Najnowsze

Opublikowano Listopad 12, 2014 Przez a303 W Ukraina

Margarita Seidler – ceolowo wybrałam miejsce zamieszkania, Świętą Ruś

Margarita Seidler: Celowo wybrałam miejsce zamieszkania, Świętą Ruś, ponieważ nie chciałam już dłużej żyć w Eurosodomie – wywiad z dnia 8.08.2014 (26.10.2014)

Ãàçåòà «Ãðàæäàíèí-Ñîçèäàòåëü»

Seidler: Witam, nazywam się Margarita (pol. Małgorzata – od tłum.) Seidler. Przybyłam tu, do Świętej Rusi, 12 lat temu. Jestem obywatelką Niemiec. Świadomie wybrałam sobie za miejsce zamieszkania, Świętą Ruś, ponieważ nie chciałam już dłużej żyć w Eurosodomie. Inaczej nie mogę nazwać tę ich obecną unię, gdzie co roku we wszystkich większych miastach odbywają się parady zboczeńców, gdzie funkcjonuje system prawny karania nieletnich, gdzie biedne dzieci przekazywane są do adopcji parom tej samej płci, gdzie wkrótce zostanie zalegalizowana eutanazja, gdzie wkrótce zamierza się zalegalizować, jakby to strasznie nie brzmiało, nawet pedofilię.

Odeszłam stamtąd, ponieważ z Sodomy można tylko odejść, nie oglądając się wstecz. Dzięki Bogu, już mieszkam tutaj od 12 lat, nie tęsknię, zapomniawszy Ojczyznę i nie mam chęci do powrotu tam.

Pytanie: Margarita, a jak Pani wybrała Prawosławie? Pani, jako Europejka, miała chyba większy wybór? Czym przyciągnęła Panią Rosyjska Cerkiew Prawosławna?

Seidler: Żyłam, jak prawie wszyscy Europejczycy, swoimi przyjemnościami. Zajmowałam się ekstremalnymi rodzajami sportu i szukałam w tym sensu życia. Oczywiście, sensu życia w tych sportach nie znalazłam. Po wszystkich tych zajęciach zawsze była pustka w mojej duszy. Zaczęłam poważnie szukać sensu życia, i przypomniałam sobie, że moja matka była ochrzczoną protestantką. I miałam jakieś odczucie z dzieciństwa, że Bóg jest, ale jak się do Niego zbliżyć, jak Go znaleźć, tego nie wiedziałam. Mama właściwie nie wychowywała mnie w wierze, sama nie chodziła do kościoła, o Bogu również prawie nic nie mówiła. Gdy jako dziecko, pamiętam, pytałam matkę: „Mamo, czy jest Bóg?”. Ona krótko i jasno odpowiadała: „Tak, jest Bóg”. Na tym rozmowy o Bogu, niestety, zakończyły się.

Zaczęłam szukać. Mieszkałam wówczas w malowniczym miasteczku w Alpach. Pewnego razu poszłam na katolicką Wielkanoc, do kościoła katolickiego. Odsiedziałam tam nabożeństwo, ale odczułam, że Bóg tam nie jest żywy. Odczułam, że coś uciska nawet na moją duszę i postanowiłam już tam więcej nie chodzić. Ale przypomniałam sobie, że moja matka-protestantka chodziła kilka razy do kościoła protestanckiego. Napatrzyłam się i postanowiłam, że nie, to również nie jest moje. I pomyślałam, że będę w domu jakoś własnymi słowami zwracać się do Boga. Przez cały ten czas modliłam się własnymi słowami i prosiłam Boga, aby pokazał mi prawdziwą drogę. I wystarczyło pojechać na urlop do Turcji, i tam zapoznałam prawosławnych Ukraińców. Pożaliłam im się, że nie mogę znaleźć drogi do Boga i nie wiem, co robić. Powiedzieli mi, że są prawosławnymi i zaczęli opowiadać mi o wierze prawosławnej, o historii Cerkwi. Bardzo mnie to zainteresowało i poprosiłam ich: gdy wrócimy do Niemiec (oni wtedy mieszkali w Monachium), weźcie mnie, proszę, ze sobą do swojej cerkwi. Chcę zobaczyć i uczestniczyć w waszym nabożeństwie. Początkowo zaczęli mi odradzać, mówiąc: „to prawdopodobnie dla ciebie będzie zbyt trudne. U nas na nabożeństwach trzeba stać, trzeba zachowywać post, nabożeństwo odbywa się w języku cerkiewno-słowiańskim. Nic nie zrozumiesz”. Ale ja nalegałam i prosiłam ich, aby mnie zabrali.

