Najnowsze

Opublikowano Maj 23, 2015 Przez a303 W Polska

Grabarze polskiej nadziei 1980-2005

Tak  naprawdę, to przygotowania do rozbiórki  Sowietów  rozpoczęły się już u progu lat 60.  i  nie w  samym ZSRR.  Kongres USA w 1959 roku  przyjął dalekosiężny  plan  rozbicia  Sowłagru  na 22 państwa. Rola  śmiertelnych  korników  przypadła  żydomasońskiej  agenturze  wewnątrz  ZSRR, usytuowanej w resortach siłowych i na szczytach KPZR.

a

W początkach lat 60. na  Uniwersytecie Kolumbia rozpoczynali swoją karierę żydowscy prekursorzy „pierestrojki”  A. Jakowlew i O. Kaługin, wysokiej rangi funkcjonariusz NKWD, a pytanie o to,  jak oni się tam dostali, jak wyjechali za żelazną kurtynę, jest z  gatunku pytań o swobodne wojaże „naszych” prekursorów, takich  jak Michnik, Geremek, Blumsztajn, J. T. Gross  i dziesiątki innych KOR-ników.

Jakowlew i Kaługin należeli do kadrowych funkcjonariuszy KGB, co ujawnił w 1993 roku przedstawiciel KGB  W. Kriuczkow’. W  połowie l at 60. Jakowlew w „Litieraturnoj Gazietie”  otwarcie  krytykował  „nacjonalizm” rosyjski, występował antyrosyjsko i jakoś przechodziło mu to bezkarnie.

Jakowlew  swobodnie  podróżował  do  Kanady, gdzie wchodził w nieformalne układy z wpływowymi przedstawicielami tamtejszej masonerii, na czele z premierem Kanady Pierre Trudeau.

W połowie lat 60.-70.  we  władzach centralnych KPZR  uformowała się grupa agentów  wpływu pochodzenia żydowskiego:  F. Burłaszkin, G. Szachnazarow, G. Gierasimow, Arbatow i Bowin. Czołową postacią był w tej grupie Arbatow.

Urodzony  w  1923 roku, był  członkiem  KPZR  nieprzerwanie od  1943 do 1991 roku. W  latach 60. i 70. Arbatow był jednym z głównych zakulisowych rozgrywających  w  polityce  zagranicznej  ZSRR, m.in. jako dyrektor Instytutu USA i Kanady. Zajmował zdecydowanie proamerykańskie stanowisko, o czym wtedy nie wiedziały jeszcze (rzekomo), sowieckie służby wywiadowcze.Przyjacielem Ameryki stał się już w latach 70.

Wtedy też ważnym tuzem  żydomasońskiej agentury wpływu okazał się słynny A. Sacharow i jego żona H. Bonner.  Wtedy też rozpoczynała się gra o globalną dominację międzynarodowego syjonizmu spod znaku  loży Bnai-Brith, Bilderberg Group  i  Komisji Trójstronnej, której współzałożycielem był „nasz” Zbigniew Brzeziński, zakulisowy promotor wyboru kard. K. Wojtyły na papieża.

Inną międzynarodową atrapą  oligarchów  świata stał się słynny  Klub Rzym- ski. Jego członkiem był późniejszy „rosyjski” premier i miliarder  „z niczego” J. Primakow (1972).

Wtedy właśnie harwardzki historyk żydowskiego pochodzenia Ryszard Pipes opracował dla administracji  prezydenta  Reagana  strategiczny program ero- zji sowieckiego molocha za pomocą dywersji w takich dziedzinach, jak polityka międzynarodowa, kultura i ekonomia. Był to na razie program „wojny propagandowej” o powolny demontaż ZSRR.  (1. „Młoda Gwardia”,  1992, nr 10 s. 84.  Zob.:  Oleg  Płatonow: „Rosja  pod  władzą  masonerii”, Moskwa  2000, s. 10. Passim)

a

Na gruncie polskim próbami siłowymi okazała się  prowokacja z grudnia 1970 roku, zakończona masakrą stoczniowców  Trójmiasta, potem w 1976 r. jedno-razowa  podwyżka  cen  żywości o 70 proc, której wynikiem stały się zamieszki w Radomiu i innych miastach7.

A jeszcze wcześniej – tzw. „wydarzenia marcowe” 1968 w Warszawie oraz „praska wiosna”  w Czechosłowacji.  Wszystkie te wydarzenia były koronkowo zorganizowanymi prowokacjami.

Na przełomie lat 70. – 80. agentura wpływu usadowiona na szczytach KC KPZ R, KGB  i  GRU, w  ekonomii  i  polityce  zagranicznej  ma już zwarty program i funkcjonuje  sprawnie. Umyka  to  uwadze  rzekomo  wszechwiedzącym  KGB i GRU, ale  to  już dziwić nie może, zwłaszcza w kontekście kariery Andropowa, wkrótce Gorbaczowa.

1. Zob. rozdział: Jaruzelski wykańcza Gierka i gospodarkę.

„Zachód”,  czyli  głównie USA, wyasygnował na „proces demokratyzacji” ZSRR 90 miliardów dolarów.  Te  dolarowe dywizje szły głównie na wspieranie setek żydowskich  agentów  wpływu usadowionych we wszystkich dziedzinach życia Sowłagru, w tym  na nowoczesny sprzęt wywiadowczy, na instrukcje, literaturę „drugiego (skąd my to znamy!) obiegu„.

W trakcie, a  nawet już po pierestrojce, świat  dziwił się tej  „nagłej”  bezkrwawej,  pokojowej  transformacji, „demokratyzacji” ZSRR. Cudownej przemianie bestii w baranka.

Arbatow , przy  ścisłej współpracy Gorbaczowa i Jakowlewa, zajął czołową ro- lę w kierowaniu procesami „transformacji” ZSRR w masę upadłościową.  Wokół  Arbatowa  skupili  się  inni  czołowi  agenci wpływu, tacy jak Koroticz, Afanasjew, Popów, Primakow.  Zwłaszcza Primakow, wkrótce  „milioner z niczego”. Dziwnym trafem, byli to w całości tego składu rosyjscy Żydzi, To jeszcze jeden , a tak naprawdę to jedyny cud sowieckiej „pierestrojki”.

Dokładnie jak i u nas. „Nasza” pierestrojka to kalka tamtej. W tym kręgu głównym rozgrywającym stawał się Gorbaczow.  Charakterystyczne, że poza tym kręgiem pozornie pozostawał Andropow.  Nie kojarzono go ze spiskowcami.  Przeciwnie, jeszcze uchodził za twardogłowego stalinowca starej daty. Partyjny  aparat  KPZR, czołowi  działacze  kultury i nauki, stanowili otoczkę, zewnętrzny pierścień tego rdzenia.

W Polsce już mieliśmy za  sobą rzekomo  spontaniczną eksplozję  „Solidarności”, umowę sierpniową, stan wojenny, nikomu jeszcze nieznane tajne rozmowy  Kuronia  i  Wałęsy  z  SB  w  sprawie  przejęcia władzy przez żydomasoński KOR, podczas gdy w ZSRR trwała gigantyczna praca agentury wpływu.

W latach 1989-1992 odbyło się  w  ZSRR ponad 50 „naukowych konferencji” w czołowych  ośrodków ZSRR – w Moskwie, Rydze,  Leningradzie, Swierdłowsku, Woroneżu, Tallinie, Wilnie, Irkucku, Tomsku. W  samej  Moskwie  odbyło się sześć takich instruktażowych konferencji.

KGB  i  GRU nie reagowały. Straciły rewolucyjną czujność! Oficjalnie  wszyscy  z  mocą akcentowali, na  czele z Gorbaczowem, „przewodnią” rolę partii. Ukochane dziecko GRU, organizacja pod nazwą  „Narodowy udział  w  demokracji” (przewodniczący A. Wajnsztejn),  finansowała  działalność  Instytutu Sacharowa, który propagował:

— 1984 r. – działalność na rzecz „praw człowieka” — 1986 r. – działalność „wolnych uniwersytetów” (skąd my to znamy!).

W 1990 roku specjalny fundusz Kongresu USA finansuje działalność tzw. „Mię dzynarodowej parlamentarnej grupy Wierchownogo Sowieta SSSR”.

Konsoliduje się czołówka przyszłego reżimu pijaczyny Jelcyna, marionetki żydowskich oligarchów: Popow, Starowojtowa, Połtorianin, Muraszow, Stankiewicz, Gajdar, Boczarow, Jawlińskij, Bołdyriew, Łukin, Czubajs, Nyjkin, Szabad a także główni promotorzy wyboru Jelcyna na prezydenta: Urmanow,  Wiriutin,  Rzeźnikow,  Andrejewskaja,  Nazarow  oraz czołowi przedstawiciele prasy i telewizji.

I znów, dziwnym trafem, wszyscy, dokładnie wszyscy tu wymienieni mieli po- chodzenie „jerozolimskie”.

Gorbaczow  już jako gensek KPZR znał doskonale przebieg i programy szeroko zakrojonej „pierestrojki” ZSRR w wykonaniu tej piątej kolumny.  Nie  sprzeciwiał  się  niczemu. Przeciwnie, dyskretnie  roztaczał nad tą robotą parasole ochronne.  KGB  go  o  tej  kreciej  robocie  informowało wielokrotnie, bowiem ta machina wciąż jeszcze „rabotała” rzekomo proradziecko.

W 1990 roku meldował mu o tym  przedstawiciel  KGB  Kriuczkow, o czym pisała „Sowietskaja Rossija” w 1992 (21 X) i 1993 roku (29 V).

Wydarzenia  toczyły  się już lawinowo. Do gry wchodzi Fundacja Sorosa i jego liczne agentury „pozarządowe”. Pilotują tę robotę tacy agenci wpływu  jak J. Afanasjew redaktor naczelny pis- ma „Znamia” – G. Bakłanow, ideolog pierestrojki –  Zasławskaja, sędzia Trybunału Konstytucyjnego Ametystów.

W szóstym numerze pisma „Znamia” (1989) Soros już jawnie nawołuje do wal ki  z rosyjskim „nacjonalizmem„, upatrując w nim wielkie niebezpieczeństwo dla światowych sił „demokracji”. I znów  –  identycznie  w  Polsce: „nacjonalizm”, „szowinizm”, „ksenofobia”  i, ma się rozumieć, „antysemityzm”.

Cała czołówka rosyjskiej „pierestrojki”, to żydomasoneria.  Pierwsze  związki  i kontakty żydowskich liderów KPZR z masonerią zachodu, datują się na długo przed faktyczną pierestrojką, już w latach 60. i 70.  Pierwszy kontakt z masonerią zachodu Gorbaczow nawiązał podczas prywatnego  urlopu  we  Włoszech, gdzie prężnie działały loże masońskie na czele ze słynną lożą „P-2″. Jakowlew wszedł w konspiracyjne związki z masonerią w Kanadzie.  Spotykał się tam z masonem Pierre Trudeau, premierem Kanady.

Pierwsze wzmianki o masońskiej inicjacji  Gorbaczowa pojawiły się w 1988 ro- ku  w  niemieckiej prasie i w „Nowym rosyjskim słowie” z 4 października 1989 roku. Tam właśnie ukazały się zdjęcia Grobaczowa z prezydentem G. Bushem (seniorem), przekazującymi wolnomularskim „braciom” masońskie gesty nie znane „profanom”.  (1. Sowietskaja Rossija, 26 października 1992.)

Do  światowej  masonerii Gorbaczow dołączył po wstąpieniu  do Komisji Trójstronnej z inicjatywy agenta Mossadu G. Sorosa1.
To  Soros  finansował  rosyjsko-amerykański fundusz pod nazwą „Inicjatywa kulturalna”. Bardzo kulturalna, jak wynikało z jej rezultatów. Wśród  funkcjonariuszy  i  beneficjentów Funduszu Sorosa znaleźli  się  m.in. tacy wpływowi rusofobi, jak wspomniany Afanasjew, Makarow i Ametystow. Gorbaczow  stał  się  członkiem  Komisji Trójstronnej w 1989 roku, ale główny, wręcz historyczny w skutkach sabat światowej masonerii odbył się w Moskwie pod wodzą Dawida Rockefellera i członka loży Bnai-Brith Henry Kissingera2 , światowej rangi żydomasona Valery’ego d’Esteinga Giscarda oraz Nakasone.

Ze strony rosyjskojęzycznej żydomasonerii, oprócz  Gorbaczowa, w  tym  ma- sońskim  zlocie  wzięli  udział Jakowlew, Szewardnadze, Arbatow, Primakow, Miedwiediew i inni. W  rezultacie  tajnego porozumienia, zostały wtedy opracowane dalekosiężne plany  dekompozycji  ZSRR, długo jeszcze nieznane nawet liczącym się politykom i obserwatorom sceny politycznej w ZSRR.

Nie rozumieli  oni  tajnej  istoty historycznego spotkania Gorbaczowa na Mal- cie, bastionie  światowej  loży  „Kawalerów  Maltańskich” 3  z  amerykańskim prezydentem.  Malta stała się miejscem kluczowych ustaleń, które doprowadziły do demontażu Związku Sowieckiego  i  rzekomo spontanicznych przewrotów w krajach „demoludów” sowieckich.

Dodajmy, że  Gorbaczow, Jakowlew,  Szewardnadze (były szef KGB), Miedwiediew i Primakow, to członkowie Politbiura KPZR, od których wychodziły wszystkie najważniejsze decyzje polityczne Sowłagru.

Dodajmy także, że chronologicznie pierwszą strukturą masońską powołaną w ZSRR była loża żydowska Bnai-Brith. W 1989 roku „L’Arche” – żydomasoński periodyk wychodzący w Paryżu napisał,  że  w  Moskwie  w  dniach 23-29 października 1989 roku gościła delegacja francuskiego  dystryktu  tej  światowej  loży żydowskiej Bnai-Brith, w składzie 21 przedstawicieli, na czele z prezydentem dystryktu M. Aronem.

W skład powołanego wtedy rosyjskiego dystryktu Bnai-Brith  weszło  63 rosyjskich wpływowych Żydów, faktycznych twórców „rosyjskiej” pierestrojki!

