Opublikowano Luty 22, 2012 Przez a303 W Bez kategorii

“Odpowiedzialność za obronę” jako narzędzie imperialne. Rzecz o nie-interwencjonistycznej polityce zagranicznej

Źródło: http://www.counterpunch.org

20.02.2012 r.

Autor: Jean Bricmont, Louvain-la-Neuve. Tłum. wMordechaj

Wydarzeniom w Syrii, a wcześniej tym w Libii, towarzyszą wezwania do zbrojnej interwencji w celu „obrony cywilów”, które przeplatane są twierdzeniami o naszym prawie i obowiązku do podjęcia tych działań. Nie dalej, jak rok temu, niektórzy najgłośniej wykrzykujący swoje poparcie dla interwencji, lewicowcy oraz Zieloni, okazali się środowiskami, które w całości przełknęło koncepcję „interwencji humanitarnej”. Z rzadka rozlegały się nieśmiałe głosy protestu wobec tych interwencji i były one kojarzone z prawą stroną sceny, a więc w osobach Rona Paula z USA oraz Frontu Narodowego we Francji. Polityka, jaką powinna wspierać lewica, to polityka nie-interwencyjna.

Głównym celem ataku humanitarnych interwencjonistów jest koncepcja narodowej suwerenności, na której opiera się aktualne prawo międzynarodowe, a jaka jest przez nich obecnie stygmatyzowana jako zezwolenie dla dyktatorów na zabijanie swoich na każde życzenie. Odnieść można czasami wrażenie, że suwerenność narodowa jest niczym innym, tylko ochronnym parawanem dla dyktatorów, których jedynym pragnieniem jest zabijać swój naród.

A przecież podstawowym uzasadnieniem narodowej suwerenności jest, mówiąc precyzyjnie, danie narodom choćby częściowej ochrony dla państw słabszych wobec państw silniejszych. Państwo, które jest dość silne, może robić co tylko zechce, nie obawiając się jakiejkolwiek interwencji z zewnątrz. Nikt przecież nie oczekuje, że Bangladesz będzie mieszał się w wewnętrzne sprawy Stanów Zjednoczonych. Nikt nie przejawia zamiaru zbombardowania USA, aby zmusić je do zmodyfikowania polityki imigracyjnej albo monetarnej z powodów konsekwencji ludzkich prowadzenia ich wobec innych krajów. Humanitarna interwencja działa tylko w jednym kierunku, od silnych w kierunku słabych.

Ideą przewodnią powstania Narodów Zjednoczonych było ocalenie ludzkości przed “plagą wojenną” z odniesieniem do dwóch Światowych Wojen. Można było to osiągnąć poprzez ścisłe trzymanie się litery prawa w odniesieniu do narodowej suwerenności w celu zabezpieczenia krajów słabszych przed interwencjami zbrojnymi Wielkich Potęg bez względu na pretekst. Ochrona suwerenności narodowej w prawie międzynarodowym opiera się na powszechnym uznaniu faktu, że wewnętrzne konflikty w krajach słabszych, mogą być z łatwością wykorzystane przez kraje silniejsze, jak dowodzą tego przykłady niemieckich interwencji w Czechosłowacji i w Polsce, ostentacyjnie nazywane „obroną praw mniejszości uciśnionych”. To doprowadziło do II WŚ.