I nadszedł czas – w przededniu Wielkiego Tygodnia, w dniu przed Wielkim Postem, wzięli mnie po raz pierwszy w Monachium na nabożeństwo. Trzeba powiedzieć, że świątynia, do której chodziliśmy, nie przyciągała mnie swoim pięknem. Ówczesna monachijska Wspólnota Zmartwychwstania Patriarchatu Moskiewskiego wynajmowała świątynię od katolików. Nie było w niej ikonostasu ani wielkiej ilości pięknych ikon. Stałam podczas nabożeństwa, oczywiście, nic nie zrozumiałam, ale modliłam się własnymi słowami. A kiedy batiuszka (ros. – ojczulek, prawosławny kapłan-zakonnik – od tłum.) wyniósł swój Życiodajny Krzyż Pański i zobaczyłam, że ludzie klękają, a ja jedna stoję, to pomyślałam: „Cóż, nie wypada, abym stała, powinnam chyba też uklęknąć”. I czułam, że w tej chwili dotyka duszę Łaska Boża. Czułam, że Bóg istnieje, i że jest On w tej świątyni, że mnie kocha, że czeka na mnie, i ja tak rozpłakałam się i poczułam, że nie mogę dłużej żyć tak grzesznie, jak do tej pory. I że muszę zmienić swój tryb życia o 180 stopni. Co później tak zrobiłam. Zaczęłam chodzić do tej świątyni. Błagałam batiuszkę, aby mnie ochrzcił. Dopiero po roku mnie ochrzcił. Byłam wtedy bardzo szczęśliwa.

Pyt.: I później postanowiła Pani pojechać do klasztoru?

Seidler: No, nie tak od razu. Wtedy chodziłam do świątyni regularnie. Nauczyłam się czytać w języku cerkiewno-słowiańskim. Jest to język, który bardzo kocham, najbardziej ze wszystkich języków. Słyszałam od wielu parafian, że jest Święta Ruś, jest bardzo dużo świątyń, takich jak Ławra Św. Siergija i Trójcy Świętej. Bardzo się tym zainteresowałam i chciałam tam pojechać, do świętych miejsc, zapoznać Starców. Z samego początku jakoś czułam, że trzeba podjąć decyzję, w jaki sposób przypodobać się Bogu, jak żyć. I chciałam wiedzieć właśnie o Woli Bożej, jak mam żyć: zakładać rodzinę prawosławną, czy żyć jako zakonnica, pokutować.

