Opublikowano Kwiecień 14, 2012 Przez a303 W Inne

Egzorcyzmy wokół żydokomuny

Za: http://www.wicipolskie.org

Dr Wojciech Muszyński

historyk, redaktor naczelny kwartalnika „Glaukopis”

O najnowszej książce Pawła Śpiewaka „Żydokomuna” jest coraz głośniej, co można było przewidzieć, gdyż poruszył on „gorący” temat. Co ciekawe, głos zabierają głównie publicyści, natomiast historycy wolą na temat tej publikacji zachować wymowne milczenie. Przyczyna tego stanu jest prozaiczna: autorska interpretacja historii á la Śpiewak ma istotny defekt: nie spełnia norm warsztatu historycznego. Publicyści zwracają uwagę, że istotną wartością tej książki jest swoiste odczarowanie terminu „żydokomuna”, stygmatyzującego do tej pory osoby, które odważyły się go użyć. W dobie panującej politycznej poprawności to rzeczywiście pozytyw i akt odwagi (choć dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego raczej nie musiał obawiać się etykietki antysemity), niestety jednak to za mało, aby książka zyskała uznanie jako rzetelne opracowanie historyczne.

Fałszywe stereotypy

Główna teza pracy Śpiewaka brzmi: tytułowa „żydokomuna” była zjawiskiem mitycznym, fałszywą plotką, która przez dziesięciolecia rzutowała negatywnie na postrzeganie Żydów w Europie, a szczególnie w Polsce. Sam Śpiewak jednak nie jest w stanie twierdzenia tego obronić, a opisując wydarzenia i fakty związane z aktywnością komunistów żydowskiego pochodzenia, wielokrotnie tej tezie przeczy. Więcej nawet, autor – zarzucając różnym osobom uleganie antyżydowskim stereotypom – sam nie potrafi wyzwolić się z równie fałszywego stereotypu, jakoby doświadczenie flirtu z komunizmem było uniwersalnym doświadczeniem polskich Żydów. Być może wynika to z jego własnych traumatycznych doświadczeń i hermetycznej jednorodności własnego środowiska – gdyż tylko takie osoby spotykał. Obraża to jednak pamięć większości polskich Żydów i Polaków żydowskiego pochodzenia, którzy z komunizmem nie mieli i nie chcieli mieć nic wspólnego.

Innym fałszywym stereotypem lansowanym przez Śpiewaka jest „kato-endecki” antysemityzm, zapożyczony od Jana Tomasza Grossa, którym próbuje tłumaczyć wszystkie konflikty polsko-żydowskie. Niestety, nie zdobył się on na samodzielne zbadanie tytułowej problematyki, nie pofatygował się do archiwów, ani nawet nie odwołuje się do dokumentów. Można odnieść wrażenie, że pisze na podstawie własnego przekonania i nie potrafi odnieść się do tematu z pozycji obiektywnego recenzenta. Jest to zatem dość sprawnie napisana publicystyka historyczna, a nie praca naukowa. Operuje w większości obiegowymi faktami i cytatami, które służą mu do udowodnienia z góry założonej tezy, że głównym powodem angażowania się Żydów w komunizm był antysemityzm. Niezbyt to oryginalne – w historiografii anglosaskiej są setki podobnych publikacji, poczynając od lat 70. XX wieku.

Śpiewak pozuje jednak na odkrywcę i z powagą głosi, że widoczna nadreprezentacja Żydów w ruchu komunistycznym podyktowana była tym, iż ten nurt polityczny stał po stronie „słabszych, wyzyskiwanych, biednych”. Komunizm był więc dobry, a żydokomuna to postawa wyboru wyższych wartości etycznych – zły był natomiast otaczający ich świat, „wrogi i antysemicki” (s. 142). W taki sam sposób tłumaczy angażowanie się Żydów w UB i stalinowskie państwo terroru, jakim była Polska „ludowa” (s. 205).

