, które biedę tę pragnie pogłębić. Doprawdy nie wiem, czym kierują się potencjalni wyborcy deklarujący sympatię dla Platformersów… Chcą być biedniejsi? Mają zamiar dobrowolnie zrezygnować z pieniędzy, które z takim trudem zarabiają? Być może okazywana sympatia jest bardzo powierzchowna i opiera się wyłącznie na wątpliwej erudycji Rokity, bezradnym uśmiechu Tuska czy obliczu Olechowskiego, który zresztą został już odsunięty od wpływu na partię, o ile jeszcze do niej w ogóle należy.

Gdyby ludzie tak ochoczo deklarujący poparcie dla Platformersów przynajmniej zerknęli na ich hasła gospodarcze i poznali prawdziwe poglądy, pewnie poszliby po rozum do głowy i swoje sympatie polityczne ulokowaliby gdzie indziej.

Prawda jest bowiem taka, że Platforma Obywatelska nie ma spójnego, logicznego i przystającego do polskiej rzeczywistości programu ekonomicznego. Gospodarcze „mózgi” tej partii w rodzaju Janusza Lewandowskiego, wsparte skrajnie liberalnymi- tzw. ekspertami gospodarczymi (pracującymi przeważnie wykupionych przez zagraniczny kapitał, dawniej polskich bankach, organizacjach typu Centrum im. Adama Smitha), od czasu do czasu rzucają jedynie hasła, które mają za zadanie zdobycie poparcia niezdecydowanych wyborców.

Jedno z takich ostatnio sformułowanych haseł to – uwaga!

– zmniejszenie podatków. Kto z nas nie chciałby płacić mniejszych podatków, ręka w górę – jakby powiedział eks-prezydent Wałęsa. Nie widzę, nie słyszę… Co według Platformersów oznacza zmniejszenie podatków? Kolejny slogan: „3 x 15!” Czyli trzy razy piętnaście procent. Wszyscy mamy jednakowe żołądki – że znów odwołam się do argumentacji Lecha Wałęsy – powin­niśmy zatem płacić jednakowe podatki. Wymusi to – dowodzi Platforma – wzrost przedsiębiorczości, wzrost inwestycji, co z kolei spowoduje zwiększenie liczby miejsc pracy, czyli to, o co nam wszystkim chodzi: zmniejszenie bezrobocia. Jak to brzmi? Pozornie logicznie, bo jeżeli przedsiębiorca zapłaci mniejsze podatki, to z pieniędzy, których nie wyda na konsumpcję (ma ich przecież więcej), sfinansuje nowe inwestycje, które natychmiast przełożą się na sukcesy w walce z bezrobociem.

Zapłaci Kowalski

Rzucony ad hoc przez partię Tuska pomysł trzech równych stawek podatkowych PIT, CIT i VAT – to żałosne mydlenie oczu wyborcom. Nikt nie widział wyliczeń ekspertów PO świadczących o tym, że polski budżet wytrzyma taki eksperyment.

Jak dziś liczymy dochód i podatek? W druku PIT-37 pana Kowalskiego (dla uproszczenia przyjmijmy, że jest to człowiek samotny i nieprowadzący działalności gospodarczej) mamy rubrykę „przychód”. Od „przychodu” odejmujemy „koszty uzyskania”, co tworzy „dochód”, który pomniejszamy jeszcze o  składkę na ubezpieczenie społeczne i dopiero to stanowi podstawę do naliczania podatku. Po jego obliczeniu według skali podatkowej z progami 19, 30 i 40 proc. i odjęciu 518,16 zł kwoty wolnej od podatku odejmujemy jeszcze składkę na ubezpiecze­nie zdrowotne. Dodatkowo Kowalski może odliczyć przysługujące mu nieliczne ulgi, np. remontową. Dopiero to, co zostaje, jest zobowiązaniem podatkowym rozumieniu prawa.

W Polsce jest 227.315 ludzi rozliczających się według stawki 40-procentowej, których nie wahani się nazwać bogaczami, a którzy stanowią 0,99 proc. wszystkich podatników. W roku 2002 bogacze skorzystali z ulg na sumę 526,5 min zł i zapłacili 10,1 mld zł podatku. To 33,02 proc. wszystkich wpływów z PIT.

Dla porównania, ponad 21 min biedaków (rozliczających się wedle stawki 19-procentowej) po odliczeniu 3,7 mld zł. z tytułu mig zasiliło budżet kwotą 15,8 mld zł. To 51,21 proc. wszystkich *pływów z podatku dochodowego od osób fizycznych. Oto obraz realnej skali różnic społecznych w Polsce.