Kilka razy brałam udział w pielgrzymkach, jeździłam do Świętej Rusi i wróciłam stamtąd do Niemiec już jako inna osoba. Zamierzałam zapoznać wielkich Starców, których już w większości nie ma wśród żywych. Byłam u Starca protojereja Nikołaja Gurianowa, który pobłogosławił mnie, abym przyjechała do Świętej Rusi na zawsze. To było takie szczęście, nie wiedziałem, że są tacy światli ludzie, którzy oddychają po prostu Duchem Świętym. To było dla mnie objawienie. Porównywałam to, co jest w Rosji i to, co jest w Niemczech. Nie znam w Niemczech, na przykład, ani jednego Starca. Chociaż jest tam, oczywiście, prawosławna cerkiew Patriarchatu Moskiewskiego. Tam nie znalazłam takiej duchowości, jaka istnieje tutaj. Ciągle tęskniłam po powrocie do Niemiec, „nie czułam się sobą”. Obcowanie z ludźmi było nudne, chciałam rozmawiać na tematy duchowe, ale tam nie ma z kim rozmawiać. Tam są tylko jedne tematy: jak zrobić karierę, jak zarobić więcej pieniędzy, jaki masz samochód, jaką masz odzież, jakie mieszkanie, meble itd. Było mi tam bardzo nudno, tęskniłam za Rusią, i zdecydowałam się przenieść. Ostateczną decyzję podjęłam, kiedy poznałam Starca archimandrytę Dimitrija z Ławry Poczajowskiej. I do tej pory nie ma takiego dnia, abym żałowała swojej decyzji. Nie tęsknię za Niemcami i nie zamierzam tam wracać, a tym bardziej, że nawet już nie mogę.

Pyt. : A więc była Pani w Ławrze. Jak Panią przyjęto?

Seidler: Po prostu, z miłością. Zwłaszcza w zachodniej części Niemiec mentalność ludzi bardzo różni się od mentalności ludzi rosyjskich, rosyjskiej duszy. Są oni zimni, choć również uśmiechnięci, jednak wszystkich trzymają na dystans. I przyjaźnić z kimś blisko jest bardzo trudne. A kiedy potrzebna jest realna pomoc, nie wiadomo dlaczego, przyjaciół wówczas nie ma. U Rosjan – zupełnie inna sprawa. Nawet mało znajomi ludzie są bardzo uczynni, pomagają i są bardzo gościnni. Wszystko to wywołało we mnie głęboką miłość i szacunek dla tego narodu. I zdecydowałam się przenieść.

Pyt. : Ile lat tam Pani była?

Seidler: W klasztorze żeńskim byłam 6 lat, potem jeszcze 2 lata w Ławrze, przy klasztorze męskim, posługiwałam tam w nowicjacie. Później przeniosłam się do Kijowa. Poznałam I.M.Druzia. Zobaczył on we mnie jakiś talent, zaczęłam pisać, zajmować się dziennikarstwem. Zostałam członkiem Soboru Ludowego Ukrainy – społecznej organizacji prawosławnej. W tamtym czasie organizowaliśmy procesje w Kijowie. Między innymi, na wielką skalę zorganizowaliśmy procesję w dniu 21 listopada ubiegłego roku, w dzień św. Michała Archanioła. I, jak wiadomo, właśnie w tym dniu, Wiktor Janukowycz, były prezydent Ukrainy odmówił podpisania poddańczej Umowy Stowarzyszeniowej z Unią Europejską.

Na moich oczach minęły wszystkie wydarzenia Majdanu. To było straszne, smutne. Nasza organizacja wtedy aktywnie wspierała berkutowców. Zbieraliśmy datki, pomoc humanitarną, gaśnice, ponieważ byli atakowani, rzucano na nich koktajle Mołotowa. Ludzie ginęli masowo, ale, dzięki Bogu, jeszcze udało nam się przywołać czcigodnego batiuszkę, który udzielił im Komunii Św. przed najbardziej krwawym wydarzeniem. Wtedy Komunię św. przyjęło około 150 berkutowców. Oczywiście, batiuszka również wspierał ich moralnie, mówił, „stoicie tutaj dla narodu, a nie dla jakiegoś prezydenta, chronicie ludzi przed szalejącym tłumem.”.