Potem przyszła dekolonizacja. Po II WŚ, wiele krajów na nowo niepodległych, wyzwoliło się spod kolonialnego ucisku. Ostatnią rzeczą, jaką te kraje chciałyby widzieć jest mieszanie się do ich wewnętrznych spraw przez byłych kolonizatorów (nawet gdy taka interwencja często zdarza się w mniej lub bardziej zawoalowanej formie, zwłaszcza w krajach afrykańskich). Ta awersja do mieszania się obcych wyjaśnia, dlaczego „prawo” do interwencji humanitarnej zostało gremialnie zanegowane przez kraje Południa, na przykład na Szczycie Krajów Południa w Hawanie, w kwietniu 2000 r. Na Konferencji w Kuala Lumpur, w lutym 2003 r., a więc krótko przed atakiem USA na Irak, wydano oświadczenie: „Głowy państw lub rządów powtarzają z naciskiem, że Ruch Państw Niezależnych (the Non-Aligned Movement) odrzuca możliwość tak zwanego „prawa” do humanitarnych interwencji, które nie mają podstawy ani w treści Karty Narodów Zjednoczonych ani w prawie międzynarodowym” oraz „stwierdza podobieństwa między nowym określeniem”odpowiedzialność za obronę” i „interwencja humanitarna”, zatem domaga się dokładnego przebadania sprawy przez Biuro Koordynujące oraz uznania wyrażenia „odpowiedzialność za obronę” i jego implikacji na gruncie zasad nie-mieszania się i nie-interwencji, jak też poszanowania dla integralności terytorialnej i narodowej suwerenności państw”.

Podstawowym punktem porażki Narodów Zjednoczonych nie było to, że nie umiało powstrzymać dyktatorów od zabijania swoich, ale że nie umiało powstrzymać silnych krajów przed łamaniem zasad prawa międzynarodowego: USA w Indochinach i Iraku, zaś RPA w Angoli i Mozambiku, Izraela wobec krajów sąsiednich, Indonezji w Timorze Wschodnim, nie mówiąc już o wielu zamachach stanu, groźbach, embargach, wzajemnych sankcjach, przekupionych wyborach, itd. Wiele milionów ludzi zginęło z powodu tych powtarzających się naruszeń prawa międzynarodowego i zasady narodowej suwerenności.

W powojennej historii miały miejsce wojny w Indochinach, inwazje na Irak, Afganistan, Panamę, nawet maleńką Grenadę, odbyły się bombardowania Jugosławii, Libii i wielu innych krajów, w tej sytuacji aż trudno uwierzyć, że to właśnie międzynarodowego prawa i poszanowania suwerenności narodowej bronić chcą Stany Zjednoczone w imię powstrzymania ludobójstwa. Gdyby USA miały środki i potrzebę interwencji w Rwandzie, to zrobiłyby to, a żadne prawo międzynarodowe by im w tym nie przeszkodziło. A jeśli wprowadzi się „nową regułę”, taką jak prawo do humanitarnej interwencji lub odpowiedzialności za obronę, zwłaszcza w kontekście obecnych związków sił politycznych i sił zbrojnych, to wtedy nie obronią one nikogo i nigdzie, chyba że USA dostrzeże potrzebę interwencji ze swojej własnej perspektywy.

Mieszanie się przez USA w wewnętrzne sprawy innych państw jest wielorakie, ciągłe i ciągle narusza ducha, a często też literę Karty Narodów Zjednoczonych. Pomimo twierdzeń o działaniu w imię zasad takich jak wolność i demokracja, interwencje USA wciąż powtarzają straszliwe konsekwencje: nie tylko miliony istnień ludzkich wskutek bezpośrednich czy pośrednich działań wojennych, lecz również straconych szans, „zabicia nadziei” setek milionów ludzi, którzy mogli skorzystać na postępowych programach społecznych zainicjowanych przez takich przywódców, jak Arbenz w Gwatemali, Goulart w Brazylii, Allende w Chile, Lumumba w Kongo, Mossadegh w Iranie, Sandiniści w Nikaragui czy Prezydent Chavez w Wenezueli, którzy byli systematycznie „podgryzani”, obalani albo zabijani z pełnym poparciem Zachodu.

