Najnowsze

Opublikowano Kwiecień 28, 2014 Przez Jan W Żydomasońska rewolucja w "Kościele katolickim"

Krzyż, który zabija, czyli przed bluźnierczą kanonizacją Wojtyły

Krzyż, który zabija, czyli przed bluźnierczą kanonizacją Wojtyły.

Krzyż, który zabija.

(należy go wyrzucić, o ile ktoś go posiada)

Czyli przed bluźnierczą kanonizacją Wojtyły.

a

Pisząc te słowa otrzymaliśmy wiadomość i zdjęcia o tragedii we Włoszech. Młodzi mężczyźni  poszli pod krzyż wojtyłowy (stworzony przez satanistów średniowiecznych)  celem sfilmowania oblicza Chrystusa na tym krzyżu.  Tak krzyż jak i figura mają charakter prowokacyjno – obsceniczny , co jest obecnie w modzie, a co jest i zasługą Jana Pawła II, bo to on był głównym reklamiarzem tego obraźliwego symbolu. Ofiara wypadku stojąc prosto pod dekadencko przegiętym krzyżem miała rzekomo filmować oblicze figury. Wtedy właśnie  konstrukcja nośna krzyża pękła i figura uderzyła fotografa. Świadkowie utrzymują, ze ofiara utrwaliła na swej kamerze video własną śmierć.

+++

…kilka uwag czy przypomnień o życiu Karola Wojtyły.

Kiedy ogłoszono wiadomość  o wyborze Wojtyły na papieża, to był on dla ogółu Polaków osobą słabo rozpoznawalną. W zasadzie, kardynał Wojtyła wydawał się być bardziej znany, a nawet „wzięty” poza Polską niż nad Wisłą. Wynikało to chyba z tego, zdecydowany lider Kościoła w Polsce – Prymas Wyszyński nie ufał  Wojtyle i starał się osobę tę trzymać w cieniu. Zaś  – na Watykanie – przeciwnie, Paweł VI gorliwie  faworyzował kardynała Wojtyłę przy każdej nadającej się  okazji.

Wyszyński  musiał mieć powody ku temu, aby stronić od Wojtyły – obecnie, mało kto wie lub rozumie to, że Prymas prowadził wywiad tzw. „ósemek” tj. sióstr zakonnych zakonspirowanych w klasztorach i plebaniach, które śledziły wszystko i wszystkich w strukturach Kościoła  w Polsce. Siostry te musiały informować Prymasa o zachowaniu ks. Karola Wojtyły, które to zachowanie nie było do zaakceptowania tak dla szefa Episkopatu, jak i większości tamtych biskupów.  A dodatkowo, oprócz własnego wywiadu, musiał mieć Wyszyński informacje o pobycie młodego Wojtyły w Rzymie, gdzie został on karnie wydalony z seminarium i Wyszyński musiał się z liczyć  ewentualnymi konsekwencjami ujawnienia tego faktu w przyszłości.

Ogromne zastrzeżenie własnego środowiska, które od pierwszych dni swego kapłaństwa ściągnął na siebie ks. Wojtyła, kontrastowały  mocno w ze ślepym uprzywilejowaniem jego osoby przez władze żydokomuny w PRL. Sytuacja ta nie mogła ujść uwadze nie tylko Prymasowi, ale i ogółowi biskupów polskich. Jednakże reakcji personalno-administracyjnych na ten stan rzeczy nie było. Tamten Kościół w niczym nie przypominał tego obecnego posoborowego. Tamten Kościół  ( Święty) był Kościołem ciszy i powściągliwości, co nie zawsze było dobre, a przykład Wojtyły jest na to do dowodem.