Niestety, potem musieliśmy opuścić Kijów, kiedy banderowcy brutalnie, w sposób krwawy przejmowali władzę. Nawiasem mówiąc, biuro naszej organizacji znajdowało się w centrum miasta, w pobliżu dzielnicy rządowej. I banderowcy siłą zajęli również nasze biuro. Wielkie szczęście, że tamtego dnia mnie tam nie było. Mogę powiedzieć, kilka razy były takie przypadki, że ten szalejący tłum – około tysiąca osób, tzw. protestujący – chodzili tuż pod oknami biura i krzyczeli (byłam wtedy bardzo zatrwożona, oczywiście, przerażona, patrząc na nich): w hełmach, z kijami i tarczami w rękach, z przerażającymi czarno-czerwonymi flagami z symbolami faszystowskimi. Krzyczeli swoje znane hasła: „Śmierć Moskalom!”, „Komuniści na szubienicę!” itd. Pomyślałam: „Panie, zmiłuj się”, jeśli zaraz zaczną szturmować budynek, co będzie. Zdałam się na Wolę Boga i, dzięki Bogu, przeszli obok. A jednak byliśmy zmuszeni stamtąd wyjechać.

Potem zamieszkaliśmy w chwalebnym Sewastopolu, noszącego imię miasta – bohatera. Kocham bardzo to miasto. I kiedy tam dotarliśmy, sytuacja była jeszcze zupełnie niejasna. Zdaliśmy sobie sprawę, że Sewastopol i Krym – to w ogóle po prostu jest granica Ukrainy, która może jeszcze utrzymywać i nie dopuszczać do dalszego marszu faszystów. I tak się stało. Jakaż była radość, gdy stały się znane wyniki referendum, że ponad 97% ludności głosowało za przyłączeniem Krymu do Rosji. To było święto ludowe, naród wiwatował.

Na samym początku, kiedy uczestniczyłam jeszcze w samoobronie Krymu, której przewodził wtedy I. Striełkow, gdy dowiedzieliśmy się, co się dzieje w Donbasie, oczywiście, siedzieć spokojnie, ja osobiście nie potrafiłam. Igor Iwanowicz też nie mógł, ponieważ tam są nasi bracia, Rosjanie, którzy każdego dnia giną dziesiątkami, setkami. Tam było wielu moich przyjaciół. Mój dobry przyjaciel, jeszcze z czasów kijowskich, zginął w Donbasie na początku maja. Nie mogłem spokojnie siedzieć i patrzeć, jak ich zabijają. Postanowiłam tam pojechać i pomóc, jak tylko potrafię.

Pyt. : Wielu ludzi pojechało?

Seidler: Najpierw pojechaliśmy we dwójkę, z dziewczyną z Kijowa. Kiedy przyjechaliśmy do Sławiańska, najbardziej mnie uderzył stosunek cywilów do nas, powstańców, z pospolitego ruszenia. Traktowali nas z wielkim szacunkiem i miłością. W jednym przypadku, kobieta podeszła do mnie ze łzami w oczach, obejmowała, dziękowała, całowała i powiedziała: „zwyciężcie, zwyciężcie”. Dodawali nam otuchy, stosunek był wspaniały. Warunki tam, oczywiście, nie były łatwe. Kiedy przyjechaliśmy, wody już nie było. Energia elektryczna wtedy jeszcze była. Potem, po kilku dniach, energii elektrycznej też zabrakło. Spaliśmy na podłodze na materacach, nocami siedzieliśmy w schronie, spaliśmy niewiele. Wszystko to nie przeszkadzało budować dobrych relacji między powstańcami, bardzo się zaprzyjaźniliśmy.

W Sławiańsku widziało się wiele zgrozy: skutki zniszczeń, wyrządzonych przez faszystowską juntę, ruiny dzielnic mieszkaniowych, trupy cywilnych mieszkańców. I można zapytać, przeciwko komu jest ta ATO (antyterrorystyczna operacja), przeciwko komu? Przeciwko kobietom, dzieciom i babciom? I zadziwiło mnie to, że ciężka artyleria celowo ostrzeliwała dzielnice mieszkaniowe, gdzie mieszkają cywilni mieszkańcy. Z jakiegoś powodu nie ostrzeliwali oni pozycji lub sztabu powstańców.

