Opublikowano Listopad 21, 2012 Przez a303 W Bez kategorii

L. BUBEL – „NARODOWIEC” KOSZERNY NAD WYRAZ

Źródło: http://www.moto.gda.pl

Niejakiemu Leszkowi Bublowi, uchodzącemu – także we własnym  mniemaniu – za  naczelnego antysemitę RP herbu „Zerwimycka” (tytuł nadany  mu onegdaj przez… „Trybunę”), najzwyczajniej puszczają nerwy. Trudno inaczej odbierać publikację w tygodniku  „Tylko Polska” nieprawomocnego wyroku sądowego w sprawie wytoczonej przez redaktora ww. tytułu przeciwko niżej podpisanemu . Bubel – chełpiący się ponadprzeciętną znajomością Prawa Prasowego i prawa w ogóle – nie uważał nawet za wskazane poinformować swoich czytelników o nieprawomocności opublikowanego wyroku. Ten fakt, w połączeniu z bezczelnym  kłamstwem wobec sądu o zamieszczeniu takiej informacji, dowodzi – zapewne uzasadnionego – przekonania „naczelnego antysemity RP” o swojej bezkarności i specjalnym, wyjątkowo życzliwym, traktowaniu jego osoby przez wymiar sprawiedliwości.

Co istotne, Bubel, raczył dodatkowo obrzucić mnie inwektywami w rodzaju „kłamca” i „oszczerca”, nijak nie przystającymi ani do przedmiotu sporu, ani treści samego wyroku. Czymże bowiem  naraziłem się złotnikowi z PRL-owskim rodowodem , teraz robiącemu także w polityce? Ano tym, że publikując w kwietniu 2008 roku na mojej stronie internetowej „Listę zakonspirowanych Żydów”, dochowałem jej absolutnej wierności z dokumentem źródłowym, nie pozwalając sobie na jakiekolwiek ingerencje, włącznie z pozostawieniem  charakterystyki samego L. Bubla, opisanego  tamże m.in. jako prowokator oraz specjalista od ośmieszania i skłócania środowisk narodowych. Tymczasem sam zainteresowany zamieszczając tę samą listę w swoim organie (o czym świadczą nie tylko  identyczne biogramy, ale także takie same „literówki” i błędy gramatyczne) dokonał starannego obrzezania materiału  ze swojego wątku. Innymi słowy, Bubel uznał, że dochowując redakcyjnej rzetelności i nie idąc jego cenzorskim śladem  zasługuję na surowy wyrok. A ponieważ nie lubi zbyt długo czekać na prawomocne rozstrzygnięcia, wymierzył je sobie sam.

Nie zamierzam odpłacić Bublowi podobną monetą. Z opisaniem  przebiegu kolejnych rozpraw sądowych poczekam do ich ostatecznego finału. Zwłaszcza, że prawne potyczki z „naczelnym antysemitą RP” dały mi wyjątkowo bogatą, a przy tym dobrze udokumentowaną wiedzę na jego temat. Dla ścisłości dodam, iż jest to wiedza wyłącznie wzmacniająca moje przekonanie o wyjątkowo nikczemnej osobowości naczelnego redaktora tygodnika „Tylko Polska” . Ta ocena nie dotyczy bynajmniej tylko jego działalności politycznej.

Zacznę od przedstawienia genezy bublowej niechęci wobec mojej osoby. Zwłaszcza, że wymownie oddaje prawdziwe intencje i metody działania „naczelnego antysemity”, a ponadto – tego wątku świadomie nie poruszałem w żadnej z rozpraw sądowych. Jest więc podstawa do ukazania go na szerszym forum. Głównie w formie przestrogi dla innych osób ze środowisk narodowych, które mają lub będą miały w przyszłości kontakt z Bublem.

Ja takiegoż kontaktu w formie bezpośredniej doświadczyłem w 2006 roku, gdy wraz z Janem P. Koziatkiem, byłym szefem Komitetu Strajkowego  Stoczni Gdańskiej podczas Sierpnia 1980, udaliśmy się do siedziby redakcji „TP” na warszawskiej Pradze.  Nasza wyprawa miała na celu uzyskanie zgody Bubla na reaktywowanie w Trójmieście oddziału Stronnictwa Narodowego. Ktoś zapyta: a co tu miał do powiedzenia Bubel? Otóż miał i to dużo, bowiem „naczelny antysemita RP” oraz szef Polskiej Partii Narodowej w jednej osobie był wyłącznym dysponentem praw do przedwojennej partii Romana Dmowskiego, którą zarejestrował w sądzie bez wiedzy i wbrew woli większości narodowców.

