Najnowsze

Opublikowano Czerwiec 8, 2015 Przez a303 W Świat

Nieuchronność upadku rządzonego przez syjonistów USA

Artykułu profesora Michaela T. Klare z Hampshire College (USA) The Desperate Plight of a Declining Superpower jest geopolityczną analizą będącego w trakcie przebudowy układu światowych sił.

Publikacja wpisuje się w nurt analiz geopolitycznych wieszczących rychły upadek łobuza uzurpującego sobie licencję „policjanta świata” oraz dostrzegającego nieodległe czasowo przebiegunowanie sił politycznych planety na korzyść głównie Rosji i Chin, w mniejszym stopniu pozostałych członków BRICS.

a

Urojeniowe myślenie Waszyngtonu

Beznadziejne położenie upadającego Supermocarstwa

Jeśli rozejrzeć się po świecie, ciężko jest nie dojść do wniosku, że Stany Zjednoczone to upadające supermocarstwo. Czy w Europie, Azji czy na Bliskim Wschodzie, wschodzące mocarstwa prężą muskuły ignorując nakazy Waszyngtonu czy wręcz aktywnie się im przeciwstawiając. Rosja odmawia przerwania wsparcia udzielanego uzbrojonym separatystom na Ukrainie; Chiny nie zamierzają porzucić swoich dążeń do budowania baz w rejonie Morza Południowochińskiego; Arabia Saudyjska nie chce być żyrantem amerykańskiego dagaworu nuklearnego z Iranem; Państwo Islamskie ani myśli skapitulować w obliczu potęgi sił powietrznych USA. Co powinno zrobić upadające mocarstwo w obliczu takiego oporu?

Sprawa nie jest błaha. Bycie superpotęgą było przez dekady cechą definiującą amerykańską tożsamość. Uścisk globalnej supremacji rozpoczął się po II wojnie światowej, kiedy to USA wzięły na siebie odpowiedzialność za zwalczanie sowieckiego ekspansjonizmu na świecie. Przetrwał on Zimną Wojnę, by po upadku Związku Radzickiego jedynie się wzmóc, gdy USA wzięły na swe barki wyłączną odpowiedzialność za odpieranie całego wachlarzu nowych zagrożeń międzynarodowych. Jak wykrzyknął generał Colin Powell w ostatnich dniach Związku Radzieckiego, „Musimy wywiesić na naszych drzwiach tabliczkę z napisem ‘Uwaga Supermocartwo!’, bez względu na to, co zrobią Sowieci, nawet jeśli ewakuują się z Europy Wschodniej.

Imperialne Rozciągnięcie* uderza w Waszyngton

a

W latach Zimnej Wojny decydendi Waszyngtonu strategicznie zakładali, że zawsze będą istniały dwie superpotęgi walczące w nieskończoność o dominację nad światem. Jednakże w następstwie zupełnie niespodziewanego upadku ZSRR, amerykańscy stratedzy poczęli snuć wizję świata z jedną „wyłączną superpotęgą” (alias Rzym nad Potomakiem). Zgodnie z tą nową perspektywą administracja Jerzego H.W. Busha wkrótce ukuła długoterminowy plan obliczony na zachowanie takiego stanu rzeczy na zawsze. Znany jako Wytyczne Planu Obronności na lata 1994-99, plan ten głosił: „Naszym najważniejszym celem jest zapobieżenie ponownemu wyłonieniu się nowego rywala, czy to na terytorium byłego ZSRR, czy też gdziekolwiek indziej, który przedstawiałby sobą zagrożenie takie, jakim poprzednio był ZSRR”.

Syn Jerzego Busha, ówczesny gubernator stanu Texas, wyartykułował podobną wizję globalnego Pax Americana podczas swojej kampanii prezydenckiej w 1999 roku. Jak powiedział kadetom w wojskowej Cytadeli w Charleston, gdyby wygrał wybory, jego głównym celem byłoby „wykorzystać tę świetną okazję – daną w przeszłości jedynie kilku narodom – by przedłużyć obecny pokój na długie lata w przyszłość. Szansę, by rozszerzyć pokojowe wpływy Ameryki nie tylko na świat, lecz również na lata”.

