Opublikowano Czerwiec 22, 2017 Przez a303 W Rosja

Cud wiary

Sasza (zdrobniale od Aleksandr – A.L.) w czeczeńskiej niewoli był 5 lat; dwa lata go nie karmili; trenowano na nim chwyty do walki wręcz; kilka razy go rozstrzeliwano, strzelano z najbliższej odległości, na wprost, ale – nie mogli go rozstrzelać!!!

a

W 1995 roku – pierwsza wojna czeczeńska. Byłem dowódcą grupy szturmowej, a sąsiednia, druga grupa szturmowa została nazwana imieniem Bohatera Rosji Artura, mojego przyjaciela, który zginął podczas walk w Groźnym, nakrywając sobą rannego żołnierza: żołnierz przeżył, a on zginął od 25 ran postrzałowych.

W marcu 1995 roku grupa szturmowa Artura z 30 żołnierzami w trzech BRDM-ach (opancerzonych samochodach rozpoznawczych – A.L.) wykonywała sztabowy rajd, którego celem było zablokowanie grup bojowników czeczeńskich w wąwozie wiedeńskim. Jest tam takie miejsce Chanczelak, tłumaczone z języka czeczeńskiego – jako „martwy wąwóz”, tam właśnie na naszą grupę czekała zasadzka.

Zasadzka – to pewna śmierć: pierwszy samochód w kolumnie i zamykający są podbijane, a potem metodycznie rozstrzeliwuje się żołnierzy ze wzgórz. Grupa, która trafi w zasadzkę, żyje maksymalnie 20-25 minut – potem pozostaje zbiorowy grób. Przez radiostację poprosili żołnierze o pomoc śmigłowców wsparcia ogniowego, poderwano również moją grupę szturmową, dotarliśmy na miejsce po 15 minutach.

Kierowanymi pociskami powietrze-ziemia zniszczono pozycje ogniowe na wzgórzach, ku naszemu zdziwieniu grupa ocalała, brakowało tylko Saszy Woroncowa. Był on snajperem i siedział na czołowym samochodzie BRDM i falą wybuchową został zrzucony w przepaść na głębokość 40-50 metrów. Zaczęto go szukać, ale nie znaleziono. Ściemniało się już. Znaleziono krew na skałach, a jego nie było. Stało się najgorsze: kontuzjowany trafił do niewoli czeczeńskiej.

Idąc po świeżych śladach, utworzono grupę poszukiwawczo – ratowniczą, przez trzy doby penetrowano góry, nawet do kontrolowanych przez bojowników czeczeńskich osiedli wchodzono nocą, ale Saszy tak i nie znaleziono. Uznano, że zginał bez wieści, później przedstawiono go do odznaczenia orderem za męstwo. I wyobrażacie sobie, mija 5 lat. Początek roku 2000-go, szturm Szatoja, w Wąwozie Arturskim w powiecie szatojskim jest miejscowość Itum-Kale, podczas jego blokowania miejscowi mieszkańcy donieśli nam, że u nich w zindanie (w dole) siedzi już 5 lat nasz komandos.

Trzeba powiedzieć, że jeden dzień w niewoli u czeczeńskich bandytów – to piekło. A tu – 5 lat… Pobiegliśmy tam, już się ściemniało. Reflektorami z BMP (skrót – od bojowy opancerzony wóz piechoty) oświetliliśmy teren. Widzimy dół 3m na 3m i 7 metrów głębokości. Spuściliśmy drabinę, a tam ledwo żywy człowiek. Zatacza się, pada na kolana, ja po oczach poznałem Saszę Woroncowa, 5 lat go nie widziałem, ale poznałem. Cały zarośnięty, z długą brodą, umundurowanie na nim zgniło, był w zgrzebnym worku, przegryzł otwory na ręce i tak w nim się grzał. W dole tym załatwiał się i tam żył, spał, wyciągano go co 2 – 3 dni do pracy, do urządzania pozycji ogniowych dla Czeczeńców.

Czeczeni na nim na żywo trenowali, szkolili się w chwytach walki wręcz, czyli atakowali go nożem, celowali w serce i trzeba było odeprzeć atak. W naszych siłach specjalnych (ros.- в спецназе) wyszkolenie chłopców jest dobre, ale on był wyczerpany, nie miał sił, i, oczywiście, nieraz nie zdążył zrobić uniku, całe ręce miał pocięte. Sasza przed nami pada na kolana, nie może mówić, płacze i śmieje się. Potem mówi: „Chłopaki, czekałem na was 5 lat, kochani moi.”. Wzięliśmy go na ramiona, przygotowaliśmy łaźnię, ubraliśmy. I potem nam opowiedział, co z nim było w ciągu tych 5 lat.