1. Z powodu powiązań z Mossadem, Soros został wydalony z Węgier, skąd pochodził, a także z Rumunii i Czechosłowacji. Zob. O. Płatonow, op. cit., s. 23.
2. Jesienią 2006 roku – żyd-syjonista i mason (dod. red. polonica.net)- Kis singer  został  nieformalnym  doradcą  papieża  Benedykta  XVI  do  spraw międzynarodowych.
3. Czołowymi masonami z loży Kawalerów Maltańskich są: Jelcyn, Gorbaczow,  Bierezowski,  Jakowlew,  Abramowicz,  Szewardnadcze,  Lisowskij i Borodin.

W tym samym czasie powołali przedstawicielstwa (filie) Bnai-Brith w Wilnie i Rydze, a w późniejszym czasie  w  Petersburgu, Kijowie, Odessie, Niżnym Nowogrodzie  i  Nowosybirsku’.

Najważniejsi  członkowie  rosyjskojęzycznej  loży  Bnai-Brith, poza Gorbaczowem to: miliarder z niczego Gusińskij, Łużkow, Smoleńskij, Szajewicz, Chodorkowski  (odsiaduje  ośmioletni wyrok  za  miliardowe  grabieże podatkowych należności za ropę i gaz), Fridman, Awien i Hajt.

Te  ekskluzywną  sitwę  światowej rangi żydomasonów z Bnai-Brith uzupełnią potem następni giganci Bnai-Brith  i  innych rytów:  Czernomyrdin, Gajdar, Czubajs, Jawlinskij, Niemców, późniejszy  premier Kirijenko, Hakamada i Fiedorow.

Wymieńmy jeszcze „rosyjskich przyjaciół” Wielkiego Wschodu Francji. Są to:  Łużkow, Primakow, Karaganow, Lebied (zginął w „wypadku” helikoptera- ).

Członkami „Wielkiego Turana” (masonerii islamskiej) są: Szaimujew, Auszew i znani przywódcy czeczeńscy Maschadow i Basajew.

Takie  to  były  kulisy, tacy  to  byli  twórcy „rosyjskiej” pierestrojki, pod którą podwaliny  położył  Żyd  Andropow  i  kontynuował  jego  protegowany Gorbaczow.

Nasze rozważania o „cudzie” bezkrwawej pierestrojki zakończymy  rolą  Jana Pawła II w tej międzynarodowej operacji „zwijania” Sowłagru.

W książce Nowotwory Watykanu wykazaliśmy, że promotorem tej nominacji było światowe żydostwo ze wspomnianych dykasterii masońskich, na czele ze Zbigniewem Brzezińskim, H. Kissingerem, D. Rockefellerem, przy  współudziale kilku watykańskich kardynałów żydowskiego pochodzenia.

Kardynał Karol Wojtyła odbył  promocyjne, nieoficjalne podróże do USA i Kanady, podejmowany m.in. przez masona Trudeau.

W tym czasie ministrem do spraw  wielokulturowości  był  w rządzie Trudeau polskojęzyczny „szlachcic jerozolimski” senator Stanly Haidasz.

Odbywał on spotkania z kard. Karolem Wojtyłą także w prywatnym gronie kanadyjskich Żydów. Jedno z takich spotkań dokumentujemy fotografią nigdzie dotąd nie publikowaną.  (patrz poniżej – red. polonica.net)

a

Po wyborze kard. K. Wojtyły, senator Haidasz i Zbigniew Brzeziński byli pierwszymi gośćmi nowego papieża Jana Pawła II. 1. Zwróćmy uwagę na zbieżność  czasową tych  wydarzeń  z  „polskim”  Okrągłym Stołem  z  lutego 1989 roku. Senator Haidasz  to Wielki Mistrz Zakonu Maltańskiego Szpitalników, wyjątkowo wpływowej  w  Kościele Katolickim  loży masońskiej udającej szlachetne cele humanitarne i charytatywne, jak zresztą każda loża masońska. Na wniosek senatora Haidasza, Senat Kanady wysłał gratulacje Janowi Pawłowi II z okazji jego wyboru na papieża.

Ówczesny sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej, wybitny mason watykański kard. J. Villot1 przysłał senatorowi Haidaszowi podziękowanie za tę inicjatywę.

Historia XX wieku wciąż bezskutecznie czeka na definitywne ustalenie  zleceniodawców zamachu na Jana Pawła II 13 maja 1981 roku. Papież  sam  stwierdził, że  Agca  był tylko wykonawcą zlecenia.  Kim więc byli zleceniodawcy?  Czy służby specjalne Andropowa? On sam?

Jeżeli tak, to kłóci się ten zamach z rolą Andropowa jako zakulisowego wodza „rosyjskiej” pierestrojki. Czyżby  więc  był ten zamach rezultatem niesubordynacji KGB wobec wodza?  Wszak Jan Paweł II spełniał kluczową rolę w tajnych działaniach na rzecz de montażu Sowłagru. Po cóż więc zamach na zwolennika pierestrojki?

Same pytania i ani jednej przekonującej odpowiedzi2. Tak oto Gorbaczow – „pierestrojkowicz” z nadania Andropowa całkowicie zapanował  na  Kremlu  i  mógł przystąpić  –  etapami  – do rozbiórki Sowłagru, a tym samym do odpadania demoludów od „matiuszki” . Odbywać się to musiało w miarę bezkolizyjnie.

Efektem tego było w Polsce zamrożenie na całe 8-9 lat „demokratyzacji”, dzięki stanowi wojennemu, a przedtem metodycznemu wyrzucaniu z „Solidarności”   jej prawdziwych przywódców  i  założycieli, przez  żydowskich sprzymierzeńców  Zachodu  i  Gorbaczowa, na  czele z „bandą czterech”  – Michnikiem, Kuroniem, Mazowieckim i Geremkiem.

Szło  im  jak  po  sznurku, od  Moskwy  po Berlin Wschodni, bo mieli w cuglach Wałęsę. Dopiero  po  takim  „wstępie”  wyjaśnia  się,  dlaczego  na stanowisko rzekomo głównego  rozgrywającego  w  „Solidarności” desygnowano Wałęsę, oscylatora pomiędzy  Bezpieką  a  „Solidarnością”, który niszczył  i  wyrzucał ze Związku radykalniejszych „gojów”, bo przeszkadzali w „pokojowej transformacji”  Pol- ski  i  całego bloku, bo myśleli  i działali w kategoriach dobra robotników, Pol- ski, a tamci w kategoriach żydolewackiego internacjonału . Jednocześnie otrzymujemy pośrednią odpowiedź na dotąd nie rozstrzygnięte pytanie: czy Jaruzelski i Kiszczak musieli wprowadzić stan wojenny?

1. Posądzany o otrucie papieża Jana Pawła I.
2. Szerzej i więcej na te fascynujące pytania – w książce autora ” Rosja we krwi i nafcie, która się ukaże latem 2007.

I na drugie pytanie: czy Sowieci weszliby do Polski, gdyby Jaruzelski odmówił „towarzyszom radzieckim” wprowadzenia stanu wojennego? Przesłanki wyłożone w tym rozdziale wskazują na to, że:

– Jaruzelski  musiał wprowadzić stan wojenny. W  przeciwnym  razie  jego los byłby nie do pozazdroszczenia.

Musiał  wprowadzić  stan wojenny również dlatego, że nigdy w całej swojej karierze, w żadnej sprawie, nawet nieskończenie mniej ważnej niż stan wojenny, nie powiedział swym kremlowskim mocodawcom: „NIET!”

Gdyby  nawet  odmówił,  to  Sowieci  i  tak  by  nie weszli, czego gwarantem był sam Andropow i totalnie zażydzone struktury KGB, przygotowane przez And- ropowa  do  historycznej  rozbiórki  Sowłagru  decyzją  światowego syjonizmu, któremu w budowaniu wszechświatowego globalizmu w miejsce wszechświatowego komunizmu, już od dawna przeszkadzał skostniały stalinowski aparat partyjnych mamutów z czasów rewolucji żydobolszewickiej 1917 roku. Niewprowadzenie  stanu  wojennego  spowodowałoby niekontrolowaną erozję władzy sowieckiej w Polsce metodą strajków, interwencji ZOMO, ogólnego chaosu, ale bez siłowej kontrrewolucji. Zmierzalibyśmy do tego samego finału jak po stanie wojennym – do Okrągłego Stołu.

W latach 1980-1981 Jaruzelski stał się postacią w pewnym sensie tragiczną: gdyby odmówił, jego nie tylko kariera starego agenta NKWD, ale i jego życie byłoby realnie zagrożone . Towarzysze radzieccy wszak umieli te sprawy załatwiać bezszelestnie, a zdrada światowej ojczyzny proletariatu zwykle kończyła się strzałem w tył głowy lub spożyciem „ciastka z kremlem”.

Generał Jaruzelski jak zwykle mijał się z prawdą wmawiając Polakom, że stan wojenny  był  mniejszym złem niż wejście „Wani” i że Sowieci stawiali to wejście jako nieuniknioną alternatywę rezygnacji ze stanu wojennego.  Z omówionych tu powodów Andropow i potem jego masoński następca Gorbaczow nigdy by się nie zdecydowali na rozpętanie w Polsce „drugich Węgier” z 1956 roku czy Czechosłowacji z 1968 roku.

Czy  jednak  Jaruzelski,  Kiszczak  i  pozostali  z esbeckowojskowej junty wiedzieli, co tak naprawdę dzieje się podskórnie w Sowłagrze? To mianowicie, że  zachodzą  tam zasadnicze przesunięcia sił na korzyść pełnej  dominacji KGB i władca imperium Andropow całkowicie wykluczył zbrojną  interwencję, bo  to  by  naruszyło dominację KGB  i oddało władzę i dawną rangę armii, nadto zamroziłoby na czas nieokreślony od dawna zaplanowaną „pierestrojkę”?

Na to pytanie nie otrzymamy odpowiedzi nawet  od samego Jaruzelskiego, bo krętactwo i kłamstwo stanowiło podstawowy rys jego osobowości. Można jednak pokusić się o założenie, że  rządząca  klika jednak nie rozumiała tej dalekosiężnej strategii i celu Kremla, jego głównego lokatora. Reżim sowiecki jeszcze za czasów „wczesnego” Gorbaczowa przynajmniej werbalnie kreował bowiem pozory kontynuacji stalinowskiego monolitu. Gorbaczow w  ówczesnych wystąpieniach posługiwał się twardą retoryką stalinizmu. Mówił o wiecznie żywym komunizmie, o nieuchronnej klęsce kapitalizmu. W tym samym tonie paplała „Prawda”.

Jaruzelski  mógł  śledzić  dość czytelne personalne przegrupowania sił na korzyść KGB, czy jednak już wtedy trafnie rozpoznawał ich dalekosiężny cel, ja- kim  był  pokojowy  demontaż  Sowłagru  siłami  zażydzonego, agenturalnego KGB  i  partii, będącej  już  tylko  atrapą  dawnej  KPZR? Można w to wątpić, ale pewności brak. Propagandową retorykę swych kremlowskich mocodawców Jaruzelski zawsze przyjmował jako nieodwołalne prawdy. Utwierdzać go w tym mogła zwłaszcza retoryka Gorbaczowa.

Jeszcze na dwa tygodnie przed XXVII  zjazdem  KPZR, w wywiadzie dla komu- nistycznego francuskiego „L’Humanite”, Gorbaczow stanowczo zapewniał, że w ZSRR nie istniał żaden stalinizm:

– Stalinizm  to  pojęcie  wymyślone przez wrogów komunizmu, aby  oczerniać  ZSRR  i  cały socjalizm 1.

Te słowa padały pięć lat po wprowadzeniu stanu wojennego! Jeszcze bardziej betonowo przemawiali generałowie Andropowa  i  on  sam aż do  swojej  śmierci  w 1984 roku. Tak  więc  Jaruzelski  mógł  wierzyć w tamten i późniejszy bełkot Andropowa i globalisty Gorbaczowa. Tym bardziej, że był to miód na jego serce, stalinowca oddanego komunizmowi na śmierć i zakłamane do końca życie.

Przecież  wszystko  zależało, w  tym jego życie, od trwałości i potęgi Wielkiego Brata. Gadając o niezniszczalności komunizmu, Gorbaczow w tym samym czasie czynił  wiele  na  rzecz  rozbiórki światowej ojczyzny proletariatu.  Potwierdził to swoją  postawą  już  po pomyślnym zakończeniu swej misji, nagle zamieniając się w ideowego, fanatycznego piewcę globalizmu, wolności, „demokracji”, wolnego rynku, uniwersalnego masońskiego „Humanizmu”   i  New Age. (1. „Praw da”, 8 lutego 1986.)

W „Newsweeku” z 19 września 1998 roku, kiedy już dawno opadły z niego ma- ski werbalne, a  ze  Związku Sowieckiego  żelazna  kurtyna, Gorbaczow ogłosił swoje credo:

Rozwój świata jest możliwy tylko przy poszukiwaniu konsensusu dla wspólnego budowania,  tak jak my (globaliści – H.P.)  kroczymy do Nowego Porządku Świata. To o czym mówimy, jest jednością w różnorodności1.

Gorbaczow otrzymał  od  rządu amerykańskiego, w podziękowaniu za pokojowe  rozbicie  Związku Sowieckiego  ranczo po byłej bazie wojskowej w Presidio koło San Francisco w Kalifornii.

Logo  tego  presidio   jest  identyczne  z masońskim logo tzw. Zjednoczonej Inicjatywy.
Gorbaczow   został  prezydentem  Międzynarodowego  Zielonego   Krzyża (Green Cross International) – globalistycznej organizacji Zielonych.
Logo tego Międzynarodowego Zielonego Krzyża jest identyczne z logo organizacji pod nazwą United Religions Initiative...
Ciekawe,  że  „humanistyczny”  wspólnotowy  żargon  globalizmu zaczynał już opanowywać pozornie niereformowalny „późny” Breżniew, może dzięki temu, że  jego  żoną  była  Żydówką rosyjska, a może działały nań fluidy Andropowa i jego  niewidzialnych  a  nietykalnych  protektorów zagranicznych i wewnętrznych.