Zło, które już od pierwszych dni Kościoła starło się przedrzeć przez jego mury obronne i wejść do samego środka, pozostawało zawsze drobnym marginesem przedmurza serca wiary. Te bakcyle zła „niepotrzebnie” exponowane – nawet celem ich wyrugowania – przynosiły więcej szkody – jak uważano – w postaci obrazy uczuć maluczkich, niż dawało jakieś wymierne korzyści.  Dlatego osoby takie jak Wojtyła były zwyczajowo przemilczane przez środowisko kościelne. Rozumowano, że nie pierwszy on i nie ostatni  i starano się przykryć płaszczem milczenia jego kłopotliwą osobę. Usprawiedliwiano, że wszystko przemija, a ten lub tamten też przeminie, zaś rozpamiętywanie czyjegoś błędnego postępowania traktowano właśnie  jako jakąś groźną formę igrania z ogniem zarazy, która łatwo może zatruć umysły tak innych duchownych, jak i – naturalnie – rzesze wiernych.

Kościół tamten, jego życie cywilizacyjno-kulturowe powielało rytm i zachowania Mszy Świętej. Obecnie nie zadajemy sobie sprawy z tego, że Msza Święta była również prostym wzorcem wychowawczym, narzuceniem wzorców kulturowych, a nie tylko aktem wiary i to jest między innymi powodem nienawiści (w aspekcie socjalno-kulturowym) wobec obrządku trydenckiego.  W Mszy Świętej – w przeciwieństwie do chaosu, wulgarności, rabinicznego natręctwa NOM, wzajemnego świdrowania oczami, bezustannego gadania, a nawet i biegania po sali  –  mamy jakieś dostojne falowanie morza, śpiew ptaków, ogólny rytm przyrody, kalendarz kosmosu, cichy szelest przesuwanych paciorków różańca, czy uderzenie pioruna, które oprócz Ofiary, upominają wiernych i kapłana:  nie wszystko wolno!  Lub pokazują  dlaczego jest tak, a nie inaczej.  Msza Święta ma części  głośno mówione, cicho mówione oraz milczenie, które zapada zarówno na kapłana jak i na wszystkich wiernych.   A ta cisza to nawet nie jest brak dźwięków, ale pewna przestrzeń.  W przestrzeni tej odbywa się jakieś „wyzerowanie” i okazja do rozpoczęcia wszystkiego od nowa, bez poprzednich obciążeń, czy nawet „grzechów”.

Przebaczenie, zapomnienie, oczekiwania dobra od drugiego człowieka czy zwykle machnięcie ręką  – tak powszechne w naszej kulturze i cywilizacji – jest tylko nam typowe i musi wynikać właśnie  z Liturgii Mszy Świętej. Tak też przypuszczalnie musiano traktować  księdza Karola Wojtyłę, że on się odnajdzie i stanie takim księdzem jak wszyscy inni, a trwało to aż do momentu, kiedy to zechciał on zostać arcybiskupem w Krakowie. Ale weźmy wszystko od początku.

Karol Wojtyła miał pochodzić rzekomo z matki żydówki i ojca Polaka.   Kombinacja taka była możliwa w tamtych czasach, co prawda, była ona niezbyt chętnie widziana, ale też nie była zbrodnią.   W końcu nawracanie niewiernych na Wiarę, to jedno z podstawowych zadań Kościoła i taki zawiązek nie mógł być niepożądany.  Sprawa jednak przedstawia się  dość dziwnie, matka Wojtyły – z aparycji nie wyglądająca na chorowitą  –  umiera młodo i nagle, później umiera młodo –  też nagle – jego starszy brat. Co również zastanawiajcie: dokumenty życiorysu Karola Wojtyły  nie zawierają metryki ślubu kościelnego jego rodziców.

