Opublikowano Październik 30, 2012 Przez a303 W Bez kategorii

Ilu blogerów zabił Maglarz, a w zasadzie Magiel 24?

Źródło: http://gazetawarszawska.com

Za: http://www.wicipolskie.org

Zamach warszawski, zwany katastrofą smoleńską, a przez głębiej zakonspirowanych agentów tytułowany„zamachem smoleńskim”, zebrał – przypuszczalnie – więcej cichych ofiar, aniżeli oficjalna cyfra „96” plus ew. jeden z członków delegacji i osób towarzyszących. Faktycznie, ofiary delegacji to jedynie “wierzchołek góry lodowej” – góry trupów „około-smoleńskich”, bo ilość skrytobójstw związanych z tą ukrytą stroną tej zbrodni jest większa, niż ta oficjalna liczba 96 ofiar. Jest to bardziej niż pewne, bo liczbę znanych powszechnie “samobójstw” należny pomnożyć przez jakaś krotność “samobójstw” lub śmiertelnych wypadków osób o nazwiskach nam nieznanych , a które trudno skojarzyć z Delegacją do Katynia. Gwałtowne zgony profesorów Urbanowicza czy Szaniawskiego (nawet ten nie jest wykluczony) mogą do tej góry trupów należeć – licząc oczywiście od chronologicznego końca listy zgonów.

Internet z jego blogerstwem był i pozostaje wciąż częścią drugą tego mechanizmu zbrodni: porwania i zamordowania Delegacji. Walka za kulisami, związanymi z tym mordem warszawskim, toczy się dalej, a ten drugi etap dotyczy ukrywania okoliczności zamachu i likwidowania dowodów tej zbrodni oraz niewygodnych świadków, a nawet depozytariuszy dowodów lub prostych informacji o określonych faktach, które nie mogą być dowodami w sensie procesowym czy nawet poszlaką.

Po jednorazowym wybiciu członków delegacji trzeba zlikwidować też i „dalsze” dowody materialne oraz osoby „coś wiedzące w sprawie”. Chodzi tu o wyłuskanie wszystkich świadków, związanych nie tylko z akcją porwania Delegacji, ale także zachodzi tu konieczność likwidacji wszystkich innych ludzi, którzy mogliby wejść w posiadanie istotnych informacji o tym mordzie. Jest to dość obszerne zagadnienie, na które składa się wiele spraw, np.:

-Informacja o zachowaniu ofiar w okresie bezpośrednim przed „odlotem”, ew. pozostałe po nich poszlaki, sms – y, notatki czy kontakty z innymi ludźmi, etc.

-Stan techniczny (jego unikalne cechy, np. ślady po remontach) samolotu TU-154m, oraz historia jego przemieszczeń (ostatnich 48 godzin), stan serwisu i zapisy o znakach szczególnych w konstrukcji remontowanego zespołu i to łącznie z historią tankowań paliwa.

-Szmugiel części wraku smoleńskiego do Polski,

-Plotki personelu technicznego z Okęcia,

-Zbiory dokumentów administracji państwowej mogących mieć znaczenie w śledztwie, etc.

To wszystko, plus wiele innych faktów, ma być wyśledzone i unicestwione. Dowody rzeczowe mają być zniszczone, a „nośniki” inteligentne takich dowodów, tzn. ludzie – świadkowie, którzy mogliby poświadczyć coś o tych dowodach, mają być zabici. Trywialnym przykładem takiej sytuacji jest dokument osobowy jednej z ofiar – T. Merty, którego papiery zostały zniszczone w MSZ, a urzędnik posiadający wiedzę na temat tej procedury „zmarł”. Nie wiemy nawet, jak się ten urzędnik nazywał, czy powodem zgonu była ptasia grypa, czy też depresja – to znaczy: sznur od odkurzacza.

Rozwiązanie 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego to także droga do wymordowania wszystkich zamieszanych w jakąś wiedzę o odlocie. Byłoby czymś rzucającym się w oczy mordowanie tych pracowników i wojskowych w sytuacji, kiedy oni wszyscy pracują w jednym miejscu, widzą się codziennie i zauważają to, że jeden po drugim nagle schodzi z tego świata. Kiedy zostali rozwiązani jako pułk i drogą naturalną rozejdą się do nowych miejsc pracy, wtedy prosta przejrzystość co do nadreprezentacji nagłych zgonów w jednym środowisku nie będzie miała miejsca.

Zajęczy strach, który leży u podstaw takiego zbiorowego milczenia, będzie tylko przybierał na sile. Świadkowie Okęcia 9/10 kwietnia np. na misjach poza granicami Polski i w ew. zagranicznych koncernach, awansowani na różne piękne stanowiska, poumierają na zawały czy na sznur od odkurzacza. To w sposób praktycznie niezauważalny tak dla ogółu, jak i innych potencjalnych ofiar – „świadków”, które w niewiedzy czekać będą na swoją kolej nieoczekiwanego zgonu.

