Najnowsze

Opublikowano Lipiec 7, 2015 Przez Jan W Ukraina

Mysterium Iniquitatis, czyli Rzeź Wołyńska jako zbiorowe opętanie

Kiedy zaczynamy dłużej zgłębiać przebieg mordów UPA na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej trudno nie dostrzec w nich przerażającego diabelskiego rytuału. Nie da się go wyjaśnić tylko polityką, czy okrucieństwem wojny. Wiele wskazuje, że źródła tamtych wydarzeń tkwią znacznie głębiej, także w sferze demonicznej.

a100

O teorii zbiorowego opętania sprawców banderowskiego ludobójstwa słyszałem po raz pierwszy od ks. prof. Józefa Mareckiego. Zdziwiłem się, że jako katolik sam wcześniej o tym nie pomyślałem. Skąd bowiem takie okrucieństwo i wyrafinowanie w zadawaniu cierpienia? Nie da się ich wyjaśnić jedynie celami politycznymi, chęcią zastraszenia, czy nawet udziałem w tej zbrodni wielu byłych członków Ukraińskiej Policji Pomocniczej, unurzanych wcześniej w żydowskiej krwi podczas Holokaustu na Wołyniu.

Polityczne przesłanki działań UPA podawane przez licznych badaczy w literaturze na ten temat są oczywiście prawdziwe, ale nie tłumaczą wszystkiego. Jak bowiem wyjaśnić, że tak masowo znęcano się nad bezbronnymi istotami torturując je przed śmiercią?

Takie „urozmaicenia” nie mogły wynikać z zimnej kalkulacji. Gdyby oprawcy tylko nią się kierowali, nie traciliby na to czasu. Nie w takiej skali. Osobiste porachunki? Zadawniona sąsiedzka wrogość? Może w niewielkiej części przypadków. A co z pozostałymi? Jak wyjaśnić święcenie toporów i innych narzędzi zbrodni przez księży grekokatolickich, które – choć nie było stałym rytuałem – to jednak było częste?

W poszukiwaniu zalążków antychrześcijańskiego podłoża Rzezi Wołyńskiej natrafiłem niedawno na relację Krystyny Zielkiewicz, z domu Żelazik, z dawnej osady wojskowej Niweck w gminie Dąbrowica w powiecie Sarny. Opowiada ona o przedwojennej walce polskiego KOP-u z sowieckimi dywersantami na Kresach. W jej wspomnieniach pojawia się jednak zaskakujący wątek:

Z czasem bandy dywersyjne przestały nękać przygraniczną ludność. Zaczęła się innego rodzaju penetracja. Zaczęły powstawać grupy religijne, gdzie jacyś podejrzani osobnicy pojawiali się i urządzali spirytystyczne seanse, z cudami poruszających się obrazów itp. Zaczęto obserwować te zjawiska. Gdy już była zwerbowana (przez sektę – red.) odpowiednia ilość osób, zakupiono tereny. W tym czasie państwo rozpoczęło sprzedaż ziemi małorolnym chłopom. Na zakupionych gruntach pobudowano baraki i uczestnicy sekty zaczęli przenosić swe rodziny na nowy teren. Często chłopi, członkowie sekty, sprzedawali swe grunta i pieniądze przeznaczali na nowo nabyty teren.

To już wzbudziło czujność odpowiednich czynników. Zaczęto uważnie obserwować co się dzieje. Rodziny skomasowane w barakach prowadziły życie zbiorowe, wspólnie pracując. Żywiono się w stołówce, a dzieci razem zgromadzone powierzono wspólnej opiece. W pewnym momencie (władze) otoczyły teren i okazało się, że znajdowali się tam agenci Rosji, którzy po prostu założyli kolektywne gospodarstwo. Kilku dywersantów złapano i aresztowano, ale głównego kierownika tej akcji nie znaleziono. Albo go nie było na terenie, albo uciekł. Sądownie rozdzielono grunta chłopom, którzy wpłacili pieniądze, resztę skonfiskowano. Było to bardzo krótko przed wojną.

Można by to zdarzenie złożyć na karb działania zwykłej agentury sowieckiej, próbującej stworzyć tajny kołchoz jako swoją bazę wypadową. Może był to także swoisty eksperyment, aby sprawdzić, czy pod polską administracją da się przerabiać chłopów na ludzi sowieckich, aby po zajęciu tych terenów wykorzystywać ich potem do wyłapywania „wrogów ludu”.