Hasłu Platformy „3 x 15” bogacze na pewno przyklasną, bo wszystko odbiją sobie na likwidacji drugiego i trzeciego progu skali podatkowej. Zaś 95 proc. biedaków dostanie po kieszeni. Na ponad 3 mld zł – z tytułu likwidacji ulg podatkowych. A to przecież nie koniec szachrajstw Platformersów.

Likwidacji ulec mają: kwota wolna od podatku, koszt uzyska­nia przychodu i wszystkie ulgi. Podstawą będzie więc dzisiejszy „przychód”. A to oznacza, że 15-procentowy podatek dochodowy od osób fizycznych będzie naliczany od wyższej niż obecnie podstawy! Czyli przeważająca większość podatników w tym wszyscy biedni) zapłaci więcej!

PIT wspomnianego pana Kowalskiego ograniczy się do jed­nej kartki z dwiema rubrykami: „dochód” i „podatek”. Więcej, pan Kowalski nie będzie musiał składać żadnego PIT-u! Tę prostą czynność wykona za niego pracodawca. Jak za komuny. Ale pan Kowalski straci! Jeszcze o tym nie wie, ale gdyby Platformersi, nie daj Boże, zdobyli władzę, to poczuje to na własnej skórze.

Gdyby Platforma chciała zrobić to, co zapowiada, czeka nas nie tylko katastrofa finansów publicznych, ale i katastrofa społeczna. Ze względu na brak pieniędzy nowym władcom nie pozostanie nic innego jak tylko ogłosić że po zapłaceniu fiskusowi 15 proc. od obecnego „przychodu” Kowalski ma się sam martwić o siebie, czyli z tego, co mu zostanie, płacić na emeryturę i służbę zdrowia.

Oszustwo Platformensów polega na tym, że przeciętny, real­nie płacony podatek (PIT) wynosi dzisiaj około 15%, w tym w I grupie podatkowej 14,8%, w II grupie podatkowej 18% a w III grupie 28%. Jednakowa stawka 15% bez ulg oznacza pod­wyższenie podatku dla najniżej zarabiających i wyraźne zmniej­szenie dla najwyżej zarabiających.

Pomysł Zyty i Rokity

Nowość w pomyśle – jak mówią dziennikarze – Zyty i Rokity polega na tym, że najbogatsi mają płacić mniej, a biedni – więcej.

Plan „3 x 15” to nic innego, jak tzw. podatek liniowy. Wymysł skrajnych liberałów! Musieli Państwo słyszeć o ich zachwytach tym planem. Oto podatek liniowy wprowadziła Słowacja – i co? Osiągnęła wzrost gospodarczy! Z tym wzrostem to nie całkiem tak… Naprawdę niezależni eksperci dowiedli, że Słowacja – która notowała pewne zapóźnienie rozwojowe wobec innych krajów naszego regionu – osiągnęłaby obecny, a może i większy wzrost gospodarczy – także wówczas, gdyby pozostawiła pro­gowy system podatkowy. Podatek liniowy nie ma z tym nic wspólnego! Ci sami eksperci bez trudu wskazują na to, czyim kosztem odbywa się obecny – zresztą niewielki – wzrost gospo­darczy. Stracili najbiedniejsi! Wydatki na pomoc społeczną zmniejszyły się o 40 proc. Ba, stracili nawet ci, którzy nigdy nie korzystali z pomocy społecznej państwa. Ich realne dochody zmniejszyły się o 10 do 15. proc. O tyle samo wzrosły dochody garstki zamożnych Słowaków. Myślą Państwo, że ci zamożni – przeważnie przedsiębiorcy – stworzyli nowe miejsca pracy? Nie stworzyli! W wyniku wprowadzenia na Słowacji podatku li­niowego nie powstało ani jedno nowe miejsce pracy! Takie są fakty. Stopa bezrobocia ani drgnęła! Eksperci przypuszczają natomiast, że jeżeli nie zmienią się obecne tendencje, to bezrobocie na Słowacji wzrośnie.

Podatek liniowy w Polsce – wedle Platformersów – może być sposobem na rozruszanie polskiej gospodarki. Tyle tylko, że nie wiadomo, czy zaordynowane lekarstwo nie okaże się gorsze od samej choroby.

W 1995 r. – najbogatsi płacili podatek od dochodów osobistych (PIT) w wysokości 45 proc. Podatek dla przedsiębiorstw (CIT) wynosił wówczas 30 proc. Mimo to dochód narodowy rósł w szyb­kim tempie 6 proc. rocznie. Bez pracy w 1995 r. było 14,9 proc. dorosłych Polaków. Od tamtego czasu stawka podatku PIT dla najbogatszych zmalała z 45 do 40 proc., a podatek płacony przez przedsiębiorców spadł do 19 proc. (nawet w skrajnie liberalnych Stanach Zjednoczonych wynosi ok. 36 proc.). I cóż z tego, że podatki dla najlepiej sytuowanych zmalały, skoro dziś mamy (według spisu powszechnego) 21 proc. bezrobotnych, a produkt krajowy brutto przyrastał w tempie dwukrotnie wolniejszym, niż przy poprzednich wysokich podatkach.