Warto tu wtrącić uwagę Henry`ego Makow´a o Obamie. Kilka lat temu napisał on książkę,  o iluminatach, gdzie podaje fakt „hodowania osób wybitnych” – od wczesnego dzieciństwa do późnej starości. Wybiera się takie dzieci o odkrytych pewnych zdolnościach i tak się nimi steruje, aby umożliwić im wielkie kariery. Dzieci takie najczęściej są bez rodziców  lub innych bliskich, a to po to, aby móc łatwiej rozpościerać kontrole na tak wybranymi “wybitnymi osobowościami”.  Makow przypuszcza, że Obama jest taką osobą. Kiedy Makow   ujawniał swe przypuszczenia, było wszystkim widome to, że Obama wychowywał się bez rodziców, a jego wychowawcami byli jego dziadkowie ze strony matki. Pod koniec roku 2013 byli pracownicy wywiadu brytyjskiego – jako osoby prywatne – pobrali potajemnie DNA Obamy i porównali to DNA z DNA jego oficjalnych dziadków – okazało się , że Barak Obama nie jest ich wnukiem.

Jest powszechnie wiadomym to, że okres okupacji niemieckiej w Krakowie przebiegł młodemu Wojtyle na zagłębianiu się w tajniki sztuki pozerstwa bardziej może, niż  ćwiczenia głosu aktorskiego przy deklamowaniu klasyków  sztuki słowa. O typowym „etosie oporu” powszechnym wśród ludzi jego wieku i kondycji nie ma mowy i w ogóle okres okupacji jest jakoś wstydliwie przemilczany przez klakierów błogosławionego. Ciekawe, że takie imprezy jak regularne spotkania dużej grupy osób – a co było nielegalne –  nie zostało zauważone nawet przez gestapo, które miało swoją siedzibę nie tak daleko od desek tego teatru.  Nadmienimy też i to, że w czasie, kiedy związki kleryka z komediantami nie zostały napiętnowane przez  seminaryjnych opiekunów duchowych Wojtyły – co było w Krakowie zasadą wychowawczą formowania księży w seminariach,  to w Zakopanem spotykały się grupy robocze  NKWD oraz Abwery i Gestapo – celem wspólnego pogadania sobie. O czym prawiły tam te zespoły? Czy przypadkiem nie było to ustawianie nowego porządku i w Polsce i na świecie? I czy w ramach tego układania się nie wymieniano miedzy sobą teczek osobowych?  Czy teczka Karola Wojtyły nie była tam obecna? Tego nie wiemy.

Zaraz po wojnie ks.  Karol Wojtyła, syn burżuazyjnego oficera imperialistycznego cesarstwa dostaje wszelkie przywileje socjalno-polityczne i to na poziomie Czesława Miłosza, czy nawet Feliksa Dzierżyńskiego, który też swobodnie jeździł sobie do Szwajcarii. Przypomnijmy, że w Krakowie, w czasie kiedy Wojtyła  miał prawo do wolnego przekraczania granicy PRL, w samym tylko mieście aresztowano całymi setkami księży i kleryków, gdzie rozwiązano wszelkie organizacje  kościelne, a za przynależność do  Sodalicji Mariańskiej dostawało się od 5 lat więzienia do kary śmierci – oficjalna statystyka była następująca:

Z ustaleń Zygmunta Zielińskiego w latach 1945-1953 w wyniku działań aparatu represji śmierć poniosło 37 księży diecezjalnych, 350 zesłano, 700 uwieziono, a 900 wypędzono. Pośród zakonników i zakonnic zginęło 54 osoby, 200 zesłano, a 300 wypędzono[35].

http://pl.wikipedia.org/wiki/Ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82_katolicki_w_Polsce

Kiedy kler był powszechnie nakłaniany  do podpisywania lojalek wobec nowej władzy, syn oficera cesarskiej armii, okupacyjny aktor, ksiądz kościoła nienawidzącego  socjalizmu cieszy się wszelkimi przywilejami typowymi dla funkcjonariusza partii o najwyższym poziomie zaufania.  

Jak my, którzy mamy jakieś pojęcie o tamtych czasach, możemy przejść spokojnie wobec tego wszystkiego?