Ale seanse spirytystyczne i „fruwające obrazy” zdecydowanie nie należały do sowieckiego repertuaru. Co więcej – robiono to chyba wyjątkowo skutecznie, skoro udało się namówić ukraińskich chłopów by dobrowolnie pozbyli się ziemi i stworzyli kołchoz. Przecież włościanie zawsze dawali takim pomysłom potężny odpór, który bolszewicy musieli łamać krwią, żelazem i drutem kolczastym, a na Ukrainie także sztucznym głodem.

Najwyraźniej mieliśmy tu do czynienia z sektą i jest raczej wątpliwe, aby autorka wspomnień zmyśliła tę historię. Ile jeszcze było przed wojną na Kresach takich przypadków, które już wtedy tworzyły swoiste duchowe preludium do późniejszego diabelskiego festiwalu? Ten obszar jest dzisiaj nadal niezbadany, a mógłby rzucić dodatkowe światło na antychrześcijański wymiar późniejszych wydarzeń.

Nieprzypadkowo późniejsi okupanci na tym terenie – sowieccy i niemieccy – zaciekle zwalczali Kościół katolicki i spowodowali w nim wielkie straty. Robili to zarówno bezpośrednio poprzez eksterminację, jak i w formie ukrytej. Niemcom na rękę więc było kiedy cerkiew grekokatolicka zaczęła tworzyć swoistą „religijną inspirację” dla późniejszego ludobójstwa.

Pani Ewa Siemaszko, jeden z najlepszych znawców tematu banderowskiego ludobójstwa, mówiła kiedyś na wykładzie na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim o sakralizacji zła. Nie chodzi tylko o święcenie toporów. Do zbrodniczej agitacji przeciwko Polakom wykorzystano np. nowotestamentową przypowieść o kąkolu i pszenicy:

Zbierzcie najpierw chwasty i zwiążcie je w snopy, by spalić, a pszenicę zwieźcie do mojego spichlerza.

Pani Siemaszko zwraca też uwagę na obrzęd tzw. „wici chlebowych”, którego dokonywano w cerkwiach przed wyruszeniem na rzeź. Zachowała się nawet relacja o tym jak jeden z duchownych został zastrzelony przez upowców, gdy wracał do domu po wieczornym nabożeństwie, w kilka dni po tym, jak nie przyjął do cerkwi wici chlebowych i podczas niedzielnej liturgii wystąpił przeciwko mordowaniu niewinnych ludzi. Bez wątpienia był to więc obrzęd przygotowujący do rzezi na Polakach.

Ewa Siemaszko przypomina, że nad księżmi, najczęściej rzymskokatolickimi, pastwiono się zawsze wyjątkowo okrutnie, nawet jak na upowskie „standardy”. Często atakowano też wiernych w kościołach, czego liczne przykłady możemy znaleźć w zachowanych relacjach. Nie bez znaczenia jest też data rozpoczęcia ataku: prawosławne święto Piotra i Pawła. Ta data miała, oczywiście, uśpić czujność przyszłych ofiar, lecz czy nie była także świadomą profanacją?

Znamienny jest fragment wywiadu z ks. prof. Józefem Mareckim na portalu Polonia Christiana:

Moim zdaniem na Wołyniu mieliśmy do czynienia z czymś co można nazwać zbiorowym opętaniem i to wzmożone działanie diabelskie doprowadziło do tak strasznych wydarzeń. Amok jaki ogarnął morderców, dosłowne pławienie się we krwi, może być tego najlepszym dowodem.

Ksiądz Marecki przypomina słowa biskupa Marcjana Trofimiaka. Kiedy zapytano go, co się wtedy stało odpowiedział: Mysterium Iniquitatis – Tajemnica Nieprawości.

Tak jak nie można zrozumieć „Misterium Fidei” – Tajemnicy Wiary, o której mówimy w trakcie każdej Mszy Świętej, tak i tajemnica zła pozostaje dla nas niewyjaśniona. Jak szalona musiała być nienawiść do Polaków i utożsamianego z nimi Kościoła Rzymsko-Katolickiego, że kazała zburzyć wszelkie ślady po ich obecności na tych ziemiach! Kościoły były palone, dochodziło do notorycznych znieważeń – profanacji Najświętszego Sakramentu, o czym duchowni greko-katoliccy doskonale wiedzieli. Święte Świętych obecne na ołtarzu podczas Mszy zostało zmieszane z krwią ludzką.

