Najnowsze

Opublikowano Wrzesień 7, 2017 Przez NS W Polska

Groźba ukrainizacji polskiego prawosławia

Cerkiew w Polsce atakowana przez banderowców. – Atak arcybiskupa  Eustratego, przedstawiciela nacjonalistyczno-biznesowej sekty nazywającej się „Ukraińskim Kościołem Prawosławnym Patriarchatu Kijowskiego ” –  na władykę wrocławsko-szczecińskiego  Jerzego  przypomniał, a niektórym wręcz dopiero uzmysłowił, że istnieje także Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny, o tradycji sięgającej dalej niż 10 stuleci, przez które to wielokrotnie poddawany był ogromnej presji, zmierzającej do pozbawienia tej konfesji elementu polskiego, stanowiącego jej rdzeń i istotę.

aaaa

I tak jak oddanie inicjatywy prawosławnej w ręce Moskwy, Kozaków i Rosji ostatecznie walnie przyczyniło się do upadku Polski, jak śmiertelnymi błędami były i Unia Brzeska, i Kongregacja Pińska i burzenie cerkwi w II RP – tak i dziś nie wolno dopuścić do ukrainizacji polskiego prawosławia.  Święci  Cyryl  i  MetodyKonstanty książę Ostrogski,  metropolita św.  Piotr Mohyła, jego XX-wieczni następcy i dziedzice: abp  Jerzy Jaroszewski,  abp  Sawa Sowietow  i metropolita, abp  Tymoteusz, a już tym bardziej wielcy polscy konserwatyści tacy jak  Włodzimierz Spasowicz – nigdy by nam tego nie wybaczyli.

 

Od zawsze polskie

Po pierwsze zdefiniujmy samo pojęcie, odpowiadając na pytania: czy istnieje i czym jest polskie prawosławie? Bardzo łatwe byłoby uznanie, że może i mamy Kościół Prawosławny w Polsce, może i nawet „Autokefaliczny” (cokolwiek ci dewoci i schizmatycy przez to rozumieją), ale żeby jeszcze nazywać go „Polskim”?! To już doprawdy przesada, z trudem mieszcząca się w głowie i „katolickiej prawicy”, i „ateistycznej lewicy”, i nienawidzącym wszelkiej wiary demo-liberałom. Nawet znani „agenci Putina w Polsce” zainteresowali się chrześcijaństwem wschodnim w zasadzie dopiero przy okazji wspólnej deklaracji księdza arcybiskupa  Józefa Michalika i patriarchy  Cyryla  – przy całym entuzjazmie i zainteresowaniu traktując prawosławie jako czynnik wyłącznie obcy i nie zwracając choćby uwagi, że ten faktycznie ważny ruch wykonano praktycznie ignorując polską autokefalię, co było tylko jednym z długiego ciągu błędów, zaniedbań i lekceważeń okazywanych drugiemu nurtowi chrześcijaństwa w Polsce. A ściślej i chronologicznie rzecz biorąc – nawet pierwszemu.

Tak, zwłaszcza katolicy w Polsce nie lubią czegoś, co nazywają „teorią” o pierwotności wschodniego chrześcijaństwa na ziemiach polskich albo – co już bardziej zgodne z prawdą historyczną – trafnie wskazują, że penetracja południa Polski przez uczniów Apostołów Słowiańszczyzny dokonywana była wszak przez rozdzieleniem dwóch płuc chrześcijaństwa. Niekwestionowanym faktem jest też jednak choćby obecna i historyczna polskość ziem znanych tysiąc lat temu jako Grody Czerwieńskie – bez wątpienia pierwotnie prawosławnych, ochrzczonych via Kijów z Bizancjum, żeby być terminologicznie ścisłym.