Osoba towarzysząca wyjazdowi Wojtyły do Rzymu na dalsze studia (Athenaeum Angelicum), młody ksiądz Starowiejski, musiała być  dla obecnego obrazu Wojtyły niewygodnym świadkiem, a to w takim stopniu, że  nie została później wpuszczona z powrotem do Polski  i dzięki czemu Wojtyła pozostaje późniejszym samotnym niekwestionowanym   aspirantem do stanowiska biskupa Krakowa – a co było planowane na wiele lat wcześniej. Zanim jednak biskup pomocniczy wywoła zgorszenie w Kościele współpracą z komunistami nad obsadzeniem arcybiskupstwa w Krakowie, mamy działalność księdza doktora Wojtyły na KUL w Lublinie.

Sprawa dotyczy pracy habilitacyjnej doktora Wojtyły nt. Maxa Schelera.  M. Scheler był żydem – przechrztą dla niepoznaki – i głosił swe poglądy w jakiejś typowej żydom  intencji  narzucenia tych idei chrześcijaństwu, to w oczywistej nadziei podporządkowania Kościoła judaizmowi.   Jest i zawsze było oczywiste to, że judaizm nie ma żadnej własnej tożsamości, a  wszystko to, co czyni żyd, jest jedynie opozycją wobec chrześcijaństwa i w takiej właśnie sytuacji propagowanie żyda jest szkodliwe dla Kościoła.  Wojtyła jednak, tak stary jak i wcześniej młody, nigdy nie poprzestawał na buncie wobec nauczania Kościoła, czy też powszechnie przyjętej  kultury naszego myślenia.  A jest sprawą do dziś dnia nierozpoznaną w pełni, czy o Wojtyle trzeba mówić jako o świadomym wrogu Kościoła, czy też jako o osobniku o zwichniętymi intelekcie, ofierze indoktrynacji okultystycznej, co nie jest wykluczone. Widać to wyraźnie w tym właśnie skrywanym, zakłamanym, dwuznacznym nie tylko dla Wojtyły,  ale niemożliwym do  ukrycia przypadku z M. Schelerem,  gdzie ksiądz dr Wojtyła zapragnął przerobić żyda Schelera na Arystotelesa, bo możliwe, że samego siebie uważał za nowego Tomasza z Akwinu.  Sprawa tej habilitacji zakończyła się wielka turbulencją nie tylko w Kościele, gdzie Watykan został zawiadomiony przez KUL o herezjach ks. dr Wojtyły, ale nawet na płaszczyźnie państwa, bo władze PRL, przypuszczalnie pod naciskiem Prymasa Wyszyńskiego,  odmówiły  władzom UJ uznania habilitacji Wojtyły. W Internecie jest taki fragment, który w pełni zgadza się tym co podpisy wie bezpośrednio od osób będących naocznymi świadkami tamtych wydarzeń:

Dnia 12 grudnia 1953 jego praca (habilitacja z herezjami ks. dr K Wojtyły, która została odrzucona przez władze państwowe – przyp. Gazeta Warszawska):  “Ocena możliwości oparcia etyki chrześcijańskiej na założeniach systemu Maksa Schelera” [taka spolszczona wersja imienia w tytule] została przyjęta jednogłośnie przez Radę Wydziału Teologicznego UJ, jednak Wojtyła nie uzyskał habilitacji z powodu odmowy Ministerstwa Oświaty.”

http://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Pawe%C5%82_II

Praca została więc odrzucona (gdzie Wojtyła pozytywnie odniósł się do myśli Schelera, co bylo teologicznym skandalem), ale sam ks. dr Wojtyła tak zainfekował złem środowisko KUL, że nawet  ks. prof. Krąpiec w jednej z audycji TV Trwam posunął  się do kłamstwa przed kamerami mówiąc, że w pracy o M. Schelerze  ks. dr Wojtyła udowodnił, że etyki Schelera nie da się pogodzić z katolicyzmem. A jak można wysnuć  z cytatu powyżej Wojtyła twierdził coś zupełnie innego.