Breżniew jednak nie mógł być tak otwarty, jak wiele lat później Gorbaczow. Łączył jednak mantrę socjalizmu z czymś nowym:

Sowieckie  społeczeństwo  jest  urzeczywistnioną  ideą  proletariackiego  i socjalistycznego humanizmu2.

Wiemy  aż  do  bólu, co  oznaczał w praktyce ten proletariacki i socjalistyczny „humanizm”: dziesiątki milionów ofiar żydobolszewickiego terroru w Sowłagrze.

Gdybyśmy  się  wdali w lekturę przemówień generała Jaruzelskiego z tamtych czasów  aż  po  Rakowskiego:  Sztandar  Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wyprowadzić, otrzymalibyśmy  wielce pouczające podobieństwo do tam- tych schematów oficjalnego żargonu naszych okupantów.

Należał bowiem Jaruzelski do niereformowalnych twardogłowych, a jego sztywna sylwetka jakby na zawsze dopasowała się do gorsetu duchowego.  Poszedł na konfrontację z narodem, godząc się nawet  z odstraszającą masakrą górników kopalni  „Wujek”, co  było zresztą całkowicie zbędne, nadto stało w jawnej sprzeczności z nawoływaniem do spokoju, rozwagi, jedności. Generał Kiszczak był jego twardogłowym alter ego.

Masakra  „Wujka”  wynikała  z ich bolszewickiej, agenturalnej do szpiku kości formacji duchowej: utopić  we  krwi,  rozdeptać,  rozjechać  gąsienicami  czołgów  jak na Węgrzech  i  w Czechosłowacji, choć  jednocześnie wiedzieli, że zwyczajna blokada kopalni „Wujek” w zupełności by wystarczyła do jej neutralizacji.

Gdyby Jaruzelski był inny niż Kiszczak i jego armia zbirów  z  ZOMO, MO  i SB, to  zrobiłby  wszystko, aby  z wysokości swego stanowiska skutecznie powściągać „jastrzębi” i prowokatorów Kiszczaka i jego samego.

Mord na księdzu Jerzym Popiełuszce był oczywistą prowokacją od nich niezależną, obliczoną  na wściekłość katolickiego narodu, na radykalizację nastrojów właśnie uciszanych przez konstruktywną opozycję „bandy czterech”: Kuronia, Michnika, Geremka i Mazowieckiego pod wodzą generała Kiszczaka.

No właśnie: kto zatem stał za tym mordem? Gdyby stali Kiszczak z Jaruzelskim, byłaby to akcja samobójcza. Oni  przecież wiedzieli, że nastrojów katolickiego narodu nie ucisza się mordowaniem kapłanów, jak w latach 1945-1955. Czy więc Grzegorz Piotrowski – „szlachcic jerozolimski”  działał ponad głowa- mi Jaruzelskiego  i Kiszczaka, choć za wiedzą różnych Pietruszków i Płatków, dających Piotrowskiemu jedynie logistyczną osłonę?

Na co mógł liczyć sowiecki potwór zlecając mord na popularnym kapłanie, je- żeli wiemy już, że zależało mu na łagodnej transformacji ZSRR i demoludów? Co więcej – po śmierci Jana Pawła II prokuratura i sąd włoski, które prowadzi ły  śledztwo  i  skazały Ali Agcę, zaczęły jawnie oskarżać KGB o zlecenie zamachu  na  papieża, podczas  gdy  przez 20 lat ustalenia kończyły się na „bułgarskim śladzie”.  Czy Andropow mógł skorzystać na tej śmierci?  Z  pewnością  tak, lecz  ryzyko było straszliwe! Czymś innym był mord na księdzu Popiełuszce, dokonany w Polsce, co nieuchronnie wskazywało na domniemanych policyjno-esbeckich zleceniodawców.  Breżniew  i potem Andropow jawnie przypisywali nominację kard. Wojtyły na papieża Zbigniewowi Brzezińskiemu  i jego wpływom, o czym pisałem w książce Nowotwory Watykanu.  Potwierdził to sam Brzeziński, w wywiadzie dla kanadyjskiego filmu biograficznego o Janie Pawle II. Papież powiedział do niego po konklawe: — Ty mnie wybrałeś, więc musisz mnie odwiedzić. Po upływie ćwierćwiecza wiemy o tych dwóch zbrodniach niemal tyle samo co wtedy – nadal nie znamy zleceniodawców. Znamy tylko „rękę i miecz”.

Żydowskie przysłowie mówi: Nie sztuką jest rzucić w kogoś kamieniem, sztuką jest szybko schować rękę.

Zleceniodawcy schowali ją z szybkością światła!

1. World progress is onlypossible trough a searchfor universal human as we moveforward to a new world order… What we are talking about… is unily in diwrsity.

2. Przekład z przekładu angielskiego Denissa Laurence Cudd’ego: Secular Humanizm… w „Christian World Report”, wrzesień 1989.

Ten sam Jaruzelski, który  jeszcze w latach 70. patronował usuwaniu Żydów z armii, w  stanie  wojennym  i  potem radykalnie przestawił azymuty na służalczość wobec nowych panów.  Pod groźbą izolacji reżimu w kręgach politycznych i gospodarczych Zachodu, zaczął usłużnie  zabiegać o akceptację wpływowych kręgów żydowskich w Europie i na świecie.

Występował jako przyjaciel Żydów, który rozgromił pierwszą „Solidarność”, gdyż była „antysemicka”, „nacjonalistyczna”.  Sprzyjała  kreowaniu takiego  obrazu „otwartego”  na  Zachód  Jaruzelskiego  jego  komitywa z Michnikiem.

Starając się zyskać poparcie światowego lobby, Jaruzelski oskarżał Polaków o „antysemityzm”, co  było  szczególną  podłością tego zdrajcy i zaprzańca polskości.  Są tego przynajmniej dwa nikczemne przykłady.

Jeden z nich podaje osławiony Aleksander Smolar, zaciekły wróg polsko- ści na łamach podziemnego „Aneksu” z 1986 roku (nr 41-42, s. 121)’.

Potwierdzał  takie  przykłady  żydowski publicysta z USA Michael Kaufman w książce  „Mad  dreams  saving  grace, Poland:  A Nation  in Conspiracy”, New York 1989, s. 17P.

Kaufman  opisał  tam  zachowanie  Jaruzelskiego w czasie wizyty w Polsce prezesa Światowego Kongresu Żydów Edgara Bronfmana.Pisał, że rządowi oficjele wciąż powtarzali oskarżenia, że Solidarność wyrażała antysemickie poglądy i postawy.

Tak oto sami światowej rangi Żydzi  –  syjoniści potwierdzali, że w zniszczeniu pierwszej  „Solidarności”  junta  Jaruzelsko-Kiszczkowa sprzęgła swoje wysiłki  z  polskojęzycznymi  Żydami  w  walce  z  „Solidarnością”, z jej twórcami, a nurt ten reprezentowała właśnie „banda czterech”  –  Kuroń, Geremek, Mazowiecki, Michnik  i  cały  KOR,  bastion  późniejszej Unii Demokratycznej i Unii Wolności.

Mając  dookoła  tylu  wrogów  –  w  szeregach  własnych, w wojsku, Bezpiece, w KOR i w zachodnim syjonizmie  – „Solidarność” musiało spotkać to, co ją spotkało rozbicie  od  wewnątrz,  eliminacja  jej twórców o narodowym, robotni- czym rodowodzie.  Ciąg dalszy, czyli skutki tej zmasowanej dywersji, sabotażu, pałek ZOMO i pałek propagandy medialnej polskojęzycznej i zachodniej  –  już znamy. Zapamiętajmy więc Jaruzelskiemu ten jego zakłamany, koniunkturalny filosemityzm, jego  marsz  po trupie pierwszej „Solidarności”  i po trupach wielu jej działaczy. Był  do  końca, przez całą swoją karierę agenta NKWD bezwzględny wobec słabych, śliski  jak glista wobec aktualnie silniejszych  –  wobec  żydostwa sowieckiego i potem zachodniego.  Z takimi można było wypić wiadra gorzałki, a  potem nagle zobaczyć noże wy- ciągnięte zza cholew walonek… Z  jednym tylko  –  „historycznym”  wyjątkiem  –  obradami   Okrągłego Stołu  i spiskowaniem w gabinetach SB, jak to robili Kuroń, Wałęsa. Protokoły  rozmów  Kuronia  z  esbekiem  Janem Lesiakiem, sądzonym w 2006 roku  za  „inwigilację  prawicy”,  publicysta  Stanisław  Michalkiewicz  nazwał „protokołami  mędrca Kuronia”,  co  było  werbalnym  nawiązaniem  do  słynnych „Protokołów Mędrców Syjonu”.  Ale cóż, Michalkiewicz to przecież „antysemita„, więc człek niewiarygodny.

1. Zob. J. R. Nowak: Antypolski separatyzm, „Nasz Dziennik”, 3 października 2006.

2. Tamże.

a

DRUGIE DNO PIERESTROJKI

Dokopywaniem  się  do  prawdziwych  przyczyn i celów sowieckiej pierestrojki zajmuje  się  niewielu  analityków, a  wszyscy są porażeni wirusem politycznej poprawności. Skutek  jest  taki, że  jeżeli  nawet  trafnie niektórzy z nich rozpoznawali oszukańczą taktykę i retorykę pierestrojki, to jednak zatrzymują się w połowie drogi.  Uważają, albo udają że tak uważają, iż „długi marsz” sowieckiego komunizmu do  „wspólnego domu europejskiego”  (slogany  zarówno Breżniewa, Szewardnadze i głównie Gorbaczowa) był jedynie Fatalną fikcją1, kamuflażem, genialną mimikrą, oszustwem, a najdokładniej to koniem trojańskim, w którym nie reformowalny bolszewizm chciał wcisnąć się do owego  „wspólnego domu europejskiego”.

Albo jeszcze inaczej – przenieść Sowłagier na Zachód. Połowiczność  tych  „analiz”  tkwi  w  pomijaniu roli prawdziwych  sprawców i organizatorów tej pierestrojki  –  Żydów  sowieckich  i zachodnioeuropejskich, zwłaszcza amerykańskich. W tę samą mieliznę dał się wciągnąć analityk owej pierestrojki Dariusz Rohnka w książce (zob. przypis) wydanej w Poznaniu w 2000 roku niemal konspiracyjnie, własnym sumptem, w szacie graficznej typowej dla literatury drugiego obiegu z lat 80. I taki właśnie drugoobiegowy był los tej książki  –  konia z rzędem temu, kto ją zdybie nawet w bibliotekach wojewódzkich! Powód  zesłania  tej  książki  do  łagru  niepoprawności  politycznej jest prosty – Rohnka wykazuje, że gorbaczowizm  wprawdzie  doskonale  przebrał  się w szatki i piórka żalu i ekspiacji  za  zbrodnie  bolszewizmu  traktowane jako czas błędów i wypaczeń, wyraził  szczery  żal  i chęć pokuty, ale w konfesjonał rozgrzeszając już z daleka pukał sowieciarzom szeroko pojęty „zachód”, na czele ze Sta- nami Zjednoczonymi.

Bo tenże zachód, słusznym zdaniem Rohnki,  to  zakamuflowany  endemiczny socjalizm, komunizm, trockizm  z  jego  nieśmiertelną  ideą walki permanentnej  o  światowe, nie  tylko  europejskie  zwycięstwo  komunizmu, przybranego teraz  w owe szatki demokracji, socjaldemokracji, pokojowego współistnienia, odprężenia, walki o pokój.

1. Dariusz Rohnka: Fatalna fikcja. Nowe oblicze bolszewizmu – stary wzór. Poznań 2000.

Uznanie  „demokratycznego”  Zachodu  za komunizm w nowej wersji, za nowy totalitaryzm, to grzech główny Dariusza Rohnki wobec politycznej poprawności, ale i jego poraziła poprawność polityczna:

nigdzie  nie  znajdziemy  w  jego studium  nawet nieśmiałej sugestii, że po obydwu stronach tej gigantycznej, światowej pseudobarykady stali ludzie tej samej nacji – Żydzi.

To  przecież  oni  w  Związku Sowieckim  montowali  „pierestrojki”  w czasach, kiedy się nikomu jeszcze o tym nie  wyśniło, a  w tym zbożnym dziele wspierali ich  pobratymcy  usytuowani  we  wszystkich  decyzyjnych strukturach władzy na zachodzie: w rządach, organizacjach „pozarządowych” potężniejących korporacjach przemysłowych i światowych żydowskich finansach.

Rohnka streszczając program gorbaczowizmu, cytując jego stałe mantry propagandowe, jak m.in. „walkę z rasizmem, ksenofobią”, nigdy nie wymieni słowa „antysemityzm”. A to przecież klucz do tych, którzy pchali Związek Sowiecki do wspólnego łagru europejskiego.

Jednym z niesamowitych trików sowieckich harcowników pierestrojki jeszcze przed Gorbaczowem, było  organizowanie przez KGB  i bezpieki państw obozu socjalistycznego  tzw  „opozycji”,  kreowanie  „dysydentów„,  całych nielegalnych organizacji politycznych, etc. Cel tych prowokacji był podwójny:

— uprzedzić powstawanie prawdziwych narodowych organizacji opozycyjnych i odpowiednio ukierunkować ich programy; — stworzyć  przez  to pozory, że  system sowiecki  jest już słabowity, bo nie potrafi poradzić sobie w swój wypróbowany sposób  z takimi  „dysydenta- mi”  i  związkami dysydentów.

Poletkiem doświadczalnym, a wkrótce wzorcowym, był „dysydentyzm” w Polsce.  Drogą takiej właśnie prowokacji zrodził się m.in. żydowski KOR. Setki postkoszernych  „opozycjonistów”  wywodziły się z twardego jądra stalinizmu, beriowszczyzny  w  Związku Sowieckim i bermanowszczyzny w Polsce: synale prominentów komunistycznych.

