Opublikowano Czerwiec 16, 2012 Przez stophasbara W Bez kategorii

Demontaż polskiej armii

autor: Jan Zając

artykuł zamieszony w Nowym Przeglądzie Wszechpolskim, numer 1-2-3 2012

Demontaż polskiej armii

Część I – Rozsypka polskiego lotnictwa wojskowego

Kuriozalny przetarg

W październiku ub. roku MON anulowało w trybie nagłym i bez oficjalnego podania żadnej konkretnej przyczyny przetarg na zakup 16 samolotów szkolno-bojowych dla PSP. Od strony formalno-prawnej było to możliwe, gdyż w warunkach postępowania przetargowego zapisana była klauzula dopuszczająca taki krok. Jednak anulowanie przetargu na kilka dni przed ostatecznym terminem składania ofert przez zainteresowane firmy jest posunięciem, delikatnie mówiąc, mało eleganckim. Tego rodzaju zachowania nie budują wiarygodności Polski jako solidnego kontrahenta na światowym rynku handlu bronią.

W jeszcze gorszym świetle stawiają decydentów z MON złożone kilka dni później wyjaśnienia dla mediów. Podano w nich mianowicie, że powodem (oficjalnym) anulowania przetargu była nagła zmiana koncepcji wykorzystywania zakupywanych samolotów. Otóż, z dnia na dzień panowie doszli jednak do wniosku, że PSP wystarczą tylko typowe samoloty szkolne, nie potrzeba im zaś, jak dotąd utrzymywano, maszyn o walorach szkolno-bojowych. A że specyfikacja już rozpisanego przetargu wyłączała z góry taką opcję, trzeba go było koniecznie anulować i rozpisać nowy. Rzecznik MON podparł te karkołomne tłumaczenia argumentem, jaki znalazł się akurat pod ręką – że wnioski raportu komisji Millera z katastrofy smoleńskiej nakazują położyć główny nacisk na szkolenie pilotów, napomknął też delikatnie, że jednym z powodów tej zaskakującej decyzji była „troska o finanse publiczne”, czyli brak pieniędzy w budżecie państwa. Tak naprawdę chyba właśnie o to ostatnie chodziło. Cóż, samoloty szkolne znajdują się, co prawda, na liście tzw. priorytetowych zakupów MON, ale istnieje jeszcze jedna ważniejsza lista, tzw. specjalna, a ta zawiera wyłącznie wydatki na sprzęt potrzebny do wypełniania misji zagranicznych, tzn. do Afganistanu!

Uchylmy rąbka tajemnicy i wyjaśnijmy czytelnikom, o jakie konkretnie pieniądze i samoloty chodziło. Otóż, przedmiotem anulowanego przetargu był zakup 16 samolotów szkolno-bojowych z niezbędnymi dodatkami, m.in. z tzw. symulatorem lotów, dla 4 Skrzydła Lotnictwa Szkolnego w Dęblinie. Czas jest ku temu najwyższy, bo użytkowane tam dotychczas polskie samoloty TS-11 Iskra pochodzą jeszcze z wczesnych lat 60-tych ub. wieku i dożywają swoich ostatnich dni. Wartość kontraktu opiewała na kwotę ok. 1,5 mld zł. Swoje oferty złożyły ostatecznie tylko dwie firmy: koreańska Korea Aerospace Industries (KAI) z samolotem T-50 oraz włoska Alenia Aermacchi z samolotem M-346. Potencjalni inni dostawcy zostali praktycznie wyeliminowani z gry wskutek określonych wymagań zawartych w specyfikacji przetargowej. MON zażyczył sobie mianowicie:

a)samolotu fabrycznie nowego ( jak najbardziej słuszne !);

b)wyposażonego w radar i zaawansowaną awionikę – tzw. system sterowania lotem Fly-by-wire (identyczny z tym zainstalowanym w F-16);

c) zdolności do spełniania, oprócz zadań szkoleniowych, roli lekkiej maszyny szturmowej.