Podwójna mentalność

Śpiewak rozpoczyna swoje dzieło rozważaniami o światowej karierze „Protokołów mędrców Syjonu”. Nie pasuje to do sytuacji w Polsce, gdzie – inaczej niż we Francji czy Niemczech – obecność ponad 3-milionowej rzeszy żydowskiej była stałym elementem pejzażu. Żydów znano nie z antysemickich ilustracji, ale z sąsiedztwa, ulicy, sklepu. Autor w ferworze udowadniania, że to „Protokoły…” były wszędzie powodem antysemityzmu, zdaje się nie rozumieć, że akurat w Polsce postawy antyżydowskie wcale nie musiały być sztucznie wywoływane jakąkolwiek odgórną propagandą – ustną czy pisaną – obie społeczności żyły obok siebie w dużych skupiskach i w toku wzajemnego obcowania konflikty były nieuchronne: rozwijały się i wygasały. Zupełnie błędna jest jego teoria, że polski antysemityzm ulegał radykalizacji jak samonakręcająca się spirala: były bowiem okresy, gdy antagonizm polsko-żydowski narastał (to lata 1912, 1919-1920, 1936-1938), były, kiedy wygasał (1914-1918, generalnie lata dwudzieste, 1939). Gdyby było tak, jak chce to zjawisko widzieć autor „Żydokomuny”, antysemityzm, od wojny bolszewickiej narastając z każdym kolejnym rokiem, doprowadziłby do gorszego ludobójstwa niż niemieckie jeszcze przed wybuchem II wojny światowej. Tymczasem nawet podczas wojny nic takiego jednak nie nastąpiło, przeciwnie, wielu narodowców przed wojną nastawionych antyżydowsko, w czasie holokaustu przyszło z pomocą Żydom, o czym świadczą pierwsze z brzegu przykłady: Jana Mosdorfa, ks. Stanisława Trzeciaka, Witolda Rościszewskiego oraz medale Yad Vashem dla Jana Dobraczyńskiego (Stronnictwo Narodowe), Edwarda Kemnitza (ONR) czy Sławomira Modzelewskiego (NSZ).

Twierdzeniem na wyrost można uznać to, że żydowscy komuniści byli traktowani jak odszczepieńcy, którzy zdradzili żydowski los (s. 11). Nie było jednak słychać protestów, gdy o swej żydowskości przypomnieli sobie dawni stalinowscy prokuratorzy, ubecy i propagandyści, którzy po 1968 r. trafili do Izraela i gdzie indziej. Podobnie było w przypadku kata obozu w Świętochłowicach Salomona Morela, który także znalazł tam bezpieczną przystań i już jako Żyd i obywatel nowej ojczyzny nie musiał obawiać się ekstradycji do Polski. Zresztą wielu podobnych mu komunistycznych zbrodniarzy próbowało, w większości skutecznie, unikać odpowiedzialności, twierdząc, że oskarżenia są fałszywe, a oni sami są ofiarami antysemickiej nagonki. Czy odszczepieńcem był też Eugeniusz (Gerszon) Szyr, komunistyczny aparatczyk, wicepremier PRL, którego zaproszono w 1998 r. na oficjalną uroczystą akademię z okazji marca ´68 w Teatrze Żydowskim w Warszawie? Szkoda, że autor nie potrafił przeprowadzić poważnej analizy tej właśnie niepokojącej podwójnej mentalności, starającej się pomieścić komunizm i żydostwo w jednej osobie.

„Precz z białą gęsią”

Wiele miejsca Śpiewak poświęca emancypacji żydowskich mas i ich udziałowi w życiu politycznym. Fakty te same w sobie nie były przez polską większość postrzegane negatywnie, choć Śpiewak widzi to oczywiście inaczej (s. 36). W 1905 r. obawy Polaków wzbudził natomiast nie tyle udział Żydów w polityce czy też ich samodzielność, lecz ich programowy brak zainteresowania sprawami polskimi, jeśli nie wręcz otwarta wrogość w stosunku do Polski, czego przejawem było hasło „Precz z białą gęsią!”, które pierwszy raz pojawiło się w czasie demonstracji polskiej i żydowskiej lewicy na placu Teatralnym 1 listopada 1905 roku. Warto w tym miejscu odnotować przerażenie, jakie w Michale Sokolnickim, socjaliście o poglądach niepodległościowych, wzbudził obraz żydowskich socjalistów demonstrujących na ulicach Warszawy w 1905 r.: „Warszawa zobaczyła w dniu 1 listopada socjalizm. Dla wielu socjalistów, dla mnie między innymi, dzień ten pozostał jak ciemny koszmar”. Ale o takich faktach i reakcjach ludzi skądinąd zupełnie niezainteresowanych antyżydowskością w książce Śpiewaka nie przeczytamy. Kilka stron później musiał on jednak przyznać oczywisty fakt rezolucji przeciwko niepodległości Polski przyjętej przez kongres Bund-u w Zurichu w 1905 roku.