Dla Busha, oczywiście, „przedłużenie pokoju”, jak się potem okazało, znaczyło napaść na Irak oraz rozpalenie w regionie niszczycielskiego konfliktu, który do dziś dnia ciągle narasta. Nawet po rozpoczęciu inwazji nigdy nie wątpił – jak zresztą nie wątpi i dzisiaj (mimo znajomości faktów, którą z perspektywy czasu posiadamy dzisiaj) – że taką właśnie była cena, którą trzeba zapłacić za utrzymanie przez USA osławionego statusu jedynego światowego supermocarstwa.

Problem w tym, jak przyznaje dziś wielu obserwatorów z głównego nurtu, że strategia obliczona na utrzymywanie globalnej hegemonii USA za wszelką cenę od zawsze skazana była na rezultat w postaci tego, co historyk z Yale Paul Kennedy w swej klasycznej książce Powstanie i Upadek Wielkich Mocarstw nazwał „rozciągnięciem imperium”. Jak proroczo podawał w swoim studium z 1987 roku, owo zjawisko miałoby swoje źródło w sytuacji, w której „całkowita suma globalnych interesów i zobowiązań USA przekroczy możliwości kraju do bronienia ich wszystkich jednocześnie”.

W istocie rzeczy, właśnie w takim dylemacie tkwi dzisiaj Waszyngton. Ciekawe jest jednak to, w jak krótkim czasie owo rozciągnięcie pochłonęło kraj, który jeszcze dekadę temu wysławiano jako pierwsze „hipermocarstwo” planety, status jeszcze podnioślejszy niż supermocarstwo. Było to jednak zanim jeszcze Jerzy W. Bush przeliczył się w Iraku i innych błędnych posunięciach, wiodących do tego, że USA mierzą się dziś ze spustoszeniami wojennymi na Bliskim Wschodzie mając wyczerpane wojsko i skarb państwa. Jednocześnie, główne i regionalne mocarstwa, jak Chiny, Indie, Rosja, Iran, Arabia Saudyjska i Turcja, cały czas budują swój potencjał militarny i ekonomiczny i uświadamiając sobie słabość towarzyszącą „rozciągnięciu imperium”, zaczynają podważać amerykańską dominację w wielu miejscach świata. Administracja Obamy próbuje w ten czy inny sposób odpowiadać we wszystkich tych obszarach – między innymi na Ukrainie, w Syrii, Iraku, Jemenie i na Morzu Południowochińskim – lecz, jak się okazuje, nie jest w stanie zwyciężyć w którymkolwiek z nich.

Niemniej jednak, pomimo pasma niepowodzeń, zdaje się, że nikt w waszyngtońskich elitach władzy – poza senatorami Randem Paulem i Bernie Sandersem będącymi wyjątkami potwierdzającymi regułę – nie ma najmniejszej potrzeby porzucenia roli wyłącznego supermocarstwa, lub przynajmniej częściowego wycofania się z niej w jakiś znaczący sposób. Prezydent Obama, który w oczywisty sposób aż nadto zdaje sobie sprawę ze strategicznych ograniczeń kraju, w typowy dla siebie sposób nadal jest niechętny wycofaniu się z tego hegemonicznego pomysłu. „Stany Zjednoczone są i pozostają jedynym niezastąpionym krajem”, jak powiedział kończącym szkołę kadetom w West Point w maju 2014. „Odnosi się to tak do ubiegłego, jak i nadchodzącego stulecia”.

Jak, wobec tego, pogodzić rzeczywistość „rozciągnięcia imperium” i upadku z nieustępliwym dążeniem do światowej hegemonii?
Dwa pierwsze sposoby podejścia do tej łamigłówki Waszyngtonu można porównać do sztuki cyrkowego linoskoczka. Składają się na nie ciągła żonglerka amerykańskimi możliwościami i zobowiązaniami z równoczesnym a stosunkowo bezowocnym przerzucaniem ograniczonych zasobów (głownie natury militarnej) z jednego miejsca w drugie w odpowiedzi na pojawiające się kryzysy, nawet mimo czynionych prób unikania coraz większego wikłania się w nie. Nazwij to Doktryną Obamy.