Skłamałbym pisząc, że już od pierwszej chwili Bubel wzbudził we mnie pozytywne skojarzenia. Można rzec, wprost przeciwnie. Na biblijnego Żyda to on z pewnością nie wygląda lecz na chazarskiego, i owszem. Niskiego wzrostu, z oczami zatopionymi w nalanej twarzy oraz krótkimi rękoma i dłońmi, które w uścisku sprawiają wrażenie wyjątkowo małych i nie nawykłych do jakiejkolwiek pracy fizycznej. To wrażenie ulega spotęgowaniu, gdy Bubel wygłasza dłuższe kwestie wspomagając się iście wiatrakową gestykulacją. Jednym słowem, ktoś  w typoszeregu Kwaśniewskiego czy L. Kaczyńskiego, choć bez takich sukcesów w ubieganiu się o urząd prezydenta RP.

Zanim przeszliśmy do meritum musieliśmy wraz z J. Koziatkiem wysłuchać bublowego monologu o sięgającej XIII wieku genealogii jego rodu, zamiłowaniu do zagranicznych wojaży (odwiedził ponad 100 krajów świata!), nazwaniu go przez „Trybunę” naczelnym antysemitą RP herbu „Zerwimycka” (nie krył swojej dumy z tego „wyróżnienia”) oraz szykanach, jakich doświadcza ze strony sądów. Gdy jednak zaproponowałem  moją gotowość do dziennikarskiego zainteresowania się tymi szykanami, włącznie z obecnością na sali rozpraw, spotkałem się ze zdecydowaną odmową. To był dla mnie pierwszy sygnał ostrzegawczy przed zbytnią wiarą w bublową martyrologię z powodu walki o sprawę polską. Zwłaszcza, że o kolejnych wezwaniach przed oblicze prokuratorów i sędziów „naczelny antysemita RP” informował swoich czytelników nagminnie, natomiast o wyrokach skazujących, które wyłączyłyby go z publicystyczno-politycznej aktywności – prawie nigdy. Można powiedzieć: ścigany, nie karany.

Sygnał drugi odebrałem w momencie, gdy Bubel – bez jakiegokolwiek pretekstu z naszej strony – podjął wątek mojej działalności publicystycznej we własnych, wydawanych na Wybrzeżu, tytułach. Uznał arbitralnie tę działalność za bezsensowną i wartą realizowania wyłącznie na łamach jego czasopism, z tygodnikiem „Tylko Polska” jako głównym. Dziwna to była propozycja  zważywszy na fakt, że moje wydawnictwa  miały więcej czytelników na Wybrzeżu niż bublowe w całej Polsce, a ponadto rozproszenie (uczenie zwane dywersyfikacją) wszelkich wydawnictw narodowych to – moim zdaniem  – najskuteczniejszy sposób na uniknięcie ich kontrolowania i eliminowania przez internacjonalistyczną hołotę.

Szczerze mówiąc, już w tym momencie wiedziałem, jaka będzie odpowiedź Bubla na propozycję z którą przyjechaliśmy do Warszawy. Oczywiście, stanowczo sprzeciwił się reaktywowaniu w Gdańsku oddziału Stronnictwa Narodowego, proponując w zamian wstąpienie do… Polskiej Partii Narodowej. Ani ja, ani tym bardziej Jan P. Koziatek nie skorzystaliśmy z tej oferty. Pożegnaliśmy się z gospodarzem i wróciliśmy do Gdańska. Podczas jazdy samochodem zgodnie wyraziliśmy zaskoczenie bublową odmową lecz jej domniemane powody pozostawiłem dla siebie. Założyłem, że gdańska organizacja SN pod przewodnictwem osoby tak znanej i szanowanej na Wybrzeżu jak Pan Koziatek mogłaby okazać się politycznym strzałem w dziesiątkę i wówczas trudno byłoby Bublowi np. przejąć nad nią kontrolę lub rozwiązać bez uniknięcia podejrzeń ze strony setek zawiedzionych członków i sympatyków o działania agenturalne. Lepszym wyjściem okazało się zatem zduszenie naszej inicjatyw w zarodku.