Inni powstańcy z pospolitego ruszenia, którzy służyli w okolicach Sławiańska, opowiadali mi, że widzieli ogromną ilość trupów w jeziorze lub stawie, ale nie naszych powstańców, a właśnie z wojsk ukraińskich. Wstrząsający jest taki stosunek władz ukraińskich i ukraińskich dowódców do swoich podwładnych. Patrzą oni na swoich żołnierzy, jak na mięso armatnie, nawet nie zadadzą sobie trudu, aby ich pochować. Rodzinom żołnierzy mówią, że rzekomo zaginęli oni bez wieści, robi się to po to, aby zmniejszyć procent zabitych. I krewni martwią się o nich nie wiedząc, że oni gdzieś się, nieżywi, poniewierają. Były przypadki, kiedy trupy posypywano wapnem i pozostawiono leżeć na ziemi. To bardzo przerażające. Mam szczerą nadzieję, że Rosja wystąpi w naszej obronie, jest nas bardzo mało. W Sławiańsku mieliśmy dwa czołgi przeciwko dwóm tysiącom. To i tak był cud, że tak długo trzymaliśmy się i zatrzymywaliśmy ich.

Niestety, jednak musieliśmy opuścić Sławiańsk. Odchodziliśmy z wielkim smutkiem, wiedząc, że w przeciwnym razie wszyscy zginęlibyśmy. I kto wtedy broniłby Doniecka? Nikt, ponieważ oddział Igora Striełkowa – był najsilniejszy i o najwyższej zdolności bojowej. W nocy z 4 na 5 lipca na rozkaz I. Striełkowa musieliśmy stamtąd odejść. Z pewnością była to bardzo ryzykowna operacja. Dowiedzieliśmy się o tym w ostatniej chwili. Ale, dzięki Bogu, operacja została przeprowadzona znakomicie. Przy minimalnych stratach, chociaż, oczywiście, byli zabici i ranni. Ten samochód, w którym znajdowałam się wraz z dowódcą, początkowo jechał w ogonie kolumny i jakoś dzięki Opatrzności Bożej wyszło tak, że cała kolumna zawróciła w drugą stronę i znaleźliśmy się prawie na czele kolumny. Po pewnym czasie to właśnie ogon kolumny został poddany ostrzeliwaniu artyleryjskiemu. Widziałam, jak wojska ukraińskie wystrzeliły rakiety oświetlające. Modliłam się nieustannie, ze mną zawsze była ikona Matki Bożej Kazańskiej, którą przywiozłam jeszcze z Niemiec, kupiłam ją kiedyś w antykwariacie.

Przez bardzo długi czas, ale bezpiecznie dotarliśmy do Doniecka. Tam, oczywiście, obraz był inny. Niezwykłe były odczucia po wojskowym życiu bez wody i energii elektrycznej. W tym czasie, kiedy byłam w Sławiańsku, rząd w Kijowie ogłosił tzw. jednostronne zawieszenie broni. Ale chcę powiedzieć, że w tym czasie nie było ani jednego dnia i ani jednej nocy, żeby nie strzelano. Oni nieustannie strzelali do nas z ciężkiej artylerii.

Niezwykłym dla mnie było zobaczyć zupełnie pokojowe miasto, w którym ludzie, zajmują się swoimi sprawami, w którym dzieci chodzą i śmieją się, wszystkie sklepy były otwarte, była woda, energia elektryczna itp. Później, niestety, obraz się zmienił. Ważnym jest podkreślenie, że stosunki między mieszkańcami a powstańcami początkowo były dość napięte. Odczułam to osobiście. Wpierw mieszkańcy odnosili się do nas niezbyt życzliwie. Były ku temu powody. Przy Striełkowie w Sławiańsku panowała sroga dyscyplina, nie było przypadków grabieży. A jak i były kiedyś takie przypadki, to zostały one surowo ukarane. Zostało wprowadzone suche prawo (prawdopodobnie – zabroniono spożywania alkoholu – od tłum.). I widocznie w Doniecku przed naszym przyjazdem były jakieś niedobre przypadki, które gniewały ludność cywilną. Ale z czasem relacje się poprawiły, ponieważ i tutaj I. Striełkow zaprowadził porządek. Nawet niedawno wydał on rozkaz, zakazujący używania niecenzuralnych przekleństw, co ja uważam za bardzo słuszne. Ja nawet na ten temat napisałam artykuł o sile słowa, że „rzucanie mięsem” – to słowa niszczące. I dziękuję Bogu, że wydał on taki wspaniały rozkaz.