Chociaż – bez ryzyka zbytniej brutalności – prorokujemy, że będą to mordy w pewien sposób „zasłużone”, bo te przyszłe ofiary nie uczyniły niczego, aby się bronić czy też ogólnie zachować się po żołniersku. Bo ta wiedza, którą miał 36 Specjalny Pułk, jest wiedzą kluczową o przebiegu Zamachu Warszawskiego i jako taka powinna być ona bezzwłocznie upubliczniona, nawet przez anonimowe wpisy w Internecie.

Polakom brak testosteronu we krwi, a to z powodu strat w drugiej wojny światowej, obłędnego równouprawnienia kobiet, gdzie mężczyźni nabierają cech kobiecych od koleżanek w pracy, a co najgorsze, również chłopcy w szkole koedukacyjnej i od coraz częściej seksualnie rozwydrzonych nauczycielek, co zabija męskość w społeczeństwie w ogóle, a w szczególe poprzez chlanie wódki, która niszczy męski hormon.

Jakby jednak damsko nie było, żołnierz, który pozwala na rozbrojenie go, zasługuje tylko na śmierć .

Przejdźmy na chwilę do historycznego opisu zakresu metod ścigania i inwigilacji. Omówmy jeden tego aspekt stosowany w Polsce, który od czasów okupacji niemieckiej w Polsce nosi nazwę  „kocioł”. Młodzi ludzie mogą nie wiedzieć, co to znaczy, więc wyjaśniany to nieco szerzej.

Gestapo po zidentyfikowaniu jakiegoś Polaka, jako członka aktywnej konspiracji, wchodziło – potajemnie wobec sąsiadów – do jego mieszkania i tam godzinami oczekiwało na wizyty innych konspiratorów, faktycznych, czy domniemanych. Każdy, kto tam wszedł, już nie wychodził wolny i albo jechał do obozu koncentracyjnego, albo na rozstrzelanie. Takie mieszkanie, a nawet dom cały, nazwane było „kotłem”.

Metoda „kotła” była szeroko stosowana przez UB w PRL. Metoda PRL-owska była nawet bardziej rozwiniętą techniką, miała człon dodatkowy „kotła”: szeroko stosowaną prowokację, dzięki której wciągała dodatkowe ofiary do tegoż kotła, a dotyczyło to także osób czysto przypadkowych. Niemcy, w przeciwieństwie do żydobolszewi w PRL-u, raczej nie kładli dużego nacisku na prowokację, wynikało to z tego, że ich cywilizacja była zbudowana – w dużym stopniu – na Nowym Testamencie, a tam było o grzechach, jako czymś rzeczywistym i złym, co trzeba było zwalczać, a nie tworzyć. Podczas kiedy „prowokacja” jako metoda walki ma swe głębsze pochodzenie od judaizmu: tam wprawdzie też jest grzech – co prawda, ale też jest – co ważniejsze – okoliczność, która naucza, że na tym grzechu można osiągnąć jakąś korzyść, dlatego może się opłacać to, aby ktoś grzeszył, bo na tym robi się interes.

Rezultaty tych dwóch różnych kotłów były bardzo odmienne, kocioł niemiecki zabijał ciało, kocioł razem z prowokacją – czyli żydobolszewicki zabijał i ciało, i duszę. Bowiem prowokacja właśnie opierała się na wejściu do głębi ludzkiego rozumu ofiary i zmanipulowania go do granic zniszczenia systemu mentalnej odporności immunologicznej na zagrożenie – a później skutkiem porażki, totalne złamanie woli własnej. To wyjaśnia – patrząc szerzej – dlaczego Polacy po okupacji niemieckiej mogli żyć i budować, a po okupacji żydobolszwickiej nic już prawie nie mogą, ani żyć ani budować: bo po tej drugiej okupacji został zabity ich duch, nie są już dłużej ludźmi z duszą i honorem, ale łapczywymi, wyuzdanymi z rozumu popychaczami wózków na zakupy w supermarkecie.

Wszystkie znane okresy niepokojów społecznych po roku 1944 w Polsce były rezultatem prowokacji. Na czele tych rozruchów zawsze szedł jakiś agent UB. Zrywów takich było w Polsce wiele, a ostatni taki wybuch – „Solidarność” – jest tego ewidentnym przykładem. „Solidarność” była takim kotłem, a w dodatku kotłem z prowokacją, która polegała na działalności różnych agentów ubeckich. Za pieniądze MSW budowali oni tajne drukarnie czy też tworzyli wszelkiego rodzaju „komisje problemowe”. Miały one rzekomo rozwiązać wiele różnych dość nabrzmiałych problemów społecznych, które faktycznie obiektywnie istniały i wymagały pilnych rozwiązań. Na czele tych „komisji” stali różni prowokatorzy wszelkiej maści.

Największym prowokatorem był „Bolek”, który umożliwił unicestwienie Polski: zniszczono najpierw samą „Solidarność”, następnie po 1989 roku całe gałęzie przemysłu, a w międzyczasie miliony jej członków wygnano za granicę. Ogromne ilości skrytobójczo zabitych solidarnościowców to m. in. głównie jego „zasługa”. Oczywiście „Bolek” nie miał jakichkolwiek zasobów intelektualnych do tego, aby to wszystko zaplanować i dokonać. „Bolek” był jedynie źle skrojonym „garniturem”, w który wciśnięto „wkładkę biologiczną” o człekokształtnym wyglądzie i poruszającym się na przesadnie krzywych nogach i płaskostopiu, a na to wszystko naklejono polskie wąsy i żydowskie oczy, co zdradziło pochodzenie lalkarza, który tę kukłę wymodził. Na koniec nalepiono na klapie marynarki obrazek Matki Boskiej – i gotowe – w ten sposób utworzono Polaka-katolika, który „przerabiał Polskę na Japonię”.