Chociaż nie jest wykluczone to, że x. prof Krapiec powiedział “prawdę”.  Bo jest możliwe, że Wojtyła istotnie napisał  coś np. krótkiego – (jakieś poprawienie „zrozumienia” tekstu lub nawet wykręcił się problemem językowym, a co podobne wydarzenie miało miejsce później , kiedy poparł teorię ewolucji, a na drugi dzień Watykan dał sprostowanie „językowe” – bo wymysły o ewolucji JPII wygłosił po francusku i  rzekomo się  pomylił w gramatyce), co zaprzeczało jego własnym tezom przedstawionym w habilitacji na UJ, ale  było by to z kolei oszustwem wobec kongregacji w Watykanie, gdzie trzeba było „wyczyścić”  papiery zarzucające ks. dr Wojtyle herezję – to wszytko jest bardzo prawdopodobne. Sprawa ta – Schelera –  jest znana od dość dawana i nie tylko ze szczątkowych danych formalnych, ale i też była szeroko omawiana w środowiskach akademickich Lublina i Krakowa.

W roku 1962 umiera nagle na serce arcybiskup metropolita krakowski Eugeniusz Baziak. Nie jest wykluczone to, że było to skrytobójstwo, bo w tamtym okresie trzeba było pilnie usunąć z drogi tego twardziela i zastąpić go „kimś właściwym”. Wiadomo zaś, że skrytobójstwa były i są formą przesunięć kadrowych w polskim episkopacie, czy ogólnie „polskiej” polityce.  Hipoteza skrytobójstwa na abp. Baziaku  może mieć swoje uzasadnienie z dwóch powodów faktycznych:

– Wymarzonym kandydatem to następstwa był właśnie biskup Wojtyła, w którego żydokomuna  tyle zainwestowała, a moment był bardzo istotny.

– Atmosfera skandalu i zgorszenia towarzysząca późniejszej faktycznej nominacji na arcybiskupstwo była tak wysoką ceną, że korelowało to właśnie z poziomem ceny skrytobójstwa na Baziaku – sprawcy hipotetycznego skrytobójstwa byli świadomi celu i go osiągnęli.

Prymas Wyszyński, który decydował o propozycji  nominacji  na arcybiskupstwo na nie miał jakichkolwiek podstaw do tego, aby wobec wcześniej stworzonej złej atmosfery wokół biskupa Karola Wojtyły jego właśnie zaproponować na ten wakat. Wyszyński składał Watykanowi 6-8 propozycji innych kandydatów, które jednak po odrzuceniu przez żydokomunę w Warszawie stawały się bezowocne. Żydokomuna chciała twardo i stanowczo tego, aby arcybiskupem został Karol Wojtyła. 

Był to okres ciężkiego boju Kościoła w Krakowie – mieście „burżuazyjnym, które należało zniszczyć”. Po jednej stronie był Prymas Wyszyński przez dwa lata broniący Kościoła przed żydami i  PZPR`em, a po drugiej stronie znajdował się  obóz wrogi Kościołowi: KC PZPR i KW PZPR plus tak zw. „środowisko”  w Krakowie, które bezwzględnie atakowały  Świętą Wiarę,  a wśród nich, na tych barykadach antychrysta  znajdował się właśnie obecny błogosławiony  Karol Wojtyła.  W czasie tego okresu dwóch lat ( 1962-1964) Wojtyła bez cienia żenady współpracował z żydami z PZPR celem wylansowania swojej własnej osoby na arcybiskupa i jest to fakt niekwestionowany, a może i bez precedensu w Europie.  Ataki i cierpienia  Kościoła – tym spowodowane – nie robiły na przyszłym błogosławionym jakiegokolwiek wrażenia, co łatwo przypuszczać, bo przecież on sam mógłby sprawę bardzo łatwo uciąć wykluczając swą osobę z grona kandydatów.  Sprawa ta jest oczywista, tak w sensie moralno-obyczajowym, co w „tamtej Polsce” było arcyważne także dla postaw ludzi świeckich w ich trudach życia codziennego:  nie współpracować z żydokomuna, to nawet przy np. produkcji wapna, czy papy, jak i na płaszczyźnie duchowej czy cywilizacyjnej. A tu  na płaszczyźnie Wiary, tym bardziej należało zachować pryncypia. 