Oni nie ginęli w podejrzanych okolicznościach, jak setki naiwnych gojów.

Oni pisali  prace  magisterskie  w  „więzieniach”  (jak Michnik), oni  spoty kali  się potajemnie z Bezpieką jak Kuroń.

I oni wreszcie, co jest ostatecznym dowodem na tę mimikrę „opozycji demokratycznej”  –  stawali  się  potem  władcami zdemokratyzowanych demoludów, czego  znów  znakomitym, niedoścignionym  przykładem stała się Polska „posierpniowa” .

I znów  dziwnym trafem, głównymi rozgrywającymi stali się odtąd funkcjonariusze niedawnego aparatu terroru, którzy mając szafy spuchniętego od dowodów  agenturalności  świecznikowych  „opozycjonistów„,  bezwzględnie  nimi sterowali, a sami przeskakiwali na lukratywne stanowiska i pozycje właścicielskie w najcenniejszych perełkach majątku narodowego, zamienianego właśnie w masę upadłościową przez „opozycję” z KOR i okolic. Te  ponure  prawidłowości  postaramy  się  udokumentować  w szeregu odrębnych rozdziałów tej pracy.

Publicysta Stanisław Michalkiewicz w artykule  Pocałunek Almanzora,1 relacjonuje swoją rozmowę ze znanym publicystą politycznym Gwidonem Sormanem na temat „opozycji” w krajach demoludów, heroicznie bijących się o wolność i demokrację w tychże demoludach. Sorman opowiadał, że ilekroć prezydent Mitterand (jeden z czołowych maso- nów  europejskich, kryptokomunista  pod  przykrywką socjalisty),  odwiedzał kraje socjalistyczne, to zawsze życzył sobie spożyć śniadanie z jakimś miejscowym dysydentem. W Bułgarii powstał kłopot:

– Kiedy miał odwiedzić Bułgarię, ambasada francuska w Sofii gorączkowo poszukiwała jakiegoś dysydenta, ale bezskutecznie.

W  desperacji ambasador zwrócił się do tamtejszego MSW, które odpowie-działo, że żadnych dysydentów w Bułgarii nie ma.

Aliści po paru godzinach zadzwonił telefon z MSW, że dysydent jest.

Dostarczono go więc na śniadanie. Potem, już po  „aksamitnej rewolucji” w Bułgarii,  ten „dysydent śniadaniowy”, właśnie  jako  sławny dysydent, został wysokim dygnitarzem państwowym.

Wypisz – wymaluj jak w Polsce.  Z tą jednak różnicą, że u nas mieliśmy wprost zatrzęsienie takich „dysydentów”. Nic  to  dziwnego,  wszak  pierestrojka  pokojowa  w  demoludach miała się zacząć w Polsce. W 1956 roku na pierestrojki, na „transformacje ustrojowe” i zwijanie Sowłagru  było  jeszcze  dalece  za  wcześnie, a  jednak zafundowano nam preludium, coś w rodzaju „rozpoznania bojem”, czyli krwawe wydarzenia czerwcowo październikowe.

Sprowokowała je Służba Bezpieczeństwa, a niepodważalnym dowodem na to  były  liczne  „piegi”  od  kul  na  budynku  SB,  atakowanym  i  spalonym przez tłum.  Skąd „tłum” miał broń?

Gdyby  prezydent  Mitterand  zażyczył  sobie  podczas  wizyty  w  ZSRR  spożyć śniadanie z  udziałem  jakiegoś wybitnego sowieckiego „dysydenta”, zapewne zasiadłby z nim Andrzej Sacharow.

To  wręcz  pokazowy,  reprezentacyjny  „dysydent”. Sumienie demokracji. Męczennik za demokratyzację Sowłagru, a  jednocześnie wielki zwolennik tzw. ustrojowej konwergencji, o której za chwilę.

Jego rola jako świecznikowego „dysydenta” została wpisana przez KGB w długofalowe cele sowieckiej strategii, w tenże   „długi marsz”1.

1. „Najwyższy Czas” nr 7, 17 II 2001. Almanzor: ar.: al.-Manzur – „Zwycięski”, przy domek wielu muzułmańskich władców i wodzów, zwłaszcza drugiego kalifa Abbasydów – Abu abdallah al. Mansur (754-75)  i  hadżiba (naczelnika dworu) kalifatu Kor- doby, wroga chrześcijan.

Imię Almanzora utrwalił A. Mickiewicz w balladzie „Alpuhara” z poematu Konrad Wallenrod (1828). Zob.: W. Kopaliński Słownik mitów i tradycji kultury, 1987, s. 33.

W całej „dysydenckiej” publicystyce Sacharowa, współtwórcy bomby wodorowej, nie znajdziemy niczego, co by mogło wtedy szkodzić Sowietom. Jako popularyzator tzw. „teorii konwergencji”, która przyniosła mu sławę może większą niż bomba wodorowa, mógł zaszokować każdego wnikliwego czytelnika zasadami owej konwergencji.

Zaskoczenie wynikało z dychotomii pomiędzy jego oficjalnym statusem „dysydenta pod nadzorem”, a tym co pisał:

– Narastająca  w  krajach  socjalistycznych  walka ideowa między siłami stalinizmu i maoizmu  z  jednaj strony i realistycznie zorientowanej siła- mi  komunistycznej  lewicy  leninowskiej  i „lewych zachodniowców”, doprowadzi do zasadniczego rozgraniczenia ideowego w skali międzynarodowej, państwowej i wewnątrzpartyjnej…

Zatrzymajmy się przy tej sekwencji wywodów Sacharowa.

Okazuje się, że Sacharow nie widział „w krajach socjalistycznych”, po nasze- mu demoludach, „narastającej walki” o wyzwolenie spod okupacji sowieckiej , tylko walkę ideową pomiędzy stalinistami a leninowską „konstruktywną lewicą”  i  „lewymi zachodniowcami”.

Polecam  pamięci  Czytelnika  t frazę Sacharowa, gdy polskojęzyczna „lewica leninowska”,  a  ściślej trockistowska pod wodzą J. Kuronia, Michnika i pozo- stałych  z  KOR,  będzie  starała  się  ucywilizować polski komunizm, nadawać mu „ludzką twarz”; przebudowywać a nie niszczyć.

Starsi pamiętają to słynne Kuronia:

– Nie palcie Komitetów! Zakładajcie własne!

Kuroń  wiedział, że  płynie  na  licencjonowanej przez Bezpiekę fali przemian, teorii konwergencji  znanej wtedy tylko takim jak on, Michnik i Geremek, którzy  na  tajnych konwentyklach w ścisłym gronie Schaffów, Kołakowskich, Żółkiewskich, a potem podczas szkoleń na zachodzie, dokąd wyjeżdżali bez najmniejszych  przeszkód, poznawali  tajniki zbliżającej się walki nie o zniszczenie komunizmu  i  Sowłagru światowego proletariatu, tylko o jego pokojową prze- budowę, pierestrojkę.

Kuroń i jego paka w łonie pierwszej Solidarności  lali oliwę na wzburzone fale polskiej  nadziei  na wolność, a  wspierał  ich w tej robocie posłuszny „zdalnie sterowany” ciemniak Lech Wałęsa. Pacyfikowali  strajki, wolne  związki zawodowe, usuwali po kolei radykalnych patriotycznych  gojów  ze struktur gdańskiej Solidarności; siali pomówienia i oszczerstwa na nich; niszczyli związkową drukarnię – krwiobieg każdej rewolty sięgający dalej i głębiej niż zakładowy radiowęzeł.

Wykażemy to w następnych rozdziałach.  Nawet dziś,  25 lat później, dotyka się tylko powierzchni tej roli „kuroniady”.

1. O tej roli Sacharowa pisze Anatolij Golicyn w książce New Lies for Old.

Nazywa  się  ją  „trockistowską„,  czyli  optującą  za  permanentną   rewolucją Bronszteina-Trockiego.

Można by to od biedy uznać za prawdę, gdyby ze słowa rewolucja usunąć przedrostek „re”, aby zostało ewolucja! Pierestrojka, a w jej trakcie – konwergencja.

Sacharow:

– Proces ten doprowadzi zarówno  w  Związku Sowieckim, jak i w innych krajach socjalistycznych, do systemu wielopartyjnego i ostrej walki ideologicznej, do polemik, a w następstwie do ideowego zwycięstwa realistów, do utrwalenia orientacji na pokojowe współistnienie…1

Sacharow nawołuje więc do powstania systemu wielopartyjnego, a to przecież stanowi  podstawę  każdej  pseudodemokracji  zachodniej, bo wielopartyjność to  warunek mącenia w partiach i między partiami na korzyść niewidzialnych sterników, co także wykażemy dalej na przykładzie losów tzw. partii prawicowych po 1990 roku w Polsce.
O  jakich  to  „realistach”  mówi Sacharow, których  zwycięstwo  w przyszłości jest jego zdaniem nieuchronne?
Są nimi wszyscy „realiści”, przekonani, że tak dalej być nie może, a ZSRR  mu- si się zdemokratyzować na wzór zachodni.

W następnym akapicie Sacharow nie pozostawia już żadnych złudzeń:

Stany Zjednoczone  muszą  się stać państwem komunistycznym, a to samo przecież głosił towarzysz Lenin, prawiąc o nieuchronności nastania zrazu „Stanów  Zjednoczonych  Europy”, a  następnie „Stanów  Zjednoczonych Świata”.

Tę mantrę będzie powtarzał do znudzenia Gorbaczow już w roli byłego genseka, masona – globalisty.

Sacharow:

– Natarczywe  postulaty  życiowe  społecznego  postępu i pokojowego współistnienia, nacisk  wewnętrznych sił postępowych (klasy robotniczej  i inteligencji)  i  przykład krajów socjalistycznych doprowadzi w Stanach Zjednoczonych i innych krajach kapitalistycznych  do zwycięstwa  lewicowego, reformistycznego skrzydła burżuazji, która w swej działalności przejmie program zbieżności  z socjalizmem, to znaczy pójdzie na reformy  społeczne, pokojowe  współistnienie  i  współpracę  z  socjalizmem w skali  ogólnoświatowej  oraz  na wprowadzenie zmian strukturalnych do zasady własności prywatnej.

Częścią  tego  programu  będzie  poważne  zwiększenie  roli inteligencji i walka z siłami rasizmu i militaryzmu…

  • Jakiego rasizmu?
  • Jaki ma związek „walka z siłami rasizmu”  z  walką o zmiany strukturalne , z walką z militaryzmem?
  • Komu,  jakiej  to  „rasie”  zagraża  rasizm  tak  radykalnie,  że  Sacharow  w swym memoriale musi go napiętnować z takim zdecydowaniem?

Czy aby nie chodzi tu tylko i wyłącznie o rasizm „antysemicki”,  bo  przecież i on sam jest  stuprocentowym  rosyjskojęzycznym Żydem.  Sacharow  nie  mógł sobie otwarcie pozwolić na użycie słowa „antysemityzm”.

1. Andrej Sacharow: Rozmyślania… Zob.: D. Rohnka, passim.

To by rażąco osłabiło uniwersalizm jego wołania o walkę z  „rasizmem”, uczyniło ją partykularną prywatą na rzecz nowej rasy panów. Wreszcie pada słowo „konwergencja”:

– Konwergencja socjalistyczna doprowadzi do wygładzenia różnic strukturalno-społecznych, do  rozpowszechnienia się wolności intelektualnej, rozwoju nauki i sił wytwórczych, powstanie rząd światowy, osłabną na- rodowe przeciwieństwa…

Tu Sacharow wykłada karty na stół i kawę na ławę:

celem jest „powstanie rządu światowego” i „osłabienie narodowych przeciwieństw” – czytaj: zniszczenie państw narodowych, rzekomo odwieczne go zarzewia wojen.

Na początek uściślijmy treść słowa „konwergencja”.  Pochodzi ono od średniowiecznołacińskiego słowa convergo  –  skłaniam się ku czemuś: zbieżność, tworzenie zbieżności.  W odniesieniu do konwergencji komunizmu i kapitalizmu oznacza to wzajemne zbliżenie postaw, idei, systemów ekonomicznych, struktur własnościowych. Nie tylko zbliżenie: wzajemne przenikanie, wymiana polityczno-gospodarczo-ideowych pryncypiów komunizmu i kapitalizmu.

Dzięki temu powstanie nowa jakość; pośrednia, inna od obydwu w praktyce ustrojowej i gospodarczej „trzecia droga”.

Ani komunistyczna ani kapitalistyczna, taki  sobie  klon z  probówki, twór  in vitro. Okazuje  się, że  idei konwergencji komunizmu i kapitalizmu nie wymyślił ani Sacharow, ani Gorbaczow, ani  tym bardziej enkawudziści Andropow i Szewardnadze. Istniała ona od dawna, szczególnie  modna  w  okresie „rewolucji 68″, a  kiedy pokolenie  tej  rewolucji  symbolizowanej  przez  Clintona,  francuskiego  Żyda Cohn-Bendita, u nas przez polskojęzycznych Kuroniów i Michników doszło do władzy, konwergencja stała się ciałem, przerażającą  rzeczywistością  zwłaszcza współczesnej Europy, a szczególnie w skutkach dramatyczną w Polsce. Faktycznym ojcem idei konwergencji był pozornie zapomniany Antonio Gram sci (1891-1937), włoski  komunista, filozof,  politolog, wraz z Palmiro Togliat- tim1 współtwórca i pierwszy przywódca Włoskiej Partii Komunistycznej. W 1929 roku aresztowany przez rząd Mussoliniego i skazany na 20 lat więzienia, resztę  życia  spędził w celi. Tam  pisał, ale  presja odosobnienia, warunki więzienne nie  pozwalały mu stworzyć zwartego systemu nowego marksizmu, ale wystarczająco jasno skodyfikował nieuchronną jego zdaniem konieczność konwergencji komunizmu i kapitalizmu i w wyniku tego – przeobrażenie kapitalizmu w zmodyfikowany komunizm.

