Opublikowano Styczeń 27, 2017 Przez a303 W Polska

Homo judeicus

Zaczyna się niewinnie: „Ten Malczewski, taki znowu modny, a przecież gdzie mu tam do Chagalle’a; ten Sienkiewicz, taki Ojciec Narodu, a młode, niewinne, po prostu dziewice rozdzierane kłami i rogami zwierząt? A Mickiewicza jakby tak wycisnął i co zostanie? – „nikt nie woła, he, he…”.

Laureat nagrody Nobla w dziedzinie literatury za rok 1905 (Quo vadis?) Henryk Sienkiewicz jedno ze swoich dzieł – „Trylogię” – kończy słowami: „Na tym kończy się ten szereg książek pisanych w ciągu kilku lat i w niemałym trudzie – dla pokrzepienia serc”. Laureat nagrody Nike za rok 2002 Jarosław Marek Rymkiewicz stwierdził: „Poezjo, ja wiem, że ty jesteś po nic”. Następnie, w tym samym miniwywiadzie dla „Rzeczpospolitej” (241, 15 października 2003) dodał, iż przed laty stwierdził: „Polska chce, żebym jej służył”… i że nadal zgadza się z tym – „myśląc zarazem o Polsce i o narodzie polskim”. Wypowiedź kończąca jest równie kategoryczna: „Państwo polskie jest w upiornym stanie. Chyba już wszyscy widzą, do czego doprowadziły rządy komunistów.”

Ta łatwość „zmiennej ortodoksyjnej”, to przejście od służby Narodowi do pisania „po nic” świadczy jedynie o postawie bycia gotowym „na wszelki wypadek”, o braku duchowej proweniencji. A żeby już nie zanudzać i kończyć to pamiętamy jeszcze jak za „rządów komunistów” teatry prześcigały się w inscenizowaniu „Króla mięsopusta” Pana Laureata.

Sienkiewiczowe przesłanie Naród potwierdził w wojennych zmaganiach, kiedy w bezprecedensowej, nie mającej analogii w historii Europy Armii Państwa Podziemnego żołnierze przybierali jako pseudonimy konspiracyjne imiona postaci z „Trylogii”. Literatura wykreowała wzorce osobowe dla pokoleń Polaków.

Literatura „po nic” zostaje w zamkniętym kręgu bractwa wzajemnej adoracji. Przestając Narodowi służyć, staje się jedynie polskojęzyczna.

Mówi się nam, że literatura uczyła kiedyś jak zachować się w sytuacji wojny za Ojczyznę, bo takie były okoliczności, natomiast dziś mamy inne warunki i nie musimy, ba!, nie powinniśmy wskazywać postaw bohaterskich, uczyć życia opartego o wyrazisty pion etyczny. Skąd taki przełom na przestrzeni jednego stulecia?

W toczącej się dyskusji nad przystąpieniem do Unii Europejskiej tematem najburzliwiej traktowanym był tzw. „obrót ziemią”. Znamiennym pozostaje fakt, że sporu nie prowadziły dwie strony – jedna „za”, druga „przeciw”, a więc wokół kwestii fundamentalnej dla przejrzystości stanowiska! Spór toczył się aż do referendum wokół spraw technicznych: ziemia rolnicza czy turystyczna, czy pod „budowę” oraz na ile lat – trzy, siedem czy dwanaście można wstrzymywać się z transakcją kupna-sprzedaży. „Grupa obywateli” na ręce przedstawiciela Ligi Polskich Rodzin złożyła projekt ogólnokrajowego referendum: „czy sprzeciwiasz się sprzedaży polskiej ziemi cudzoziemcom?”. I nie w tym rzecz, iż odpowiedź na tak postawione pytanie brzmi kategorycznie, bezwarunkowo: sprzeciwiam się! Odpowiedź inna świadczyłaby o zdradzie, braku łączności z historią Ojczyzny, jakże chętnie nazywanej Matką Ziemią.

Wracamy do tego faktu – ulotki referendalnej – jako symptomu utraty cywilizacyjnej tożsamości. Obrót ziemią w łacińskiej cywilizacji jest zaprzeczeniem pielęgnacji tego, co najważniejsze dla mnie, dla rodziny, teraz i na wieki potem – miejsce, gdzie mam swój dom, własne gniazdo i grób.

Na furcie najstarszego cmentarza zakopiańskiego, na Pęksowym Brzyzku wyryto napis: „Ojczyzna – to ziemia i groby. Narody tracąc pamięć, tracą życie. Zakopane pamięta.”