Śpiewak sporo miejsca poświęca Rosji, bo jego zdaniem tamtejszy antysemicki klimat i pogromy miały stać się przyczynami połączenia się radykalnych żydowskich outsiderów i ruchu socjalistycznego, co zaowocowało zjawiskiem żydokomuny. Być może tak było, może to uproszczenie. I czy rzeczywiście byli to outsiderzy, skoro jak sam pisze (s. 62), większość Żydów przyjęła rewolucję 1905 r. entuzjastycznie – nawet jeżeli bezpośrednio się w nią nie angażowali i nawet jeżeli byli przeciwnikami socjalizmu. Autor nie zauważył natomiast, że w odniesieniu do Polski zarówno socjalizm rosyjski, jak i większa część Żydów uważała ten kraj za etnograficzny żart: dla nich Warszawa czy Łódź były miastami rosyjskimi, częścią imperium carów, podobnie jak Białystok czy Wilno, nie mówiąc nawet o Mińsku czy Kijowie. Tak pokazywała mapa i nakazywało myślenie realistyczne – ale Polacy tego nie akceptowali i nigdy nie uznali swojej ziemi za część Rosji. Dla Polaka przełomu wieku nawet te najbardziej odległe ośrodki były uważane za polskie – wszędzie była obecna kultura polska i znajdowały się zasiedziałe polskie społeczności (w Kijowie stanowili oni ok. 30 proc. mieszkańców). Dla Żydów, nastawionych na Rosję, niepoczuwających się do związków z Polską i jej nierozumiejących, więcej, nawet niezainteresowanych, żeby zrozumieć, polskie odwoływanie się do przeszłości i hasła niepodległościowe były nieporozumieniem i stratą czasu. Było w tym także coś z fanatycznego zachwytu Rosją, o czym zresztą Śpiewak pisze (s. 70). Tak myśleli także ci, którzy włączyli się w ruch socjalistyczny. W tym kontekście późniejsza wojna polsko-bolszewicka – abstrahując od kontekstu poparcia przez nich Lenina i Trockiego – mogła być przez Żydów widziana jako kłótnia w rodzinie, kolejny bezsensowny bunt przeciwko Rosji.

Doprawdy zadziwić mogą opisy Śpiewaka o niezwykłej empatii i współczuciu żydowskich aktywistów socjalistycznych z Warszawy czy Wilna z początku XX w. wobec doli rosyjskich chłopów (których nigdy nie widzieli i nie poznali) – natomiast nie było wśród nich zrozumienia dla spraw polskiego ludu, choć żyli tuż obok Polaków. Trudno nie uznać, że pochodną tego stanowiska była późniejsza linia polityczna komunistów w Polsce: w latach 20. i 30. głosili oni hasła oddania Niemcom Górnego Śląska, Pomorza i Gdańska, Sowietom natomiast miały przypaść tereny na wschód od tzw. linii Curzona. Takiego stanowiska nie da się wytłumaczyć „negatywnym stosunkiem komunistów do Traktatu Wersalskiego”, jako niesprawiedliwego, co usiłuje uczynić Śpiewak. Stara się on zresztą umniejszać rolę Żydów w strukturach KPP, dowodząc, że partia nie była całkowicie opanowana przez Żydów, gdyż pozostawała w całkowitej zależności od Moskwy.