Oczywiście nie tylko Bolek, ale i specsłużby nie miały potencjału na to, aby tą olbrzymią masą ludzką sterować tak, a nie inaczej. Sterowanie wyższego rzędu odbywało za pomocą tzw. doradców, byli nimi głównie żydzi i głównie tzw. KOR-owcy. A podkład ideologiczny czy też plan, także nie pochodził od nich, wtedy celów prowokacji „Solidarność” jeszcze nie ujawniono. Sam zryw „Solidarności” był niejako bezideowy i został wywołany przez KGB i bazowany na prowokowanych niepokojach. Było to KGB-owcom konieczne jako zaczyn „kontrrewolucji”, od którego miało później upaść całe imperium sowieckie, ale my już tu tych kolejnych mocodawców czy ich motywów tu nie rozważamy.

Wspomniani KOR-owcy byli podłączeni do ruchu „S” już dość rutynowo, bo znano ich ze spontanicznej antypolskości, która miała podłoże rasowe, czy jako piątą kolumnę, która historycznie sprawdzała się w Polsce od wieków. Stąd KGB i Gestapo, jak każdy wróg Polski – zawsze mogło na nich liczyć, jako lojalne narzędzie w walce przeciw Polakom i to nawet bez wstępnie zadeklarowanych celów.

Dopiero potem, po wprowadzeniu stanu wojennego, kiedy prawdziwa „Solidarność” została zniszczona, a działacze ujarzmieni, zaczęto stopniowo ujawniać motywy czy też perspektywy zmian. Wydarzenia nabrały właściwego biegu w połowie lat 80-tych. Dopiero tam i wtedy otwarcie zaprezentowano plany zmian, które w warszawskim środowisku wprowadzał Jan Józef Lipski. Ale i on tego nie wymyślił, a został oświecony parę lat wcześniej w Tavistock Institute w Londynie.

Lipski, w ramach choroby serca, jeszcze podczas stanu wojennego został wysłany przez Jaruzelskiego do Londynu na leczenie, gdyż z powodu, poprzednich, notorycznych strajków nie było w Warszawie dla niego należytej opieki lekarskiej. Działo się to w tym samym czasie, kiedy dokonywano skrytobójstw na niepokornych działaczach „Solidarności”, gdzie błogosławiony ks. Popiełuszko był jedynie wierzchołkiem góry lodowej zbrodni na „Solidarnościowcach”. Wybór: jedni na leczenie do zagranicznych klinik, a drudzy głową w dół do studni, odbywał się według kryteriów rasowych, w tym drugim przypadku stan służby zdrowia w Polsce nie miał znaczenia.

Według wielu różnych pogłosek, jakie wówczas towarzyszyły obecności Lipskiego w Londynie, był on tam przyjmowany w różnych lożach i po powrocie do Warszawy miał być intelektualnym zaczynem zmian, które zaplanował Tavistock. O tym, dużo bardziej obszerniej niż w Polsce, mówiło środowisko Lyndon Hermyle LaRouche’a:

http://en.wikipedia.org/wiki/Lyndon_LaRouche#Imprisonment.2C_release_on_parole.2C_attempts_at_exoneration.2C_visits_to_Russia

LaRouche, który w trakcie trwania burzy „Solidarności” wysyłał swych emisariuszy do polskiego episkopatu i nakłaniał władze Kościoła do odrzucenia zasadności konieczności spłacania długów Polski wobec żydowskiej lichwy na Zachodzie. Kościół miałby wywierać właściwy wpływ na władze państwowe i partyjne. Uzasadniano to tym, że długi Gierka zostały zmanipulowane przez agresywnych lichwiarzy i nie miały rzeczowego przełożenia na rzeczywiste zobowiązania ekonomiczne, jakie później starano się Polsce narzucić. Były to jeszcze czasy kard. Wyszyńskiego i biskupi zgadzali się z tym, że w aspekcie moralnym dług nie może być uznany, zaś zobowiązania jego spłaty – narzucone na społeczeństwo – muszą być uznane za nieważne. Stanowisko takie nie trwało jednak długo, bo Wielki Prymas zmarł, a uśpione w Episkopacie upiory wypłynęły natychmiast na powierzchnię i rozpoczęła się „nowa, otwarta epoka antykościoła w Polsce”. Z roku na rok ta sytuacja szybko pogarszała się, a to także za sprawą nowych nominacji na biskupów, które to już bez skrępowania wzrokiem Prymasa stosował JPII, a czynił to wg ścisłych kryteriów rasowych, co widać po dzisiejszym episkopacie – bezczelnie antykatolickim i antypolskim.