Pyt: Czy obecnie Donieck różni się od tego Doniecka, do którego przybyła Pani zaledwie kilka tygodni temu. Czy jest mocno zniszczony?

Seidler: Mogę powiedzieć, że Donieck opustoszał, większość mieszkańców wyjechała, ludzi prawie nie ma, prawie nie ma samochodów. Jest już jak miasto – widmo, można powiedzieć. Z drugiej strony, to dobrze, że ludzie wyjechali, ponieważ sytuacja jest bardzo poważna. Jeszcze trochę i miasto będzie całkowicie otoczone (oblężone).

30 lipca I. Striełkow podpisał rozkaz o stanie oblężenia miasta. Powstańcy dzielnie i bohatersko bronią swoich pozycji, ale wciąż siły są nierówne. W zakresie uzbrojenia i sprzętu wróg ma w porównaniu z nami przewagę w kilkadziesiąt razy. To również trzeba zrozumieć. Do tej pory nie mamy lotnictwa, ciężkiej artylerii jest bardzo mało. Wiele osób uważa, że tutaj walczą rosyjscy najemnicy, którzy otrzymują za to ogromne pieniądze – to, oczywiście, jest kompletna bzdura, dementuję to. Zasadniczo tutaj walczą miejscowi mieszkańcy, Ukraińcy, którzy bronią swoje rodziny, swoją Ojczyznę, swoją prawosławną ziemię przed faszystami. Większość powstańców ma rodziny, żony, dzieci. Znam nawet jednego powstańca, który ma sześcioro dzieci. Nie otrzymują oni ani grosza. Swoje buty, umundurowanie, wszystko kupują sami. Zakładano, że od miesiąca lipca powstańcy powinni otrzymywać wynagrodzenie, chociaż minimalne, aby wyżywić swoje rodziny. Ale, niestety, znów po raz kolejny wystawiono nas do wiatru i nie dotrzymano obietnicy. Mamy nadzieję na Łaskę i Pomoc Boga. Pomoc, oczywiście, otrzymujemy, ale jest ona niewystarczająca, należy ja zwiększyć dziesiątki razy, aby była skuteczna, aby oprzeć się tej potężnej sile, z którą walczymy, aby zwyciężyć, aby obronić Donbas i Noworosję. W przeciwnym razie będzie to kosztować ogromne straty i ofiary, ponieważ powstańcy nie zamierzają się poddawać, będą oni walczyć do końca. I ja, wraz z nimi, również. I trzeba jeszcze jasno zrozumieć, że jeśli nie będzie Donbasu, to faszyści nie zatrzymają się. Teraz prowadzona jest prowokacją przeciwko Naddniestrzu, zaczynają tam konflikt. Ogromną ilość wojsk pancernych przerzuca się na przesmyk Krymu. I wszystko na to wskazuje, że oni się nie zatrzymają, a następnie wezmą się za Naddniestrze, za Krym, a następnie za Rosję. I nie daj Boże, że trzeba będzie walczyć z faszystami na granicy Moskwy. Ich trzeba zatrzymać teraz, natychmiast, ich trzeba było zatrzymać jeszcze wczoraj i przedwczoraj. Zostały już stracone najbardziej korzystne chwile, kiedy można było to zrobić. Natychmiast po Referendum, po przyłączeniu Krymu. Na początku kwietnia armia ukraińska była jeszcze dość słaba, prawie nie miała zdolności bojowej, i wtedy można było bardzo łatwo ugasić ten pożar. Im dłużej się czeka, tym gorzej, tym więcej będzie ofiar. Już tyle, moim zdaniem, więcej niż półtora tysiąca osób zginęło w tej krwawej wojnie domowej. A jeśli nadal będzie się czekać, będzie jeszcze więcej ofiar. Niedawno dotarła informacja, że oni rzucili do walki nawet rakiety balistyczne, które mają wielką dokładność i ogromną siłę niszczącą (500 kg TNT – trotylu – od tłum.), z dokładnością rażenia do 25 metrów. Takimi rakietami będą oni teraz strzelać do cywilów (rakieta taka z łatwością burzy 5-piętrowy dom). Popełnienia się ludobójstwo, to również trzeba zrozumieć.