1. Palmiro Togliatti (1893-1964): od 1927 r. sekr. gen. WPK, od 1925 członek Kom. Wykonawcze go Kominternu,  w latach 1926-44  na emigracji we Francji i ZSRR, dzięki  czemu uniknął losu Gramsciego.

Zwolennik parlamentarnych metod przechodzenia do socjalizmu, co u jego przyjaciela Gramsciego zaowocowało teorią konwergencji. Gramsci i Togliatti mieli korzenie żydowskie.

Ujmując  najkrócej, Gramsci  jest  prekursorem  współczesnego globalizmu na bazie pogodzonych, skonwertowanych, sklonowanych „genetycznie” (programowo) dwóch pozornych przeciwieństw – komunizmu i kapitalizmu. Idee Gramsciego zwyciężają zza jego grobu.

Dzisiejszy  świat  to nic innego jak „uszlachetniony”, skonwertowany komunizm i kapitalizm – docelowa realizacja marzeń Gramsciego: światowy rząd, globalizacja w każdej dziedzinie, unifikacja i terror politycznej  poprawności  przestrzeganej  niejako  dobrowolnie,  bez  prymitywnych łagrów, więzień, egzekucji i fizycznych form terroru.

To przecież obecna Unia Europejska. To obecna Polska, ale to wszystko stano wi zaledwie namiastkę tego, co czeka nasze wnuki. W 1920  roku Gramsci współorganizował tzw. turyńskie rady fabryczne, które w przyszłości miały stać się organami władzy proletariatu. Nastąpiły  represje, a  po  dojściu  do  władzy Mussoliniego, Gramsci salwował się rejteradą do Moskwy.
Tam, Gramsci zrażony żydobolszewskim terrorem, postawił na głowie cały teoretyczny marksizm-leninizm. Uznał, że to nie byt – jak w marksizmie – kształtuje świadomość, tylko odwrotnie – to świadomość determinuje byt.

Stąd  jego  taktyczny  wniosek, że  rewolucja nie może się ograniczyć do obalenia rządów i tępego terroru. Musi odnieść zwycięstwo przede wszystkim w sferze świadomości, wartości; złamać kulturową, intelektualną dominację klasy rządzącej.
Powinien więc być prowadzony długofalowy „Długi marsz”, wojna pozycyjna. Wojna o umysły i postawy1.

Do  takich  wniosków  skłoniła Gramsciego obserwacja roli chrześcijaństwa, w nim zwłaszcza Kościoła katolickiego we Włoszech. W  tym  katolickim  państwie  społeczeństwo  miało  od dziewiętnastu wieków wszczepione  katolickie  antyciała odrzucające wszystko, co nie mieściło się w Dekalogu, w odwiecznych kanonach wartości.

Komunistów, którzy by zdołali obalić siłą władzę państwa katolickiego, czeka ła  izolacja, masowy, w  tym  nawet zbrojny opór, a  złamany, mógłby przejść w bierne formy oporu, w „emigrację wewnętrzną” – dokładnie taką, jak to miało miejsce w katolickiej Polsce w latach 1944 – 1990, co Gramsci mógł obserwować już tylko z czeluści piekieł, gdzie jego dusza wylądowała niechybnie jako śmiertelny wróg chrześcijaństwa.

1. A. Gramsci: Pisma wybrane, W-wa 1961.

Charakterystyczne, że to właśnie u progu lat 60. zostały w Polsce wydane jego Pisma. To  wtedy  w Związku Sowieckim potajemnie kiełkowały praktyczne działania na rzecz „konwergencji”. Zapewne najbardziej uważni czytelnicy jego „ teorii” nie  zdawali  sobie  wtedy sprawy z tego, że przyjdzie im oraz ich dzieciom żyć w warunkach praktycznego zwycięstwa „konwergencji”.

Pisał:

– Cóż może przeciwstawić klasa  nowatorska  temu  gigantycznemu kompleksowi szańców i fortyfikacji klasy panującej?

Musi mu przeciwstawić ducha rozłamu, czyli  stopniowego  zdobywania własnej świadomości historycznej, ducha rozłamu…  wszystko  to wymaga stopniowej  pracy  ideologicznej, a pierwszym jej warunkiem jest dok- ładna znajomość terenu badań (światopoglądu chrześcijańskiego – H.P.) i  w  ogóle  wszelkie  dawne  (dawno powstałe, ale wciąż istniejące – H.P.) koncepcje świata (…), niezmordowanie powtarzać własne argumenty (…),

powtarzanie jest bowiem środkiem dydaktycznym, działającym najskuteczniej na umysłowość ludu (…). Nasza doktryna nie jest doktryną zbuntowanych niewolników, jest to doktryna władców, którzy w codziennym trudzie przygotowują broń, by zapanować nad światem.

Zapanować  nad  światem – toć to przecież duch trockizmu-leninizmu, wiecznie żywy, tylko  modernizowany na bolesnych przykładach bezowocności terroru żydobolszewickiego. No i ten duch rozłamu!  Oszczędzimy  Czytelnikowi cytowania licznych fragmentów osławionych Protokołów Mędrców Syjonu, powstałych  przed narodzinami Gramsciego  – ma- my  tam  apologetykę  owego ducha rozłamu we wszystkich dziedzinach życia gojów, a już szczególnie w sferze ducha i w jego bastionie – katolicyzmie.

Tak oto otrzymujemy pouczającą lekcję totalnej destrukcji w cywilizacji chrześcijańskiej, wtedy jeszcze tylko zachodniej .

Klatki  tego  filmu  odwijają  się  nam  wstecznie, cofamy  się  w czasie, ale idea jest ta sama i tożsama.

Zacznijmy od współczesności:

— dzisiejszy  globalizm, bezkrwawy  eurołagier,  wojna z chrześcijaństwem na wszystkich frontach w już post-chrześcijańskiej Europie zachodniej;

— w  latach  60.  rodzi  się  idea „zwijania”  Sowłagru  jako nieudacznika w opanowywaniu  świata  przez  jedynie  słuszną  doktrynę – to  już  Stalin  ją zdradził, porzucając ideę wojny permanentnej o władzę nad światem.

Otorbił  ZSRR  żelazną  kurtyną  i stamtąd siał destrukcję, która nie mogła odnieść  sukcesu, bowiem  na  przeszkodzie  stały  chrześcijańskie  kanony milionów Europejczyków i nie tylko;

— następna klatka filmu – Lenin i Trocki. Postawili  na  prymitywny krwawy terror, zresztą  do  tego  poniekąd zmuszeni, bowiem masa bezwładności  carskiego  prawosławnego  narodu  była zbyt wielka, a czas zbyt naglił, aby  bawić  się w jakiś „długi marsz do mózgów”: preferowali strzały w tył głowy;

— szerzej  widział  zadania  komunizmu  Trocki, stawiał  na rewolucję nie skokową tylko permanentną, o skali terroru przewyższającej wszystko co dotąd widziała i przeżyła ludzkość.

Ale  mózgi  gojów –  jeszcze nie  roztrzaskane  strzałami w tył głowy – a było ich ponad sto milionów w samej Rosji – funkcjonowały według starych wartości, według starego rosyjskiego ducha.

Oleg Płatonow w książce Pod władzą Bestii1 pisał:

– Rosja rozpadła się na większość narodu, głównie włościan, nosicieli tysiącletniej tradycji rosyjskiej cywilizacji.

Druga  część  to  ogłupione  hasłami  pacyfistycznymi  i socjalnymi 5-10 proc. ludności, składające  się  z  przeciwników rosyjskiego duchowego i religijnego dziedzictwa i agresywnych mniejszości, głównie Żydów.

Rozpad  dokonał  się  według  schematu, który  w  XIX wieku przepowie- dział Fiodor Dostojewski w Biesach.

Symbolizował to Wierchowienski – przestępców, sadystów  i morderców uosobionych w postaci Fiedki Katorżnego.

Dalej Płatonow przypomina jednym a informuje innych, że  zwycięska żydowska szumowina skoncentrowała  się na rozbijaniu tradycyjnych struktur państwa  uosobionych  w  Cerkwi  prawosławnej, co  na  tamtym  etapie dokładnie wpisywało się w późniejsze postulaty Gramsciego: struktury  państwa  należy rozbić nie tracąc czasu, ale potem czeka ich „długi marsz” do umysłów.

Leninowcy-trockiści wybrali krótszą drogę – nagany i strzały w tył głowy.  To błąd i droga donikąd według Gramsciego.

Płatonow:

– Władzę w Rosji przechwyciła grupa masońskich spiskowców, przyjąwszy nazwę  „Wremiennogo prawitielstwa”  –  Rządu Tymczasowego2.

Na zjeździe (marzec 1917 – przyp. H.P.) postulowano oficjalne ujawnienie masońskiej  władzy  nad  Rosją  i  wejście we współpracę z lożami innych państw.

Sprzeciwili się temu ujawnieniu starzy rosyjscy masoni, żądając  pełnego  utajnienia  obecności  masonów  we  władzach. Wszyscy  członkowie Rządu Tymczasowego, poza Kartasewem i Wierchowskim, byli wolnomularzami…

A był to zaledwie wstęp, przedsionek piekła, pucz masoński, który wkrótce ustąpił leninowskim rzeźnikom na masową ludobójczą skalę. Tego Gremsci nie mógł akceptować.  Nie z humanitaryzmu, tylko bezsensu takiej taktyki. Zadanie miał zresztą ułatwione.  Pisał  z  dystansu  kilkunastu lat praktyki żydobolszewickiej i w dalekiej Italii, tym gigantycznym muzeum humanizmu, sztuki, starożytności. I religii katolickiej.

1. Pod włastiu zwieria. Z cyklu Spisek przeciwko Rosji. Moskwa. Ałgoritm 2005. 2. Rządu żydomasona Aleksandra Kiereńskiego (1881-1970).

Od  wczesnych  lat  60. dzieła  Gramsciego, jego koncepcje konwergencji nagle ożyły. Stały się bardzo popularne, bo jego idea konwergencji komunizmu i kapitalizmu  zaczęła  „długi  marsz”  ze  wschodu  na  zachód i z zachodu na ws- chód.

Gramsci „odkrył”  bowiem  prawidłowość  socjologiczną  banalnie oczywistą – ogromną, rozstrzygającą rolę instytucji i instancji pozarządowych, takich jak religijne, społeczne, kulturowe. Twierdził, że  warunkiem  trwałego  zwycięstwa  komunizmu  jest  zapanowanie  w  tych właśnie obszarach, w płaszczyźnie ducha, postaw, przekonań, poglądów. W tym celu jest niezbędny wspomniany „długi marsz” przez instytucje. Jakimi szlakami? Którędy? Odpowiadał – właśnie poprzez instytucje kreujące postawy i poglądy – przez media, których tak jeszcze nikt nie nazywał; przez uniwersytety, centra władzy i kultury. A  wszystko po to, aby zniszczyć, poddać erozji tradycyjne fundamenty stabilności  narodowej  i  kulturowej,  głównie  właśnie  religię  katolicką  i  w   ogóle chrześcijańską, a w nich tradycyjną moralność, rodzinę, harmonię międzypokoleniową. Rozejrzyjmy  się  dokładniej po obecnej rzeczywistości.  Czyż  gramscizm  nie święci pełni swego zwycięstwa?

Rzeczywistość  przełomu wieków czyni z Gramsciego najskuteczniejszego komunistę XX wieku: religia, zwłaszcza katolicka dogorywa w kruchtach opustoszałych kościołów  i  dusz, choć w Polsce jeszcze trzyma się całkiem mocno, a co czyni ją właśnie w Polsce przedmiotem fanatycznych ataków.

Na instytucję rodziny idą ataki ze wszystkich stron; m.in. poprzez feminizm mający odebrać kobiecie rolę matki, żony, westalki domowych ognisk.

Skłócanie, antagonizowanie dzieci z rodzicami, rodziców z dziećmi, prok lamowanie „praw dziecka„, odbieranie rodzicom wpływu na wychowanie, kult szkolnego „luzu”, obowiązkowe nauczanie o „seksie”  i  jak ostatnio w Europie zachodniej  –  o homoseksualizmie jako czymś „naturalnym”.

Niszczycielski  pochód  gramscizmu  trwa  już  ponad trzydzieści lat. Stanowi ideologię elit. To  one, poprzez  swoją  potęgę  wcielają  go  w życie, atakują tam, gdzie ojciec jest jeszcze ojcem, matka matką, dziecko dzieckiem rodziców i cała trójka sta nowi integralną komórkę społeczną o formacji narodowej, chrześcijańskiej.

Wielopłaszczyznowa  erozja chrześcijaństwa, zwłaszcza katolicyzmu, trwają- ca nieprzerwanie od czasów Soboru Watykańskiego II osiągnęła takie rozmiary i skutki, że z pewnością przekroczyła ona najśmielsze marzenia Gramsciego i antykościelnych tajnych dykasterii. Tragicznym  w  skutkach faktem jest odejście ostatnich papieży od ich funda- mentalnej obrony Kościoła, przed niszczycielskimi nowinkami. Obserwuje się w ciągu ostatnich czterdziestu lat prowadzone na wielką skalę wprowadzanie niszczycielskich innowacji właśnie przez papieży. Czasową granicą demarkacyjną był przedsoborowy stan Kościoła. Trwał  on w stanie rozkwitu. Nie wymagał żadnych zmian.

Obecny  papież  Benedykt  XVI, były  wieloletni  prefekt  Kongregacji Doktryny Wiary, w 1988 roku przyznał:

– Sobór  Watykański  nie  jest  traktowany jako część całej żywej tradycji Kościoła, lecz jako koniec Tradycji, jako nowy początek startujący z punktu zerowego.

Widział to już papież Paweł VI, co jednak nie skutkowało najmniejszymi próbami ratowania Kościoła przed destrukcją.  Stwierdzał on już w 1968 roku, że Kościół znajduje się w stanie autodestrukcji ,  a  więc sam  Kościół  niszczy  swoje fundamenty, a jego niszczyciele znajdują się wewnątrz, a nie zewnątrz Kościoła.