Informacje od LaRouche’a o Polsce i planach jej zagłady były wysoce wiarygodne, bo oparte na głębokiej wiedzy zakulisowej, wiarygodnej to do tego stopnia, że na 12 miesięcy przed zgonem Andropowa w środowisku ludzi LaRouche’a wieszczona była jego śmierć (likwidacja), o ile nie nakłoni on Reagana do rezygnacji z planu budowy rakiet „gwiezdnych wojen”. Taki bowiem miał być układ pomiędzy stronnikami Andropowa a wojskiem; nie uda się polityka wobec Reagana, to „kula w łeb”. Potem jakieś parę lat po jego śmierci krążyła informacja o tym, że Andropow został zabity w zamachu dokonanym przez jakieś dziecko. Później zaś informacja ta całkowicie przepadła i nie wiadomo, czy była to „kula w łeb”, czy igła z zatrutym ostrzem.

Sam LaRouche został ukarany przez lichwę i na podstawie bardzo słabych dowodów skazany w USA na bardzo długie więzienie za rzekome oszustwa podatkowe. Umarłby tam w celi, gdyby nie amnestia, jakiej udzielił mu Clinton.

UB najpierw wylansowała „Bolka”, a potem tak sterował wydarzeniami, aby wszystko kręciło się wobec osoby tego nieuka, oszusta, złodzieja i zoologicznego chama. W ten sposób przechwycono wszystkich gorliwych patriotów, a mogących zaszkodzić systemowi – zabijając ich (na przestrzeni wielu lat), spuszczając na nowo najlepszą krew z Narodu, była to niewątpliwie kontynuacja Katynia, gdyż było to ubijanie Liderów Narodu – tak jak w Katyniu.

A zamordowano nie tylko najbliższych „Bolkowi”, ale także wielu innych pozornie mu odległych czy nawet przeciwstawnych. Spójrzmy np. na czołowych działaczy także PZPR i ich wiek, jakiego dożyli – umierali młodo, niektórzy bezczelnie otruci, jak np. Moczar. Strona postsolidarnościowa: np. Kalabiński, Falandysz, Zakrzewski, Milewski, Paga –  wykopyrtnęli się niekoniecznie dlatego, że byli aktywni (np. negatywnie), ale także z tego powodu, że otarli się o wiedzę na temat Polski, która nie powinna wyjść poza określony krąg osób.

Nikt nie może mieć wątpliwości co do tego, że krąg tajemnicy zbrodni warszawskiej jest częścią tej wielkiej zbrodni przeciw Polsce jako całości. Nie jest to jakaś „rozgrywka pomiędzy frakcjami”, ale walka o likwidację Polski poprzez totalny sabotaż, a przejawiający się miedzy innymi poprzez:

– destrukcje jej struktury władzy,

– ciągła zmianę na gorsze praw stanowionych (np. prawo do zamykania Polaków za długi),

– likwidacje fizycznych osób władz centralnych, a nawet i niższego szczebla.

Wszelkie fakty prowadzące do odkrycia prawdy będą surowo i bezwzględnie niszczone, bo nie jest to sprawa dywagacji: prawa lub bezprawia, ale militarnie pojętych korzyści terytorialnych na wrogu. I w takich wypadkach nie jest istotne to, czy kraj taki jest bombardowany z powietrza czy z lądu, liczy się tylko i wyłącznie cel ostateczny: zdobycz.

Polacy tego nie pojmują, gdyż w przypadku każdego następnego skrytobójstwa czy zamachu liczą w duchu, że to może jest już „ostatni raz”. Tak właśnie mogli myśleć inż. Wróbel czy bp. Cieślar, kierując się otwarcie do polskojęzycznych prokuratur w Warszawie czy Katowicach. Nikt nie zastanawia się nad tym, dlaczego oni wszyscy brną w te zbrodnie, nie boją się tego, że przyjdzie zmiana władzy i ich osądzi? Weźmy np. durną twarz bezczelnego Tuska, która nie wyraża jakiejkolwiek refleksji – czy on nie myśli? Tusk wie, że po nim już nikt nie przyjdzie i państwo będzie rozwiązane, a w następującym po nim chaosie nikt nie będzie dochodził prawdy. Świadomość tego u tych wszystkich bandytów jest częścią mechanizmu tej zbrodni. Żyją i postępują tak, jak rozpasany grzesznik, który nie wierzy w Boga i liczy na to, że nie będzie rozliczony, bo „tam” nic nie ma.

To przydługie wtrącenie o najnowszej historii, jest próbą ukazania młodemu czytelnikowi „schematu postępowania”, który z biegiem lat nie zmienia się, a ulega jedynie jakiemuś tylko przeskalowaniu i jest wysoce skutecznie używany przeciw Polakom. Taki właśnie schemat zastosowany do „Solidarności” w latach osiemdziesiątych, zastosowano wobec blogerów przy okazji „katastrofy smoleńskiej”. System ten jest skutecznie powtarzany całymi pokoleniami, a Polacy dają się na to łapać.

Jak to możliwe, że się nie uczą?

