Najnowsze

Opublikowano Luty 18, 2013 Przez Jan W Bez kategorii

„Nie wstydź się swojego komucha”

Za: http://www.wicipolskie.org/index.php?option=com_content&task=view&id=8292&Itemid=56

Data publikacji: 17.02.2013

KOMUN HEXAGRAM

Tak się już na tym świecie plecie, że dziadkowie czy ojcowie zrywają paznokcie, wnukowie i córki zostają biznesmenami, dziennikarzami, reżyserami, czy też dekoratorkami wnętrz

Gdy tylko okazało się, że w kręgu „Gazety Polskiej” szykują książkę o potomstwie komunistycznych rodów, z miejsca zaczęło się piekło. Ci ludzie żyją na własny rachunek – zawołano z Czerskiej i okolic – jak można „obciążać dzieci winami rodziców?!” Otóż, można to robić zupełnie zwyczajnie i tak też się to robi. Jakkolwiek dla czytelników „GW” może to być rewelacją, to jednak faktem jest, że socjologowie (czy historycy) zajmują się badaniem nie tylko indywiduuów, ale też badaniem bytów zbiorowych zwanych – powiedzmy – grupami społecznymi.

Ci dziwni badacze uważają bowiem, że człowiek zwykle nie dochodzi do wszystkiego w izolacji od innych li tylko siłą własnego umysłu i rąk, a przeciwnie – nasiąka wpływami środowisk w których się obraca, przy tym nie chodzi jedynie o wpływy emocjonalno-intelektualne, ale też o zaplecza innego rodzaju, ot chociażby o dziedziczenie osadzenia w strukturze społecznej, czy też o korzystanie z wypracowanej przez przodków sieci powiązań i znajomości. Rekonstrukcja tego rodzaju oddziaływań i związków nie jest możliwa, bez tego, co zwie się w III RP (z oburzeniem) „obarczaniem dzieci winami rodziców”, i tu pojawiają się liczne pytania. Bo dlaczego tak często mówi się u nas o obarczaniu „winami”, a nie „osiągnięciami”, i dlaczego wśród postkomunistycznych elit podchodzi się do takich spraw tak nerwowo? Toć gdzie indziej jest inaczej i jeśli czyjś dziadek czy ojciec, w uczciwy sposób zapewnił potomstwu dobre warunki startu, to ów ktoś raczej się takimi przodkami szczyci, niż się ich wstydzi i nie są mu straszne straszne żadne rodzinne lustracje. Ot, na przykład w jednej z angielskich telewizji dużą popularność miał (a może ciągle ma) program pt. „Who do you think you are”, jak raz polegający na grzebaniu w historiach rodzinnych uczestników. Grzebano tam pewnie tym, którzy sami chcieli, ale coś mi mówi, że nawet w takiej postaci „format” owego programu długo nie znajdzie w III RP nabywcy… Bo co z tego, że grzebią w nim ochotnikom, skoro taka operacja oswaja sam fakt grzebania i publiczność mogłaby jeszcze dojść do wniosku, że – po pierwsze – takie grzebanie jest ekscytujące, a – po drugie – to, skąd przychodzimy, ma jednak znaczenie?

W Anglii podobne konstatacje, to banał, ale mieszkamy przecież w Polsce, a to zupełnie inna sprawa… Tak się bowiem składa, że (w przeciwieństwie do Anglików)żyjemy w czasach świeżoporewolucyjnych w związku z czym przeróżne trupy w szafach nie zdążyły się jeszcze nad Wisłą gruntownie rozłożyć. Bo powiedzmy, że w takiej Anglii (czy Ameryce) protoplasta jakiegoś znanego rodu dorobił się na handlu opium (jeśli nie czymś gorszym) czy też zaczynał karierę od mordów i gwałtów w szeregach tej czy innej armii. Fakt niesympatyczny, ale z reguły było to kilkaset, czy może ze 160 lat temu, czyli dawno, więc zrobiły się z tego antykwaryczne anegdoty. Bo tak się już na tym świecie plecie, że dziadkowie czy ojcowie zrywają paznokcie, wnukowie i córki zostają biznesmenami, dziennikarzami, reżyserami, czy też dekoratorkami wnętrz, słowem miewają zajęcia czyste, przyjemne, prestiżowe i last but not least dobrze płatne, zaś prawnukowie i praprawnuczki (nie mówiąc o praprawnukach i prapraprawnuczkach) mogą już dość luźno odnosić się do spatynowanych początków swych fortun. Ostatecznie każda elita jakoś tam powstała, i choć jej zaranie to zwykle mało budujący obrazek., to jednak, jako się rzekło, czas leczy rany… Tak to wygląda w krajach szczęśliwszych, a u nas? Otóż, nas od ostatniej rewolucji (czyli gwałtownej wymiany elit) dzielą ledwie dekady, co rzecz jasna zmienia postać rzeczy: nie jesteśmy na etapie prawnuków i praprawnuczek, lecz na etapie córek i wnuków. Tu uwaga – pisząc o rewolucji nie mam, broń Boże, na myśli tzw. „obalenia komunizmu”, a przeciwnie – mam na myśli okres w którym komunizm w Polsce instalowano, bo to był czas, gdy w miejsce starych rodziły się nowe hierarchie i wtedy też trwała pierwotna akumulacja wciąż procentujących kapitałów społecznych… Oczywiście sławetna „transformacja ustrojowa też ma swoje znaczenie – ostatecznie to w jej trakcie kapitały społeczne zestalano w postaci kapitałów w klasycznym tego słowa znaczeniu, niemniej jeśli mamy szukać momentów założycielskich, to musimy kopać w okolicach roku 1939 (i kilkunastu następnych lat), choć można sensownie twierdzić, że wypada się cofnąć głębiej, to jest aż do roku 1914 – przynajmniej, jeśli przyjmiemy perspektywę nie wąsko-polską, ale szerszą, to jest wschodnioeuropejską. Bo ostatecznie druga wojna światowa była dogrywką pierwszej i to w efekcie „Wielkiej Wojny” (1914-1918) zaistniały reżimy, które, jak podaje Timothy Synder w dziele „Skrwawione ziemie” pomiędzy rokiem 1933 a 1945 wyprawiły na tamten świat 14 milionów mieszkańców Europy Środkowej i Wschodniej, zmieniając nie do poznania tereny ich zamieszkania i to zmieniając je zarówno w wymiarze politycznym, jak i kulturowym. Było więc tak, że przez lat kilkanaście na tym kawałku Ziemi kręcił się krwawy młyn, aż wreszcie na placu boju pozostali zwycięzcy, to jest partie komunistyczne, które wzięły w posiadanie nieszczęsne krainy regionu…

Źródło: perlyprzedwieprze.salon24.pl/481556,nie-wstydz-sie-swojego-komucha

Komentowanie zamknięte.