Obraz ten zatem daje o Wojtyle jednoznacznie wymowne, negatywne świadectwo i jakiekolwiek wybielenia jego osoby nie są w stanie go usprawiedliwić, a to choćby z tego powodu,  że on sam nigdy za to nie przeprosił, ani nie wyjaśnił zawiłości sytuacji, a powinien był to zrobić! Wiemy przecież jak bardzo gorliwie publicznie i obłudnie bił się w cudze piersi i przepraszał żydów za grzechy innych, a to nawet w perspektywie dwóch tysięcy lat! A co najgorsze, to nie czynił  tego konkretnie, ale  w formiecarte blanche – co jest szczególnie szokujące i wstrętne.

Do siebie samego zastosował inną miarę, wielokrotnie narażał  Kościół na upokorzenie, demonstracyjnie ignorował zakazy  Prymasa.  Nigdy za to nie przeprosił, a było to przecież zgorszeniem będącym wywołanym przez niego samego. A co owocuje do dzisiaj, bo np. obecny ks. Lemański to kopia dawnego Wojtyły, a może jedynie mniej utalentowana.

Otwarcie wakatu na arcybiskupstwie krakowskim, które nastąpiło w 1962 roku, trwało dwa lata i zakończyło dopiero w roku 1964, kiedy  Prymas Wyszyński ugiął się i wyraził zgodę na osobę Wojtyły jako arcybiskupa.

Trzeba tu nieco szerzej powiedzieć coś o środowisku krakowskim, osobnikach jak np. Turowicz, Woźniakowski czy Tischner. Ze środowiskiem tym Wojtyła tworzył jakąś niepisaną  symbiozę. Środowisko to nie tylko składało się dużej procentowo części autentycznych kreatur,  indywiduów  bez jakichkolwiek hamulców moralno- etycznych w ich agresji przeciw Kościołowi czy Polsce. Wojtyła obcował z nim bez jakichkolwiek zastrzeżeń. Współpraca – osobista, twarzą w twarz –   trwała 30 lat, a nikt nie znajdzie jednego chociaż karteluszka, gdzie Wojtyła wyłożyłby swoje zastrzeżenia wobec tego otwarcie rasistowskiego bagna, w którym on „kapłan katolicki” sam zanurzony był aż po uszy. To Wojtyła swoim zachowaniem, nielojalnością wobec Prymasa, doprowadził do tego przemilczanego obecnie stanu faktycznego w Kościele tamtego okresu, kiedy Turowicz bez najmniejszych przeszkód cenzurował zarówno Papieża  jak i Prymasa!

Jest to może coś, co młodym nie mieści się w głowie, ale tak było! Żyd Turowicz pod okiem arcybiskupa Wojtyły sprawował władzę  intelektualną czy doktrynalną  nad Prymasem i Papieżem, bo to on decydował o tym, co będzie ocenzurowane z nauczania Kościoła, a co nie! 