Jak wiadomo, do handlu trzeba dwojga: tego, co sprzedaje i tego, co kupuje. Niedawno Polskę obiegła wieść, iż parafia Danilók idzie „pod młotek”. Parafii nie stać na zapłatę odszkodowania dla jednej z rodzin. Dowiedzieliśmy się także, że ktoś gotów jest stanąć do przetargu, nabyć tą drogą substancję parafialną wraz z należącymi gruntami (a zatem i z cmentarzem), w kościele otworzyć dyskotekę, na plebanii agencję towarzyską.

Jeżeli ktoś kupuje, to znaczy, że sprzedajemy. Jeżeli parafię, to dlaczego tak „cienko”? Może od razu diecezję? A za chwilę postawimy pod młotek Polskę! Nabywca się znajdzie. Już jest. Banki w ogromnej większości sprzedane, zakłady przemysłowe sprzedane, media podobnie – wszystko to oczywiście cudzoziemcom. Została jeszcze ta ziemia… Z lasami, wodami, górami etc., etc.

Czy można zgodzić się z oficjalnie głoszoną tezą, że Polska jest krajem niepodległym? Jednym z głównych kryteriów jest stosunek do ziemi ojczystej. Jeżeli mam wątpliwości czy, kiedy i za ile mam własną ziemię sprzedać cudzoziemcowi, to już sam fakt posiadania owych wątpliwości wykreśla mnie z szeregu patriotów. Nie można bowiem być trochę patriotą i trochę nim nie być. Nie istnieją konie półwyścigowe. Ojczyzna sprzedana przestaje być niepodległą.

Obrót ziemią jest równoznaczny z obrotem pieniądza. A to jest cechą cywilizacji żydowskiej.

Kto się sprzeciwi? Czy ktoś w ogóle znajdzie w sobie wolę sprzeciwu? Czy Polakami pozostaną tylko i aż! – górale, wierni odwiecznym zasadom utrwalonym na cmentarnej furcie? Czy dziś, w jakiejkolwiek szkole dzieci recytują z pamięci kilka linijek wiersza Jerzego Zagórskiego?: „Weź do ręki tej ziemi garstkę / ściśnij w dłoni, krew z niej popłynie / i jak gołąb w ręku zatrzepota / Bo w tej ziemi, krwią znaczonej glinie, / każda kości męczeńskich warstwa / jest relikwią, Aniołem ze złota.”

Co stało się z nami, z Rzeczpospolitą na przestrzeni stulecia?

W niedzielę 19 października 2003 r. Ojciec Święty Jan Paweł II dokonał aktu beatyfikacji Matki Teresy. Wyniósł na ołtarze zakonnicę, która całe dorosłe życie, aż do późnej starości, do śmierci niosła pomoc biednym, opuszczonym, nieuleczalnie chorym, osamotnionym w ostatnich chwilach przed skonaniem. Jej obecność i Jej modlitwa dawały ulgę potrzebującym. Żadne słowo wyrażone tu nie zdoła oddać Jej wielkości.

Papież beatyfikował jako się rzekło w niedzielę, a już w piątek „Życie Warszawy” poinformowało opinię publiczną, iż Klaudia, dwudziestoletnia dziewczyna ze Śląska, wybiera się do Iraku, by nieść tam ulgę samcom. Klaudia bowiem jest rekordzistką świata oraz mistrzynią świata w zawodach zaspokajania popędu mężczyzn. Podczas I Seksualnych Mistrzostw Świata zdetronizowała dotychczasowe najsilniejsze w konkurencji: Brazylijkę i Amerykankę. Przez dziewięć godzin dzięki niej znalazło ulgę 646 kopulantów.

Zestawienie w jednym ciągu rozważań Matki Teresy i Klaudii bierze się stąd, iż obie należą do tego samego świata, że postępująca globalizacja każe sytuować oba przypadki obok siebie jako równoważne w medialnym obiegu. Klaudia potwierdza swym „sportem” ekspansję cywilizacji niełacińskiej, obcej nam, a jednak manifestowanej w Polsce, kraju, który zrodził papieża, obronił chrześcijaństwo pod Wiedniem, zatrzymał i przegnał hordy bolszewickie w 1920 roku ratując Europę i cywilizację łacińską właśnie.