W tych dniach ukraiński dziennikarz w bardzo szczerej formie powiedział, że w Donbasie mieszka zbyt wielu ludzi i należy, jako minimum, półtora miliona mieszkańców Donbasu po prostu zabić, i tak szybko, jak to możliwe. On się nie wstydził mówić tego na antenie, na żywo. Myślę, że wyraża on tę politykę, która obecnie prowadzi Poroszenko i jego faszystowski reżim. I już najwyższy czas, aby ich zatrzymać. A do tego potrzebna jest pomoc Federacji Rosyjskiej. Konieczne jest wprowadzenie tam kontyngentu sił pokojowych, w przeciwnym razie może to się bardzo źle dla nas wszystkich zakończyć.

Pyt.: Oprócz kontyngentu, potrzebna wam teraz broń pancerna, pieniądze, prawda?

Seidler: Oczywiście, tak. Potrzebne są siły żywe i broń pancerna. Mówiłam już, nie mamy w ogóle lotnictwa. Armia ukraińska ma lotnictwa i co jeszcze należy zauważyć, ich aktywnie wspiera NATO. Niedawno w Odessie wylądowały wojska NATO, pojazdy pancerne z Polski. Oni otrzymują nowoczesną broń. Walczymy z zupełnie przestarzałymi rodzajami broni, jeszcze z czasów II wojny Światowej, ze starymi karabinami maszynowymi Kałasznikowa, pistoletami Makarowa, chociaż są one niezawodne, niezłe, ale jednak. A u żołnierzy ukraińskich wojsk znaleźliśmy zdobyczną bardzo nowoczesną broń. Otrzymują oni bardzo silne wsparcie ze strony USA i NATO. Ale ciągle krzyczą, że u nas walczą najemnicy rzekomo z Rosji, a to jest, oczywiście, kompletna bzdura.

Pyt.: Powiedziała Pani karabiny maszynowe, pistolety, wszystko wymieniła bardzo profesjonalnie. A samej Pani zdarzało się strzelać, walczyć? No i w ogóle, kobieta na wojnie … Wielu ludzi interesuje, czy ma Pani męża, dzieci, rodzinę?

Seidler: Nie jestem przywiązana i, prawdopodobnie, dlatego zdecydowałam się na ten krok. Gdybym miała dzieci, to nie podjęłabym się tego, ponieważ pierwszym obowiązkiem kobiety – jest, oczywiście, wychowywać swoje dzieci. A ja jestem wolna, nie mam rodziny, odpowiadam tylko za siebie, jeśli umrę, na przykład, czy to w walce, czy mi na głowę po prostu spadnie pocisk i już mnie więcej nie będzie na tym świecie … To nie jest takie straszne. Zawsze myślę, że mój czyn jest znacznie mniejszy czynów tych mężczyzn, którzy zostawili swoje rodziny z kilkorgiem dzieci i poszli bronić swoją Ojczyznę. Ich wyczyn jest znacznie większy, ponieważ mają coś do stracenia, a ja nie mam.