Podawane przez Śpiewaka dane statystyczne dotyczące udziału Żydów w ruchu komunistycznym w latach 20. i 30. mają udowodnić, że Żydzi – jakkolwiek stanowili znaczny procent, to jednak nie dominowali. Problem w tym, że dane te są nieweryfikowalne. Przykładem jest twierdzenie: że w obozie odosobnienia w Berezie „przetrzymywano pięciuset sześciu komunistów na ośmiuset trzydziestu dwóch osadzonych” (s. 119). Tymczasem w monografii Berezy pióra Ireneusza Polita (Toruń 2003) znajduje się imienna lista osadzonych tam 979 komunistów – skąd więc swoje dane czerpał Śpiewak? Podobnie zresztą, gdy pisze, że 90 proc. pracowników nielegalnych komunistycznych drukarni i powielarni stanowili komuniści Żydzi. Spora część książki to opisy działalności i wewnętrznych układów w KPP – skoro według autora Żydzi nie odgrywali w niej specjalnej roli, po co zatem poświęca tym sprawom tyle miejsca? Na przyklad opiewa „poświęcenie i twardość charakteru” członków KPP i dramat, jakim była likwidacja ich partii.

Autor nie wyjaśnił przekonująco przyczyn, które spowodowały na przełomie wieków na ziemiach polskich tak widoczne i skuteczne przyciąganie Żydów przez ruch socjalistyczny. Czyni to bowiem w odniesieniu do Rosji – nie Polski, gdzie były zupełnie inne warunki. Ówczesna endecja, ruch wszechpolski, który odwoływał się do tradycji I Rzeczypospolitej, państwa tolerancji dla różnych religii i narodów (włączając w to samych Żydów), i nie występował jeszcze z programem antyżydowskim, nie cieszył się w ogóle ich zainteresowaniem. Poza nielicznymi jednostkami, osobami całkowicie spolonizowanymi, których należy traktować nie jak Żydów, lecz Polaków żydowskiego pochodzenia. Czy więc widoczne odrzucenie przez ogół Żydów sprawy polskiej nie przyczyniło się w istotny sposób do powstania zalążków przyszłego konfliktu? Szkoda, że autor nie pokusił się o wyjaśnienie tego problemu.

Jak Berek Joselewicz

Na szczęście nie dla wszystkich – o czym świadczy dość duży procentowo udział młodzieży żydowskiego pochodzenia w Legionach Polskich. Nie wnikając bowiem w różnice polityczne (w tym wypadku drugorzędne) między endecją a legionami, hasła patriotyczne i reakcje ludzi były identyczne. Rzesze osób wywodzących się z rodzin żydowskich wybrały nie żydokomunę, lecz polskość – ciekawe, że o tym fenomenie dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego milczy. Pewnie nie zetknął się z książką dr. Marka Gałęzowskiego „Na wzór Berka Joselewicza. Żołnierze i oficerowie pochodzenia żydowskiego w Legionach Polskich” (Warszawa, IPN, 2010). Byli bowiem Żydzi otwarci na polskość, uważający się za Polaków i poczuwający się w potrzebie do „polskich obowiązków”. Byli oni rzecz jasna nie tylko w Legionach. Dla nich nie musiano przygotowywać obozów internowania w Jabłonnie w 1920 roku. Należał do nich chociażby Stanisław Ostwind-Zuzga, legionista I Brygady Legionów, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej i policjant. W 1942 r. wstąpił do Narodowej Organizacji Wojskowej, wraz z którą znalazł się w strukturach NSZ. W maju 1944 r. w stopniu majora objął funkcję komendanta powiatowego NSZ w Węgrowie, którą pełnił po wkroczeniu Armii Czerwonej. Aresztowany przez UB w styczniu 1945 r., 2 lutego 1945 r. został skazany na śmierć i stracony. Przykładów ludzi, którzy nie ulegli komunistycznemu zaczadzeniu, było mrowie i nie dotyczy to tylko polonizujących się Żydów, ale także tych pielęgnujących swą żydowską tożsamość: konserwatystów z Agudy czy narodowych radykałów z Betaru (syjonistów-rewizjonistów). Po zajęciu przez Sowietów Kresów Wschodnich RP w 1939 r. wielu z nich (jak np. Menachem Begin) razem z Polakami trafiło do łagrów i na syberyjską zsyłkę.