Niższe podatki nie przełożyły się w naszym kraju na wzrost gospodarczy. Pogłębiające się rozwarstwienie dochodów, w tym rosnąca przepaść między biedakami żyjącymi z pracy rąk a kapi­talistami pławiącymi się w luksusowej konsumpcji, może dopro­wadzić do buntu odrzuconych.

Żaden dotychczasowy rząd polski nie przeciwdziałał nieboty­cznemu wzrostowi wynagrodzeń zarządów prywatnych koncernów i banków. Stanowi to argument za wysokim opłacaniem zarządów spółek skarbu państwa, bo inaczej dobrzy menedżerowie pójdą do firm prywatnych. Przy tym zarobki w bankach i koncernach rosły w oderwaniu od wyników. Jak podała „Rzeczpospolita”, w 2002 r. członkowie zarządu Banku Millennium zarabiali średnio 282,7 tys. zł miesięcznie, czyli 3,3 mln zł rocznie! Członkowie zarządu PKN Orlen dostawali średnio po ok. 190 tys. zł miesięcznie. W TP S.A. członkowie zarządu brali po ok. 182 tys. zł miesięcznie. Zarobki członków zarządu Banku Millennium i co najmniej kilku innych spółek działających w Polsce przekraczają uposażenie słynnego amerykańskiego superinwestora giełdowego Warrena Buffetta kierującego holdingiem Berkshire Hathaway. Tymczasem rozbest­wieni menedżerowie z zarządów prywatnych banków i koncernów oczekują, że rząd stworzony przez Platformę Obywatelską obniży im o kilkanaście punktów procentowych stawkę podatku PIT!

W 1995 r. najniższa płaca kształtowała się na poziomie 41,2 proc. średniej płacy w gospodarce. W zeszłym roku najniższa płaca w Polsce stanowiła już tylko 35,3 proc. średniego wynagrodzenia. Zatem wzrostowi wynagrodzeń na najwyższych szczeblach społecznej drabiny towarzyszyło w Polsce powiększanie się obszarów nędzy. Wedle danych GUS, w skrajnym ubóstwie żyło w 1995 r. (czyli wówczas, gdy były wysokie podatki) ok. 4,2 proc. obywateli Najjaśniejszej. Teraz w skrajnej nędzy egzystuje ponad 11 proc, Polaków.

Gdy podczas moich licznych podróży po kraju oraz spotkań z mieszkańcami dużych i małych miast oraz wsi opowiadam o tym, kto zarobi, a kto straci na pomyśle Platformersów, ludzie łapią się za głowy i wołają: Od powietrza, głodu, wody, ognia i Platformy zachowaj nas, Panie!

Majewski na żużlu

Oto rok temu w Gdańsku policja zatrzymała Henryka Majewskiego, ministra spraw wewnętrznych w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego. Oficjalny powód: nadużycia w klubie żużlowym

http://trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,35636,9396613,Henryk_Majewski_
uniewinniony_przez_gdanski_sad.html

Wybrzeże, gdzie Majewski był prezesem. Kwota nadużyć (czyli, mówiąc krótko, kradzieży): 2 mln zł. Majewski został skazany i wylądował w więzieniu. Jest to rzadki przypadek pociągnięcia do odpowiedzialności byłego (!) członka elity poli­tycznej i gospodarczej. Takich kroków nie podejmuje się często, elita bowiem ma skłonności do obrony własnych interesów grupowych i korporacyjnych.

Wspominam o Majewskim nie dlatego, że popełnił on szczegól­nie ciężką zbrodnię, chociaż lepkie ręce u polityka (w tym wypad­ku byłego polityka) powinny być piętnowane bardziej surowo niż podobne przestępstwa popełnione przez innych. Majewski jest dla mnie symbolem wszystkich dotychczasowych rządów w Polsce.