Po dojściu do wniosku, że – przykładowo – Chiny wykorzystały uwikłanie USA w wojnach w Iraku i Afganistanie do osiągnięcia swoich własnych celów strategicznych w Azji Południowowschodniej, Obama oraz jego najważniejsi doradcy podjęli decyzję o zmniejszeniu amerykańskiej obecności na Bliskim Wschodzie w celu uwolnienia zasobów pod ich wykorzystanie na zachodnim Pacyfiku. Ogłaszając tę zmianę polityki w roku 2011 – pierwotnie obwołano ją „Zwrotem ku Azji”, a potem „przesunięciem środka ciężkości” tamże – prezydent nie krył się z ową żonglerką.

Jak powiedział w listopadzie w parlamencie australijskim: „Po dekadzie, w której walczyliśmy w dwu wojnach, które kosztowały bardzo wiele krwi i pieniędzy, USA zwracają swą uwagę ku wielkiemu potencjałowi tkwiącemu w rejonie pacyficznej Azji”. „Podczas gdy wycofujemy się z obecnych wojen, wydałem mojemu zespołowi bezpieczeństwa narodowego polecenie, by najwyższym priorytetem uczynić naszą obecność i misję w rejonie Azja-Pacyfik. Wskutek tego, redukcje w wydatkach USA na obronność nie odbędą się – powtarzam, nie odbędą się – kosztem pacyficznej Azji”.

Potem oczywiście swoją ofensywę w Iraku rozpoczęło w czerwcu 2014 Państwo Islamskie, a obecna tam armia wytrenowana przez Amerykanów poszła w rozsypkę, tracąc cztery miasta na północy. W ślad poszły nagrania z obcinaniem głów amerykańskich zakładnikom wraz ze zbliżającym się zagrożeniem dla popieranego przez USA reżimu w Bagdadzie. Po raz kolejny prezydent Obama złapał się na żonglerce – tym razem na powrót wysyłając tysiące doradców wojskowych do kraju oraz lotnictwo USA w jego strefę powietrzną, kładąc podwaliny pod następny poważny konflikt w rejonie.

a

W międzyczasie, krytycy polityki prezydenta z ramienia Republikanów, uważający, iż ten robi zbyt mało w kwestii przegrywającego wysiłku zbrojnego w Iraku (i Syrii), obarczyli go także winą za robienie niedostatecznie wiele przy wprowadzaniu polityki „Zwrotu ku Azji”. W rzeczywistości, podczas gdy kontynuowana jest nie zadowalająca nikogo jego polityczna ekwilibrystyka w Iraku i rejonie w Pacyfiku, Obama miał poważne trudności ze zdobyciem środków na danie odporu Putinowi na Ukrainie, Assadowi w Syrii, rebeliantom Huti’ego w Jemenie czy rozlicznym bandom zbrojnym walczącym o władzę w podzielonej Libii itd.

Partia Zupełnego Zaprzeczenia

Oczywistym jest, że w obliczu mnożącym się zagrożeń, polityka żonglowania okazała się strategią nieskuteczną. Prędzej czy później piłki zaczną fruwać i powstanie ryzyko, że cały system się rozleci. Jakkolwiek ryzykowna może się okazać ta żonglerka, nie jest ona nawet w ułamku tak groźna jak inna taktyka odpowiedzi na upadek supermocarstwa Waszyngtonu: zupełne zaprzeczenie.

Zdaniem tych, którzy trzymają się tego punktu widzenia, to nie globalna pozycja Ameryki ulega erozji, lecz jej wola – tj. gotowość do surowego mówienia i działania. Gdyby tylko Waszyngton wyrażał swoją opinię głośniej – mówi ten argument – i wywijał grubszą lagą, wszystkie te zagrożenia zwyczajnie by zniknęły. Naturalnie, taka postawa może zadziałać jedynie wówczas, gdy jest się przygotowanym, by poprzeć swoje pogróżki faktyczną siłą, albo „twardą siłą”, jak wolą niektórzy.