Autor demonizuje endecję i jej antyżydowskie nastawienie, choć nie stanowi to głównego wątku pracy. Zasadniczo ten obóz polityczny, także w latach 30., nie miał antyżydowskiej obsesji ideologicznej, przynajmniej nie takiej, o jakiej myśli Śpiewak. Gdyby tak było, to Dmowski wymyśliłby swoje ustawy norymberskie na długo przed Hitlerem. Tymczasem nie zrobiono tego także po Hitlerze. Kwestiami rasowymi się nie interesowano: Stanisław Stroński, mając żydowskie korzenie, nigdy na ten temat nie usłyszał złego słowa, nawet wówczas, gdy w 1935 r. znalazł się wśród odsuniętej od władzy frakcji SN, która skonfliktowała się z młodymi radykałami. W wytykaniu endekom i narodowym radykałom żydowskich przodków specjalizowały się natomiast lewicowo-liberalne „Wiadomości Literackie”, a jednym z propagatorów tego rodzaju publicznych „donosów” był Julian Tuwim.

Jeżeli gdzieś szukać ideowych fundamentów żydokomuny w Polsce, to właśnie w kręgu tychże „Wiadomości” i skupionego wokół nich środowiska, które samo swoje pismo przezywało „Jadą Moski Literackie”. Ale ta sprawa nie wydała się autorowi „Żydokomuny” interesująca.

Pogromy, których nie było

Opisując sytuację w Polsce po wojnie, Śpiewak w dużej części powiela schematy komunistycznej propagandy, do których należała np. rzekoma „akcja pociągowa”, czyli zorganizowana operacja partyzantów niepodległościowych, którzy mieli zatrzymywać pociągi i zabijać podróżujących Żydów. Nie jest jednak w stanie wskazać miejsca jakiejkolwiek tego rodzaju akcji (s. 190). Chętnie natomiast wymienia miasta, gdzie doszło do rzekomych „morderczych” pogromów. Gdyby znał literaturę, zapewne byłby ostrożniejszy, gdyż kilka tego rodzaju przypadków zbadano dokładnie, np. w Rzeszowie 11-12 czerwca 1945 r., gdzie w brutalny sposób zamordowana została polska dziewczynka (sprawcą był Żyd); doszło co prawda do zaburzeń społecznych, ale nie było ofiar śmiertelnych. Wypadek ten zbadał dr Krzysztof Kaczmarski. Wydarzenia w Parczewie 5 lipca 1945 r. zbadał dr Mariusz Bechta z IPN: partyzanci WiN w czasie ataku na miasteczko zlikwidowali trzech Żydów ujętych z bronią w ręku, należących do paramilitarnej struktury współpracującej z MO i UB, jeden z zabitych wręcz słynął jako prześladowca i morderca członków AK.

Śpiewak jednak niechętnie wchodzi w szczegóły, zadowala się stworzonym na własne potrzeby czarno-białym obrazem Żydów jako ofiar i Polaków – sprawców ich nieszczęścia. Nawet jeżeli wymienia fakty działalności Żydów w komunistycznych strukturach władzy, stara się pomniejszać ich wpływy i nie łączy ich z prześladowaniami podziemia niepodległościowego. Terror komunistyczny i awans społeczny Żydów, jak pisze: „przyjmowanych tak licznie na stanowiska państwowe jak nigdy dotąd”, to według niego niemal dwa różne światy. „Nie sposób wątpić, że Żydzi ginęli nie dlatego, że mieli cokolwiek wspólnego z komunizmem, że należeli do jakichś rządowych formacji, ale tylko dlatego, że urodzili się Żydami” (s. 196). W ten sposób każdy zabity funkcjonariusz UB pochodzenia żydowskiego, nieważne, jak strasznych czynów się dopuszczał, staje się automatycznie ofiarą polskiego antysemityzmu. Dalej nawet posuwa się do twierdzenia, że po wojnie zginęło więcej Żydów niż Polaków, co przychodzi mu tym łatwiej, że książka pozbawiona jest opisu kontekstu, jakim było powojenne powstanie antykomunistyczne 1945-1947.