Lecz to nie wszystko. Każde agresywne działanie USA rodzi reakcję. Rozmieszczenie tarcz przeciwrakietowych wytwarza więcej rakiet, a nie mniej. Rzucanie bomb na cywilów, czy w wyniku świadomej decyzji, czy wskutek tak zwanej „przypadkowej szkody”, powoduje tylko zwiększenie zbrojnego oporu, a nie zmniejszenie. Próba obalenia albo „podgryzienia” rządów skutkuje zwiększeniem wewnętrznych represji, wcale nie ma ich mniej. Wspieranie mniejszości do dokonania secesji poprzez dawanie im często fałszywego wrażenia, że jedyne Supermocarstwo przyjdzie im z pomocą w przypadku ich ucisku, doprowadza do wybuchu przemocy, nienawiści i stosy trupów, nigdy odwrotnie. Otaczanie jakiegoś kraju militarnymi bazami wiąże się ze wzrostem wydatków na obronę tego kraju, a nie spadkiem, a posiadanie przez Izrael broni nuklearnej skłania inne państwa Bliskiego Wschodu do wejścia w posiadanie tej samej broni. Gdy Zachód waha się, czy zaatakować Syrię lub Iran, to tylko dlatego, że te państwa są silniejsze i mają więcej wiarygodnych sojuszników niż Jugosławia lub Libia. Gdy Zachód skarży się na veto Rosji i Chin w sprawie Syrii, może mieć pretensje tylko do siebie: jest to wynik rażącego pogwałcenia przez Nato Rezolucji z 1973 r., aby dokonać zmiany reżimu w Libii, czego rezolucja nigdy nie autoryzowała. A zatem, przekaz wysłany przez naszą politykę interwencjonizmu do „dyktatorów” brzmi: bądź lepiej uzbrojony, czyń mniej ustępstw i twórz nowe dobre sojusze.

Co więcej, katastrofy humanitarne we Wschodnim Kongo, prawdopodobnie największe w ostatnich dekadach, są głównie związane z zagranicznymi interwencjami (głównie z Rwandy, sojusznika USA), a nie wskutek ich braku. Weźmy najstraszniejszą sprawę, jaką jest koronny przykład horrorów przedstawiany przez zwolenników interwencji humanitarnych – jest niemal wykluczone, aby Czerwoni Khmerowie mogli zdobyć władzę w Kambodży bez masowych „tajnych” nalotów USA, dokonywanych przy wsparciu zaprojektowanej przez USA zmianie reżimu, co pozostawiło ten nieszczęsny kraj w stanie całkowitej zapaści i destabilizacji.

Innym problemem z “prawem do interwencji humanitarnej” jest to, że zawodzi ono w zakresie propozycji: co w zamian za usunięcie narodowej suwerenności. Gdy NATO ogłaszało swe samozwańcze prawo do interwencji w Kosowie, a dyplomatyczne wysiłki dalekie były od wyczerpania, z pomocą przyszły zachodnie media, które pobłogosławiły podjęte środki. Gdy zaś Rosja zastosowała coś, co uważała za jej własne prawo odpowiedzialności za obronę Południowej Osetii, zostało to wspólnie potępione przez te same zachodnie media. To samo, gdy Wietnam podjął interwencję w Kambodży, aby położyć kres Czerwonym Khmerom, albo gdy Indie interweniowały, aby wyzwolić Bangladesz spod wpływów Pakistanu, ich działania zostały również gromko potępione w USA. Więc albo każdy kraj, który ma do tego środki nabywa przez to prawo do interweniowania w sytuacji, gdy jako powód podaje się pretekst humanitarny, a wtedy wracamy do stanu wojny wszystkich ze wszystkimi albo tylko jedno wszechwładne państwo, mianowicie USA (oraz sojusznicy) mają na to przyzwolenie, a wówczas wracamy do formy dyktatury w stosunkach międzynarodowych.

Często na zarzut słyszymy odpowiedź, że interwencje nie są prowadzone przez jedno państwo, ale przez „społeczność międzynarodową”. Jednakże koncepcja „społeczności międzynarodowej” jest stosowana najczęściej przez USA i jej sojuszników do oznaczenia tym terminem siebie i każdego, kto się z nimi w określonej chwili zgadza. Interwencja jednostronna przekształciła się zatem w inną koncepcję, lecz obie formy są oponentami dla Narodów Zjednocznych („społeczność międzynarodowa” utrzymuje, że jest bardziej „demokratyczna” niż większość krajów członków ONZ) i wiedzie to do stanu, że można ją wykorzystać na wiele sposobów.