Ten ostatni wymóg wiązał się zapewne z tragiczną sytuacją sprzętową polskiego lotnictwa wojskowego. Chciano mianowicie za jednym zamachem załatać także dziurę po nie nadających się już praktycznie do służby samolotach szturmowobombowych Su-22, wyprodukowanych jeszcze w ZSRR. W tym stanie rzeczy właściwie nie wiadomo po co wysyłano oferty do firm, których konstrukcje w żaden sposób nie mogły sprostać tym wyśrubowanym wymogom, tj. do brytyjskiej BAE Systems, oferującej samoloty szkolne BAE Hawk, i czeskiej Aero Vodochody, oferującej samoloty tej samej klasy L-159 Alca. Czyżby liczono na to, że w imię iluzorycznej szansy sprzedaży tylko 16 maszyn dokonają one gruntownej ich modyfikacji, lub też wyprodukują jakiś model specjalny? Tak naprawdę prawie murowanym faworytem odwołanego przetargu był od początku samolot koreański. Tego specjalnie nie ukrywano i taki finał sugerowały prasowe przecieki. Włosi mogli ewentualnie konkurować z Koreańczykami pod warunkiem zamontowania w swoim samolocie radaru, który w typowo szkolnych samolotach jest zupełnie zbędny. A więc w tej sytuacji cały przetarg był tak naprawdę zwykłą grą pozorów, zupełnie niezrozumiałą i niepotrzebną. Znacznie bowiem prościej byłoby kupić tak pożądanego „Koreańczyka” bez żadnej procedury przetargowej, z tzw. wolnej ręki. Jakie więc to konkretnie jego cechy tak bardzo urzekły naszych specjalistów od lotnictwa?

Przede wszystkim chodziło tu chyba o to, że T-50 jest bardzo blisko spokrewniony z F-16. Został on wyprodukowany przez KAI przy współpracy amerykańskiego potentata Lockheed Martin, producenta całej gamy przeróżnych samolotów, w tym także F-16 Fighting Falcon. Posiada onbardzo podobny układ konstrukcyjny, a stopień amerykańskiej kooperacji najlepiej oddaje jego pełna nazwa T-50 Golden Eagle. Faktycznie, stopień unifikacji poszczególnych jego elementów składowych z F-16 jest znaczny. W tym kontekście padał argument, że jest rzeczą bardzo korzystną, by samolot szkolny był w jak największym stopniu zunifikowany z podstawowym samolotem bojowym. Zakup T-50 dałby możliwość zaawansowanego szkolenia pilotów pod kątem latania właśnie na F-16, bo obecnie, praktycznie biorąc, to szkolenie w kraju całkowicie „leży”. O ile bowiem użytkowane samoloty turbośmigłowe polskiej konstrukcji PZL-130 Orlik nadają się w zupełności do szkolenia podstawowego adeptów polskiego lotnictwa wojskowego, to przydatność użytkowanej wciąż zupełnie przestarzałej Iskry jest znikoma. Nie daje ona możliwości pełnego przygotowania pilota (zwłaszcza w zakresie korzystania z awioniki) nawet do latania na MiG-29 i Su-22, które posiadają już dosyć zaawansowane wyposażenie awioniczne. Piloci muszą więc zapoznawać się z nim dopiero, gdy zasiądą w fotelu wspomnianych samolotów bojowych. Są to jednak maszyny stosunkowo wytrzymałe, o mocnej konstrukcji i stosunkowo tanich częściach zamiennych. Stąd możliwe są w tym przypadku dłuższe naloty, służące nadrobieniu niedostatków szkolenia na Iskrze. Inaczej ma się sprawa z „Jastrzębiami”. F-16 to samolot, po pierwsze, znacznie bardziej delikatny, a po drugie w wersji zakupionej przez Polskę o jeszcze bardziej zaawansowanej awionice. Dlatego konieczne jest wysyłanie pilotów mających latać na F-16 do USA, gdzie szkolą się na samolotach T-38 Talon. Tak więc wysuwany argument wydaje się w tym kontekście dosyć logiczny. Może on jednak wskazywać pośrednio na dwie bardzo istotne rzeczy. Po pierwsze, że to szkolenie w USA jest drogie albo nawet bardzo drogie, skoro trzeba przenosić go do kraju. Po drugie, że stan techniczny zakupionych F-16 jest na tyle kiepski, a ich awaryjność tak duża, że trzeba się z nimi obchodzić, jak z przysłowiowym jajkiem i, broń Boże, nie przeciążać ich lotami. Stąd wykorzystywanie ich do kontynuacji szkolenia, tak jak to się robi z Migami, jest w zasadzie wykluczone. Co więcej T-50 miałby służyć, zdaje się, jako tańszy zamiennik dla nich, bowiem w normalnych warunkach pilotów dałoby się jak najbardziej przygotować do latania na wspomnianych wyżej samolotach typowo szkolnych, bez sięgania po sztandarowy wytwór koreańskiej myśli technicznej. Również podobieństwa pomiędzy PSP a południowokoreańskim lotnictwem wojskowym są niewielkie. Dość powiedzieć, że Koreańczycy posiadają około 160 F-16, i to sprawnych, wyprodukowanych w dużej mierze na miejscu. Do tego dochodzi 60 ciężkich, dwusilnikowych myśliwców przechwytujących F-15. W ich zatem przypadku budowa właśnie takiego samolotu szkolno-bojowego miała duży sens. My zaś mamy niespeł
na 50 „Jastrzębi”, stojących do tego przeważnie w hangarach.