Abstrahując już nawet od nieprawdziwości tego stwierdzenia, trudno nie odnieść wrażenia, że dla autora liczą się przede wszystkim zbrodnie wobec Żydów – te zaś popełnione przez samych Żydów stanowią wątek poboczny. Za szczególnie istotne uważa plotki i powtarzane rzekomo z ust do ust opinie o tym, że „Hitler jedno zrobił dobrze – wybił Żydów”. Zdaniem Śpiewaka, tego rodzaju świadectwa są bardzo rozpowszechnione – można je też, jego zdaniem, znaleźć w archiwach. Niezwykła to pewność siebie, tym bardziej że przygotowując „Żydokomunę”, nie zrobił specjalnej kwerendy archiwalnej, a przynajmniej nie świadczą o tym przypisy zawarte w książce. Są jednak świadectwa, których nie trzeba szukać w archiwach – do takich zaliczają się np. opinie Marii Dąbrowskiej (o jednoznacznie lewicowych poglądach, trudno ją otwarcie posądzać o antysemityzm), która utyskuje na bezkarność ubeków mordujących Polaków i samowolę żydowskich komunistów. Śpiewak streszcza jej słowa, a następnie zbywa to stwierdzeniem o uleganiu przez nią panice i stereotypom (s. 193).

PRL – nowa Judeopolonia

Swoistym kuriozum są ubolewania Śpiewaka, powtarzającego za Kazimierzem Wyką (historykiem „nawróconym na marksizm” po 1945 r.), że polski obóz narodowy nie zhańbił się kolaboracją w czasie wojny. Jakiż piękny argument mieliby wówczas komuniści, a obecnie sam Śpiewak, mogąc kompromitować narodową prawicę porównywaniem do Quislinga i zarzucając jej ideologiczną uległość wobec niemieckich zbrodniarzy (s. 195). Niemal czuje się w tym żal, że ci „ohydni” narodowcy ze Stronnictwa Narodowego, NSZ czy ONR walczyli z Niemcami i nieśli pomoc ofiarom holokaustu. Nie przeszkadzało to jednak Śpiewakowi postawić w jednym szeregu Obozu Narodowo-Radykalnego i Hitlera (s. 130).

Taka zasada zbiorowej odpowiedzialności za kolaborację mogłaby być użyteczna (choć, według Śpiewaka, „niestety” nie jest) jako maczuga przeciwko endekom – nie ma ona jednak zastosowania w przypadku realnej kolaboracji szerokich odłamów Żydów z sowieckim okupantem. A zatem wysługiwanie się Sowietom nie kompromitowało i nie może być uznawane za czynnik obciążający. W jego mniemaniu zresztą, w przypadku Żydów w ogóle nie można mówić o kolaboracji z Sowietami – ci wszyscy żydowscy funkcjonariusze aparatu terroru, prokuratorzy, politrucy, propagandziści, ministrowie i urzędnicy niższych rang, których liczebność podaje kilka stron dalej – to wszystko jednostkowe przypadki, zresztą nieistotne, bo po wojnie był w Polsce antysemityzm. który powodował, że „nienawiść rasowa do Żydów została podniesiona do rangi wojny narodowo-wyzwoleńczej” (s. 198). Śpiewak sprawnie odwraca relację przyczynowo-skutkową, aby po raz kolejny obwinić o całe zło w stosunkach polsko-żydowskich samych Polaków oraz Kościół katolicki.