W rzeczywistości nie istnieje nic takiego jak autentyczna społeczność międzynarodowa. Interwencja Nato w Kosowie nie została zaaprobowana przez Rosję, a rosyjska interwencja w Południowej Osetii została potępiona przez Zachód. Żadna interwencja nie uzyskała formalnej aprobaty Rady Bezpieczeństwa. Unia Afrykańska zanegowała oskarżenie Prezydenta Sudanu przedstawione przez Międzynarodowy Sąd Kryminalny (ICC). Każdy system międzynarodowej sprawiedliwości lub policji, czy dotyczy to odpowiedzialności za obronę czy funkcjonowania Międzynarodowego Sądu Kryminalnego, potrzebują oparcia na zasadzie równości i klimatu zaufania. Dziś nie ma czegoś takiego jak równość czy zaufanie, ani w stosunkach Zachodu ze Wschodem, ani Północy z Południem, głównie z powodu zapisu w kartotece kryminalnej polityki USA. Aby dopracować w przyszłości jakąś wersję odpowiedzialności za obronę do funkcjonowania za zgodą powszechną, musimy najpierw stworzyć zasadę równości i zaufania.

Przygoda Libijska ilustruje inną rzeczywistość umiejętnie pomijaną przez zwolenników interwencji humanitarnej, mianowicie, że bez ogromnej machiny militarnej USA, coś w stylu bezpiecznej pozbawionej ofiar (z naszej strony) interwencji, jaka może zdobyć publiczne poparcie, jest niemożliwa. Kraje zachodnie nie mają ochoty ryzykować poświęcenia zbyt wielu swych żołnierzy i prowadzą czyściutką wojnę z powietrza, która wymaga ogromnej ilości sprzętu o zaawansowanej technologii. Ci, którzy popierają takie interwencje, czy sobie z tego zdają sprawę, czy nie, w gruncie rzeczy wspierają ciągłe trwanie amerykańskiej machiny militarnej wraz z jej rozdymanym nadmiernie budżetem i obciążeniem, jakim jest dla gospodarki narodowej USA. Europejscy Zieloni i Socjaldemokraci, popieracze wojny w Libii winni mieć odwagę cywilną i powiedzieć swym wyborcom, że trzeba zgodzić się na masowe cięcia wydatków publicznych w sferach rent i emerytur, zasiłków socjalnych, opieki zdrowotnej i edukacji po to, aby zaoszczędzone w ten sposób setki miliardów euro w programach socjalnych sprowadzić do poziomu amerykańskiego i zbudować z ich użyciem machinę wojskową, która będzie zdolna przeprowadzić interwencję w każdej chwili i każdym miejscu, gdzie wydarzy się kryzys humanitarny.

Jeśli jest jakaś prawda w twierdzeniu, że wiek 21-szy potrzebuje nowych Narodów Zjednoczonych, to jednocześnie ten wiek nie potrzebuje kolejnych legitymizacji tych aktów interwencji przy pomocy poetycznych argumentów w stylu odpowiedzialności za obronę, lecz czegoś, co daje przynajmniej moralne wsparcie tym, którzy starają się budować świat mniej zdominowany przez jedną militarną superpotęgę. Narody Zjednoczone powinny kierować swe wysiłki na osiągnięcie celu założycielskiego tej organizacji, zanim zaczną ustanawiać nowy, rzekomo humanitarny priorytet, który w rzeczywistości może zostać wykorzystany przez Wielkich do usprawiedliwienia swych przyszłych wojen, a co odbywać się będzie poprzez zanegowanie zasady suwerenności narodowej.