Turowicz, żyd przechrzta, członek przedwojennego BUND-u, polakożerca, antykatolik, konspirator żydowski w Watykanie podczas obrad soboru antychrysta, był od wczesnych lat pięćdziesiątych bezustannym zausznikiem Wojtyły i do spółki z Tischnerem kontrolował późniejszego metropolitę, kardynała, a potem i papieża Wojtyłę.  Turowicz był niewątpliwie złym duchem Wojtyły – jego faktycznym kierownikiem duchowym i promotorem wśród sitwy żydowskiej i chyba tym, który faktycznie nominował Wojtyłę na papieża.  Możliwe nawet, że plotka krążąca wśród starej wymierającej inteligencji krakowskiej  mówiąca o tym, że Wojtyła wstąpił do masonerii – w okresie okupacji – a Turowicz był jego wprowadzającym, ma swoje uzasadnienie. W końcu ktoś, kto i widział Turowicza, i znał  jakoś to środowisko, w tym krajobrazie widzi Karola Wojtyłę, nie może oprzeć się wrażeniu, że to Turowicz był tam szefem lub starszym bratem, a nie Lolek, który się go lękał. I to jest wiele mówiące.

Arcyciekawe jest również i to, że w środowisku Radio Maryja, Turowicz – w dniu śmierci -został pożegnany słowami: „redaktor Turowicz wśród ludzi, bóg wśród ludzi” – za Radio Maryja wypowiedział się tak ojciec Pawliszyn.

Sam okres – początek lat 6o- tych –  w którym wystąpił w/w problem obsadzenia  arcybiskupstwa był okresem szczególnych ataków na Kościół,  a co warto podkreślić, bo jest to okres eskalacji zbrodni soborowych na Kościele Świętym. Jest zupełnie możliwe, że właśnie już wtedy Wojtyła był upatrzony przez żydów jako przyszły papież i o ile Turowicz nie zainicjował hipotetycznie tragicznych wypadków związanych z matką Wojtyły czy jego bratem (bo był na to zbyt młody) to był tym, który przejął pałeczkę od poprzedników i z zadania tego się wywiązał. Kościół  widocznie  już runął na soborze i trzeba było pomyśleć o osobie, która na Watykanie dokona dalszego „dzieła zniszczenia” – trudno było znaleźć kogoś lepszego niż Lolek. 

A planowanie nie jest tu wykluczone, planowanie dalekosiężne, co należy mocno podkreślić. W latach 90-tych, Turowicz w jednym z programów telewizyjnych opowiadał o swojej znajomości z Wojtyłą w okresie z początku lat 50-tych i przechwalał się, że już wtedy lansował on Wojtyłę jako obiecującego księdza. „My tak planujemy, a ja, jak widać, miałem dobrego nosa” – puszył  się Turowicz przed kamerą.  Jest zupełnie możliwe, że tak było i w tym właśnie kontekście trzeba poważnie zastanowić się nad tym, co pisał Makow o Obamie.  A raczej,  czy śmierć matki Wojtyły, a potem jego brata, nie były przypadkiem. Czy nie było to planowanie okultystów, którzy – jak wiadomo – w ramach genetycznej skłonności do aprioryzmu bardzo lubią pomagać  losowi. To szczególnie wtedy, kiedy matka Wojtyły miała rzeczywiście żydowską urodę i jej wygląd sprawiałby, że  Wojtyła byłby nie tylko mniej słowiański, ale i społeczna  ocena jego wybryków nie miałyby charakteru oceny walorów  intelektualnych, a postrzegana by była na płaszczyźnie czysto rasowej, to znaczy agresji żyda Karola Wojtyły  przeciw Polsce i Kościołowi, a co bez wątpienia miałoby bardzo odmienny wpływ na losy Polski, czy choćby potyczek między chamami a żydami, gdzie chamy zostały zmiecione z powierzchni ziemi, a to przed obliczem słowiańskiego uśmiechu kardynała,  zaś potem dobrutkiego papieża Wojtyły.

I tak mamy nie tylko i naszego papieża, a i świętego. Pytanie tylko co będzie to następne, co runie?

No i na kogo, kto następny?

(–)  Krzysztof Cierpisz

        27-IV-2014

Za: http://gazetawarszawska.com/2014/04/27/krzyz-ktory-zabija-czyli-przed-bluzniercza-kanonizacja-wojtyly/

Data publikacji: 27.04.2014

Tags : , ,

Komentowanie zamknięte.