Najnowsze

Opublikowano Marzec 22, 2016 Przez a303 W Świat

Czego chrześcijanie nie wiedzą o Izraelu. Grace Halsell

Komentarz: Odwiedź także https://palestyna.wordpress.com/

Amerykańscy Żydzi sympatyzujący z Izraelem dominują kluczowe stanowiska we wszystkich sferach naszego rządu gdzie podejmuje się decyzje o Bliskim Wschodzie. Skoro tak jest, to czy jest jakaś nadzieja na zmianę w amerykańskiej polityce? Amerykańscy prezydenci jak również większość Kongresu wspierają Izrael – i wiedzą dlaczego amerykańscy Żydzi sympatyzujący z Izraelem obficie sponsorują ich kampanie wyborcze.

Grace Halsell

Grace Halsell

Odpowiedź na prowadzenie bezstronnej polityki na Bliskim Wschodzie może leżeć gdzie indziej – wśród tych, którzy popierają Izrael, ale tak naprawdę nie wiedzą dlaczego. Do tej grupy należy zdecydowana większość Amerykanów. Mają dobre intencje, są uczciwie myślącymi chrześcijanami, którzy czują się powiązani z Izraelem – i syjonizmem – często z powodu atawistycznych uczuć, niekiedy sięgających do lat dzieciństwa.

Jestem jedną z nich. Dorastałam słuchając opowieści o mistycznym, alegorycznym, duchowym Izraelu. To było zanim na naszych mapach pojawił się nowoczesny byt polityczny o tej samej nazwie. Chodziłam do szkółki niedzielnej i widziałam nauczyciela opuszczającego zasłony w oknach by pokazać nam mapy Ziemi Świętej. Chłonęłam opowieści o dobrym i wybranym narodzie, który walczył z „niewybranymi” wrogami.

Kiedy miałam 20+ lat zaczęłam podróżować po świecie zarabiając na życie jako pisarka. Do tematu Bliskiego Wschodu doszłam raczej późno w karierze. Niestety, brakowało mi wiedzy o tej sprawie. Wszystko co wiedziałam było to czego nauczyłam się w szkółce niedzielnej.

I typowo dla wielu amerykańskich chrześcijan, nowoczesne państwo Izrael powstałe w 1948 jako żydowska ojczyzna dla prześladowanych przez nazistów Żydów, uważałam za replikę duchowego, mistycznego Izraela o którym słyszałam będąc dzieckiem. Kiedy w 1979 po raz pierwszy byłam w Jerozolimie, planowałam napisać o trzech wielkich monoteistycznych religiach i nie zajmować się polityką. „Nie piszesz o polityce?” – zadrwił ze mnie pewien Palestyńczyk palący fajkę wodną w starym obmurowanym mieście. „My jemy politykę, rano, w południe i wieczorem!”

Jak się później dowiedziałam, w polityce chodzi o ziemię, i o współwłaścicieli praw do tej ziemi: rodowitych Palestyńczyków, którzy mieszkali tam przez 2.000 lat, i Żydów którzy zaczęli przybywać tam masowo po II wojnie światowej. Mieszkając wśród izraelskich Żydów jak również palestyńskich chrześcijan i muzułmanów, widziałam, słyszałam, czułam zapach i doświadczałam taktyk policyjnego państwa stosowanych przez Izraelczyków przeciwko Palestyńczykom.

Moje obserwacje doprowadziły mnie do napisania książki Podróż do Jerozolimy [Journey to Jerusalem]. Moja podróż była nie tylko kształcąca jeśli chodzi o Izrael, ale spowodowała także to, że mogłam głębiej i smutniej rozumieć mój własny kraj. Piszę smutniej, bo zaczęłam dostrzegać, że w bliskowschodniej polityce, to nie my, naród, podejmujemy decyzje, a raczej zwolennicy Izraela. I typowo dla większości Amerykanów, byłam skłonna uważać, że amerykańskie media były „wolne” by publikować obiektywne informacje.

‚Tego nie powinno się publikować. Jest przeciwko Izraelowi’.