To proste, ci, którzy się go nauczyli i przejrzeli jego mechanizmy, dość szybko są zabijani, po nich przychodzą nowe pokolenia, które tego nie znają, bo w obecnej Polsce nie ma ciągłości pokoleń, a wróg jest przecież ten sam, ciągle jest ten sam, a dodatkowo z kumulującym się bagażem doświadczeń zwalczania Polski i Polaków, bo jego jądro intelektualnie nie zostało nigdy naruszone przez jakąkolwiek wojnę.

Kiedy niemal natychmiast po ogłoszeniu katastrofy smoleńskiej zorientowano się, że Internet aż huczy od plotek, a tradycyjnie rozpowszechniane oszustwa telewizji przestały być skuteczne do tego stopnia, że powstało coś na kształt alternatywnej społeczności, przerażono się nie na żarty. Dodatkowo musiało stać się oczywiste to, jakim zagrożeniem dla kłamstwa smoleńskiego jest ta spontaniczna forma ruchu oporu narodowego, która tak żywiołowo eksplodowała wśród Polaków. Po okresie kilku tygodni ujawniły się dwa centra informacji – pozarządowej wymiany myśli – Magiel 24 z Maglarzem i parlamentarny zespół z Wielkim Magiem.

Wielkiego Maga wszyscy znają i podziwiają, nie trzeba GO przedstawiać, jest to agent-as unii wszelkich antypolskich służb, które od trzydziestu lat intensywnie dorzynają Polskę. My podkreślimy jedynie to, że jest on człowiekiem wielkiego zaufania u swych mocodawców – nigdy nie zawodzi. Co do Maglarza, to trzeba powiedzieć, że z drobnego znerwicowanego pismaka internetowego stał się nagle Maglarzem smoleńskim pierwszej wielkości – Wielkim Maglarzem. Jego swada, przenikliwość, ustawianie adwersarzy pod ścianą, cenzura, pomawianie i wyzwiska, 24-godzinne czuwanie na Internecie, wzbudzało powszechny entuzjazm ludu sieci w sieci, a nawet poza nią. Zdolność, z jaką wodził on za sobą tłumy wyznawców smoleńskich (szczególnie dotyczy to kobiet, które zamiast włazić chłopu pod pierzynę, wolały spędzać intymne noce na czatach z Maglarzem),dawała przyczynek do zastanowienia się, czy oto nie jest to jakaś nowa gwiazda polityczna na firmamencie polskiej dumy dziennikarskiej, jeżeli nawet nie rządowa, jak jakiś tam – w przyszłości –  premier, to choćby medialna np. następca wielkiej charyzmy burdelarza Sokorskiego lub perwersja Drawicza, który też zmarł nagle.

Śmierć Cieślara, Dulinicza, Knyże, nieco bez związku systemowego też i Ratajczaka, prześliznęły się jakoś przez świadomość, bez dopatrzenia się w tych zgonach jakiegoś „organizacyjnego”, wyższego porządku. Porządku lub systemu, odbiegających od powszechnego myślenia społeczeństwa, które polegało na przeświadczeniu, że te osoby były niewygodne – jako świadkowie – dla zamachowców i z tego powodu je zlikwidowano, ale zabito je w okolicznościach jakiegoś przemijającego chaosu – ad hoc.

Dopiero zabójstwo Eugeniusza Wróbla dało asumpt do tego, żeby na nowo przemyśleć mechanizm tych skrytobójstw. Jak do tego dochodzi, że nagle służby wiedzą to, kto jest trefny, a kto nie? Ratajczak czy Wróbel w Smoleńsku nie byli, a znajomych, którzy im wysłali SMSy, także nie mieli.

Wiec co i dlaczego?

Dr D.Ratajczak był człowiekiem całkowicie poza systemem, a kompetencja inż. Wróbla w zakresie dochodzenia do prawdy całkowicie niegroźna. Wróbel nie mógł nic zdziałać jako jednostka, a jego siła polegała na biernej nominacji do komisji, jaką otrzymał, którą to nominację – w przypadku komplikacji – można było najzwyczajniej odwołać i na jego miejsce powołać kogoś innego – niegroźnego. To byłoby dużo prostsze i tańsze niż wysłanie morderców, których – po kilku akcjach – też trzeba będzie zabić, przez innych z kolei nasłanych likwidatorów. No i nie trzeba byłoby zabijać Rosiaka, którego śmierć miała jedyny motyw: odciągnąć uwagę opinii publicznej od losów „syna-zabójcy”.

Z powodu wystawienia innego kandydata do komisji niż Wróbel nikt by nie robił afery, a już Jarosław nie może być o to posądzany, bo to człowiek arcynielojalny wobec towarzyszy, a ślepo posłuszny wobec swych niewidzialnych zwierzchników, posłuszny do tego stopnia, że nawet samego diabła pocałuje pod ogon, o ile mu tak każą – bo to taka już jego cecha rasowa.

Rozgłaszana zatem wszem i wobec pogłoska o tym, że dr. inż. Wróbel był gotowy do polemiki z MAK i to skazało go na śmierć, jest skutkiem rozumowania ludzi negatywnie dotkniętym określonym, łatwo wybuchowym ładunkiem emocjonalnym, typowym dla osób lubujących się w historiach z dreszczykiem, a dotyczy to głównie pięknych pań. Powody zabójstwa musiały być zgoła inne, zaś inż. Wróbel musiał posiadać jakąś wiedzę dowodową groźną dla zamachowców, bądź stał się depozytariuszem jakiegoś dowodu. I jako taki osobnik został namierzony, jako ten, kto takie dane posiada i może je użyć, i to tym groźniej, że – z pozycji urzędnika państwowego, dlatego go zabito.