„Kto ma miękkie serce, musi mieć twardą d…”. Aż nadto odczułem zasadność tego przysłowia w odniesieniu do moich dalszych relacji (a raczej ich braku) z Bublem. Zamiast opisać przebieg i efekty naszej wizyty w siedzibie redakcji „Tylko Polska” wybrałem milczenie. Podobnie postąpiłem  po otrzymaniu od czytelnika z Lublina „Listy zakonspirowanych Żydów”, na której nie zabrakło stosunkowo obszernej i mało świetlanej charakterystyki „naczelnego antysemity RP” z podkreśleniem jego agenturalnej roli w środowiskach narodowych. Gorzej, nie wykorzystałem nawet takiej okazji do rzucenia innego światła na osobę Bubla jak zamieszczony w żydowskim miesięczniku „Midrasz” z listopada 2000 roku list kustosza muzeum na Majdanku. Oto jego pełna treść:

„Szanowna Redakcjo,

Występuję w imieniu pani Janiny Marciniak, mieszkającej obecnie w Woli Sobieskiej koło Krzczonowa na Lubelszczyźnie, a w czasie wojny zamieszkałej w Stolnikowiźnie koło Żółkiewki. Rodzice pani Janiny, Maria i Antoni Błazikowie w latach 1942 – 1944 przechowywali w swoim domu żydowską rodzinę Mendla i Rywki Bublów wraz z ich synem Szulimem.

Rodzina Bubel pochodziła z Antoniówki, gdzie przed wojną byli znanymi w okolicy krawcami. Ukrywając się u państwa Błazików, też  utrzymywali się z krawiectwa. Kilkakrotnie Błazikowie musieli uciekać razem z nimi do lasu, ponieważ ktoś składał donosy, że przechowują Żydów. Na szczęście cała rodzina przetrwała wojnę. Bublowie mieli jeszcze jednego syna, młodszego, którego imienia pani Janina nie pamięta. Wojnę przetrwał u bezdzietnego małżeństwa w Rożkach.

Po wojnie rodzina ta, prawdopodobnie do 1947 r., mieszkała w pobliskim Maciejowie, gdzie Mendel-Marian Bubel prowadził swój zakład krawiecki i miał nawet uczniów. W Maciejowie cała rodzina Bublów przeszła na chrześcijaństwo. Tu też zmarł Marian Bubel. Natomiast Rywka-Regina Bubel wyjechała do Izraela. Według informacji zebranych przez panią Janinę, któryś z synów pozostał w Polsce i mieszka w Warszawie.

Pani Janina bardzo prosi o kontakt i zwraca się z prośbą o pomoc w odnalezieniu rodziny Bublów z Antoniówki. Chciałaby, żeby chociaż pośmiertnie jej rodzice zostali uhonorowani za trud uratowania tej rodziny. Informacje na ten temat proszę przesłać pod następujące adresy:

Janina Marciniak,
Wola Sobieska, poczta Krzczonów

lub

Robert Kuwałek
Państwowe Muzeum na Majdanku
20-325 Lublin
ul. Droga Męczenników Majdanka

Z  poważaniem,
Robert Kuwałek”

L. Bubel bynajmniej nie zignorował tej publikacji lecz zareagował na nią w sposób wielce zastanawiający. Oto bowiem wielce doświadczony redaktor i znawca prawa nie wysyła do redakcji miesięcznika sprostowania, nie kieruje sprawy do sądu, ba, nawet nie polemizuje na łamach  swojego tygodnika z treścią listu lecz publicznie – w tymże tygodniku – chełpi się ze swojego najścia na muzeum i podaje, że towarzyszący mu  „ojciec” gotów był… zastrzelić kustosza Kuwałka. Szczęściem dla autora listu przebywał on w tym czasie poza miejscem swojej pracy. Jaki mówi przysłowie: „Uderz w stół, a nożyce odezwą się”.

Na nic jednak zdało się moje miłosierne przemilczanie tematów dla Bubla niewygodnych. On sam jakoś ciągle nie mógł darować mi odrzucenia oferty współpracy na jego warunkach. Na początku października 2007 roku jeden z moich kanadyjskich znajomych przysłał mi zeskanowany fragment ostatniego numeru tygodnika „Tylko Polska” z wyjątkowo chamskim atakiem Bubla na moja osobę. Powód? Fakt, że wystartowałem w wyborach parlamentarnych z listy nie PPN lecz „Samoobrony”. Moje nazwisko na ostatnim miejscu gdańskiej listy tej partii – w dodatku w charakterze kandydata bezpartyjnego – „naczelny antysemita RP” zgrabnie powiązał z nazwiskiem L. Millera startującego z listy łódzkiej i P. Ikonowicza umieszczonego na liście warszawskiej, wysuwając „oczywisty”  wniosek o moich ideowych powiązaniach z obydwoma komunistami. Można rzec, że i w tym wypadku Bubel wykazał przewrotność godną żydo-chazara. Trudno inaczej wytłumaczyć tak daleko idące skojarzenia w sytuacji, gdy w reprezentacji „Samoobrony” występowałem gościnie (głównie dla reporterskiego ukazania mechanizmów rządzących procederem wyborczym w III/IV RP), czyli bez jakichkolwiek kompetencji decyzyjnych, a ponadto na „mojej”, gdańskiej liście widniały nazwiska osób więcej niż zacnych, włącznie z jej liderką, Danutą Hojarską. Co ciekawe, zarzut „kolaborowania” z partią Andrzeja Leppera postawił mi akurat ktoś, kto w pewnym okresie był z nią powiązany daleko mocniej i na najwyższych szczeblach. Inna sprawa, że po gwałtownym pożegnaniu „Samoobrony”, Bubel zachował się niczym wyjątkowe bydlę atakując to środowisko wszelkimi sposobami, włącznie z powołaniem do życia specjalnych, antylepperowskich wydawnictw. Nie znam nikogo, kto zmarłego śmiercią „samobójczą” A. Leppera oczerniał intensywniej niż robił to „narodowiec” Bubel.