Drugim argumentem faworyzującym koreański samolot były jego walory bojowe. Należy tu wyjaśnić, że istnieją dwie jego wersje: typowa szkolna T-50 oraz wersja szkolno-bojowa TA-50. MON interesował się właśnie tym drugim samolotem. Jest to w zasadzie niewielka maszyna bojowa, dająca zarazem możliwość szkolenia pilotów, szczególnie w zakresie wykorzystania uzbrojenia stałego i podwieszanego. Oczywiście, w porównaniu z klasycznymi samolotami wielozadaniowymi, takimi jak F-16, czy nawet Mig-29, jej możliwości bojowe są ograniczone, ale jednak realnie występują. Jest ona uzbrojona w montowane na stałe  w kadłubie szybkostrzelne, trzylufowe działko 20 mm oraz podwieszane dodatkowo pod skrzydłami rakiety powietrze-powietrze Sidewinder (służące do prowadzenia walki powietrznej w zasięgu wzroku) i powietrze-ziemia Maverick (służące do celów uderzeniowych) oraz bomby. Może więc nawet teoretycznie toczyć walki powietrzne, choć oczywiście z raczej dość kiepskimi szansami. T-50 jest też samolotem nowoczesnym – jegoprodukcję rozpoczęto w 2005 r. Podstawowym jego atutem jest też stosunkowo duża prędkość maksymalna: do 1,5 Macha – wynik niespotykany w tej klasie maszyn. Pozostałe współczesne samoloty szkolne i szkolno-bojowe rzadko bowiem przekraczają wyraźnie prędkość 1000 km/ha. Jest to w dużej mierze rezultat zastosowania w koreańskim samolocie dwóch silników. 

Ta zaleta T-50 jest zarazem jego wadą: dwa silniki powodują znacznie większą paliwożerność, zwłaszcza że są dosyć stare konstrukcyjnie. Z tego powodu jest to samolot zdecydowanie droższy w eksploatacji od swoich wszystkich konkurentów. Powstaje też kwestia, ze względu na tak dużą odległość, łatwego i szybkiego dostępu do części zamiennych. Doświadczenia w tym zakresie z F-16 nie są bynajmniej zachęcające. Zdaniem wielu fachowców, także i możliwość latania z prędkością naddźwiękową i korzystania z Flyby-wire wcale nie są koniecznymi warunkami dobrego wyszkolenia pilotów samolotów bojowych. O możliwych podtekstach tych wymogów już jednak wspominałem. Jest jednak wysoce prawdopodobne, że za tak usilnym forsowaniem tych samolotów krył się lobbing, zapewne tych samych ludzi, którzy swego czasu wcisnęli nam F-16.

Przyjrzyjmy się teraz pokrótce potencjalnym konkurentom TA-50. Na początek samolot włoski. M-346 jest konstrukcją w dużym stopniu opartą na rosyjskim samolocie szkolnym Jak-130, opracowanym w latach 90-tych i wchodzącym obecnie na wyposażenie rosyjskiego lotnictwa wojskowego. Początkowo planowano budowę wspólnej konstrukcji w ścisłej kooperacji Jakowlewa z Aermacchii, jednak w efekcie narastających rozdźwięków Włosi w 2000 r. wykupili od Rosjan pełną dokumentację techniczną tego samolotu, zainstalowali dwa własne silniki turboodrzutowe i własne wyposażenie, przy nieznacznych zmianach konstrukcyjnych, i w efekcie powstał rzeczony samolot. Jest to klasyczna dwumiejscowa maszyna szkolna, osiągająca prędkość maksymalną 1255 km/ha (1,15 Ma). Uzbrojenie wyłącznie podwieszane. Według zapewnień producenta ma to być samolot stosunkowo tani zarówno jeśli chodzi o cenę zakupu, jak i jego eksploatacji. Jest chyba coś warty, skoro niedawno został zakupiony przez Izrael (30 maszyn za ok. 1 mld USD, przy czym wchodzi w grę handel zamienny: w zamian Włosi otrzymają izraelskie uzbrojenie i wyposażenie wojskowe różnego rodzaju). Wedle Izraelczyków jest on równowartościowy T-50, a zarazem znacznie tańszy w eksploatacji.

