Opublikowano Październik 9, 2012 Przez stophasbara W Bez kategorii

Daniel: Spartanie w kominiarkach, „zachodnie” gówno i sen zimowy Kowalskiego

źródło: http://www.nacjonalista.pl

Fot.: Wroclawianie.info

Nie mam zbyt dobrych odczuć po sobotnim Marszu Kominiarek i towarzyszącej mu nieopodal paradzie pederastów. Nie to, żeby sam „kominiarkowy” happening się nie udał i nie przyniósł pożądanego rozgłosu medialnego – tu zastrzeżeń nie mam żadnych. Jego największym sukcesem było całkowite niemal odwrócenie uwagi mediów i społeczeństwa od odbywającego się tzw. marszu równości. Jednak trapi mnie bardziej istotna moim zdaniem sprawa, jaką jest ten w dalszym ciągu niezmienny letarg i społeczny „mamwdupizm” wobec postępującej, instalowanej za grube pieniądze gangreny, która oblega nasze ziemie, choć na mapie wojennej nie widać, by póki co zdobywała jakieś szczególnie istotne przyczółki. Rodzina jest w tym kraju nadal rodziną (abstrahując od kolejnej gangreny, rozwodów), a nie związkiem dwóch zboczeńców. Jeszcze dalej nam zaś do tego, by taki nieistniejący związek był w stanie porywać biedne dzieci z domów dziecka, jak to dzieje się na skalę masową w skretyniałej, pogrążającej się w nowym barbarzyństwie Europie Zachodniej.

Od sytuacji na Zachodzie bardziej jednak denerwuje mnie zauważalna, postępująca dychotomia między nami, a tzw. słowiańskim Wschodem. RosjaBiałoruśUkrainaSerbia. Co te cztery kraje mają ze sobą wspólnego? W zasadzie trzy rzeczy, w kontekście tych rozważań. Pierwsza to prawosławie, druga to słowiańskie pokrewieństwo narodów, zaś trzecia to fakt, że w żadnym z nich nie ma lub w przyszłości nie będzie mowy o odbyciu się jakiejkolwiek pedalskiej parady. Na tamtych szczęśliwych rubieżach są one bądź prawdopodobnie wkrótce będą niemożliwe do zrealizowania. Albo de iure (ustawowy zakaz – RosjaUkraina) albo de facto (Serbia – konsekwentne odmowy wydania zgody na marsz przez stołeczne władze w Belgradzie, wymuszone radykalną postawą społeczną i czystym pragmatyzmem).

Tym, którzy ze smutkiem chcieliby rzec „no cóż, prawosławno-greko-bizantyjska część Europy ma się lepiej, a co jeśli Dugin has it right?” niosę natychmiast odrobinę słodkiego pocieszenia. Bardziej katolicka od Polski, a jednakowoż łacińska Chorwacja również zareagowała potężnym odruchem wymiotnym na próbę szerzenia na swej ziemi homo-propagandy. Split, czerwiec 2011. Dziesięć tysięcy kobiet i mężczyzn, butelki, jajka, kamienie, petardy, świece dymne, a nawet koktajle mołotowa – wszystko po to, by pokazać, że nie tylko prawosławny, ale i katolik (ten prawdziwy) bić się umie i kiedy chodzi o drogie mu wartości, to lepiej go nie irytować. I wszystko z błogosławieństwem lokalnych księży i zakonników, co tak skrzętnie odnotowały zachodnie media (czyli również nasze, pogódź się z tym misiu), odwołując się do wiecznie żywej tradycji „ustaszy” i „katolickiego faszyzmu” w Chorwacji.

W momencie gdy to piszę, zaczyna mnie jednocześnie ogarniać szewska pasja, bo automatycznie zaczynam myśleć o naszym tak zwanym „Chrystusie Narodów” (Chryste, przebacz!). Co się, do cholery, stało z tym krajem?! Od kiedy to walka z lansowaną nachalnie dewiacją powinna być domeną kilkuset całkiem dobrze uświadomionych patriotów? Dlaczego w Polsce, walcząc z wojującymi pederastami jesteśmy skazaną na śmierć i chwałę Spartą, a nie jak w Belgradzie, czy Splicie – skazaną na niechybne zwycięstwo wielotysięczną Persją? Co się stało w umysłach tych wszystkich „Kowalskich”, na których nie mam już słów (choć chętnie bym rzucił kilka bluzgów), że spoglądają tylko obojętnie albo z mdłym zaciekawieniem, na nasze wysiłki zmierzające – wbrew przykrym pozorom – do całkowitego wyeliminowania homo-propagandy z przestrzeni publicznej?  Jak pokazuje bowiem casus Serbii, czy Rosji, taki stan rzeczy jest jak najbardziej osiągalny. I wszystko to dzięki naciskom społecznym, wywołanym przez nacjonalistów! 