Tę zdolność „naczelnego antysemity RP” do swobodnej interpretacji faktów (oczywiście, zawsze na swoją korzyść) wymownie oddaje anegdota o Żydzie, który chwali się swojemu współplemieńcowi, że dzień wcześniej znalazł na ulicy bryłę złota. „I co zrobiłeś?” – pyta zaintrygowany rozmówca. „Podniosłem  i zabrałem do domu”. „Jak to? Przecież wczoraj był szabas!” – reaguje wzburzony talmudysta. Posiadacz złotego kruszcu odpowiada mu ze stoickim spokojem: „Wyobraź sobie; zdarzył się cud. Wszędzie był szabas, a wokół mnie – dzień powszedni”.

Do Bubla pasuje jak ulał, nie tylko z powodu jego zawodowego zainteresowania złotem. Gdy rzecz dotyczy bublowych geszeftów, zawsze znajdzie wyjątek od reguły, tak bezwzględnie stosowanej wobec innych. A to nazwie swojego ojczyma pułkownikiem Wojska Polskiego, choć tenże służył w jednoznacznie wrażym i komuszym – przynajmniej dla redaktora „TP” – Ludowym Wojsku Polskim. A to „zapomni” na chwilę o swoich kryteriach wobec kandydatów na członków Polskiej Partii Narodowej, przyjmując w jej szeregi rdzennego Żyda Bolesława Szenicera i błyskawicznie awansując go na funkcję wiceszefa partii. Przykłady dałoby się mnożyć praktycznie w nieskończoność. Mówiąc krótko, Bubel może więcej. Zwłaszcza w imię sprawy narodowej, a ściślej- w imię sprawy swojego narodu.

Po jednej z rozpraw sądowych, podszedł do mnie zdeklarowany zwolennik L. Bubla i  – trzeba to przyznać – w kulturalnym tonie zapytał  mnie, dlaczego wszedłem w zatarg z  redaktorem naczelnym tygodnika „Tylko Polska”, skoro właśnie w tym tytule można pisać o sprawach, gdzie indziej nie do poruszenia. Tu podał przykład swoich publikacji na temat Tajnej Organizacji Wojskowej „Gryf” i działalności Stronnictwa Narodowego na Pomorzu. Odpowiedziałem mu równie kulturalnie i – mam nadzieję – te słowa dotrą również do innych sympatyków Bubla.

Po pierwsze – to nie ja poszedłem na konfrontację z „naczelnym antysemitą RP” lecz zgoła odwrotnie; on sam, posługując się iście agenturalnymi metodami postanowił wyeliminować mnie ze środowiska narodowców.

Po drugie – w czasach tak gwałtownie rozwijającego się internetu tygodnik „Tylko Polska” można sprowadzić jedynie do roli jednego z wielu alternatywnych środków przekazu, w dodatku – o coraz bardziej marginalnym znaczeniu. Przekonałem się o tym wymownie składając wizytę w gdańskim „empiku” celem kupna egzemplarza „TP” z tekstem na mój temat. Gazety w liczbie pięciu leżały na eksponowanym miejscu, co jakoś trudno pogodzić z tezą o szykanowaniu bublowych wydawnictw. Po czterech dniach postanowiłem dokupić jeszcze jeden egzemplarz „TP” dla sądu. Po mojej drugiej wizycie na regale pozostały dwa egzemplarze. Innymi słowy – bez mojej nadzwyczajnej klientowskiej ingerencji sprzedaż „TP” w gdańskim „empiku” wyniosłaby dokładnie jedną piątą czyli 20 proc. nadziału. To nie jest kiepski wynik lecz klęska.