Pora teraz na maszyny odrzucone już na starcie. Brytyjski BAE Hawk jest najstarszą konstrukcją w całym gronie – z połowy lat 70-tych ub. wieku. Jednak dzięki ciągłym modernizacjom nadal dotrzymuje kroku nowszym konkurentom. Jest uznawany powszechnie za maszynę dopracowaną, sprawdzoną, bezpieczną, prostą w obsłudze i łatwą w pilotażu. Dzięki tym zaletom jest bardzo rozpowszechniony na całym świecie. Jego głównym użytkownikiem jest macierzysty, brytyjski RAF oraz lotnictwo pokładowe amerykańskiej marynarki wojennej, nadto kilkanaście innych państw. Osiąga prędkość około 1000 km/ha. Oprócz uzbrojenia podwieszanego istnieje opcjonalnie możliwość zamontowania na stałe działka kalibru 30 mm. Mimo braku możliwości zamontowania Fly-by-wire mógłby więc teoretycznie z powodzeniem spełniać rolę samolotu szkolno-bojowego w PSP.

Stosunkowo ciekawą ofertę stanowi czeski samolot Aero L-159 Alca. Jest to daleko idące rozwinięcie wcześniejszych, jeszcze czechosłowackich konstrukcji Aero L-39 Albatros i Aero L-59 Super Albatros. Te są z kolei następcami samolotu Aero L-29 Delfin, który swego czasu konkurował z polską Iskrą w konkursie na wojskowy samolot szkolny całego Układu Warszawskiego i wygrał tą rywalizację, jakkolwiek jego wyższość była, w PRL przynajmniej, kwestionowana. W rezultacie znalazł się na wyposażeniu wszystkich armii UW, za wyjątkiem Polski, która pozostała przy własnej konstrukcji. Udało się też wyeksportować Iskrę do Indii. Delfin, a szczególnie Albatros ( wprowadzony do służby na przełomie lat 60-tych i 70-tych) zdobyły znacznie większą renomę i zrobiły dużo większą karierę – zostały wyeksportowane do wielu krajów afrykańskich i azjatyckich.  Alca jest pierwszym i, jak na razie, jedynym samolotem wojskowym zbudowanym już po rozpadzie Czechosłowacji, a więc produkcji czysto czeskiej. Powstała we współpracy z amerykańskim Boeingiem, dzięki czemu posiada nowoczesną elektronikę. Osiąga prędkość około 960 km/ha. Czesi rozpoczęli jej produkcję w 1999 r. z myślą zastąpienia części swoich najstarszych Albatrosów, jak i wycofanych Su-22 oraz Su-25 (samolot szturmowy skonstruowany w ZSRR w połowie lat 70-tych). Tu trzeba wyjaśnić, że Republika Czeska w związku z planami wejścia do NATO podjęła decyzję o pozbyciu się wszystkich samolotów produkcji ZSRR, dlatego też przekazała już w 1995 r. posiadane przez siebie Migi-29 Polsce w zamian na nasze śmigłowce Sokół. Alca ma więc spełniać zarówno rolę maszyny szkolnej, jak też lekkiego samolotu bojowego (szturmowego). 

Czeskie ministerstwo obrony zamówiło pierwotnie 72 maszyny, jednak obecnie użytkowana jest tylko ich część. Pozostałe stoją w magazynach i czekają na potencjalnego nabywcę. To skłania do wniosku, że są do kupienia po względnie przystępnej cenie. Także i względy polityczne, tj. wzgląd na zacieśnienie współpracy w tzw. Grupie Wyszehradzkiej, nakazywałyby wybór właśnie tych maszyn. Niestety, cały problem polega na tym, że Alca została wyprodukowana w dwóch całkowicie odrębnych wersjach: dwumiejscowej szkolnej (kilkanaście sztuk) i jednomiejscowej bojowej (większość produkcji). I to właśnie te maszyny w wersji bojowej, praktycznie nieprzydatne do szkolenia, stoją w magazynach. Można by je oczywiście kupić w zastępstwie Su-22, które niedługo wyjdą ze służby, jednak są one tylko lichą ich namiastką pod względem osiągów i przenoszonego uzbrojenia – mogą przenosić wyłącznie uzbrojenie podwieszane w masie 2340 kg. Można by w ostateczności również kupić i typowo szkolne Alcy, bo w możliwość wyprodukowania specjalnej wersji szkolno-bojowej specjalnie dla Polski w tak małej liczbie egzemplarzy trudno uwierzyć. Skoro zaś PSP potrzebują według MON-u typowych samolotów szkolnych, to ten wybór zdaje się narzucać sam przez się. Czas ku załatwieniu tej kwestii najwyższy, bo za chwilę wyeksploatowane Iskry będą już całkiem niezdolne do wykonywania lotów i nasi kandydaci na orłów nie będą mieli zupełnie na czym latać. Aż się łezka w oku kręci, gdy się pomyśli, że już dawno mogli latać całkiem przyzwoitym samolotem szkolnym polskiej konstrukcji, mianowicie Irydą… Ale to już temat na osobne rozważanie. (c.d.n.)

Komentowanie zamknięte.