Do najbardziej krzykliwego spośród zwolenników tej narracji należy senator John McCain, przewodniczący Senackiej Komisji Służb Zbrojnych oraz uparty krytyk prezydenta Obamy. „Przez pięć lat Amerykanom mówiono, że ‘fala wojny się cofa’, że możemy się wycofać z polityki światowej niewielkim dla naszych kosztów i wartości kosztem”, jak napisał w tendencyjnym op-ed na łamach New York Timesa w marcu 2014. „To jedynie woda na młyn dla tych, którzy twierdzą, że USA są słabe, a dla ludzi takich jak Pan Putin, cudza słabość to wyzwanie”. Jedynym sposobem zapobieżenia agresywnym działaniom Rosji i innych przeciwników jest, jak stwierdził, przywrócenie wiarygodności USA jako światowego lidera”. To oznacza m.in. uzbrajanie Ukraińców i syryjskich rebeliantów, wspieranie obecności NATO w Europie Wschodniej, zwalczanie „wielkiego wyzwania strategicznego, jakie przedstawia sobą Iran” oraz odgrywanie roli „bardziej stanowczego” (czytaj: więcej oddziałów w terenie) w wojnie przeciw Państwu Islamskiemu.

Przede wszystkim, oczywiście, oznacza to gotowość do użycia siły militarnej. Gdy agresywni władcy czy brutalni fanatycy zagrażają naszym ideałom, interesom, sojusznikom i nam samym”, oświadczył w listopadzie poprzedniego roku, „w ostatecznym rozrachunku, tym, co czyni różnicę… jest zdolność, wiarygodność oraz globalny zasięg amerykańskiej twardej siły”.

Podobną postawę – w pewnych przypadkach nawet bardziej bojową – wyraża grono republikańskich kandydatów w obecnym wyścigu do pałacu prezydenckiego, znowuż – z wyjątkiem Randa Paula. Na niedawnym „Szczycie Wolności” podczas wstępnych wyborów stanowych w Karolinie Południowej, różni rywale usiłowali przelicytować się wzajemnie w używaniu retoryki twardej siły. Senatora z Florydy Marco Rubio głośnio oklaskiwano za obietnicę uczynienia USA „najsilniejszym mocarstwem militarnym świata”. Gubernator Wisconsin Scott Walker otrzymał owację na stojąco za deklarowanie dalszej eskalacji wojny z międzynarodowym terroryzmem: „Chcę lidera, który gotów jest wydać walkę im, nim oni zdążą wydać ją nam”.

W tej podgrzanej atmosferze, kampania prezydencka 2016 z pewnością zostanie zdominowana przez wezwania do zwiększenia wydatków na obecność wojskową na Bliskim Wschodzie. Jakiekolwiek nie byłyby jej poglądy osobiste, spodziewana kandydatka Demokratów, Hillary Clinton, zmuszona będzie udowodnić, że „ma jaja” poprzez afirmowanie podobnej postawy. Innymi słowy, ktokolwiek zasiądzie w Sali Owalnej w styczniu 2017, będzie się od niego oczekiwało dzierżenia znaczniej grubszej lagi na coraz mniej stabilnej politycznie planecie. W rezultacie, pomimo półtorej dekady interwencyjnych porażek, najprawdopodobniej będziemy świadkami jeszcze bardziej interwencjonistycznej polityki zagranicznej z jeszcze silniejszymi impulsami do używania potęgi militarnej.