Pod koniec lat 1970, kiedy pierwszy raz byłam w Jerozolimie, nie wiedziałam o tym, że redaktorzy mogli i oceniali „wiadomości” zależnie od tego kto robił co i komu. Podczas pierwszej wizyty do Izraela-Palestyny przeprowadziłam wywiady z dziesiątkami młodych Palestyńczyków. Mniej więcej 1 na 4 opowiadali historie o torturach.

W nocy przychodzili izraelscy policjanci, wyciągali ich z łóżka i zakładali im na głowy kaptury. Później w więzieniach Izraelczycy trzymali ich w odosobnieniu, dręczyli nieustannymi głośnymi hałasami, wieszali ich do góry nogami i sadystycznie okaleczali im genitalia. Nigdy nie czytałam takich historii w amerykańskich mediach. Czy to nie były informacje? Najwyraźniej naiwnie uważałam, że amerykańscy redaktorzy po prostu nie wiedzieli co się działo.

Kiedy przyjechałam do Waszyngtonu, DC, osobiście wręczyłam list Frankowi Mankiewiczowi, wtedy szefowi publicznej stacji radiowej WETA. Wyjaśniłam mu, że nagrałam wywiady z Palestyńczykami, których poddano brutalnym torturom. I chciałabym mu je udostępnić. Nie dostałam żadnej odpowiedzi. Kilka razy dzwoniłam. W końcu połączono mnie z PR-owcem, kobietą o nazwisku Cohen, która powiedziała, że mój list zaginął. Napisałam jeszcze raz. Z czasem uświadomiłam sobie to o czym nie wiedziałam: gdyby to Żydów wieszano i torturowano, to byłaby wiadomość. Ale wywiady z torturowanymi Arabami radio WETA „zagubiło”.

Proces wydania mojej książki Podróż do Jerozolimy był również kształcącym doświadczeniem. Bill Griffin, który podpisał ze mną kontrakt w imieniu MacMillan Publishing Co., to były ksiądz katolicki. Zapewnił mnie, że nikt poza nim nie zredaguje książki. Kiedy prowadziłam do niej badania, często spotykałam się z Griffinem, pokazując mu kolejne rozdziały. „Wspaniały” – powiedział o moim materiale.

W dniu w którym miała wyjść książka, udałam się do biura MacMillana. Meldując się w recepcji, zauważyłam, że Griffin opróżniał swoje biurko. Jego sekretarka, Margie, podeszła do mnie by się przywitać. Ze łzami w oczach wyszeptała, żebym spotkała się z nią w damskiej toalecie. Kiedy byłyśmy już same, powiedziała: „Zwolniono go”. Powiedziała, że było to dlatego, że podpisał kontrakt na książkę sympatyzującą z Palestyńczykami. Griffin, powiedziała, nie miał czasu by mnie spotkac.

Później spotkałam się z innym urzędnikiem z MacMillana, Williamem Curry. „Kazano mi zanieść pani rękopis do Izraelskiej Ambasady, by przeczytali ją i poprawili błędy” –powiedział. „Nie byli zadowoleni. Zapytali mnie „Nie wydasz tej książki, prawda?” Zapytałem „Czy są w niej błędy?” „Żadnych błędów jako takie, ale nie powinno się jej wydawać. Jest przeciwko Izraelowi”.

Jakimś sposobem, pomimo ingerencji by temu zapobiec, wydrukowałam ją. Po opublikowaniu w 1980, zapraszano mnie na spotkania w wielu kościołach. Chrześcijanie ogólnie reagowali z niedowierzaniem. Ale wtedy było bardzo mało wiadomości o przejmowaniu gruntów przez Izrael, demolce palestyńskich domów, bezmyślnych aresztowaniach i torturowaniu palestyńskich cywilów.

To samo pytanie

Mówiąc o tej niesprawiedliwości, nieustannie słyszałam to samo pytanie: „Jak to jest, że nie wiedziałem/am o tym?” Albo ktoś mógł powiedzieć „Ale nie czytałem/am o tym w mojej gazecie”. Na tych kościelnych spotkaniach opowiadałam o własnych doświadczeniach, o hordach amerykańskich korespondentów zajmujących się tym maleńkim państwem. Pokazywałam, że tak wielu reporterów nie widziałam w stolicach światowych takich jak Bejing, Moskwa, Londyn, Tokio i Paryż. Dlaczego, pytałam, taki mały kraj o populacji 4 mln w 1980, wymaga więcej reporterów niż Chiny z bilionem ludzi?