W tym punkcie dochodzimy zresztą do kwestii ważniejszej niż przekomarzanie się archeologów na chełmskiej Górce. Teza, że  JEST DZIEDZICEM RUSI POLSKA  denerwuje wielu moich nie tylko ukraińskich, ale i rosyjskich kolegów. Tymczasem mówimy przecież o spostrzeżeniu oczywistym. Nie tylko dlatego, że  Kazimierz Wielki  był prawowitym dziedzicem ostatniego księcia halicko-włodzimierskiego,  Bolesława Jerzego II Trojdenowicza. Także i przede wszystkim, bo to  prawosławni Rusini współtworzyli następnie potęgę I Rzeczypospolitej.  Nie było w tym procesie ani tak głębokiej zmiany i przemieszczenia ośrodka władzy, jak w przypadku Moskwy, ani nagłego przywiązania do cudzego dziedzictwa najpierw gromady zbiegłych pańszczyźnianych chłopów, a potem wykorzystania tej kradzieży przez agnostyczną, masońską inteligencję, jak to miało miejsce przy tworzeniu Ukrainy. O ile więc bez wątpienia żywe tchnienie Rusi wciąż czujemy na Białorusi, trudno byłoby go odmawiać autentycznym Rusinom na Zakarpaciu, ale już w ramach pozostałego peletonu Polska w niczym nie powinna ustępować Rosji i Ukrainie. Historia Rusi jest także kluczowym elementem historii Polski – i odwrotnie!

 

Wspólna chwała i klęska

Nie ma większego sensu przypominać chwałę polskiego prawosławia: Konstanty książę Ostrogski,  choć mistrz obrony – reprezentujący polską ofensywę na Wschodzie i wojewoda  Adam Kisiel, do ostatnich chwil prowadzący akcję defensywną – są tylko najbardziej emblematycznymi przykładami tego zjawiska (na którego fatalnym, równie symbolicznym drugim skrzydle znajdujemy konwersję  Jeremiego księcia Wiśniowieckiego, oznaczającą oddanie inicjatywy w ręce antypolskie…). Niestety, dłuższa jest jednak lista polskich błędów. Jednym z pierwszych było przegranie z Moskwą rywalizacji o podległość kanoniczną prawosławia na ziemiach polsko-litewsko-ruskich, zapoczątkowane już w XV wieku w ramach sporu o metropolię kijowską na tle stosunku do nieszczęsnej Unii Florenckiej. Tymczasem   to państwo polsko-litewskie, a nie Moskwa winno było ustanowić kanoniczny patriarchat, z siedzibą w Kijowie, nie zaś na dalekim północnym-wschodzie!  Jak można było zrezygnować z tak oczywistego handicapu, dającego wymierną przewagę w budowaniu prawdziwie imperialnej pozycji Polski?!

Niestety, ale tak już w XV stuleciu, jak zwłaszcza 160 lat później – to uniatyzm fatalnie zaciążył nad sytuacją Polski i Rusi, skutecznie utrudniając, a ostatecznie uniemożliwiając konkurowanie z Moskwą o rządy na Wschodzie. Oddanie inicjatywy ośrodkowi moskiewskiemu, w połączeniu z nieustannym, a całkowicie bezmyślnym i nieuzasadnionym politycznie dążeniem do ograniczenia roli i pozycji Cerkwi na ziemiach ruskich w obrębie państwa polsko-litewskiego – przygotowywało grunt pod całkowitą utratę Wschodu i połączony z tym upadek Polski.  Unia Brzeska była (obok emancypacji Prus i tolerowania stanu Paradis Judaeorum) trzecim gwoździem do trumny naszego kraju.  Zamiast jednak możliwie szybko wycofać się z tego eksperymentu i nie tylko biernie, ale jak najczynniej wesprzeć starania metropolity Mohyły zmierzające do odbudowy polsko-litewskiego prawosławia, zdecydowano się tylko na spóźniony pół-środek, „Paragrafy Uspokojenia Narodu Ruskiego” i to w momencie, gdy trzeba było nie tylko wracać do tego, co było (a już przed Brześciem odbierano i zabierano Cerkwi wiele), ale zdobyć się na ofensywę, odsuwającą myśl oddawania się polsko-litewskich prawosławnych pod protekcję moskiewską. Zamiast tego jednak tylko mnożono błędy.