Fakt zawodów seksmaratonu, że można je, te zawody, jak każde inne wysiłki sportowe oficjalnie zorganizować, jest manifestacją jeszcze jedną, obok telewizyjnych reklam, ulicznych bilboardów, kinematografii, ulotek zatykanych za wycieraczki aut, tego wszystkiego, co składa się na potężniejący panseksualizm w widzeniu świata. Pornografia, którą rzekomo trudno zdefiniować, jest zjawiskiem cywilizacji niełacińskiej. Jest transplantacją produktu mentalnego z cywilizacji obcej. Z żydowskiej. W ogóle „seks” jako termin zrobił większą karierę przez ostatnie dziesiątki lat niż „tolerancja” czy „demokracja”. Chodzi tu nie tylko o zaspokajanie popędu przy pomocy unaocznianych technik, ile o deliryczną konieczność znajdowania seksu wszędzie, szczególnie w reklamie. Na przykład w reklamie żywności, konsumpcji tej żywności, stosowania kosmetyków itp. czynności pospolitych.

Tam, gdzie zbliżenie dwojga ludzi jest aktem miłości, a więc wzajemnym ofiarowaniem się, potwierdzeniem jedyności, niepowtarzalności tej drugiej osoby, w pornograficznym ujęciu rzecz cała sprowadza się do techniki i pojmowania drugiej osoby jako instrumentu osiągnięcia orgazmu.

Być może seksmaraton stanie się już niedługo dyscypliną olimpijską, gdzie medale odbiera się przy dźwiękach hymnu narodowego i podnoszeniu flagi państwowej. Rzeczpospolita Seksualna…

Co to się stało na przestrzeni ubiegłego stulecia, iż tak bardzo obszar naszej cywilizacji skurczył się, by nie powiedzieć – skarlał?

W 1982 r. w wydawnictwie ATTICUS ukazał się esej Artura Sandauera pt. „O sytuacji pisarza polskiego pochodzenia żydowskiego w XX w.” (rzecz, którą nie ja powinienem był napisać).

Myśli, zawarte tam, dają się streścić następująco: w drugiej wojnie światowej zginęła warstwa społeczna wytwarzająca i broniąca tożsamości narodowej Polaków – polska inteligencja. Została wymordowana. W powstałą lukę weszli Żydzi. Właściwie „wjechali” na sowieckich czołgach. I zostali. Żydzi – stwierdził Sandauer, stanowią teraz polską inteligencję.

Inteligencja jako grupa społeczna ma spektrum szerokie: od kasjerki w okienku pocztowym przez nauczycieli szkolnych, akademickich, laureatów nagród artystycznych, naukowych, szarych urzędników, dyrektorów urzędów, ministrów, lekarzy, kadrę oficerską wszelkich służb, by skończyć już tę wyliczankę. To są konkretne funkcje i konkretne nazwiska.

Pojęcie „inteligencja” jest wygodnym, jak widać, skrótem. Obejmuje różne zawody i stanowiska. Celowo nie włączamy w ten skrót urzędu głowy państwa, zdarza się albowiem, iż ten najwyższy w państwie tytuł piastują jednostki spoza zakresu tego pojęcia. Tak się bowiem składa, iż np. elektryk odpowiada wykształceniu zasadniczemu, więc niżej średniego. Odkąd zaborca Bismarck nakazał obowiązek edukacyjny, tzw. maturę, jako próg za wysoki dla umysłowości „polaczków”, absolwent zawodowej szkoły zasadniczej nie przekraczając progu świadectwa dojrzałości, czyli matury, pozostaje robotnikiem. Nie należy do inteligencji. Ale od czego mamy demokrację? Wybieramy prezydenta. Urzędnik jest inteligentem. Prezydent jest urzędnikiem. Ergo – prezydent jest inteligentem. Quod erat demonstrandum. Mamy oto cywilizację, gdzie sprzeczności faktyczne jawią się jako pozorne. Ale wracając do sowieckich czołgów.

Sowietyzm, jak pamiętamy, wymyślony został, wypraktykowany przez Żydów. Nastąpiło zupełne zderzenie dwóch cywilizacji: naszej, czyli łacińskiej i kontrastowo odmiennej – żydowskiej. Na pierwszy ogień poszła religia. Sowieckie czołgi wtargnęły z programem ateizacji Polaków. Ateizacja nota bene jako walka z religią chrześcijańską trwa już dobre dwa tysiące lat. Równolegle zaatakowano oświatę: przy okazji likwidacji analfabetyzmu ustawiono szkolnictwo, co za tym idzie czytelnictwo w konkretnej opcji – odrywania od istniejącej dotąd tradycji. Zgodnie z żydowską potrzebą rewolucjonizowania zastanych struktur, po dziś dzień żaden rocznik nie zaczął i nie skończył szkoły w jednym systemie nauczania. Antypolska weryfikacja lektur i historii trwa.