Podobnie musiało być z Ratajczakiem, on też musiał posiąść jakąś wiedzę, która mogła mieć charakter dowodu. Znając jego profesjonalizm czy dociekliwość, mógł być zapytany przez jakiegoś świadka o poradę lub pomoc w przerzuceniu sprawy do innych osób, którym on Ratajczak ufa, bo sam, jako osoba poddana terrorowi, stał się jakąś ikoną godną zaufania, a takich osób jest w Polsce niewiele. Bo -inaczej – kalkulowanie motywów zabójstwa, jako zemsty Izraela na Ratajczaku, za wytykanie żydom ich oszustw dotyczących faktów historycznych, jest mało racjonalne (bardzo mało prawdopodobne). W końcu wróg poniżony, czołgający się na kolanach, opuszczony przez wszystkich i mieszkający kątem w samochodzie jest spektaklem, który nadaje żydowskiej zbrodniczości sens, optymizm i witalizm. A nawet żyd nie niszczy tego, co jest mu piękne i w czym on się lubuje, zaś dla sterroryzowanych polaczków „dr Nędza” był narzędziem groźnej przestrogi: to też jest wartościowe, bo oprócz wielu innych cnót, żyd jest także wybitnym pedagogiem, który w swym posłannictwie wobec gojów posługuje się dosadnymi przykładami.

Dziwnego rodzaju poczta mailowa, nadsyłana z końcem 2010 roku do piszącego te słowa, nasunęła mu myśl, która z czasem możliwie wyjaśniła wszystko. W tychże mailach, oprócz pogróżek, czy wyzwisk, przyszła pewna ilość „informacji” n.t. Smoleńska, były to informacje dość chwytliwe „internetowo”, ale podpisany kierowany zwykłą powściągliwością, nie wysyłał tych rewelacji dalej, ani ich nie publikował. Adresy, z których nadchodziła poczta, były dość osobliwe. I tu zrodziła się myśl czy podejrzenie, że to właśnie kontakty sieciowe są źródłem inwigilacji. Bo podobną pocztę mogli dostawać i Wróbel, i Ratajczak. W ramach zaś odbioru takiej poczty i zainteresowania się jej zawartością, mogli coś odsłonić wobec inwigilatora, co kosztowało ich życie.

Może to było tak, że to Internet pozwalał układać siatkę kontaktów. Co ważniejsze Internet – maile – pozwoliły zidentyfikować nadawców oraz zasób wiedzy, jaką oni posiadają, a tym samym określić stan wiedzy smoleńskiej tzn. zagrożenia na podstawie jakichś tam skomplikowanych algorytmów – tak może chyba być. Ale z drugiej strony, układanie jakiś algorytmów kontroli przebiegu kontaktów z faktyczną lub przypuszczalną wiedzą na temat ich zawartości mogło być kłopotliwe, tego nie wiemy, możemy jedynie spekulować.

Może było najprościej, że w/w otrzymali istotne informacje i o materiałach w sprawie i złożyli o tym stosowne zawiadomienia do prokuratora. Przedłożyli dowody, a nawet informacje o tym, kto był nadawcą wiadomości, że był nim np. Kowalski. W ten sposób zgubili siebie i przysłowiowego Kowalskiego. Nawet do inteligentnych i zorientowanych ludzi trudno dochodzi prawda mówiąca to, że aparat ścigania w Polsce to nie aparat jakiegoś formalnego tam prawa, któremu policjant czy prokurator wiernie i uczciwie podlega. Polski aparat ścigania jest pod całkowitą, szczelną kontrolą mafii przestępczych, które wszelkie prerogatywy tej władzy używają przeciw Polakom.

O ile śmierć Ratajczaka, czy w Wróbla były wydarzeniami głośnymi i komentowanymi, to śmierć Kowalskiego, którego nikt nie utożsamiał ze Smoleńskiem, może pozostać niezauważona, ot spadł ze schodów i uderzył się w głowę, a był to dzień popularnych imienin, każdy coś tam wypije.

Kiedy zatem po pierwszym tygodniu prania mózgu żałobą narodową w massmediach sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli, bo tradycyjne autorytety nie dały sobie rady z kłamstwami smoleńskimi, Magiel24 siedział już dobrze w cuglach, jako kontrola świadomości blogerów i wystarczyło jedynie uruchomić system.

Tak też się stało i M24 urósł szybko do miana sieci monopolu smoleńskiego i do dzisiaj, nawet po upadku Maglarza, jest to najsilniejszy i najbardziej sprawny umysłowo blog, z jego pozycją portalową zajmującą się Smoleńskiem, która jest niekwestionowana, tak pod względem jakościowym, czy ilościowym.