Pomińmy już najlepiej chyba znany i ewidentny, czyli motywowane właśnie wyznaniowo nieco wcześniejsze odrzucenie sekundogenitury Wazów na tronie moskiewskim. Później jednak było nie lepiej.  Dla doraźnych, antytureckich (sic!) celów politycznych w czasach  Sobieskiego  na tyle skutecznie utrudniono relacje polskiego prawosławia z nadrzędnym wobec niego patriarchatem konstantynopolitańskim, że niemal siłą wepchnięto metropolię kijowską w podległość Moskwie! W XVIII wieku hierarchia prawosławna na terenie Korony została i odgórnie całkowicie zlikwidowana, przy czym fakt ten w ogóle nie zwraca jakoś uwagi wszystkich krytyków postawy wyznawców prawosławia w okresie rozbiorowym. Zamiast jednak postarać się choćby w tych fatalnych czasach coś naprawić i uporządkować sytuację wyznaniową na zasadach tradycyjnych – ówczesne elity polskie, zarówno ulegając tendencjom modernistycznym, jak i w konsekwentnym dążeniu do sprowokowania rosyjskiego odwetu sprokurowały mało dziś znany, a bardzo ważny dla historii Polski czyn i akt, znany jako Kongregacja Pińska (1791) ogłaszająca z właściwym tamtemu momentowi tupetem projekt przeorganizowania prawosławia na ziemiach polsko-litewsko-ruskich w duchu nieledwie rewolucji anty-francuskiej. Z punktu widzenia Moskwy był to ruch znacznie bardziej agresywny i wrogi, niż sama konstytucja majowa i sojusz pruski razem wzięty, cel więc przyspieszenia upadku Polski został przez inicjatorów „reform” w pełni osiągnięty.

Niedoceniony lojalizm

Przydługiego tego rysu historycznego rzecz jasna można by czytelnikom oszczędzić, gdyby dzieje prawosławia w Polsce nie były tak skwapliwie pomijane i/lub nieprawdziwie interpretowano w dominujących przekazach – zarówno tych „patriotycznych”, jak i „europejskich”. Z punktu widzenia naszych rozważań warto zatrzymać się jeszcze przy doświadczeniu związanym z sytuacją prawosławia w II RP i polityką państwa wobec tego wyznania. Przede wszystkim trzeba podkreślić, że walka o polską autokefalię była nie tylko trudna, zaznaczona nie tylko dużą niezgrabnością ze strony wywierających niepotrzebne naciski władz państwowych, ale przede wszystkim męczeńską krwią metropolity Jerzego, zamordowanego przez zamachowca właśnie w odwecie za usamodzielnienie Cerkwi w Polsce. „Nagrodą” ze strony rządów II RP było rozpoczęte w latach 20-tych i trwające właściwie przez całe Dwudziestolecie niszczenie świątyń prawosławnych oraz wymuszanie odstępowania od wiary przez ludność ruską. Również i w tym zakresie kontynuowano najfatalniejszą w skutkach politykę jeszcze I Rzeczypospolitej ślepego popierania uniatyzmu, nacjonalistycznej sekty nowokreowanego „narodu ukraińskiego”, pozorującej swoje związki z katolicyzmem, w istocie zaś ulegającej łatwo najskrajniejszym, pogańskim i barbarzyńskim teoriom i praktykom skrajnego szowinizmu. Również prześladując prawosławie – II RP ułatwiała jego infiltrację czynnikom antypolskim, tak na ziemiach „ukraińskich”, jak i białoruskich. Co ważne zaś – nie działo się to bynajmniej nawet w źle interpretowanym interesie rzymskiego katolicyzmu, wśród hierarchii którego dominował sprzeciw wobec akcji świeckiego państwa przeciw bratniemu wyznaniu.