Jakkolwiek początkowo opłacalną może okazać się taka postawa dla Johna McCaina i rosnącego grona jastrzębi wojennych w Kongresie, bez wątpienia okaże się ona katastrofalna w praktyce. Każdy, kto uważa, że można cofnąć się do roku 2002, kiedy siła USA była w apogeum a wojna w Iraku nie wyczerpała jeszcze amerykańskiego dobrobytu i wigoru, niewątpliwie cierpi na urojenia. Chiny są bez porównania potężniejsze, niż były 13 lat temu, Rosja w dużym stopniu podniosła się z po-zimnowojennego upadku, Iran zastąpił USA jako dominujący gracz zagraniczny w Iraku, a inne mocarstwa wywalczyły zdecydowanie więcej swobody działania w niespokojnym świecie. W tych okolicznościach, agresywne prężenie muskułów przez Waszyngton prawdopodobnie zaowocuje jedynie katastrofą i upokorzeniem.

Czas przestać udawać

Illustration of recession and declining trends in USA.

Ilustracja recesji i tendencji spadkowych w USA

Wracając więc do naszego pierwotnego pytania: co powinno zrobić upadające supermocarstwo wobec tych tarapatów?
Wszędzie poza Waszyngtonem, oczywistą odpowiedzią będzie zaprzestać udawania tego, czym nie jest. Pierwszym krokiem w dowolnym 12-stopniowym programie naprawy „rozciągnięcia imperium” byłoby zaakceptowanie faktu, że potęga Ameryki jest ograniczona a globalna hegemonia – niemożliwą do realizacji mrzonką. Zaakceptować należałoby również ten oczywisty fakt, że – czy się to komuś podoba, czy nie – USA dzieli planetę z koterią innych znaczących potęg – żadną tak silną jak my, ale też żadną tak słabą, by dawała się zastraszać groźbom amerykańskiej interwencji zbrojnej. Przyswoiwszy bardziej realistyczną ocenę potęgi Ameryki, Waszyngton powinien następnie skupić się na tym, jak właściwie współżyć z takimi potęgami – m.in. Rosją, Chinami i Iranem – oraz jak radzić sobie z dzielącymi go z nimi różnicami bez rozniecania kolejnych katastrofalnych lokalnych pożarów.

Gdyby nie fakt, że strategiczna żonglerka oraz tkwienie w potężnym zaprzeczeniu, są tak silnie ugruntowane w życiu politycznym „stolicy wojennej” tego kraju, strategia ta nie byłaby wcale niemożliwą do osiągnięcia, wbrew temu sugerowali inni. Przykładowo, w roku 2010, Christopher Layne ze szkoły im. Jerzego H.W. Busha przy Teksańskim Uniwersytecie Rolniczo-Mechanicznym argumentował na łamach American Conservative, że USA nie są w stanie dłużej utrzymywać statusu globalnego supermocarstwa, oraz że „zamiast być zmuszonymi do wprowadzenia tej poprawki nagle przez większy kryzys … powinny uprzedzić rozwój wydarzeń zmieniając swoją postawę stopniowo, w uporządkowany sposób”. Layne i inni wyartykułowali to, co można by streścić tak: coraz mniej uwikłania w konflikty zagraniczne, zmniejszony dążność do bycia „światowym policjantem”, zredukowane wydatki wojskowe, poleganie w większym stopniu na sojusznikach, więcej funduszy na wydatki krajowe związane z odbudowywaniem walącej się infrastruktury podzielonego społeczeństwa, oraz zmniejszona obecność na Bliskim Wschodzie.

Ale żeby cokolwiek z tego mogło się ziścić, amerykańscy decydenci musieliby najpierw porzucić pretensje do pozostaną jedynym światowym mocarstwem – a to może być pigułka nie do przełknięcia dla obecnej amerykańskiej mentalności (jak również dla aspiracji politycznych niektórych kandydatów Republikanów). Już teraz jest jasne, że z takiego zaprzeczenia mogą wyniknąć jedynie kolejne nieprzemyślane przygody wojskowe zagranicą oraz, prędzej czy później, w znacznie bardziej ponurych okolicznościach, rozrachunek Ameryki z rzeczywistością.

Źródło: http://www.darkmoon.me/2015/the-desperate-plight-of-a-declining-superpower/

tłumaczył:  grzanek

Za: https://wiernipolsce1.wordpress.com/2015/06/08/nieuchronnosc-upadku-rzadzonego-przez-syjonistow-usa/

Tags : ,

Komentowanie zamknięte.