To pytanie powiązałam także z moim odkryciem, że The New York Times, The Wall Street Journal, The Washington Post – i większość naszych krajowych mediów drukowanych – należy do albo jest kontrolowana przez Żydów popierających Izrael. To dlatego, wywnioskowałam, wysyłali tak wielu reporterów do Izraela – i żeby opisywali Izrael zgodnie z izraelskim punktem widzenia.

Moje doświadczenie poznawcze obejmowało także dojście do świadomości o tym jak łatwo mogłam stracić żydowskich przyjaciół, jeśli krytykowałam państwo żydowskie. Mogłam bezkarnie krytykować Francję, Anglię, Rosję, a nawet Amerykę. I każdą dziedzinę życia w Ameryce. Ale nie żydowskie państwo. Straciłam więcej żydowskich przyjaciół niż jednego po wydaniu Podróży do Jerozolimy – to wszystko to smutne straty dla mnie, i, jedna, może najsmutniejsza ze wszystkich.

W latach 1960 i 1970, zanim pojechałam na Bliski Wschód, napisałam o sytuacji Murzynów w książce zatytułowanej Duchowa siostra [Soul Sister], i o sytuacji amerykańskich Indian w książce Żółtowłosa Bessie [Bessie Yellowhair], i o problemach dotykających nielegalnych robotników przekraczających granicę z Meksyku w Nielegalnych [The Illegals]. Te książki zwróciły na mnie uwagę „matki” The New York Times, pani Arthur Hays Sulzberger.

Jej ojciec założył dziennik, potem jej małżonek nim kierował, i w latach kiedy ją znałam, jej syn był wydawcą. Zapraszała mnie do swojego modnego apartamentu przy Piątej Ulicy na lancze i przyjęcia. I na wielu okazjach byłam gościem w jej domu w Greenwich, Conn.

Miała liberalne poglądy i chwaliła moje wysiłki w wypowiadaniu się za tych na przegranej pozycji, w jednym liście nawet poszła tak daleko, że napisała: „Jesteś najbardziej niezwykłą ze znanych mi kobiet”. Niewiele wiedziałam o tym, żeby będąc tak podbudowaną, móc spaść tak nagle kiedy odkryłam – według niej – kogoś „nieodpowiedniego” na przegranej pozycji.

To miało miejsce w jej przestronnym domu w Connecticut, gdzie byłam gościem, kiedy przeczytała fragmenty niewydanej jeszcze Podróży do Jerozolimy. Kiedy wychodziłam, wręczyła mi je ze smutnym spojrzeniem „Kochana, czy zapomniałaś o holokauście?” Czuła iż to co przydarzyło się Żydom w nazistowskich Niemczech dziesiątki lat wcześniej, powinno uciszyć wszelką krytykę żydowskiego państwa. Mogła skupiać się na holokauście Żydów, zaś odrzucała współczesny holokaust Palestyńczyków.

a

Zdałam sobie sprawę, dosyć boleśnie, że nasza przyjaźń dobiegła końca. Iphigene Sulzberger nie tylko zapraszała mnie do domu by spotykać jej słynnych przyjaciół, ale, na jej prośbę, The Times prosił mnie o artykuły. Pisałam je na różne tematy, w tym o amerykańskich Murzynach, amerykańskich Indianach, jak również o nielegalnych pracownikach. Skoro p. Sulzberger i inni żydowscy oficjele w Timesie bardzo chwalili moje wysiłki by pomóc tym grupom ciemiężonych ludzi, dychotomia stała się wyraźna: najbardziej „liberalni” amerykańscy Żydzi stawali po stronie biednych i ciemiężonych ludów oprócz jednego – Palestyńczyków.

Jak wygodnie ci liberalni żydowscy kreatorzy opinii starają się degradować Palestyńczyków by uczynić ich niewidzialnymi, albo wszystkich kategoryzować jako „terrorystów”.

Co ciekawe, Iphigene Sulzberger wiele rozmawiała ze mną o swoim ojcu, Adolfie S Ochsie. Powiedziała mi, że nie był jednym z wczesnych syjonistów. Nie popierał utworzenia żydowskiego państwa.