Jego szefem był premier Bielecki, dziś czołowy entuzjasta Platformy Obywatelskiej – nie zapisał się do niej chyba tylko z tego powodu, że ma wielokrotnie lepiej płatną posadę w banku PKO SA. Ale sympatii do partii Tuska i Rokity nie ukrywa od początku jej powstania… Majewski musiał być zaufanym człowiekiem Bieleckiego, skoro premier zdecydował się powierzyć mu stanowisko ministra spraw wewnętrznych. Po tym, jak już przestał być ministrem, nie wrócił do zawodu – bo chyba jakiś zawód miał, coś potrafił robić – tylko kontynuował tzw. karierę polityczną, tym razem na niższym szczeblu: rządził w klubie sportowym. Nie dam sobie wmówić, że nieuczciwości nauczył się dopiero wtedy, gdy zaczął zajmować się żużlem. Pewne zachowa­nia, zwyczaje, nawyki człowiek ma we krwi. Nieprędko zamienia się z uczciwego w złodzieja, z baranka w wilka.

Nikt nie zagwarantuje, że gdyby dokładnie sprawdzić decyzje ówczesnego ministra Majewskiego, to nie znajdą się w nich podobne nadużycia, z tym że łatwiejsze do ukrycia i nigdy tak naprawdę nieskontrolowane.

Przypadek Majewskiego potwierdza tezę, którą stawiam od lat: jeszcze żaden polityk w Polsce nie odpowiedział przed sądem za czyny, których się dopuścił! Czyny ewidentnie złe – nawet jeśli nie przestępcze.

Lewandowski w stoczni

Inny minister w gabinecie Bieleckiego – Janusz Lewandowski. Kiedyś minister przekształceń własnościowych, dziś jeden z lide­rów Platformy Obywatelskiej. Ekspert od spraw gospodarczych, pewnie kandydat na ministra któregoś z resortów ekonomicznych.

Dla mnie jest to postać, która powinna szukać miejsca w więzieniu, a nie w rządzie, do którego przymierza się Platforma.

Janusz Lewandowski jest odpowiedzialny – razem z kilkoma innymi notablami, m.in. Maciejem Płażyńskim, byłym woje­wodą gdańskim, marszałkiem Sejmu i założycielem Platformy Obywatelskiej – za upadek Stoczni Gdańskiej. I nie chodzi mi nawet o krach stoczni w rozumieniu przedsiębiorstwa – tutaj winnych znalazłoby się wielu – lecz o doprowadzenie do bankructwa tysięcy pracowników stoczni. Nieodpowiedzialnymi decyzjami politycznymi Lewandowski doprowadził do tego, że zatrudnieni w stoczni robotnicy, zamiast, jak to im obiecano, stać się udziałowcami swojego zakładu pracy, stali się posia­daczami nic nie wartych akcji, a w końcu większość nich straciła pracę i musiała odejść ze stoczni. Szczegóły tej jednej z największych w dziejach Trzeciej Rzeczpospolitej nieudolności gospodarczej rządu opisałem w swojej poprzedniej książce „Lista Leppera”.

Jeżeli udział Lewandowskiego w upadku Stoczni Gdańskiej można by na siłę uznać za wynik jego skrajnej niekompetencji, braku zdolności i wyobraźni, tudzież złej woli, to kolejne postępki świadczą już dobitnie o popełnieniu przestępstwa.

Lewandowski w Krakowie

Przypomnę. Na początku lat 90. ówczesny minister przek­ształceń własnościowych, prominentny polityk Kongresu Liberalno-Dekomratycznego, potem Unii Wolności, a obecnie Platformy, powziął decyzję o prywatyzacji dwóch krakowskich przedsiębiorstw: Techmy i Krakchemii. Lewandowski ni to sprzedał, ni to oddał za darmo (bo taka powinna być definicja złodziejskiej prywatyzacji) obydwie firmy swoim partyjnym kolegom – Gocmanowi i Kuśnierzowi. W przypadku obu przed­siębiorstw wybrano gorszych oferentów, którzy za sprywaty­zowane fabryki zapłacili z ich przejętego majątku, w tym z kont bankowych, i zysków. Prokuratura zarzucała Lewandowskiemu me tylko powzięcie szkodliwej dla Skarbu Państwa decyzji poli­tycznej (straty – jak ocenia NIK – wyniosły co najmniej 2,5 min ale popełnienie przestępstwa stricte kryminalnego: fałszerstwa dokumentów. Janusz Lewandowski, gospodarcza ikona uczciwości Platformy Obywatelskiej, po prostu po cham­sku zmienił daty na umowach – tak, żeby jego partyjni kumple mogli przejąć za bezcen dwie krakowskie fabryki!

Od tego czasu minęło 12 lat. Lewandowski wciąż jest posłem, kryje się za immunitetem, dopiero ostatnio stanął przed sądem. Prokuratorzy, którzy rozpracowywali tę sprawę, zostali odwołani przez ówczesną minister sprawiedliwości (niesprawierdliwości) Hannę Suchocką. Niedawno zapadł w tej sprawie wyrok – Lewandowskiego wreszcie dosięgła ręka sprawiedliwości. Jaka to sprawiedliwość? Po tylu latach wina rozmyła się, tarła, świadkowie poumierali albo stracili pamięć, eksperci się mylili i pan Lewandowski opuścił sąd jako człowiek niewinny! Prokuratura nie podjęła skutecznej walki o to, by udowodnić mu winę, i doprowadzić przynajmniej do symbolicznego ukarania, Sąd jeszcze raz okazał się wyrozumiały.