Mieliśmy bowiem i mamy nadal do czynienia z utrwalonym paradoksem.  Oto kolejne formy państwowości polskiej opowiadały się czynnie przeciw prawosławiu – wyznaniu w samej swej istocie cezaro-papistowskiemu, bizantyjskiemu, a więc skrajnie lojalnemu wobec państwa, by równolegle wspierać nacjonalistyczny i jawnie antypolski eksperyment świadomościowo-religijny!  Kiedy władze sanacyjne, obchodzące się w rękawiczkach z „ukraińskim” Kościołem Grekokatolickim rozpoczęły w latach 30-tych akcję burzenia cerkwi prawosławnych –  Stanisław Cat-Mackiewicz (i jego brat,  Józef) wielkim głosem wołali nie tylko protestując przeciw barbarzyństwu, ale i wskazując racjonalnie na specyfikę międzywojennego prawosławia w Polsce. Oto bowiem składali się nań wierni – w swej masie „tutejsi”, czyli m.in. mieszkańcy Polesia i Nowogródczyzny, nieco bardziej uświadomieni narodowo Białorusini i część Ukraińców oraz pewna grupa bez wątpienia etnicznych Polaków (przeważnie o ruskich korzeniach). Jednak hierarchia Kościoła Prawosławnego w Polsce była w dużej mierze rosyjska, a żeby być zupełnie ścisłym – biało-rosyjska, a więc mająca pełną świadomość, że to Polska jest ochroną przed bezbożnym ludobójstwem sowieckim, czyli wartością w pełni zasługującą na poparcie i ochronę. Cerkiew demonstrowała więc pełną lojalność, pomagała zwalczać infiltrację komunistyczną zwłaszcza na polskiej części Białej Rusi – i dziękowano jej za to represjami.

Czy na współczesnej sytuacji prawosławia w Polsce ciąży cała ta historia? I tak, i nie. Tak, bowiem trochę jej jeszcze doszło. Z jednej strony w obecnej atmosferze niektórych musi razić, że ortodoksyjni wierni w duchu żałoby wspominają Operację Wisła, którą znamy jako smutną, ale konieczność. Musimy też jednak rozumieć, że z punktu widzenia Cerkwi żałoba i żal dotyczą ludzkiego, dramatycznego wymiaru tego zdarzenia, co można i należy podzielać rozumiejąc jednocześnie, że odpowiedzialność za cały ten nieprzyjemny, lecz konieczny zabieg ponoszą ukraińscy szowiniści spod znaku OUN/UPA. Ci sami, którzy za cel postawili sobie i podporządkowanie, a wobec oporu – zniszczenie ukraińskiego kanonicznego prawosławia[i]. Z kolei zrozumieć też należy, że nikt jakoś prawosławnym mieszkańcom Polski nie wytłumaczył czemu mordujący ich już po wojnie leśni mieli na szyjach ryngrafy z Matką Boską Częstochowską. Czyli – nawiasem mówiąc – jak najbardziej prawosławną ikoną…

Najazd ze Wschodu

To wszystko jednak już za nami, choć warto fakty te znać i rozumieć. Znacznie ważniejsze jednak co dzieje się z polskim prawosławiem obecnie. Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny, jak przez wieki, tak i obecnie drugie wyznanie na ziemiach polskich, skupiające (również jak wcześniej) przede wszystkim polskich Białorusinów, Ukraińców i Rusinów, ale i nie małą wcale grupę wiernych bez wątpienia narodowości i tożsamości wyłącznie polskiej. Podobnie też wygląda skład hierarchii i duchowieństwa, prawosławie jest uznanym elementem tożsamości polskiej, Cerkiew ma swoje miejsce w społecznościach lokalnych, nie bez przeszkód, jednak odbudowała swój status własnościowy i przywraca do dawnej świetności świątynie. Polskie prawosławie staje jednak przed kolejnym poważnym wyzwaniem.

Napływ do Polski imigrantów z Ukrainy, coraz wyraźniej w celu stałego osadnictwa, a nie tylko pracy sezonowej czy edukacji otwiera kwestię właściwej opieki duszpasterskiej nad nimi.  Niestety, doświadczenia w tym zakresie są złe, podobnie jak i swoista międzywyznaniowa „konkurencja”. Przez okres PRL Kościół katolicki przechował w Polsce uniatyzm, kierując się źle (jak się okazało) rozumianą odpowiedzialnością i współczuciem wobec wiernych. Po transformacji grekokatolicyzm okazał się pazerną, agresywną żmiją, łasą nie tylko na rzymskokatolickie kościoły Przemyśla. Ośrodki takie, jak uniacka część Metropolitalnego Seminarium Duchowne w Lublinie, czy „ukrainoznawcze” zakłady i katedry KUL od dawna są rozpoznane jako centra agresywnego ukraińskiego nacjonalizmu. Niestety, ukraińska młodzież przybywa do Polski także by kształcić się i formować kapłańsko – i zostaje tylko utrwalona w swych błędach…