Ale coraz częściej amerykańscy Żydzi stawali się ofiarami syjonizmu, nacjonalistycznego ruchu który dla wielu wygląda na religię. Podczas gdy nauki etyczne wszystkich wielkich religii – łącznie z naukami Mojżesza, Mahometa i Chrystusa – podkreślają, że wszyscy ludzie są równi, wojowniczy syjoniści uważają, że zabicie nie-Żyda się nie liczy.

W ciągu ostatnich 50 lat syjoniści bezkarnie mordowali Palestyńczyków. I w ataku w 1996 na bazę ONZ w Qana, Liban, Izraelczycy zabili chroniących się tam ponad 100 cywilów. Jak tłumaczy o tej rzezi izraelski dziennikarz Arieh Shavit: „Z absolutną pewnością uważamy, że teraz, kiedy Biały Dom jest w naszych rękach, Senat w naszych rękach, i The New York Times w naszych rękach, życie innych nie liczy się tak samo jak nasze własne”.

„Dzisiaj Izraelczycy” – wyjaśnia antysyjonistyczny Żyd Izrael Shahak – „nie opierają swojej religii na etyce sprawiedliwości. Oni nie akceptują Starego Testamentu takiego jak jest napisany. Religijni Żydzi raczej zwracają się ku Talmudowi. Dla nich żydowskie prawa talmudyczne stały się ‚Biblią'”. A Talmud uczy, że Żyd może zabić nie-Żyda bezkarnie.

Dzięki naukom Chrystusa był rozłam od takich nauk talmudycznych. On chciał uzdrawiać chorych, pocieszać strapionych.

Niebezpieczeństwem, oczywiście, dla amerykańskich chrześcijan, jest to, że po uczynieniu z Izraela ikony, wpadamy w pułapkę przebaczania wszystkiego co robi Izrael – nawet bezmyślnego mordu – jako nakazanego przez Boga.

Ale nie jestem sama by sugerować, żeby kościoły w Ameryce reprezentowały ostatnie ważne zorganizowane wsparcie dla praw Palestyńczyków. Ta konieczność jest częściowo ze względu na nasz historyczny związek z Ziemią Chrystusa, i częściowo z kwestiami moralnymi wiążącymi się z przekazywaniem naszych dolarów z podatku na finansowanie aprobowanego przez izraelski rząd łamania praw człowieka.

Choć Izrael i jego oddani amerykańscy żydowscy zwolennicy wiedzą iż mają w rękach prezydenta i większość Kongresu, martwią się o ‚szeregowych’ Amerykanów – o dobrych intencjach chrześcijan, którym zależy na sprawiedliwości. Do tej pory chrześcijanie nie są świadomi tego czego nie wiedzieli o Izraelu. Zindoktrynowali ich amerykańscy zwolennicy Izraela we własnym kraju, a kiedy udawali się na Ziemię Chrystusa większość robiła to pod izraelskim patronatem. Skoro tak jest, to nie jest prawdopodobne by chrześcijanin w ogóle spotkał Palestyńczyka, albo poznał powód izraelsko-palestyńskiego konfliktu.

Ale to stopniowo się zmienia. I ta zmiana niepokoi Izraelczyków. Jako przykład – delegaci na konferencję chrześcijańską Sabeel w Betlejem na początku tego roku powiedzieli, że nękały ich izraelskie siły bezpieczeństwa na lotnisku w Tel Awiwie.

„Pytali nas” – powiedział jeden z delegatów – „dlaczego skorzystaliście z palestyńskiego biura podróży? Dlaczego nie skorzystaliście z izraelskiego?” Przesłuchanie było tak długie i wrogie, że liderzy Sabeel zwołali specjalne spotkanie by powiedzieć delegatom jak sobie z tym radzić. „Najwyraźniej” – powiedział jeden z delegatów – „Izraelczycy nie chcą zniechęcać nas do odwiedzania Ziemi Świętej, chyba że pod ich patronatem. Nie chcą by chrześcijanie zaczęli dowiadywać się wszystkiego czego nigdy nie wiedzieli o Izraelu”.

Grace Halsell

Tłumaczenie: Ola Gordon.

Źródło: http://www.ihr.org/leaflets/what_christians.shtml

Tags : , , ,

Komentowanie zamknięte.