Było królestwo, to musiał być i król: jak byliśmy świadkami, wybór padł na Maglarza. Było to neurotyczny typ z silnym ego, podobne jak u „Bolka”, w zasadzie wszystko było tak jak z „Bolkiem”, poza dysleksją naturalnie. Bolek internetowy pisał bardzo sprawnie, dość szybko jednak można było się zorientować, że nie bardzo wie, co pisze, a wynikało to z nadzwyczajnej jednokierunkowej pewności siebie. Brak refleksji nad własnymi przekonaniami czy tezami ujawnia zwykle niekompetencje, chociaż może to ujawniać kolektywizm lub płeć żeńską takiej osoby: czytając – co prawda zaledwie kilka art. – nigdy jakoś nie mieliśmy pewności co do płci. Kwestia kontroli czy zaborczości była widoczna jako ważna, w tym celu Maglarz stworzył  słowo „maskirowka”, które jest w pełni nielogiczne, a które jest stosowane powszechnie w tym właśnie błędnym zrozumieniu. Bo żadnego maskowania tam nie było, ale ew. antynomin czyli glasnost, tj. to, co zdemaskowało inscenizację, natomiast przypuszczalnie maskirowka to słowo klucz do jakiegoś Mind – Control, którym to Maglarz stygmatyzował swoich wyznawców i utrzymywał ich w swym kręgu. Do dziś po wielkim upadku Maglarza jego sekciarze są rozpoznawalni po takim właśnie błędnym używaniu słowa maskirowka.

Świetność środowiska Maglarza nie wynikała jedynie z jego własnego boskiego blasku. Blogerzy jako agenci na usługach służb robili niesłychany rejwach we wszystkim i wszędzie, co później i tak mógł obrobić jedynie tylko Maglarz. Akcja „las smoleński”, „tablica smoleńska”, „pomnik smoleński”, „warsztaty smoleńskie” mnożyły się i powielały w swoich klonach. Nawet Stary kabareciarz PRL-owski – wyszedł z lamusa i domagał się od Rosjan – na YT – o zwrot obrączek czy pistolów, jakiś reżyser powiedział, że będzie kręcił film fabularny o ostatnich sekundach lotu. Obok Maglarza na blogach pojawił się fachowiec, profesor z Kanady robiący kolorowe wykresy, a których finezja i kunszt graficzny mają odwrócić uwagę od niskiego poziomu inżynierskiej inteligencji u ich twórcy. Bowiem tylko inżynierski głupek może dyskutować o warunkach technicznych lotu, które były niemożliwe, a to ze względu na wciąż obowiązujące prawa fizyki, które to prawa obowiązują najprawdopodobniej w całym wszechświecie. Jakie przykłady by nie wyliczać, to i tak ten złoty pył spadał na Maglarza, bo najlepszy brał wszystko.

Tak w tej ponurej i przerażającej tragedii, gdzie rzeczywistymi ofiarami nie jest Delegacja, ale Polska, ponownie – jak za „Solidarności” – drgnęło całe społeczeństwo, pospolite ruszenie internetowe stało się faktem. W tej atmosferze nawału informacji Maglarz był jak rybak, który nie tyle ugania się z rybami, ile siedzi tam, gdzie ryba przechodzi, a on tylko skwapliwie zagrania ją jakąś tam prostą siecią czy koszykiem. Z „Bolkiem” było podobnie, jakiekolwiek by nie były te glosowania, to zawsze glosy układały się tak, jak to chciał ten wielki wódz i nawet rozsądni ludzie zgadzali się z tym, że charyzma dużo może.

Maglarz w okresie apogeum swojej sławy, o ile by ujawnił swe nazwisko, aby je wylansować medialnie, mógł nie tylko zostać posłem na Sejm i to bez najmniejszego wysiłku kampanijnego, ale nawet w wyborach na prezydenta miałby wielkie szanse. Tak wielce popularny posiadł on do dyspozycji zastępy jakichś agentów czy lektorów myśli, którzy nie tylko pomagali mu w bieżącej pracy, ale zaciekle bronili jego pozycji „nieomylnego papieża”: gdyby napisał np. czerwoną książeczkę, zdobyłby więcej umysłów niż sam Mao Tsetung. Bo wielki Mao był kochany, ale niezrozumiany, a Wieki Maglarz zdobył i jedno, i drugie. Była to miłość i mądrość w jednej osobie, a nawet „Bolek” tego nigdy nie osiągnął, chociaż w jego królewskim orszaku szedł niejeden wybitny intelektualista, którego zaszczytem było podtrzymywanie szaty Wodza tak, aby ta cudowna tkanina nie pokalała się prochem ulicznym. A Wielki Maglarz osiągnął coś więcej niż Bolek.

Tak więc czy osoba ta, mając tyle cnót i zastępy wiernych rycerzy, nie zbudowała swoją osobą posągu bezkrytycznego zaufania? Czy osoby będące blogerami lub znajomymi kogoś, kto miał jakieś informacje, nie pokusiły się, aby z czymś takim wyjść albo w sieć, albo zasięgnąć porady u kogoś, kto w tej sieci jest dobrze znany?

Czy był ktoś właściwszy niż Maglarz?