Lewica powinna wesprzeć działania na rzecz aktywnej polityki pokojowej realizowanej w drodze współpracy międzynarodowej, rozbrojenia, i reguły nie-interwencji państw w wewnętrzne sprawy innych. Moglibyśmy użyć naszych nadmiernych wydatków zbrojeniowych na ogólne wprowadzenie w życie formy ogólnoświatowego Keynesizmu: zamiast żądania „budżetów zbilansowanych” w rozwijającym się świecie, powinniśmy użyć środków traconych na nasze siły zbrojne do finansowania wielkich inwestycji w edukację, opiekę zdrowotną i rozwój ogólny. Nawet jeśli to myśl utopijna, to jednak wcale nie bardziej niż przekonanie, że stabilny świat powstanie w drodze prowadzenia obecnej „wojny z terrorem”.

Co więcej, lewica winna usilnie starać się doprowadzić do ścisłego przestrzegania prawa międzynarodowego przez część potęg zachodnich, zatem wprowadzanie w życie rezolucji ONZ dotyczące Izraela, wycofania się USA i Nato z szeregu ogólnoświatowych baz wojskowych, zaprzestania stosowania gróźb użycia siły w stosunkach wielostronnych, powstrzymania wszelkiego mieszania się w wewnętrzne sprawy innych państw, a w szczególności wszelkich operacji „promowania demokracji”, „kolorowych” rewolucji oraz wykorzystywania politycznego mniejszości. Taki absolutnie konieczny wzgląd na sprawę narodowej suwerenności oznacza, że ostatecznym suwerenem każdego państwa narodowego jest naród tego państwa, dla którego zastrzeżone jest wyłączne prawo zmiany niesprawiedliwego rządu, a co nie może się odbywać poprzez wsparcie rzekomo dobroczynnych outsiderów.

Ten pogląd spotka się z zarzutem, że owa polityka pozwalać będzie dyktatorom „mordować swój naród”, podniesie się obecny slogan na usprawiedliwienie interwencji. Lecz, o ile nie-interweniowanie pozwala, aby działy się takie straszne rzeczy, o tyle historia pokazuje, że militarna interwencja często przynosi ten sam skutek, gdy zatroskani przywódcy i ich zwolennicy obracają swój gniew przeciw „zdrajcom” wspierającym interwencję obcych. Z drugiej strony, nie-interweniowanie oszczędza miejscowej opozycji miana piątej kolumny sił Zachodu, niechybnego skutku naszej polityki interwencjonistycznej. Aktywne poszukiwanie rozwiązań pokojowych pozwoli zmniejszyć wydatki na zbrojenia, handel bronią (również dyktatorom mogącym użyć jej do „mordowania swego narodu”) oraz pozwoli użyć środków na poprawę warunków socjalnych.

Przechodząc do analizy sytuacji obecnej należy uświadomić sobie, że Zachód wspierał arabskich dyktatorów przy wielu okazjach, w wachlarzu od spraw ropy naftowej aż do spraw związanych z Izraelem, aby kontrolować ten region, i że ta polityka powoli chyli się ku upadkowi. Z tego jednak bierze sie lekcja, że nie należy ruszać na nową wojnę w Syrii, tak jak było w przypadku Libii, i twierdzić, że jesteśmy po właściwej stronie, broniąc naród przez dyktatorem, lecz należy zrozumieć, że już najwyższy czas skończyć z próbami kontrolowania świata arabskiego. Gdy rodził się wiek 20-sty, większość świata była pod europejską kontrolą. W końcu Zachód utracił kontrolę nad częścią świata, we wschodniej Azji, czy w Ameryce Łacińskiej. W jaki sposób Zachód zaadaptuje się do tych zmienionych warunków jest zasadniczym pytaniem politycznym naszych czasów; a odpowiedź na nie nie jest ani łatwa ani przyjemna.

Jean Bricmont uczy fizyki na Unwersytecie w Louvain w Belgii. Jest autorem „Humanitarian Imperialism”.

Komentowanie zamknięte.