Autodestrukcja  prowadzana  przez wielu hierarchów Kościoła miała charakter wyjątkowo podstępny. Formalnie nie odrzucono żadnego przed-soborowego dogmatu, żadnego artykułu doktryny wiary. I  oto  nagle, w  ciągu zaledwie kilku lat po Soborze II dokonały się radykalne, wręcz  rewolucyjne zmiany w Kościele, wszystkie  usprawiedliwiane  „duchem soborowym”, „otwarciem” na współczesny świat.

Nikt w Kościele nie daje  do dziś przekonującej diagnozy przyczyn katastroficznego porzucenia stanu kapłaństwa i szat zakonnych przez dziesiątki tysięcy księży, zakonników i zakonnic.

W samym Kościele rozpanoszyli się jawni heretycy – teologowie  i  nikt ich nie usiłował ani dyscyplinować, ani ekskomunikować,  poza  jednym H. Küngiem, któremu zakazano wykładów w uczelniach katolickich.

W awangardzie nowinkarstwa soborowego znajdował się ówczesny kardynał Karol Wojtyła, który wśród ojców soborowych cieszył się zadziwiającą sympatią i poparciem, Jego postawy i propozycje były wybitnie anty tradycyjne.

W amerykańskim „Commonweal”, tuż przed beatyfikacją papieży Jana XXIII i Piusa IX w 2000 roku, tak  oto  zbilansowano liberalizm Jana Pawła II i pod- sumowano jego niszczycielski pontyfikat:

– Wielki  absurd  nadchodzącego  wydarzenia  (beatyfikacji  wspomnianych papieży – H.P.) może być wychwycony, gdy rozpoznamy to, że za- równo Jan XXIII  jak  i  Pius IX  byliby  potępieni  za  swe  idee i za swoje słowa, jeśli by je wyznali w czasie, gdy Pius X był u władzy’.

To, co zewnętrzni wrogowie Kościoła nie zdołali osiągnąć od wieków, w ciągu kilku  dziesięcioleci  uczynili  jego  wrogowie  wewnętrzni.

Oto w skrócie opis gruzów, w jakie zamieniono Kościół i wiarę w ciągu zaledwie 40 lat, realizując m.in. „długi marsz” do nihilizmu.

1. „Commenweal„, 12 sierpnia 2000. Cytuje autor eseju na ten temat Lech Maziakowski w Bibule, piśmie wychodzącym w Waszyngtonie, z kwietnia 2004, numer 18.

Nowa liturgia, w tym głównie Msza Święta nie ma żadnego umocowania w Tradycji.  Liturgia  w  nowym „rycie”,  w  językach narodowych, z kapłanem tyłem do Tabernakulum, z  Sakramentem przyjmowanym na stojąco, potem  „na rękę”:

— Prawdziwa destrukcja tradycyjnej Mszy św. w tradycyjnym rzymskim rycie, stanowi całkowitą destrukcję wiary…1

— Zniszczenie szacunku dla Najświętszego Sakramentu, Jego transcendentne go przesłania – poprzez Komunię na rękę, świeckich szafarzy i szafarki.

— Brutalna  likwidacja  łaciny we Mszy Św. – uniwersalnego  języka  wspólnoty Kościoła.  Minęło  zaledwie kilka lat od czasu Soboru, gdy papież Paweł VI za- kazał Mszy łacińskiej, trydenckiej.

— „Ekumenizm” jako niszczycielskie narzędzie protestantyzacji Kościoła katolickiego, a poprzez tę protestantyzację – jego judaizację.

Przykładem są wspólne modły z odszczepieńcami, sekciarzami i innymi „religiami”, uprawiane w Asyżu przez Jana Pawła II.

To   przekreślenie  nienaruszalności  zasady   Extra  ecclesia  nulla  est  salus, przejawiające się zwłaszcza w „dialogu” katolicko-żydowskim.

Pius XI w encyklice Mortalium animos pisał, że tzw. spotkania międzyreligijne katolików z wyznawcami innych religii są „zawsze zabronione”:

– Jedność może powstać tylko z jednego autorytetu nauczycielskiego, jednego prawa wiary, jednej wiary Chrześcijan.

Na Soborze Florenckim (1438) dekretowano:

– Poganie, Żydzi, heretycy i schizmatycy są poza Kościołem katolickim i jako  tacy  nie  mogą  wziąć  udziału  w  życiu wiecznym, chyba że przed śmiercią dołączą do jedynego prawdziwego Kościoła Jezusa Chrystusa: Kościoła Katolickiego.

Jak więc  –  zapytajmy otwarcie  –  zostałby potraktowany przez Ojców florenckiego soboru, Jan Paweł II, animator takich „spotkań międzyreligijnych”?

– Nowa ewangelizacja to wylęgarnia przeróżnych nurtów i ruchów „neokatechumenalnych”, „charyzmatycznych”.

– Zuchwała akceptacja teologii tzw. „uniwersalnego zbawienia”.

1. Klaus Gamber, zob. Bibuła, s. 8.

– Powszechny proces modyfikowania Pisma Świętego, eliminujący „niepoprawne” wersety, negatywne wobec żydów1.

– „Demokratyzacja  Kościoła”  –  odmawianie papieżowi Władzy Piotrowej, za czym zaciekle gardłowali tacy heretycy, jak Hans Küng, o. Karl Rahner, o. Y. Congar i wielu innych.

– Zamienianie  teologii  w  socjologię, czyli  antropocentryczne rozumienie człowieka i przypisywanie mu boskości.

– Redefinicja  pojęcia  misji  katolickich:  z walki o dusze pozostające poza Kościołem, w pojęcie humanitarnej pomocy, czyli odrzucenie Apostolstwa Kościoła katolickiego.

– Likwidacja  muzyki  polifonicznej  wraz  z  chorałem  gregoriańskim jako fundamentem muzyki liturgicznej w Kościele.

Promuje  się modernistyczną kakofonię zamiast  muzyki  polifonicznej, która  „uzmysławiała  maje-stat miejsca i świętość obrzędów”  –  jak powiedział papież Pius IX w 1928 roku.

Chorał  i  polifonię zastąpiono muzyką „nowoczesną” z rockiem, popem, big-beatem i gitarami, nie wyłączając radosnych pląsów przed ołtarzem podczas Mszy św.

– Nowa estetyka kościołów – niszczenie odwiecznych elementów architektury  wnętrz  świątyń, które  tworzyły atmosferę skupienia, kontemplacji, majestatu Wiary.

Dzisiejsze kościoły przypominają hale, baraki, sale sportowe i widowiskowe. W środku brak ławek (składane krzesła), klęczników, konfesjo-nałów, rzeźb i obrazów wyrugowanych pod pretekstem walki z kultem „idolatrii”.

Ołtarz  ustąpił  stołowi  biesiadnemu,  bo  Msza św.  to  już  nie mistyka Przemienienia Pańskiego, tylko biesiada „na pamiątkę” Ostatniej Wieczerzy.

Rozwalono,  zwłaszcza  w  USA  dostojne  ołtarze,  zniszczono  wystrój wnętrz kościelnych, poniszczono wiekowe witraże  –  wszystko  za milczącą zgodą Stolicy Apostolskiej w czasach pontyfikatu Jana Pawła II.

– Homoseksualizm i pederastia, molestowanie dzieci, to plaga stanowiąca ostatni gwóźdź do trumny Kościoła katolickiego.

Rzymskokatolicka diecezja Davenport w USA, 11 października 2006 ro ku ogłosiła swoje bankructwo. To już czwarta diecezja w Stanach Zjednoczonych, która  nie  jest  w stanie spłacić należności z tytułu zasądzonych odszkodowań dla ofiar molestowania seksualnego przez księży.

Ordynariusz tej diecezji biskup William Franklin poprosił wiernych o modlitwę w intencji diecezji mówiąc:

– Mimo dobrej pracy wykonywanej przez wiernych diecezji w zwiastowaniu Ewangelii  o  Jezusie Chrystusie,  zarówno  w przeszłości, jak  i teraźniejszości  znajdujemy  się  obecnie  na  rozdrożu  z powodu czy- nów  oraz  ich  zaniechania  przez  ludzi,  którzy spowodowali wielką tragedię w życiu wielu członków naszego Kościoła.

Następnie sam podał się do dymisji.

1. Polskojęzyczny ks. prof. M. Czajkowski (anty-ksiądz – polonica.net) domagał się zmiany tytułów niektórych rozdziałów i podrozdziałów Pisma Świętego.

Wspomniana  diecezja  ma jeszcze przed sobą 25 następnych spraw sądowych z tytułu molestowania dzieci. „Bohaterem”  jednej z nich był ordynariusz Sio- ux City bp Lawrence Soens.  Miał molestować 15 chłopców.

Oto  liczby  obrazujące „długi marsz”  katolików  amerykańskich  do „nowego Kościoła”:

— 72 proc. katolików twierdzi, że można być dobrym katolikiem nie przestrzegając nauczania Kościoła w sprawach tzw. regulacji poczęć.

— 65 procent nie zgadza się z nauczaniem Kościoła w sprawach rozwodów i powtórnych małżeństw.

— 53 proc. amerykańskich „katolików” nie zgadza się z Kościołem w  sprawach „aborcji”.

— co czwarty nie wierzy w Zmartwychwstanie.

Przerażające są postawy „katolickich” nauczycieli w USA:

— aż  90 proc.  amerykańskich  nauczycieli  szkół  podstawowych  mieniących się katolikami nie  zgadza się z nauczaniem Kościoła  w sprawie stosowania antykoncepcji.

— 79  procent  z  nich  nie  wierzy  w  działanie Ducha Św. przy spisywaniu Ewangelii.

— 57 proc. nauczycieli uważa, że kapłaństwo nie musi być przypisane tylko mężczyznom.

— 26 proc. nie wierzy w życie pozagrobowe.

— 13 proc. nie wierzy w Zmartwychwstanie.

— 9 proc. nie wierzy w boskość Chrystusa.

— 2 procent nie wierzy w Boga!

Przy wzrastającej liczbie nominalnych „katolików” w USA, w latach1965-2002 liczba  księży  zmniejszyła  się  o  22 proc. Z  30.992 księży katolickich w USA w 2000 roku,  tylko  27 tysięcy pracowało w parafiach  i  aż 16 tysięcy z nich pochodziło z obcych krajów.

Praktycznie więc te 16 tysięcy kapłanów było w USA na misjach!

W 1965 roku w USA był tylko jeden procent parafii bez księdza, a w 2002 roku liczba parafii bez księży wzrosła o 500 proc.

Pomiędzy  latami  1965  a  2002  spadek liczby kandydatów do kapłaństwa wyniósł 90 proc!

Wystarczy?  Chyba tak.

Długi  marsz  przez instytucje w ramach konwergencji kapitalizmu w komunizm i komunizmu w kapitalizm, zakończył się w połowie drogi  – w Europie Zachodniej. Tam jest jeszcze gorzej. Gramsci zwyciężył.

Ku  pokrzepieniu  serc  przywołajmy  słowa  Prymasa Tysiąclecia  Stefana Wyszyńskiego:

– Kościół  posoborowy (…), Kościół,  którego  Credo  staje się elastyczne, a mentalność relatywistyczna (…).

Kościół na papierze, a bez Tablic Dziesięciorga Przykazań! 

Kościół, który  zamyka  oczy  na  widok  grzechu, a za wadę uważa bycie tradycyjnym, zacofanym, nienowoczesnym1.

Na pogrzebie Prymasa Tysiąclecia nie krzyczano: Santo subito!  Nie  było  ta- kich transparentów.

Ten Prymas już wtedy był nienowoczesny. Staroświecki, tradycjonalistyczny.  Nie pasował dogramscizmu w Kościele, do tajfunu „aggiornamento” – otwarcia. Stał obok długiego marszu przez instytucje Kościoła. Patrzył na to z przerażeniem.

Kiedy czyta się oceny skutków „długiego marszu przez instytucje” w Ameryce , wypowiadane przez zatrwożonych duchownych i normalnych czyli niezależnych  analityków,  odruchowo nasuwa się podobieństwo z ofensywą „długiego marszu” przez Polskę, choć skala inwazji na Kościół w Polsce, to zaledwie za- powiedź spustoszeń, jakie nas czekają nieuchronnie, bo pod rygorem wdrażania nihilizmu Unii Europejskiej, tej nowoczesnej formy eurołagru komunistycznego.

Oto  jezuicki  teolog,  członek Fundacji im. kardynała Mindszentiego o. John A. Hardon:

– Pod koniec dwudziestego wieku obserwujemy najpoważniejszy kryzys chrześcijaństwa w historii.

W mojej ocenie, w centrum tego kryzysu znajduje się głęboka penetracja marksizmu  w  życie  naszego  kraju. Myślę, że  mogę  powiedzieć  jeszcze więcej. 

Nasza Ojczyzna jest państwem marksistowskim. Czy mogę to powiedzieć jeszcze mocniej?  Stany Zjednoczone Ameryki są najpotężniejszym marksistowskim państwem na świecie2.

Ktoś  by  pomyślał, że  ten  Gramsciego „długi marsz przez instytucje”  omijał instytucje  kościelne. Wręcz przeciwnie – właśnie upodobał sobie marsz przez instytucje kościelne. Ponurym przykładem jest doktrynalna kondycja np. Zakonu Jezuitów, co szeroko przedstawiłem w książce Nowotwory Watykanu.  Od tego czasu marsz ku samozagładzie tego zgromadzenia zakonnego trwa z coraz większą, coraz bardziej diaboliczną siłą i rozpasaniem. Oto  prestiżowy  jezuicki  Georgetown  University  w  Waszyngtonie:  kardynał Francis Arizne,  prefekt  watykańskiej  Kongregacji  Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, wygłasza  tam 17 maja 2003 roku odczyt, w którym potępia homoseksualizm. Kadra profesorska uniwersytetu na znak protestu jak jeden mąż opuściła salę wykładową, następnie 70 profesorów w liście otwartym zaatakowało kardynała i nauczanie Kościoła w aspekcie zboczeń homoseksualnych, które przecież expressis verbis są potępione w Ewangelii i to kilkakrotnie.