Tu jednocześnie krótka uwaga do promotorów poglądu, że „powinniśmy siedzieć na dupie”, bo „nasze manify nie przyniosą skutku”, a tylko „robimy poprzez nie reklamę pederastom”. Warto bowiem wyjaśnić, dlaczego ów pogląd jest tu nieprawidłowy. Otóż owszem, gdybyśmy mieli do czynienia z samoistnymi, autonomicznymi inicjatywami, to najlepiej byłoby je kompletnie zignorować – a zmarłyby niechybnie śmiercią naturalną. Wszelka „reklama” w postaci agresywnego kontrmarszu mogłaby zaś spowodować wzrost ich popularności i byłaby samobójstwem ze strategicznego punktu widzenia.

Nie stanie się tak natomiast w przypadku zmasowanej kampanii, finansowanej za grube pieniądze zza granicy i służącej dalekosiężnym celom społecznym (rozkład moralny) i politycznym (zmiany legislacyjne). Ta propaganda nie postępuje samoistnie, jest pchana na siłę i niestety – patrząc na przykład państw zachodnich – taki sposób jej prowadzenia może przynosić katastrofalne skutki dla niegdyś chrześcijańskich nacji. Szkodliwym jest bycie utwierdzonym w przekonaniu, że lansowanie czegoś na siłę i „wbrew ludzkiej naturze” nie przyniesie pożądanego efektu. Tak zwana ludzka natura podatna jest bowiem na najgorsze nawet wypaczenia i syjonistyczny vel globalistyczny przeciwnik doskonale o tym wie. Można katolicki kraj zamienić na ziemię pełną zboczeńców, trzymających się publicznie za ręce i drapiących się po pokrytej kolczykami i strach pomyśleć czym jeszcze, dupie. Wystarczy pojechać na zachód i się o tym przekonać. To, co robią nasi wrogowie można wręcz nazwać odgórną strategią ewolucyjną, zmieniającą charakter człowieka. Niestety wiedza na temat tego typu działań jest w Polsce wciąż raczkująca. A przecież najpierw musimy je dobrze poznać, zrozumieć ich psychikę i mechanizmy, jeśli chcemy zaplanować dobre kontruderzenie.

Należałoby więc się zastanowić, co należy robić, by kontrmanifestacje wobec parad pederastów zwiększały swą liczebność, żeby społeczeństwo się aktywizowało, a nie umywało ręce.

Zdaje się, że jedynym na to sposobem jest aktywna działalność w rozmaitych organizacjach społecznych, przez które jesteśmy w stanie dotrzeć do szerszego grona ludzi myślących, czy choćby usiłujących pomyśleć na jakiś temat samodzielnie. Musimy oczywiście dysponować przy tym całym arsenałem dobrze przemyślanych argumentów i udokumentowanych źródeł naukowych, które będą w stanie odbić rzucaną przez przeciwników mantrę pod tytułem „homoseksualizm jest normalny”, „homofobia to choroba”.

Po skutecznym odbiciu, w dyskursie publicznym, należy jednak też pójść za ciosem. Wyjaśniać, dlaczego promocja dewiacji jest czymś samobójczym dla narodu i społeczeństwa. I tak jak nasi przeciwnicy, robić z tego mantrę, powtarzać to do znudzenia, przy każdej okazji, do skutku. Przypominać ludziom, że walka o zdrową rodzinę, przeciwko patologiom społecznym jest czymś tak fundamentalnym, że aby o ten ideał walczyć, nie trzeba mieć naszywki z Ręką i Mieczem na kurtce. Z większości Polaków i tak nie zrobimy nacjonalistów, to rzecz naturalna. Nie każdy się do tego nadaje i tyle. Ale nie oznacza to, że ten pieprzony Kowalski ma przez całe życie tylko siedzieć na tyłku. Może więc warto go sprowokować, pojechać mu po ambicjach, zarzucić nierobóstwo vel op…dalactwo, wytknąć złą postawę, dotknąć jego „honoru”. Przecież w jego żyłach płynie krew narodu, które na takie sprawy od zarania swych dziejów był bardzo uczulony.

Pisząc to mam nadzieję, że mimo wszystko, za rok bądź dwa, Warszawa przy analogicznej okazji stanie się drugim Belgradem, a Wrocław – drugim Splitem. Że pewnego pięknego dnia nie będziemy musieli się zadowalać faktem, że „mieliśmy większą frekwencję”, bo znajdzie się lepszy powód do świętowania – że wraz z tysiącami „szarych Kowalskich” zmietliśmy ich z powierzchni ziemi. Życzę tego sobie i wam. A przede wszystkim tym szarym Kowalskim. Dziękuję Czytelnikowi, który przeszedł przez moje farmazony bez poważnych obrażeń.

DD

Komentowanie zamknięte.