Czy tak powinno być w praworządnym kraju? Nie. A jak być powinno? Lewandowski – wspólnie z kumplami albo sam – powinien oddać każdą złotówkę, którą stracił Skarb Państwa przy prywatyzacji Techmy i Krakchemii: 2,5 mln zł z odsetkami! A jak nie, to do więzienia!

Marzą mi się sprawiedliwe sądy, których zadaniem byłoby sądzenie takich właśnie spraw. Byłeś winien jeden z drugim? Przekręciłeś? Dałeś zarobić? Państwo straciło? No to teraz ponieś odpowiedzialność. Oddaj! Albo za kratki!

Panowie Samochodziki

Janusz Lewandowski – że wciąż pozostanę przy jego przykładzie – powinien odpowiedzieć przed takim trybunałem za przekręt stulecia w Fabryce Samochodów Małolitrażowych w Bielsku-Białej. Działał w tandemie z innym dzisiejszym tuzem (którego gwiazda zresztą gaśnie) Platformy Obywatelskiej Andrzejem Olechowskim, wówczas ministrem finansów.

Ów przekręt polegał nie tylko na oddaniu włoskiemu Fiatowi za bezcen nowoczesnej i dochodowej Fabryki Samochodów Małolitrażowych. W gospodarce czasem tak trzeba: lepiej oddać coś za darmo, by utrzymać miejsca pracy i dochody państwa płynące z produkcji i podatków, niż pozwolić upaść. W przypad­ku FSM oczywiście takie okoliczności nie zachodziły, bo na fab­rykę samochodów można było znaleźć innego, niż Fiat, amatora. Zresztą Fiat też by zapłacił więcej, gdyby postawa polskiego rządu była niezłomna… Przekręt (czyli mniej kolokwialnie a dosadniej: kradzież połączona z oszustwem) polegał na niespo­tykanym w żadnym innym kraju na świecie przyznaniu ulg dla włoskiego inwestora. Fiat dostał w prezencie niewyobrażalny majątek: nie tylko ówczesny, ale również przyszły. Zwolnienia celne i podatkowe, zagwarantowane Włochom na lata przez polski rząd (czytaj: Lewandowskiego i Olechowskiego) stawiały Fiata w pozycji uprzywilejowanej. Ekstra zyski z tego tytułu wyniosły przez te wszystkie lata kilkanaście miliardów dolarów. Ekstra zyski dla Fiata to straty budżetu państwa. Kto te straty pokryje? Kto odda dług? Lewandowski? Olechowski? Olechowski deklarował niedawno, że zgromadził majątek wart kilka milionów złotych. Pogratulować, ale to mało! Nie wystarczy na zapłacenie za szkody, które wyrządził, podpisując tylko tę jedną umowę z Fiatem! Nie wystarczy? No to do pudła!

Piskorski na giełdzie

Jeśli mowa o zgromadzonych milionach, to nie mogę nie wspomnieć o moim ulubieńcu – Pawle Piskorskim. Kariera typowa: Kongres Liberalno-Demokratyczny, Unia Wolności, Platforma Obywatelska… Były prezydent Warszawy. Człowiek młody, obecnie 36-letni. Kilka lat temu ogłosił w oświadczeniu majątkowym, że zgromadził majątek wart 2,5 mln zł. Sporo… Jak w tak młodym wieku zarobić tak wielkie pieniądze? – spytali dziennikarze.

Przecież Piskorski nie wygrał w totolotka, nie odziedziczył fortuny po przodkach, nie opatentował lekarstwa na raka, ba – nie miał nawet własnego przedsiębiorstwa produkcyjnego czy usługowego. Od najmłodszych lat był politykiem i utrzymywał się z polityki. Jak zatem zarobił tak gigantyczne pieniądze?

–  Wygrałem na giełdzie oraz zarabiałem na handlu dziełami sztuki – odpowiedział Piskorski, gdy pytania dziennikarzy stawały się zbyt natarczywe.

Nie jestem specjalistą od giełdy. Wiem, że można było na niej zarobić fortunę, zwłaszcza na początku jej działalności. Ale trze­ba było najpierw mieć dużo pieniędzy, żeby je pomnożyć! Skąd Piskorski miał te pieniądze, jeśli był studentem?