1. W homilii wygłoszonej w katedrze warszawskiej 9 kwietnia 1974 r. 2. John A. Hardon: Marxisms influence in the USA Today. Mindszenty Report, sierpień 1998. Cytuje D. Rohnka.

Tacy są dzisiejsi jezuici, przynajmniej amerykańscy, niegdyś intelektualna elita całego Kościoła katolickiego!1 W osobnym rozdziale o niszczycielskiej roli prezydenta  Aleksandra Kwaśniewskiego w „Trzeciej RP”  informujemy,  że  po  zakończeniu jego tragicznej dla Polski  prezydentury,  został  zaproszony  na cykl wykładów przez tenże Georgetown University, gdzie przedtem uczone gawędy wygłaszali czołowi globaliści, wrogowie  Kościoła  i  państw  narodowych, propagatorzy homoseksualizmu i podobna fauna.

Ojciec Hardon stwierdził, że najbardziej zaciekłe ataki idą w USA w stronę instytucji  rodziny  poprzez propagowanie i wdrażanie tzw. emancypacji kobiet, rozumianej jako ich  „prawo”  do  wycofywania  się z życia rodzinnego i opieki nad  dziećmi  oraz  na rzecz niszczenia niegdyś niezbywalnych praw rodziców do wychowania swych dzieci.

Pamiętamy, jak za niedawnych rządów SLD przez cztery lata szalały znane aż do obrzydzenia  „cioty rewolucji” obyczajowej w rodzaju Szyszkowskiej, Seny- szyn, Jarugi-Nowackiej (szły w pochodzie homoseksualistów w Warszawie) i Małgorzaty Blidy. To zaledwie początek.  Hannibal (dopiero) antę portas.

Paul Weyrich, prezes Fundacji Kongresu Wolności (ale tej prawdziwej), pisał w liście do sympatyków organizacji:

– Ideologia politycznej poprawności, która otwarcie wzywa do zniszczenia  naszej  tradycyjnej  kultury,  tak  dalece zawładnęła naszym życiem politycznym, naszymi instytucjami („marsz przez instytucje” się kłania – H.P.), że jej zgubny wpływ dotarł nawet do instytucji Kościoła.

Całkowicie opanowała środowisko akademickie (…). Zwolennicy politycznej poprawności, którą bardziej trafnie można określić jako „kulturo- wy marksizm”.

Gorbaczow już jako były gensek  Sowłagru mógł stwierdzić, że  społeczeństwo amerykańskie dojrzało do zmian. I wiedział co mówi.

Gramsciego „długi marsz przez instytucje” do tego czasu zrobił swoje:  homoseksualizm,  aborcja,  eutanazja, „śmierć  religii”, antropologiczna konwergencja człowieka w Boga, to historyczny sukces ideowych spadkobierców Marksa, Lenina i Gramsciego.

Gorbaczow:

– Potrzebujemy nowego społeczeństwa, nowej cywilizacji i konwergencji wszystkich elementów najlepszych w obu systemach.

1. Zob.: Bibuła, Waszyngton, kwiecień 2004 roku, numer 18, s. 21.

Gorbaczow  mówił  to  podczas telewizyjnego programu  „Larry King Live”  w listopadzie 1994 roku, a Gramsci gdyby mógł, biłby mu brawo w piekle. Brytyjska premier M. Thatcher, po „babsku” konserwatywna, czuła co się święci, gdy  mówiła o zagrożeniach ze strony paneuropejskiego molocha, federacji państw połączonych wspólną konstytucją, wspólnym prezydentem,wspólnym parlamentem i rządem.

To koniec suwerennych państw1: Realizują się Trockiego „Sowieckie Stany Zjednoczone Europy”.

To samo powtórzył Michaił Gorbaczow, poszerzając  rojenia Trockiego na ob- szary od Atlantyku aż po wybrzeża Pacyfiku.
Dalekosiężny plan „pierestrojki” zdradził  Zachodowi Anatolij Golicyn,  kiedy w grudniu 1961 roku,  jako  major KGB zgłosił się do ambasady amerykańskiej w Helsinkach i poprosił o azyl polityczny.

Golicyn zgłosił się do Franka Friberga, szefa misji CIA w Helsinkach jako major KGB Anatolij Michajłowicz Klimów.

Stało się to 15 grudnia 1961 roku. Wkrótce obaj zostali przewiezieni specjalnym samolotem CIA do tajnej siedziby CIA w okolicach Frankfurtu.

Klimów, to fałszywe nazwisko Anatolij a Golicyna.

W Helsinkach pełnił funkcję oficera kontrwywiadu w misji KGB pod przykrywką funkcji drugiego sekretarza ambasady.

Jego  ucieczka  była  rzekomo  spowodowana  konfliktem, w jaki popadł ze swym przełożonym, pułkownikiem Żenikowem na tle krytycznego raportu sporządzonego przez  Golicyna dla Centrali w Moskwie na temat pracy rezydentury w Finlandii2. Centrala  KGB  rzekomo odpowiedziała, że ma się nie mieszać do tych spraw i siedzieć cicho.  To  oznaczało  koniec kariery, rychłe odwołanie do Moskwy.

Golicyn  był  absolwentem Wyższej Szkoły Dyplomacji przy Uniwersytecie Marksizmu-Leninizmu oraz Wyższej Szkoły Wywiadu KGB (kontrwywiad)

Pełnił m.in.  funkcję  szefa departamentu kontrwywiadu przeciwko USA w Centrali;  był rezydentem  w Wiedniu,  a po powrocie – w latach 1958-1960 głównym analitykiem do spraw NATO.

Wydał kilka książek do użytku wewnętrznego na temat zasad pracy wywiadu i kontrwywiadu.

Inteligentny, wyniosły, znający języki ewoluował w kierunku raczej nauko wca niż agenta wywiadu.

Przesłuchujący go wysocy rangą oficerowie CIA i FBI byli w dużym kłopocie, aby  odcedzić  jego  prawdziwe  informacje  od  fantazyjnych zmyśleń, które  byli  skłonni  przyjmować  jako próby dezinformacji, a nie naturalnych skłonności Golicyna do konfabulacji.

1. M. Thatcher: Wykład z 29 września 1988. 2. Sebastian Rybarczyk: Demony CIA. Część II.  Zob.:  http://http://www.abonet.com.pl/ypl/arty-kul.php?art/id= 1376-token. Także w: Józef Darski: O dezinformacji komunistycznej, W-wa 1989 oraz: Anatolij Golicyn: New Lies for Old, Londyn 1984 r.

Odpowiedzialnym  za  rozmowy  z  Golicynem  był  spec od tajnych operacji w Dziale  Planowania  Richard Helms,  a  wspierali  go  w  tym  Raymond Rocca szef analityków kontrwywiadu CIA Newtona („Scotty”), Miller i sam szef szefów  –  Angleton. Golicyn  domagał  się  bezpośredniej  rozmowy z prezydentem Kennedym, ale się tego nie doczekał.  Kilka lat później spotkał się z jego bratem Bobim.

Główne rewelacje Golicyna sprowadzały się do czterech wątków:

— KGB przygotowała dalekosiężną strategię pokonania demokracji zachodniej bez walki militarnej — wywiady  państw  NATO  są  spenetrowane  przez zdrajców pracujących dla KGB — KGB wyśle fałszywych  dezerterów  z zadaniem skompromitowania wiedzy Golicyna oraz jego samego — KGB  planuje  zamach na jednego z przywódców Zachodu. Czołową rolę w  bezkrwawej  inwazji  na demokracje zachodnie KGB przypisał dezinformacji.

Golicyn wyszczególnił główne kierunki tej dezinformacji:

— powołanie frontów politycznych z zadaniem współdziałania między komunistami a socjalistami  i socjaldemokratami Zachodniej Europy, a tak- że komunistami  i nacjonalistami w krajach Trzeciego Świata i aktualizację działań na rzecz wyparcia USA z Europy

— wyparcie krajów Zachodu  z Afryki i Azji, w przyszłości także z Ameryki Łacińskiej

— istniejącą równowagę  sił  militarnych  przechylić na  korzyść  Związku Sowieckiego

— wywołanie sztucznych konfliktów w bloku sowieckim  –  między ZSRR a Jugosławią, ZSRR a Rumunią, ZSRR a Chinami

— stworzenie teorii rzekomej walki na Kremlu pomiędzy „gołębiami” i „jastrzębiami”

— tworzenie stałego wrażenia, że komunizm się reformuje i demokratyzuje.

Nie był gołosłowny. Dostarczył dziesiątki dokumentów i analiz z powołanego w 1959 roku Departamentu „D” KGB, przemianowanego potem na Służbę „A” w I Zarządzie Głównym (wywiad).

Metody osiągania tych celów:

— infiltracja służb wywiadowczych przeciwnika

— pozyskiwanie i szkolenie agentów wpływu w mediach, uniwersytetach i innych ośrodkach opiniotwórczych („marsz przez instytucje”)

— wspieranie ruchów pacyfistycznych, czyli osławiona „walka o pokój”

— kreowanie kontrolowanej „opozycji”

— inicjatywy rozbrojeniowe pod pretekstem „walki o pokój”

Rewelacje  Golicyna  potwierdzone  w  całości przez wydarzenia w następnych dwóch dziesięcioleciach, przyjmowano  wtedy nieufnie, może  z powodu trudności w odcedzaniu jego fantazji od faktów.

Rezerwę  zachowała zwłaszcza FBI, kiedy  to w czerwcu 1962 roku spotkali się z nim: szef  kontrwywiadu  FBI  do spraw sowieckich  Don Moor, jego zastępca William Branigan, William Sullivan  –  szef działu  wywiadowczego  i jedyny w tym gronie, znający  język  rosyjski  pracownik tego działu Aleks Potanin. CIA reprezentował Angleton. Golicyn mówił ponad godzinę, lecz agenci FBI pozostali sceptyczni. W  raporcie  z  tej  rozmowy znalazły się wyłącznie negatywne opinie o samym Golicynie i jego „teoriach”.

Moor uznał go za faceta nieprzystępnego, odmawiającego pełnej współpracy z FBI. Za agenta, który  wie  bardzo wiele, ale  to „wiele” zachowującego dla siebie, na później1. Golicyn nalegał na spotkanie z Hooverem, szefem FBI, ale się nie doczekał. A przecież  Golicyn rozpoznał i podał im nazwiska wszystkich agentów KGB z ambasady w Waszyngtonie i stałego przedstawicielstwa ZSRR w ONZ. Wspomniał też o kilku innych, ale  wiedzę o nich zachował dla siebie na kilka dalszych miesięcy. Poinformował,  że  do Anglii przybył Rosjanin, który osiadł blisko lotniska i planuje w przyszłości akcje sabotażowe.

Anglicy poszli tym tropem i wytypowali podejrzanego.

Okazał się nim niejaki  Sokołow-Grant ożeniony z Brytyjką Rosjanin, przybyły tam pięć lat przedtem, ale ustalono, że  Sokołów nie był poszukiwanym szpiegiem, albo  dopiero znajdował się na liście KGB  do werbunku i na skutek tego został zapamiętany przez Golicyna. Strategię dezinformacji opracował były szef KGB Aleksander Szelepin. Polegała na stwarzaniu pozorów, że  ZSRR jest słaby i rozbity wewnętrznie, w demoludach  wrze  podskórnie,  piętrzą  się  trudności  ekonomiczne,   zatem ZSRR z konieczności porzucił imperialne ambicje, a światu zagraża tylko partyjny post stalinowski beton…

Golicyn  zapowiedział  rządy  Breżniewa,  interwencję  w  Afganistanie,  akcje przeciwko „dysydentom” zostaną potępione, podobnie jak rządy Noyotnego2.

Partia podejmie reformy ekonomiczne na wzór jugosłowiańskich lub całkiem zachodnich. Otwarte zostaną kluby polityczne dla bezpartyjnych.

Czołowi „dysydenci” powołają jedną lub więcej partii alternatywnych po zorujących wielopartyjność.

Cenzura zostanie ograniczona. Pojawią się kontrowersyjne książki, filmy, sztuki teatralne.

Do  ZSRR  powróci  z Zachodu wielu autorów. Obywatele uzyskają większe możliwości podróżowania do Europy zachodniej.

1. Słusznie uznał,  że  jeśli „wystrzela” całą amunicję, zostanie odsunięty na boczny tor. 2. Antonin Novotny, pierwszy sekretarz KC KP Czechosłowacji i prezydent, od cza- sów przedwojennych agent Kominternu, w 1948 roku (luty), przyczynił się do zdławienia próby  obalenia ustroju komunistycznego, powtórzonej 20 lal później  z podobnym skutkiem.

Golicyn „przewidział” także pojawienie się Gorbaczowa.  Nie jego konkretnie, lecz genseka, który  obierze  szeroki  kurs na liberalizację  i zbliżenie z Zachodem. Określił go mianem sowieckiego Dubczeka1. Wybuchnie fałszywa walka wewnętrzna o władzę, Andropowa zastąpi młody gensek, który będzie intensywnie kontynuował liberalizację. Wiemy teraz, że tym gensekiem okazał się Gorbaczow, pupil Andropowa kreowany do tej roli od dawna. Wyłania się zatem kluczowe pytanie:

— czy Golicyn wiedział, że wszystkie te przemiany nie będą w gruncie rzeczy mistyfikacją, zasłoną dymną, tą właśnie „dezinformacją„, tylko autentycznym  ruchem,  marszem  ZSRR  na Zachód, który  właśnie rozpoczynał swój  marsz  „na wschód”, ku  marksizmowi  w nowym wydaniu, „z ludzką twarzą”, w ramach tejże konwergencji, która za kilka lat stanie się sztandarowym modelem młodzieżowych ruchów kontestacyjnych w 1968 roku?

Jeżeli Golicyn  wiedział, że  nie  będą  to żadne mistyfikacje tylko autentyczna pierestrojka, co potwierdziła praktyka następnych 20-30 lat, to zapewne poinformował  o  tym  swych rozmówców z CIA i FBI, ale ta super tajna informacja nigdy  dotąd  nie  przeniknęła  do mediów, do wiadomości milionów ludzi śledzących  ze  zdumieniem późniejszą pierestrojkę i „głasnost”, zakrawające na istny cud!