Maglarz zatem zbierał informacje, a za jego plecami ubowiec zbierał je w swoją sieć – to bardzo mocno podejrzewamy. Maglarz był przynętą służb celem wyłapania kolejnych ofiar Smoleńska – świadków.

Nie posądzamy tu Maglarza o to, że on sam był agentem czy donosicielem, nie mamy ku temu podstaw. Utrzymujemy jedynie to, że siedząc jak pająk w sieci, musiał zdawać sobie sprawę z tego, że popularyzacja jego wpisów, które mnożył się same z siebie i to na wielu miejscach równocześnie, jest niczym innym jak działaniem służb, także nawet wtedy, gdy te żenujące akcje popularyzowania samego siebie, zaśmiecania blogosfery faktami smoleńskimi bez merytorycznego sensu, powierzał – w jego własnym mniemaniu – innym „czystym” blogerom. Musiał domyślać się tego, że za tym wszystkim stoi jakaś organizacja i nie jest to jakaś organizacja charytatywna, ale bandyci.

Nie posądzamy Maglarza o agenturę czy otwarte wydanie kogoś na likwidacje, jak powiedzieliśmy powyżej, nie mamy ku temu powodów. Z drugiej jednak strony nie oddajemy sprawy ot tak walkowerem. Maglarz, M24 i najbliżsi kooperanci musieli być świadomi specjalnej sytuacji, jaka im wpadła w ręce i jako ludzie inteligentni musieli mieć świadomość co do tego, co się za tym kryje, a tym gorzej, co może z tego wyniknąć dla innych.

Maglarz zajmował się zabitymi w delegacji, zabitymi po tym wydarzeniu, co nastąpiło jako jego skutek bezpośredni i musiał liczyć się z tym, że mogą paść nowe ofiary, tym razem za sprawą wymiany określonych informacji, które – powinien podejrzewać – nie były szczelne. Musiał widzieć to, że takie ofiary padały w trakcie jego blogowania. Z samego Okęcia mamy już parę trupów i to za kadencji Maglarza.

Maglarz musiał był to rozumieć, a nawet i wiedzieć, bo ten kreteński tekst o uciecze delegacji w ciepłe kraje, czy tam zimne, napisał celowo, aby dać tym redaktorom B24 asumpt do działania i likwidacji blogu. Czyli jest to znak jego współpracy – w tamtym momencie. „Prowokowany rozpad” to stary chwyt powszechny wśród służb, jeżeli jakaś siatka ma być wyłączona – jako upadek – aby odwrócić uwagę od rzeczywistych powodów likwidacji, to robi się takie inscenizacje: porwania, morderstwa czy wysadzania w powietrze, aby mieć pretekst do wycofania się. Podobnie robią nawet przedsiębiorstwa, które aranżują własne plajty, tak robili KOR-owcy w czasie stanu wojennego, dawali się złapać po to tylko, aby zdobyć „korony cierniowe”, a potem i tak być wypuszczonymi na wolność po dwóch dniach.

Ten cyrk zastosował także Maglarz. Ale musiał mieć świadomość co do tego, że jest tu podwójne dno i tu już także musiał być w kontakcie z ubowcami, bo jakiś wymoczek administracyjny M24 nie mógł być jakimkolwiek decydentem wobec  Maglarza, któremu mógłby coś tam zamknąć! Zamknięcie blogu to nie była decyzja M24, ale najprawdopodobniej MSW. I tu maglarz także nie mógł mieć wątpliwości co do tego, że chodzi jedynie o zamkniecie jakieś tam gadatliwej gęby. Musiał wiedzieć to, że chodzi o zamknięcie systemu informacji, a to celem późniejszego zniszczenia jego danych o personaliach wszystkich korespondentów. Zniszczenie danych pociąga za sobą zniszczenie wszelkich śladów, jakie tam zostawili blogerzy, którzy gdzieś przepadli bez śladu.

I to jest fakt, który jest głównym motywem tego artykułu. Zniknięcia blogerów zauważył piszący te słowa, a podobnie zauważyli też inni i to zupełnie niezależnie od siebie.

Magiel 24 mógł być miejscem śmierci wielu osób, nie wolno tej sprawy zostawić tak sobie i przed upływem terminu nakazu przechowywania danych zmusić prokuraturę do zabezpieczenia wszystkich informacji o komunikacji na blogu Maglarza. Bo nawet ta zdegenerowana organizacja musi zachować pewne formalności, a przecież są tam tez i ludzi uczciwi , chociaż niewątpliwie w mniejszości , a może nawet i w konspiracji. Tak czy owak wymaganie formalne jest zawsze podstawa do dalszych ruchów.  Fakty zaś tam zdobyte mogą być równie strasznie, jak fakty o losach Delegacji.

(-) Krzysztof Cierpisz

PS. w Trakcie publikowania tego art. otrzymaliśmy informacje o kolejnej śmierci. Tym razem

był to chorąży Remigiusz Muś. Niech Pan Bóg świeci nad Jego duszą, a ludzie zaopiekują się rodziną.

Ten przypadek – w przykry sposób –  potwierdza jednie to, co napisano powyżej.

Częściowa kontynuacja: http://gazetawarszawska.com/2012/06/24/smierc-w-maglu/

Komentowanie zamknięte.