Poza tym giełda ma to do siebie, że czasem się na niej zara­bia, a czasem traci. Piskorski tylko zarabiał. I to ile!

Handel dziełami sztuki. Eksperci z tej dziedziny wielokrotnie uświadamiali mnie, że na dziełach sztuki można zarobić, ale działalność handlową trzeba by prowadzić na wielką skalę. Zarejestrować firmę, przeprowadzać setki, tysiące transakcji, by na każdej zarobić kilkaset złotych. A i tak nie dałoby się zarobić milionów… Taki majątek mógłby zgromadzić tylko ten, który dzieła sztuki pozyskiwałby za darmo, czyli kradł. A przecież Piskorski nie zadeklarował, że jest złodziejem dzieł sztuki!

I jeszcze jedno: tak dochodowa działalność, do której przyz­naje się Piskorski, nie uszłaby uwagi na rynku dzieł sztuki. Krótko mówiąc kolekcjonerzy musieliby zauważyć takiego potentata jak Piskorski. A nie zauważyli. Musieliby go znać. A nie znali.

Zatem kłamie pan, panie Piskorski! Swojego majątku nie zdobył pan poprzez oszczędność. Nie wygrał go pan na giełdzie. Nie zarobił na handlu dziełami sztuki. Co pozostaje? Korupcja, panie Piskorski! Łapówki! Działki! Procenty! Prowizje! Żaden dziennikarz nie odważył się powiedzieć tego wprost, bo nie miał na to bezpośrednich dowodów. Bo ci, którzy dawali łapówki, nigdy się do tego nie przyznają.

Ja mówię wprost, ponieważ znam takich jak pan! O nich za chwilę, wcześniej ciekawostka. Pokazano mi oświadczenie majątkowe posła Piskorskiego złożone przez niego w Sejmie pod koniec kwietnia 2003 r. Z tego oświadczenia wynika, że poseł Piskorski zgromadził majątek o wartości mniejszej niż 700 tys. zł. Co się stało przez te dwa czy trzy lata? Gdzie się podziały miliony?!

Piskorskiemu się wydaje, że poszedł po rozum do głowy i postanowił przestać się afiszować z majątkiem. Uznał wyborców za idiotów! Szast-prast, były pieniądze, nie ma pieniędzy! Tak bezczelnego kłamstwa dawno nie widziałem, a widziałem niejed­no, bo żyję dłużej od Piskorskiego.

Na lewo most, na prawo most

Jerzy Hertel, poseł Platformy Obywatelskiej, wcześniej kole­ga Piskorskiego; znają się z Unii Wolności i z warszawskiego samorządu. Hertel to bohater tzw. afery mostowej, która wybuchła w Warszawie pod koniec 2003 r. Przekręt na budowie dwóch mostów – Świętokrzyskiego i Siekierkowskiego – oraz tzw. Trasy Siekierkowskiej. Inwestycje warte setki milionów (!) złotych. Ile z tego trafiło do twórców i uczestników przekrętu? 20 procent? 30 procent?

Wymieniam za „Rzeczpospolitą” towarzystwo, w którym :obracał się poseł Hertel:

–   Paweł Bujalski, działacz samorządowy Unii Wolności, teraz Platformy Obywatelskiej;

–   Marta Fogler, posłanka PO, dawniej radna warszawskiej Gminy Centrum;

–  Piotr Fogler, działacz samorządowy PO, dawniej UW i Partii Konserwatywnej;

–   Małgorzata Ławniczak-Hertel, radna PO w Warszawie;

–  Jolanta Skolimowska, działaczka PO, radna, zasiada w sądzie koleżeńskim Platformy na Mazowszu.

W tym „składzie desek” doszło do największego w ostatnich latach przekrętu w Warszawie. Pajęczyna firm i spółek niezgod­nie z prawem, ani z ekonomią wygrywała przetargi na naj­większe inwestycje budowlane w stolicy. Politycy Platformy albo podejmowali decyzje w sprawie tych inwestycji, albo wprost czerpali zyski z kontraktów. Zgarniali niekorzystne dla inwesto­ra prowizje. Budowali mieszkania. Zakładali spółki. Handlowali udziałami. Trzeba by wieloletniego śledztwa, by odkryć wszys­tkie oszustwa, do których doszło przy okazji budowania dwóch mostów i jednej trasy. Odkryć i oszacować ich wartość, czyli straty poniesione przez budżet miasta i państwa.

Po odsłonięciu przez dziennikarzy wierzchołka góry lodowej tej niesłychanej afery najgłośniej krzyczał prezydent Warszawy Lech Kaczyński. Skandal! Winnych oddać pod sąd!