W parze z tą akcją likwidowano niedobitki starej inteligencji. Torturowano i mordowano Polaków w kazamatach Urzędu Bezpieczeństwa. To wszystko w majestacie prawa opanowanego tak jak bezpieka, niemal w całości przez Żydów. Piszę „niemal”, bo margines zdrajców, w tym przypadku uwiedzionych i zwiedzionych perspektywą społecznego awansu, znajdzie się wszędzie.

Żydzi, tworząc warstwę „naszej” inteligencji musieli się jakoś po polsku nazywać, po polsku mówić, przejmować te elementy naszej tradycji, które miały moc konstytutywną: poezja czy w ogóle literatura, teatr, malarstwo, a dla młodzieży przeobrażona, zateizowana, bez patriotycznej motywacji organizacja harcerska. Wśród urzędników byli na stanowiskach kierowniczych, wśród artystów wszelkiej maści stanowili zdecydowaną większość. Będąc krytykami sztuki ustalali między sobą opinie, np. nagrody na rozmaitych festiwalach. Wygrywali w zawodach, które sami zorganizowali. Taka sytuacja rozwijała się i rozwija w ustalonych uprzednio koleinach. To aktualna rzeczywistość. Ponieważ opanowali wszystkie dziedziny kultury, stali się i są do dziś wyrazicielami polskiej tożsamości narodowej.

Naród dźwigający się z wojennych strat, walczący o chleb codzienny nie miał wyboru strawy duchowej. Brał to, co mu dawano. A wszystko to w procesie asymilacji ludzi pochodzenia żydowskiego do narodowości rdzennej. Jeżeli inteligencja jest siłą tworzącą tożsamość narodową, kulturę Narodu, to znaczy decyduje o skali wartości, o preferencjach obyczajowych, stosunku do tradycji, to formuje rozwój narodowej mentalności. Jak pisze Feliks Koneczny: „Sprawa o asymilację ma jeszcze jedną stronę, a mianowicie należy zdać sobie sprawę z tego, czy też nie dokonuje się ona na odwrót, czy my nie asymilujemy się na żydowską modłę?” (F. Koneczny „Cywilizacja żydowska”, wyd. „Ojczyzna” 1995, s. 349).

Dla Polaka Ziemia jest nieruchomością. Dla Żyda towarem, czyli rzeczą sprzedażną. Mamy dziś ten problem w kontekście Unii Europejskiej.

Dla Polaka literatura ojczysta jest karmicielką dającą strawę duchową, podtrzymującą go w zmaganiach ze złem świata. Dla Żyda literatura jest narzędziem burzącym, rewolucjonizującym historyczny dorobek literacki. Podobnie z malarstwem, rzeźbą czy muzyką.

Dla Polaka, jako ukształtowanego przez cywilizację rzymsko-katolicką, rodzina pozostaje najbliższym i najważniejszym środowiskiem życia i stabilizacji tego życia. Dla Żyda, z dziedziczną strukturą egzystencji tułaczej, nomadycznej, obraz polskiej rodziny jest obcy z natury. Nawałnica filmów pokazujących nietrwałość związków małżeńskich, konflikty rodziców z dziećmi, bunty młodzieży wobec matki, ojca czy obojga naraz nosi wszelkie znamiona tendencyjności. Rozpasanie seksualne, o którym już wspomniałem, należy przez swą jaskrawość do wypróbowanych instrumentów degenerowania młodzieży. Niedojrzałość życiowa, jej nieumiejętność brania za siebie odpowiedzialności, kompensowana jest szybkością przeżycia przyjemności. Koniecznością jest zaspokojenie zachcianki. Nieograniczony dostęp do pornografii jest w tym procesie samodestrukcji moralnej, emocjonalnej warunkiem konstytutywnym.