Stąd powstała idea wypracowana przez bpa Trofimiaka „niedokończonych mszy wołyńskich”. Uczestniczą w nich od 10 lat nie tylko łacinnicy, także ludzie którymi kieruje poczucie przyzwoitości. Są to msze ciche, żałobne, odprawiane z użyciem czarnych szat liturgicznych. (…) W Małopolsce Wschodniej ponad 120 kapłanów, na Wołyniu ok. 20 kapłanów zginęło; nie dokończyło Mszy Św. odprawianych lub w zamówionych intencjach. Duchowni ci zostali albo aresztowani przez ukraińską policję, bądź zginęli przy ołtarzu. Ileż to Mszy Św. niedokończonych, ile gregorianek przerwanych, czy wreszcie ile hostii sprofanowanych! Ofiarami agresji padały także słynące cudami święte obrazy.

Można przytoczyć liczne przykłady bezpośredniego udziału duchownych grekokatolickich w tych rzeziach, jak chociażby napad na Korościatyn, rodzinną miejscowość ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, gdzie dowodził jeden z księży grekokatolickich wraz z córką. Zdarzały się zarówno przypadki osobistego uczestniczenia kapłanów w mordach, jak i karania śmiercią tych księży grekokatolickich, którzy sprzeciwiali się zbrodni.

Największym zarzutem jaki dziś można postawić sporej części obecnego grekokatolickiego duchowieństwa na Ukrainie jest bierność wobec tamtych zbrodni i profanacji, akceptacja zła. W Internecie można zobaczyć film z alumnami grekokatolickiego seminarium duchownego we Lwowie, którzy śpiewają piosenkę sławiącą ludobójców z UPA i wykrzykują banderowskie hasła. A wszystko w ramach łańcuszka tzw. Ice Bucket Chellange, czyli oblewania się wodą w charytatywnym celu.

Takie przypadki nie są bynajmniej odosobnione. Szokujące było kiedy na Majdanie grekokatolicki ksiądz Michał Arsenycz nawoływał do zbrodni i gloryfikował Dmytro Danyłyszyna, zabójcę przedwojennego polskiego posła Tadeusza Hołówki.

A przecież tenże Hołówko nie był bynajmniej wrogiem Ukraińców, już prędzej endeków, dążących do polonizacji. Ukraińcy uważali go i nie bez racji za swojego sojusznika, postulował liczne polskie ustępstwa na rzecz Ukraińców. „Zawinił” właśnie tym, że chciał zgody, że wraz z podobnie myślącymi Ukraińcami chciał pozytywnie nastawić ich do państwa polskiego i mógł doprowadzić do pojednania. Nie było to bowiem na rękę tym, którzy chcieli konfliktu, mordu, krwi. I mimo, że społeczność ukraińska potępiła potem zamordowanie Hołówki, duchowny ten nadal każe swoim wiernym czerpać wzór z jego zabójców.

Tłumaczenie fragmentów:

Czy ludzie gotowi do każdych poświęceń dla ojczyzny, w tym swego życia, tolerowaliby dzisiaj takich Tabaczników i Janukowyczów? Czy nie postąpiliby z nimi jak Danyłyszyn? Tylko przez zamach (atentat) można prowadzić z nimi walkę. Z wrogiem nie może być innej rozmowy niż siła. Z wrogiem nie może być innej rozmowy jak rozmowa kul i wystrzał z armat. Z wrogiem nie może być innej rozmowy jak rozmawia z nimi nasz karabin. (…) Chcemy przekonać się, że jutro żaden Chińczyk, ani Murzyn, ani Żyd, ani Moskal nie przyjdzie nam ziemi odbierać.

Ksiądz Arsenycz jest z Matejowców na Pokuciu, gdzie popełniono wiele zbrodni na Polakach i Żydach. Jak widać, diabelskie ziarno, które niegdyś dało na Wołyniu tak krwawy plon, pozostało w wielu ludzkich duszach, pomimo upływu dziesięcioleci. Najbardziej przeraża, że także w duszach tych, którzy mienią się być dusz ludzkich inżynierami i chrześcijańskimi pasterzami swoich braci w wierze.

Aleksander Szycht

Za: http://kresy24.pl/57135/mysterium-iniquitatis-czyli-rzez-wolynska-jako-zbiorowe-opetanie/

Data publikacji: 12.10.2014

 

Tags : , , , , , , ,

Komentowanie zamknięte.