Dziś po aferze mostowej nie ma nawet śladu. Jan Rokita oburzył się, powiedział, że winni zostaną pociągnięci do par­tyjnej odpowiedzialności. Partyjnej! A kogo obchodzi partyjna odpowiedzialność ludzi, którzy na przekręcie zarobili setki mi­lionów złotych?! Zresztą winni nie ponieśli nawet odpowiedzial­ności partyjnej…

Rokita i Kaczyński deklarują, że po wyborach parlamentarnych są skłonni stworzyć koalicję rządzącą. Wiem, jakich ministrów i wiceministrów sobie dobiorą. Bujalski, Foglerowie, Herdowie, Skolimowska… Będą dobrymi urzędnikami państwowymi, pokaza­li przecież, że potrafią zarabiać kasę…

Do tego „doborowego” towarzystwa powinien dołączyć inny prominentny działacz Platformy ze stolicy – były prezydent Warszawy Wojciech Kozak. Za sprawą mało znanej afery – tzw. inwestycji Złotych Tarasów. Za wiedzą, a może i przy udziale Kozaka doszło do gigantycznej niegospodarności w warszaw­skiej gminie Centrum. Kto zyskał? Holenderski koncern finansowy ING. Ile zyskał? Mniej więcej 400 min euro. Na czym pole­gała afera? Na zaniżeniu wartości gruntów, które stanowiły aport gminy w inwestycji. Co się dzieje w tej sprawie? Właściwie nic; Kozak chodzi na wolności, robi karierę partyjną. Pro­kuratura zajęła się wprawdzie sprawą. Nie wiadomo, jak to się skończy? Tak jak setki podobnych spraw. Prokuratura albo sąd, gdy afera znajdzie finał w sądzie, uzna, że niegospodarność była skutkiem zwykłego ryzyka, które towarzyszy każdej decyzji.

Kolejny przekręt z udziałem tych samych ludzi: w spółce Holding-Wars. Znany już Piotr Fogler oraz nowe twarze – żona Wojciecha Kozaka Agnieszka i Jerzy Guz, również aktywista Platformy Obywatelskiej. Nadużycia popełnione w latach 1998 -2001 w handlu nieruchomościami należącymi do gminy lub do państwa. Skala: kilkanaście, a może kilkadziesiąt milionów złotych. Finał: cisza.

Dalej – wciąż mówimy o Warszawie – Fundacja Baseny Warszawskie i związany z nią poseł Platformy, Łukasz Abgarowicz. Na inwestycje w założeniu mające służyć miesz­kańcom stolicy wydano 120 mln zł. „Po drodze” rozpłynęła się w powietrzu jedna trzecia tej kwoty. Prezydent Kaczyński odgraża się, że skieruje tę sprawę do prokuratury, ale idę o zakład, że gdyby po wyborach doszło do zawiązania koalicji Platformy z Prawem i Sprawiedliwością, kulisy tej afery nigdy nie ujrzą światła dziennego.

Zdrojewski minus podatek

Był we Wrocławiu prezydent miasta, który okazał się równie dobrym gospodarzem jak Hertel z przyjaciółmi w Warszawie. To Bogdan Zdrojewski, w ostatnich wyborach wybrany na posła Platformy Obywatelskiej.

Zdrojewski uznał otóż, że nie będzie płacił podatku VAT od działalności gospodarczej gminy Wrocław. Tak sobie wymyślił, korzystając, z rzeczywiście nie dość precyzyjnych, przepisów prawa. Był z tego bardzo dumny! Na zarzuty, że przez unikanie płacenia VAT straty poniesie Skarb Państwa (45 min zł) oraz ina (73 min zł), Zdrojewski odpowiadał, że wybrano go na prezydenta po to, żeby dbał o interesy miasta, a nie gminy i państwa.

Podatku VAT Wrocław nie płacił w latach 1996-1999. Naczelny Sąd Administracyjny uznał, że decyzja o unikaniu VAT była niezgodna z prawem i Wrocław musiał VAT zapłacić. Spowodowało to wielkie kłopoty finansowe miasta; do dziś sytu­acja ekonomiczna nie jest tam jasna.

Co ze Zdrojewskim? Sąd pierwszej instancji uznał najpierw, że jest winien niegospodarności (miasto poniosło ewidentną stratę) i skazał go na 14 miesięcy więzienia w zawieszeniu. Następnie sąd drugiej instancji – również uznając, że Zdrojewski złamał prawo – uwolnił go od odpowiedzialności karnej. Uzasadnienie: prezydent działał w interesie miasta.