Czy więc  –  postawmy  to  pytanie jako zuchwałą hipotezę  –  Golicyn wcale nie „zbiegł”  na zachód, tylko został tam wysłany celem przekazania tej super tajnej  tajemnicy  już  wtedy  dogadującego się  ze sobą Wschodu i Zachodu, czyli globalistów z obydwu stron tej pozorowanej barykady?

Słabym punktem takiej hipotezy jest ujawnienie przez Golicyna zbyt wielu tajemnic ówczesnego Sowłagru. Ale, z  drugiej strony patrząc, to ujawnienie znakomicie go uwierzytelniało w oczach starych szulerów z CIA i FBI.  Coś za coś. Stara zasada wywiadów. W  akcjach  dezinformacji  miały  wziąć  udział  zarówno służby specjalne, jak też  środowiska  opiniotwórcze   oraz  celowo  organizowana  i   kontrolowana „opozycja”, ruch „dysydencki”.

1. Aleksander Dubczek (Dubćek 1921-1992). Od 1929 do 1938 przebywał  z rodzicami w Moskwie, agent sowiecki, od 1939 r. członek KPCz, 1968-1969  I  Sekretarz KP Cze- chosłowacji, inicjator „praskiej wiosny” sprowokowanej przez Zachód, podobnie jak „wydarzeń marcowych” w Polsce.  Po  interwencji sowiecko-polskiej wywieziony do Moskwy, lecz nie zamordowany.

Analitykom  tych  tajnych  planów  zdawało się, że to pułapka (jak D. Rohnkemu), tymczasem  był to świadomie podjęty „długi marsz” skompromitowane- go  bolszewizmu  ku  bramom  kapitalizmu, długi  marsz z gałązką pokoju, ale na warunkach wzajemnej konwergencji.

Proklamowano „odprężenie”, czyli  zawieszenie ognia jako warunek wspólne- go marszu ku sobie po wyjściu z okopów. Zachód (USA) rewanżował się pomocą materialną i finansową  – płynęły szerokim strumieniem pożyczki i zboże. Gierek  także  brał  pożyczki  i  jego  dworzanie  z pewnością nie domyślali się, skąd ta nagła szczodrość niedawnego wroga.

Henry Kissinger  w  wywiadzie  udzielonym  Radkowi Sikorskiemu  wprawdzie twierdził, że była to świadoma polityka „kija i marchewki„, ale tak naprawdę, był to „haracz” za oszukańczą maskę „ludzkiej twarzy” sowieckiego komunizmu. W 1980  roku  doradca  ekonomiczny Gorbaczowa Abel Angabegian  przedstawił mu dane, z których wynikało, że wzrost gospodarczy Sowietów jest zerowy. Osiem lat później CIA ustaliła, że informacje te były celowo fałszywe, dezinfor mująceale kogo dezinformujące? Kiedy  my w Polsce w 1981 roku liczyliśmy  na śmiertelne zmagania Sowiecji  z „demokratycznym”  Zachodem, Breżniew podczas wizyty w Niemczech powie dział jakże obiecująco:

– Cokolwiek by nas dzieliło, mieszkamy we wspólnym europejskim domu 1.

W  tym  samym czasie zadawaliśmy sobie dramatyczne pytanie:  Wejdą czy nie wejdą?!   Po  co jednak  mieliby wchodzić na gąsienicach czołgów do tego „wspólnego europejskiego domu?”

Za  czasów  Gorbaczowa  ten  „wspólny europejski dom” stał się monotonnym sloganem, skwapliwie  podchwyconym  przez  zachodnioeuropejską  elitę elit, która już wiedziała co jest „grane” na szczytach.

Formuły  o  „wspólnym europejskim domu”  po  raz  pierwszy użył Gorbaczow podczas przemówienia w brytyjskiej Izbie Gmin  –  był 1984 rok. A my musieliśmy jeszcze czekać  ponad  cztery lata, aby wtajemniczeni w bezpieczniacką „konwergencję” polityczni oszuści zasiedli do Okrągłego Stołu   i udawali, że  spierają się  ze swymi „starszymi braćmi” o kształt przyszłej Pol- ski.  Był  on  tymczasem  zaklepany  na zachodzie  już co najmniej przed dziesięciu laty  i  to  w  szczegółach.  Oficjalnie  natomiast  Gorbaczow  nadal krytykował USA;

– (…) głęboka, mądra i humanistyczna europejska kultura cofa się przed prymitywnymi rozgrywkami pełnymi przemocy i pornografii2.

1. Zob.: http://.antyk.org.pl/ojczyzna/unia/zatrute-źródła-6.htm 2. Tamże.

Co  wkrótce  nie  przeszkodziło  mu  w  przeniesieniu się na stałe do kraju tego prymitywizmu i pornografii. Nadchodziła integracja Rosji z Europą. Reagan z Gorbaczowem dobili targu:  my was pokochamy, a wy zgodzicie się na zjednoczenie Niemiec. A nam się wciąż wydawało, że Rubikonem jest zgoda na Wolne Związki Zawodowe w Polsce, współwładza „Solidarności” z komunistami, „konstruktywnej opozycji” z „konstruktywną lewicą”.

Od Europy zjednoczonej po Pacyfik, od wspólnego domu europejskiego Gorbaczow szybko ewoluował na piewcę zjednoczonego globalizmu, rządu światowe go. Już w 1992 roku oznajmił:

– Świat staje się świadom faktu, że nieodzowne jest tworzenie form globalnej  administracji, w  których  uczestniczyliby  wszyscy członkowie międzynarodowej społeczności.

Tym samym potrzebne są formy globalnego systemu bezpieczeństwa. I natychmiast w te same globalistyczne tony uderzył  Edward Szewardnadze, były szef KGB, zwany w Gruzji „rzeźnikiem z Tbilisi”. Uznał, że nieunikniona staje się racjonalna organizacja ludzkiej egzystencji (egzystencjonalista!) na poziomie globalnym:

– Po raz pierwszy zaczynamy uświadamiać sobie konieczność regulowania wielu aspektów ludzkiej egzystencji na poziomie globalnym.

I o dziwo, w te same tony uderzył sławny „dysydent” sowiecki Sacharow  –  co już znamy. Ofiara systemu  i jego żandarmi nagle podają sobie ręce we wspólnym marszu do Europy i globalnego zjednoczenia. Konwergencja, spotkanie  w  połowie  drogi  po wyjściu z okopów stało się faktem. I nikogo już nie dziwiło, a powinno, że już w 1975 roku w helsińskiej pierwszej Konferencji Bezpieczeństwa  i Współpracy w Europie (KBWE) Związek Sowie- ckizostał zaproszony  do tej organizacji na prawach wspólnego głosu pod wa- runkiem respektowania „praw człowieka” w krzepkim jeszcze Sowłagrze. O prawach człowieka w ZSRR szybko zapomniano, natomiast Sowiety skutecznie  w  tym  czasie  przezbroiły  się, uzyskując  przewagę militarną nad Zachodem. Dokument helsiński sankcjonował rolę ZSRR jako głównego hegemona w Europie. Jałta i Poczdam w nowej odsłonie. Idea europejskiej struktury „obronnej” (przed kim?) zrodziła się jeszcze wcześniej i wyszła z głowy Breżniewa.

Nakłonił on swego  wezyra, rumuńskiego  Nicolae Ceaucescu, aby  w  maju 1968 roku  podczas wizyty generała de Gaulle’a w Bukareszcie, zaproponował francuskiemu prezydentowi to właśnie  –  utworzenie paneuropejskiej struktury obronnej.

Kiedy  Reagan  rok  później składał wizytę w Rumunii rzekomo znajdującej się w gniewnej niełasce Kremla, Ceaucescu złożył Reaganowi tę samą propozycję. Sformułowania o „Europie od Atlantyku do Uralu”  po  raz  pierwszy  użył  de Gaulle w okresie Zimnej Wojny, ale  uczynił  to tylko na złość Stanom Zjednoczonym, pragnął bowiem wyzwolić się spod przemożnej kurateli USA w Euro- pie.

Podchwycił to Gorbaczow wiele lat później, lecz w jakże innej intencji i konstelacji politycznej.Dziś wspólny europejski dom jest aktualny jak nigdy, ale już w innej konfiguracji strategicznej.  Wspólny  dom  od  Atlantyku do Uralu buduje Unia Europejska czyli jej lokomotywa  –  Niemcy  i  także  w  coraz wyraźniejszej opozycji do USA,  czego  namacalnym  dowodem jest rosyjsko-niemiecka rura gazowa pod dnem Bałtyku, „zaklepana”  bez  zgody Unii Europejskiej i na przekór Stanom Zjednoczonym oraz jej skundlonemu wasalowi – rządowi „Czwartej RP”.

Ten nowy pakt Ribbentrop – Mołotow  poszedł  tak ostentacyjnie na całość, że Niemcy  mają  stać  się  jedynym  redystrybutorem  rosyjskiego gazu do innych państw Unii! A mówią, że historia się nie powtarza. I  rzekomo  nigdy nie wchodzi się do tej samej rzeki.

Zbrojni  w  tę  wiedzę o tajnych porozumieniach wielkich tego świata, możemy wreszcie przejść do polskiej tragifarsy pod nazwą „Solidarność”.

Do groteskowego mitu  o obaleniu  komunizmu za pomocą  „spontanicznego” zrywu stoczniowców. I mitu o Wałęsie – jednoosobowym pogromcy komunizmu. Przechodzimy do „Trzeciej RP”, w której komuniści nic nie stracili,  a  zyskali miliardy, podobnie jak żydokomuniści sowieccy, którzy w piorunującym tempie  przechwycili  ponad 50 procent zasobów finansowych upadłego molocha, jego nieprzebrane bogactwa naturalne z ropą i gazem na czele.

Pierestrojka żydowskich enkawudzistów i kagiebistów sowieckich w światłych demokratów-globalistów-milionerów, została skopiowana w PRL-bis. Jakie to proste. I jakie smutne. Tamci  nurkują  ze  swoich  ekskluzywnych jachtów na Morzu Śródziemnym w rejonach  rajów podatkowych, a miliony rosyjskich i polskich gojów nurkują w śmietnikach.

Z piekła dochodzi chichot Lenina, Marksa, a nade wszystko Gramsciego. Golicyn  zapowiedział, że  główną  rolę  w  kontrolowanych  pierestrojkach będzie grała bezpieka. Wiedział co mówił. Właśnie rozpoczynał się wewnętrzny „długi marsz” KGB do władzy nad Sowłagrem, nad  partią  i wojskiem.

„Proroctwo”  Golicyna w pełni potwierdziło się na gruncie polskiej pierestrojki. Drogę  do  Okrągłego Stołu od samego początku torowała Bezpieka, organizując, kontrolując ruch solidarnościowy od wewnątrz i majstrując Okrągły Stół. Można  z  sarkazmem stwierdzić, że drogę do „wolności” tak naprawdę utorowała nam Bezpieka.  Trudno  w  to uwierzyć, ale tak właśnie było.  Najlepszym tego potwierdzeniem są gorzkie  żale Edwarda Gierka  i  premiera Piotra Jaroszewicza w następnym rozdziale.

W sobotnio-niedzielnym dodatku „Dziennika” „Europa” z 3 marca 2007 ro- ku, charakteryzowali Rosję Putina dwaj adwersarze: politolog Gleb Pawłowski – profesor Uniwersytetu Moskiewskiego – zwolennik Putina oraz  Władimir Bukowski,  znany  „dysydent„,  autor  wielu książek dema- skujących Sowiecję, zdecydowany przeciwnik „putinizmu”.

Wśród  przeciwstawnych  ocen w jednym się zgadzali, a uściślił to W. Bukowski:

– Unia Europejska została wymyślona po to, by socjaliści z zachodu i komuniści mogli się zjednoczyć. Po to przygotowywano tę konwergencję…

Bukowski jest w takim samym stopniu przeciwnikiem Unii Europejskiej,  jak  i współczesnej Rosji symbolizowanej przez Putina. Obaj natomiast pośrednio potwierdzili „proroctwa”  Golicyna z pierwszej po- łowy lat 60. o zbliżającej się konwergencji dwóch rzekomo wrogich sobie systemów gospodarczych, politycznych i ideologicznych – kapitalizmu i komunizmu sowieckiego. Natomiast ani jeden z tych znawców Rosji sowieckiej i posowieckiej nie odważył się postawie kropki nad  „i”  by stwierdzić, że tak naprawdę nie było rzadnej „konwergencji„, żadnego wyjścia z okopów i spotkania w połowie drogi. Była to jednostronna dalekosiężnie zaplanowana inwazja syjonistycznego globalizmu na Rosję, jej ponowne opanowanie i rozgrabienie.  Konwergencja  miała  swój  dokładny odpowiednik w posoborowej konwergencji  religii, zwanej „ekumenizmem”.
W  praktyce była to inwazja na  dogmaty wiary chrześcijańskiej, jej totalne ni- szczenie przez relatywizację.  Chrześcijaństwo wyszło z okopów z gałązką „dialogu”, a  tamci zasypali je dywanowym ogniem modernistycznego nowinkarstwa. A działo się to dokładnie jednocześnie z „konwergencją” bolszewickiego Sowłagru. C.D.N. Jesteśmy w trakcie konwersji tekstu książki i opracowywania wersji internetowej – redakcja polonica.net

Henryk Pająk

Z pełnym poszanowaniem i respektem dla autorów, wydawców i praw autorskich, w dzisiejszych czasach powszechnego przemilczania i fałszowania historii i faktów historycznych, uważamy  za  szczególnie ważną powinność i obowiązek rozpowszechniania  informacji, celem  edukacji  i  uświadamiania,  oraz bezpardonowej walki  z owymi przemilczeniami i fałszami.

Źródło: polonica.net (strona została uśmiercona przed laty przez judeochrześcijańską sektę posoborową za krytykę JPII/redakcja).

Za: http://abelikain.blogspot.com/2015/02/grabarze-polskiej-nadziei-1980-2005.html

Tags : ,

Komentowanie zamknięte.