Autor ma jednak pewien dyskomfort – w pewnym momencie stawiając pytanie, dlaczego tak wielu komunistów żydowskiego pochodzenia znalazło się w powojennej elicie komunistycznej, stara się znaleźć jakąś sensowną odpowiedź. Odrzuca jednak wyjaśnienia najprostsze, takie np. jak instrumentalne wykorzystywanie Żydów przez Stalina, którzy dobrowolnie stali się janczarami nowego okupanta. Innym motywem mogła być chęć zemsty za doznane krzywdy i tragedię holokaustu – z braku prawdziwych winnych kozłem ofiarnym stali się Polacy, Mazurzy, Ślązacy, czyli wszyscy, którzy w czasie wojny mniej ucierpieli. Śpiewak woli jednak psychologizować, uważa, że powojenny akces Żydów do komunistycznego aparatu władzy wywołała ich „ogólna sympatia do powojennej lewicy”, co jest swoistym potwierdzeniem ich prokomunistycznych inklinacji. Podkreśla, że PKWN i wyrosłe z niego rządy dawały Żydom ochronę przed antysemityzmem Polaków – tak jakby w 1945 r. polscy powstańcy walczący z sowiecką okupacją nie mieli nic innego do roboty, jak tylko ściganie ocalałych Żydów. Według niego, powstająca PRL wydawała się ziszczeniem mesjanistycznego marzenia Żydów o kraju sprawiedliwości i równouprawnienia, co powodowało, że nie tylko utożsamiali się z „Polską ludową”, ale wręcz udział w rządzeniu nią uważali za swoje powołanie: „Może w mundurze – pisze Śpiewak – albo w gabinecie rządowym mogli żydowscy towarzysze poczuć się Polakami, wziąć kawałek odpowiedzialności za naród, który ich nie akceptował i nie chciał. W głębi serca czuli się i chcieli być częścią narodu, z którym związali swoje losy”. A może, jeżeli już tak psychologizujemy, ci ludzie mieli stać się nową elitą pojałtańskiej Polski, nową Judeopolonią, wyrosłą na ubecko-politruckich korzeniach? Tym samym trudno zrozumieć, jak to się stało, że według Śpiewaka nawet w „najlepszych czasach stalinowskich” życie w PRL było dla żydowskich komunistów pasmem udręk, większych i mniejszych represji. A finałem tego smutnego bytowania były „okrutne” czystki marcowe z 1968 r. i wymuszona emigracja. Można podejrzewać, iż wielu Polaków, zwłaszcza byłych żołnierzy AK i NSZ, którzy jeszcze w latach 60. odsiadywali wyroki z lat stalinowskich, nie marzyło nawet o takiej „karze”. Wyjazd nobilitował wielu marcowych emigrantów, otoczył ich nimbem męczenników, a przy okazji umożliwił ucieczkę od odpowiedzialności za zbrodnie.

Retuszowanie historii

Obsesją Śpiewaka jest twierdzenie, że przedwojenna Polska była państwem antysemickim. Dla podparcia swoich teorii dopuszcza się modelowania cytatów. Na przykład słynne stwierdzenie premiera Sławoja Składkowskiego z 1936 r. dotyczące bojkotu sklepów żydowskich: „Walka ekonomiczna, owszem, ale krzywdy żadnej”, zamieścił w zupełnie zmienionej formie, która wypacza jego pierwotny sens: „Bicie Żydów wykluczone, bojkot jak najbardziej wskazany” (s. 136). Tak więc nie chodziło, jak starał się pokazać Śpiewak, o czynne poparcie bojkotu, ale o jego tolerowanie. Podretuszowany cytat miał uzasadnić wymyśloną tezę o rzekomym poparciu władz II RP dla akcji bojkotu ekonomicznego, prowadzonego przez opozycyjne Stronnictwo Narodowe. Dalej, nie licząc się zupełnie z faktami, posuwa się nawet do twierdzenia, że państwo polskie nie zatrudniało Żydów w szkolnictwie, administracji państwowej, wojsku i policji. Jest to oczywista nieprawda, gdyż ani przed 1926 r., ani tym bardziej później nie było w Polsce przepisów, które ograniczałyby prawo obywateli do zatrudnienia z uwagi na pochodzenie czy wyznanie.

Reasumując: lektura najnowszej książki Pawła Śpiewaka skłania do wniosku, że nie sprawdził się on jako historyk. Nie każdy socjolog, nawet taki, który uważa się za wybitnego, musi być równocześnie dobrym historykiem. Niemniej jednak należy żałować niskiego poziomu tej książki, gdyż fenomen żydokomuny zasługuje na rzetelną monografię. Zainteresowani będą musieli jeszcze na nią poczekać. Na razie otrzymali stek wyświechtanych stereotypów wygenerowanych w środowiskach żydowskich na Zachodzie i importowanych do Polski w ostatnich latach. Śpiewak dał przykład publicystyki apologetycznej, gdzie w sposób tendencyjny stara się umoczyć całe polskie żydostwo w komunizm.

Źródło: http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20120411&typ=my&id=my03.txt

Tags : ,

Komentowanie zamknięte.