Po trzecie – autorów zewnętrznych pisujących do „TP” namawiam do pozbycia się jakichkolwiek kompleksów i uczuć wdzięczności wobec wydawcy tygodnika. Bez waszych tekstów, a także tekstów „zapożyczanych” z innych tytułów (oczywiście, bez pytania o zgodę ich autorów) bublowe czasopismo byłoby gniotem nie do strawienia. Szybko skończyłoby się na „dziełach” samego redaktora naczelnego – z nachalnym skamlaniem o wsparcie (zwłaszcza finansowe) dla jego jedynie słusznej partii, jedynie słusznego tygodnika oraz jedynie słusznej produkcji jubilerskiej. 

O wiarygodności Bubla najwymowniej świadczą jego własne – co rusz zmieniane i poprawiane – biografie. Chociaż  opracowywane przez samego zainteresowanego, zawierają tyle przekłamań, przeinaczeń i niekonsekwencji, że jako żywo nasuwa się skojarzenie z autorską schizofrenią.

Ot, choćby bublowa wzmianka o rodzinnym grobowcu na starych Powązkach, w którym pochowana jest jego matka. Tę informację ilustruje załączone przez Bubla zdjęcie, na którym widzimy standardowej wielkości grób z krzyżem wystylizowanym na coś w rodzaju maczugi i wygrawerowanymi personaliami Sabiny Ziółkowskiej. W dobrej wierze domyślam się, iż matka L. Bubla rozwiodła się z jego ojcem i wyszła za mąż za Ziółkowskiego, zapewne owego „pułkownika Wojska Polskiego”. Dlaczego jednak na nagrobku nie ma wzmianki o nazwisku zmarłej po pierwszym mężu lub – przynajmniej – nazwiska panieńskiego? Gdzie tu uzasadnienie do szermowania pojęciem rodzinnego grobowca Bublów? Dlaczego sam „naczelny antysemita RP”, tak dbający o detale z cudzych biografii nie potrafi wytłumaczyć powodów dla których w wypadku jego matki, co innego czytamy, a co innego widzimy? Pytań tego rodzaju mógłbym zadawać znacznie więcej i to w oparciu – co podkreślam – tylko o bublowe CV, własnoręcznie spreparowane przez samego zainteresowanego.

Inny przykład to  zdjęcie grobowca na cmentarzu w Węgrowie. Pochowany w nim został jego wuj, ksiądz Mieczysław. Konia z rzędem temu, kto wskaże tutaj widoczny, godny kapłana katolickiego, symbol naszej wiary. I proszę mi nie podawać jako argumentu, krzyża wygrawerowanego między literami „Ś” i „P”, bowiem takowe potwierdzenia wiary katolickiej  można spotkać  na tysiącach nagrobków żydowskich przechrztów lub zatwardziałych komuchów.

Mam dziennikarską zasadę nie ufania ludziom, którzy w walce ze swoimi przeciwnikami nie przebierają w środkach, dopuszczając się kłamstw i manipulacji trudnych lub wręcz niemożliwych do sprostowania przed tym samym forum. Bubel, dysponujący własnymi wydawnictwami, czynił to wielokrotnie i wobec dziesiątków osób o niekwestionowanych zasługach dla sprawy polskiej, włącznie ze ś.p.  Andrzejem Lepperem. Trafiło także na moją skromną osobę, dzięki czemu mogłem na własnej skórze przekonać się o bublowych metodach działania i „autoprezentacji”. Wymieniłem tylko skromną część z nich. Resztę – jeszcze bardziej bulwersującą – przedstawię po uprawomocnieniu się wyroków sądowych z powództwa i oskarżenia „naczelnego antysemity RP” przeciwko mnie.  Przeczuwałem to wprawdzie wcześniej (vide: relacja z wizyty w redakcji tygodnika „Tylko Polska”) lecz teraz, gdy myślę o L. Bublu, bezwarunkowo przychodzi mi na myśl sentencja George Orwella (autora m.in. takich pozycji jak „Rok 1984” i „Folwark zwierzęcy”), który oceniając postawę różnej maści „użytecznych idiotów” służących systemom totalitarnym powiedział: „Once a whore, always a whore”. W dosłownym tłumaczeniu: „Raz kurwa, zawsze kurwa”

Henryk Jezierski

(20.11.2012)

P.S. Osoby zainteresowane, zwłaszcza z terenu Trójmiasta, informuję, ze najbliższa rozprawa z oskarżenia L. Bubla przeciwko mnie odbędzie się o godz. 09.00 w piątek, 23 listopada br. w sali nr 314 Sądu Rejonowego w Gdańsku przy ul. Nowe Ogrody 30/34.

Komentowanie zamknięte.