Od dawna zinfiltrowany i w dużej mierze tożsamy z banderyzmem Kościół uniacki aspiruje na współczesnej Ukrainie do roli wyznania narodowego, władze kijowskie mają jednak świadomość ograniczenia grekokatolicyzmu do dawnej Galicji. Podobnie nie udała się ekspansja sprowadzonego z emigracji niekanonicznego „Ukraińskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego”. I choć ekipę  Poroszenki trudno uznać za chrześcijańskich wyznawców – postawiła ona na równoległe, a bardziej nawet użyteczne narzędzie, w postaci „Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Kijowskiego”. Grupy, która powstała jeszcze w latach 90-tych na tle finansowo-ambicjonalnym wyczuła swoje 5 minut, tuż po Euromajdanie podejmując agresywne próby przejmowania świątyń i klasztorów, korzystając z wyraźnego wsparcia junty i bojówek neo-banderowskich. I to właśnie z tego kręgu wychodzi dziś atak na polskie prawosławie.

Rzecznik UKP PK, „abp” Eustraty zarzucił Polskiemu Autokefalicznemu Kościołowi Prawosławnemu grzech najcięższy: „uleganie wpływom rosyjskim”, co samo w sobie powinno skłonić rząd III RP do rozbierania cerkwi odbudowanych po zniszczeniach spowodowanych przez II RP i PRL. Wspierani przez kijowską sektę banderowcy domagają się wprost ukrainizacji Cerkwi w Polsce, dopasowania języka liturgicznego do wymogów UKP PK, a przede wszystkim przyjęcia popów przysłanych wprost z Ukrainy i zatwierdzonych przez zbuntowaną pseudo-metropolię.  Trudno o lepszy dowód, że obecnie polskie prawosławie wykonuje dobrą robotę, skoro tak bardzo drażni szowinistów zza Buga.

Władze III RP bardzo łatwo jest podkręcić za pomocą zarzutu „pro-rosyjskości”, w dodatku mocno są zapamiętane w sprowadzaniu do Polski masy Ukraińców i przy tym nieuczeniu ich niczego. Z kolei prawosławni w Polsce nauczeni są, że lepiej się za głośno nie skarżyć, nie zwracać na siebie uwagi i radzić sobie samemu, byle tylko gorzej nie było. Nawet środowiska niechętne polityce rządu PiS nie bardzo rozumieją problematykę religijną, w tym specyfikę wyznaniowości wschodniej w szczególności. W tej sytuacji polskie prawosławie po raz kolejny jest osamotnione, nie tylko znajdując się pod presją cieszących się wsparciem ekipy Poroszenki sekciarzy, ale także stając przed wyzwaniem samodzielnej pracy duszpasterskiej i wychowawczej wśród przybyszów.

Jeśli faktycznie chcemy postawić tamę dżumie banderyzmu zakażającej ukraińską świadomość – musimy z tą epidemią walczyć także w metasferze, w której wielka rola przypada religii.  Polskie prawosławie jak wiele razy w przeszłości jest na pierwszej linii frontu i jak niemal zawsze – walczy i pracuje samotnie. Warto więc, by chociaż ten trud naszej Cerkwi dostrzec i uszanować.

 

Konrad Rękas

  1. września 2017 r., w 503 rocznicę bitwy pod Orszą, wygranej dla państwa polsko-litewskiego przez hetmana wielkiego litewskiego, Konstantego księcia Ostrogskiego, wyznawcę i przywódcę polskiego prawosławia.

Za: http://chart.neon24.pl/post/140085,grozba-ukrainizacji-polskiego-prawoslawia

Data publikacji: 8.09.2017

Tags : , ,

Komentowanie zamknięte.