Trudno mi komentować wyroki sądowe; nie tylko w tej spra­wie zresztą… Nie mogę jednak zrozumieć, jak można uniewin­nić człowieka, uznając go winnym! Gdyby sądy obchodziły się ze mną tak, jak ze Zdrojewskim, nigdy bym nie zapłacił ani złotów­ki grzywny. Ale najwidoczniej politycy Platformy są w Polsce traktowani przez sądy inaczej niż politycy Samoobrony…

Tańczący z mediami

Jacek Merkel to kolejny polityk Platformy Obywatelskiej, którego działalność powinna być wyjaśniona przez prokuraturę i sąd. Był działaczem “Solidarności”, członkiem Kongresu Liberalno-Demokratycznego, aż w końcu – jak wielu jemu podob­nych – wylądował w Platformie. Wcześniej jednak postanowił zro­bić karierę w biznesie. Był założycielem i udziałowcem słynnej spółki 4Media. Spółka w niejasnych okolicznościach przejęła firmę Chemiskór, ale postanowiła zaprzestać wyprawiania skór. tylko zadebiutować na rynku mediów. Merkel zapowiadał w prasie, że 4Media będzie działać z rozmachem i wkrótce stanie się jedynym polskim koncernem medialnym, zdolnym konku­rować z koncernami niemieckimi czy francuskimi.

I rzeczywiście, 4Media zdobywała rynek z rozmachem. Przejmowała gazetę po gazecie, płacąc akcjami i udziałami. Wkrótce była wydawcą kilkudziesięciu gazet, z których najbardziej znane było “Zycie”. Po niecałych dwóch łatach okazało się, że działalność spółki 4Media to jeden wielki przekręt. Zarząd spółki na bieżąco wyciągał pieniądze z reklam i sprzedaży gazet, a zobowiązania odraczał na tak długo, jak się dało. Wkrótce powstały zaległości płatnicze w drukarniach i re­dakcjach, a pieniędzy brakowało na coraz to nowe inwestycje. Akcje, które spółka emitowała w wielkiej obfitości, były warte coraz mniej, a poza tym posiadały tę wadę, że przestano je przyj­mować jako zapłatę. W sklepach i bankach też jakoś nie chciano potraktować tych akcji jak środków płatniczych.

Skończyło się to tak, jak powinno się skończyć – upadkiem spółki 4Media i wszystkich jej inwestycji wydawniczych. Tysiące pracowników wniosły pozwy do sądów pracy, prawie wszyscy wygrali sprawy, ale co z tego, skoro nie można wyegzekwować ¡należności, ponieważ 4Media od początku do końca swojej działalności była nic nie warta.

Pozostaje pytanie: jeśli tyle osób i instytucji straciło na “roz­machu” spółki założonej przez Merkla, to kto na niej zarobił?

I   co się stało z tymi pieniędzmi, wysoki sądzie?

* * *

Członek Platformy i prezes zarządu Stoczni Gdynia, Janusz Szlanta – afera. Poseł PO Aleksander Grad – afera. Prezydent Poznania i członek PO Ryszard Grobelny – afera. Były wojewoda opolski i kandydat PO na prezydenta Opola, Ryszard Baczyński – afera. Mógłbym długo tak wymieniać… Bardzo długo wymieniać.

Zastanawiam się, dlaczego afery z udziałem obecnych poli­tyków Platformy Obywatelskiej przechodzą prawie bez echa. Owszem, ktoś coś napisze, ktoś huknie w Sejmie, odezwie się jakiś prokurator czy policjant z Centralnego Biura Śledczego, ale zaraz potem zapada głucha cisza. Sprawy ewidentnych oszustw ciągną się latami, bledną, rozmywają się, wreszcie kończą umorzeniem albo ukaraniem jakichś płotek.

Można powiedzieć, że nie tylko politycy Platformy unikają odpowiedzialności. Zgoda, ale politycy Platformy zawsze (!) unikają odpowiedzialności.

Pocieszające jest tylko to, że do Platformy nie należą dziewice polityczne, tylko ludzie o długich życiorysach, Partie, do których obecni aktywiści Platformy należeli wcześniej, skończyły marnie. Kongres Liberalno-Demokratyczny? Nie is­tnieje. Unia Demokratyczna? Nie istnieje. Unia Wolności? Nie istnieje. Czy istnieje jakaś odpowiedzialność? Wyborcy wiedzą, jaka partia jest winna doprowadzenia Polski do takiego stanu, w jakim się znajduje obecnie. Szkoda, że nie dość dokładnie śledzą losy ludzi z tych upadłych partii… Ale kiedyś przyjdzie kryska na Matyska! Prędzej niż ci ludzie się spodziewają. A wtedy sprawy wszystkich przekrętów i afer z udziałem “świętych z Platformy” wyjdą na wierzch jeszcze raz, tylko tym razem nie pozwolę ich ukryć pod suknem.

Komentowanie zamknięte.