Pyt.: Męża nie ma, dzieci nie ma. Jednak ma Pani coś, co jest dla Pani cenne i co boi się Pani stracić?

Seidler: Cóż, oczywiście, byłoby mi bardzo żal mamy, została ona w Niemczech. Nigdy nie chciała przenieść się tutaj. Chociaż jeszcze w czasach pokojowych, zapraszałam ją wiele razy. Ale, oczywiście, zachodnie media postarały się przedstawić Rosję i Ukrainę w strasznej postaci, że żyją tam nie – ludzie, że życie tam jest niemożliwe. Napatrzyła się ona na to wszystko w TV, uwierzyła i dlatego nie chciała tu przyjechać. I ciężko byłoby jej znieść, gdyby się dowiedziała, że zginęłam. Ale we wszystkim jest Wola Boża. I myślę, że najważniejsze – to wykonywać swój obowiązek i dostać się do Królestwa Niebieskiego.

Pyt.: Czy ma Pani swoją broń służbową?

Seidler: Kiedy byłam jeszcze w Sławiańsku i w Doniecku, oczywiście, miałam swoja broń – automat Kałasznikowa, pistolet Makarow. Wojna to wojna. Gdyby były ataki na sztab, byłam gotowa bronić sztabu i chwycić za broń. Umiem obchodzić się z bronią, nauczyłam się tego jeszcze w Kijowie.

Wielu powstańców początkowo nawet nie umiało walczyć, nawet nie umieli obchodzić się z bronią, ale w czasie walki nauczyli się i obecnie walczą o wiele lepiej niż doświadczeni i zawodowi wojskowi. Bóg jest z nami, nie ma czego się bać, ale pomoc nam mimo wszystko jest potrzebna.

Chcę powiedzieć, że teraz jestem bardzo zaniepokojona, bardzo się martwię, myślami swoimi i całą sobą, jestem tam, w Doniecku. Teraz jestem w Moskwie i martwię się o los wszystkich drogich mi ludzi, którzy się tam znajdują i mam nadzieję, że nie zostaną oni opuszczeni, że ich usłyszą, że te wszystkie ofiary nie będą daremne. Że władze pójdą po rozum do głowy i przestaną myśleć, że to ich nie dotyczy.

Pyt.: Czy uważa Pani, że Rosja powinna wprowadzić wojska na Ukrainę?

Seidler: Szczerze mówiąc, tak, bo nie widzę innego wyjścia. Wielu mówi, że tego robić nie można, bo wtedy rozpocznie się Trzecia Wojna Światowa. Ale muszę powiedzieć, że Zachód i tak, w każdym przypadku wszystkimi siłami będzie się starał ją rozwiązać. Myślę, że źle jest oczekiwać jeszcze gorszej sytuacji. Jeżeli będziemy bezczynni, sytuacja będzie jeszcze gorsza, a wojna jednak i tak będzie. Ale wygramy, choć to będzie kosztowało już ogromną krew. Im dłużej Rosja będzie zwlekać, tym gorzej.

Pyt: Będziemy mieć nadzieję na lepsze.

Seidler : I na rozsądek władz również.

Pyt.: Pan Bóg nie zostawi Swojej Rosji.

Seidler : Tak, jestem o tym przekonana, że znów powstanie Święta Ruś. I że z Zachodu przyjedzie bardzo wielu ludzi i jeszcze będą ratować się w Rosji.

Film wideo:

Tłumaczył Janusz Sielicki

10.11.2014 r.

Z portalu Гражданин-Созидатель:

http://www.gr-sozidatel.ru/articles/margarita-zajdler-ya.html

Tytuł wywiadu: Маргарита Зайдлер: Я сознательно выбрала место жительства, Святую Русь, потому что больше не хотела жить в Евросодоме – интервью от 08.08.2014 (26.10.2014)

Tags :

Komentowanie zamknięte.