Na pytanie postawione w tych spostrzeżeniach kilkakrotnie: „co też się stało w Rzeczpospolitej przez ostatnie stulecie” odpowiedź jest posępna. Zacytujmy za prof. Feliksem Konecznym: „Doprawdy, że kierujące długo opinią sfery literacko-postępowe, zwalczały u nas wprost namiętnie wszelki odruch samoobrony, wszelką ich krytykę, dyktowaną zdrowym instynktem zbiorowym, który jednak przez cały polski „postęp” wnet piętnowany był jako zachłanność, ciemnota i fanatyzm” (…) „Aleksander Świętochowski i Andrzej Niemojewski, przodownik myśli niepodległej (tj. antykatolickiej), dwaj najgorliwsi Żydów przyjaciele, stają się niespodziewanie antysemitami. Świętochowski wystąpił nagle z towarzystwa „Kultury polskiej”, które sam założył, żeby pielęgnowało „postęp”, tj. ducha antykatolickiego i filosemickiego, w którym niemal połowa członków składa się z Żydów. Niemojewski zaś ogłosił sławny artykuł pod wymownym tytułem: „Dwużydzian Polaka”. (…) „Na gruncie drwin – powiada – wytworzyło się duchowe współżycie Żydów i Polaków. Żyd powiedział Polakowi: nie mogę z tobą nic wspólnie kochać, czcić, uwielbiać, nad niczym wspólnie cierpieć i do niczego wspólnie dążyć – ale możemy wspólnie drwić ze wszystkiego. Wydrwię ci twego Boga, twą Ojczyznę, twą tradycję i twe ideały, twe pragnienia i twe wysiłki i obaj będziemy wyżsi ponad to wszystko.” (…) „W pewnym kółku ludzi należących do świata naukowego zastanawiano się nad wpływami destrukcyjnymi żydostwa. I oto jeden z nich sięgając po porównanie do chemii powiedział, że filosemitę można by określić jako „dwużydzian Polaka” na wzór „dwusiarczanu potasu”. Połączenie czadu psychiki żydowskiej z kruszcem duszy polskiej, zwłaszcza kruchym, sprawia, że w owym smutnym typie Polaka Żydom oddanego – na jedną cząsteczkę polską przypadają dwie cząsteczki żydowskie. Asymilacja nie wytworzyła typu, o którym udałoby się powiedzieć, że jest to „dwupolan Żyda”, to znaczy, by w Żydzie asymilowanym dwie cząsteczki polskie przypadały na jedną cząsteczkę żydowską. Polskość nie jest kwasem rozkładającym kruszec żydowski, natomiast takim kwasem jest żydowskość i polski kruszec rozkłada. Dlatego Żyd asymilowany będzie w ostateczności brał zawsze stronę żydostwa. I dlatego filosemita przestanie być czułym na sprawy polskie, lecz będzie nader wrażliwy na sprawy żydowskie” (op. cit., s. 354).

Brzmi to jak wyrok skazujący. Czy możliwa jest apelacja? I to apelacja skuteczna? Innymi słowy, jak możliwym jest nawrót polskości na obszary zarażone obcą cywilizacją?

Wiara katolicka nie pozwala wątpić, przeciwnie, nakazuje współudział w opiece boskiej nad nami.

Pięćset lat temu ks. Piotr Skarga wołał: „W obcy się naród, który was nienawidzi, obrócicie”. Chodziło o Turków.

Jeżeli dziś słowa Skargi słychać głośno i wyraźnie, to znaczy, że przynajmniej nie jesteśmy głusi. Słyszymy głos sumienia narodowego. Sumienie jest świadomością grzechu. Więc może nie wszystko stracone?

Bastionem cywilizacji łacińskiej jest etyka, każąca odróżniać dobro od zła, prawdę od fałszu, jednaka dla swoich i obcych. „Bez światłocienia” – jak pisał Norwid. To droga ciężka i stroma, ale jeżeli nie podejmiemy wysiłku pokonania jej, wysiłku odrzucenia demoralizujących wpływów, utracimy nie tylko Ojczyznę. Utracimy szansę odzyskania Jej, bo nieodwracalnie stracimy samych siebie: przestaniemy być Polakami. Gorzkie proroctwo Piotra Skargi stanie się ciałem.

Andrzej Przybylski

Tylko Polska nr 1/2004

Andrzej Przybylski był reżyserem teatralnym i filmowym, mężem znanej aktorki. Do chwili śmierci w sirpniu 2005 r. był aktywnym działaczem PPN.

Źródło: http://www.polskapartianarodowa.org/index.php?option=com_content&task=view&id=905

Komentowanie zamknięte.