Siedzieliśmy z nim przez tydzień czasu, spotykaliśmy się na posiłkach, zaopatrzenie było dobre, a on kawałeczek chleba ślinił godzinami i jadł cichutko. W ciągu 5 lat smak u niego uległ atrofii. Powiedział, że przez 2 lata jego w ogóle nie karmili.

Pytam: „Jak więc żyłeś?” A on na to: „Wyobraź, dowódco, Krzyżyk całowałem, żegnałem się, modliłem się – brałem glinę, robiłem z niej kulki, żegnałem je – i jadłem. Zimą śnieg jadłem”. „No i co?” – pytam. A on mówi: „Wiesz, te kulki gliniane były dla mnie smaczniejsze niż ciasto domowej roboty. Błogosławione kulki śniegu – były słodsze niż miód”.

5 razy rozstrzeliwano go na Wielkanoc (czyli na każdą Wielkanoc podczas 5 lat pobytu w niewoli? – A.L.). Żeby nie uciekł, przecięto mu ścięgna na nogach, nie mógł więc stać. Umieszczali go przy skałach, klęczącego na kolanach, a 15-20 metrów od niego ustawiano kilku ludzi z automatami, którzy mieli go rozstrzelać.

Mówią: „Módl się do swego Boga, jeżeli Bóg istnieje, to niech On cię uratuje”. I modlił się on w sposób następujący, (mam zawsze w uszach jego modlitwę, jest prosta, jak rosyjska dusza): „Panie Jezu, mój Najsłodszy, Chryste mój Przedziwny, jeżeli taka będzie dzisiaj Twoja Wola, to jeszcze pożyję troszkę”. Zamykał oczy i się żegnał. Żołnierze naciskają kurek spustowy – niewypał. I tak dwa razy – wystrzału nie ma. Ponownie repetują broń – nie ma strzału. Zmieniają magazynki z nabojami – strzałów znowu nie ma, zmieniają automaty – nadal nie ma wystrzałów.

Podchodzą i mówią: „Zdejmij Krzyż!. Rozstrzelać go nie można, ponieważ krzyż na nim wisi”. A on mówi: „Nie ja ten Krzyż włożyłem, a kapłan w Sakramencie Chrztu. Ja zdejmować nie będę”. Ręce ich się wyciągają, aby Krzyż zerwać i w odległości pół metra od jego ich ciała skręca Łaska Ducha Świętego i padają skurczeni na ziemię. Biją go kolbami automatów i wrzucają do dołu. Dwa razy pociski nie wylatywały z lufy, a inne wylatywały (gdy lufa nie była w niego wycelowana – dod. A.L.) i wszystkie leciały obok niego. Strzelano niemal na wprost – i nie mogli go rozstrzelać, tylko odłamki kamieni cięły go od rykoszetów i to wszystko.

I tak to w życiu bywa. Mój ostatni dowódca, bohater Rosji Szadrin mówił: „Życie to dziwna, piękna i niezwykła rzecz.”

W Saszy zakochała się czeczeńska dziewczyna, dużo młodsza od niego, miała 16 lat, to tajemnica duszy. Od trzech lat w nocy przynosiła mu do dołu kozie mleko, spuszczała je na lince i tak go uratowała. Jej rodzice nocami łapali ją w miejscu zdarzenia, chłostali prawie do śmierci, zamykali w komórce. Na imię jej było Assel. Byłem w tej komórce, jest tam bardzo zimno, nawet latem, jest tylko bardzo małe okienko i drzwi z zamkiem od spichlerza. Wiązano ją. W ciągu nocy potrafiła ona rozgryźć liny, wyjąć okno, wyleźć, wydoić kozę i zanieść mu mleko.

Sasza zabrał Assel ze sobą. Została ochrzczona z imieniem Anna, wzięli ślub, urodziło im się dwoje dzieci, Cyryl (ros. Kirył) i Maszeńka (od Maria). Wspaniała rodzina. Spotkałem się z nim w monasterze Pskowsko – Pieczerskim. Objęliśmy się, obaj płaczemy. Wszystko mi opowiada. Prowadzę go do Starca Adriana, ale ludzie nie wpuszczają. Mówię im: „Bracia i siostry, mój żołnierz, on w Czeczenii w dole 5 lat spędził. Przepuśćcie, w Imię Chrystusa.” Wszyscy uklękli i mówią: „Idź, synku”. Minęło 40 minut. Uśmiechnięty Sasza wychodzi od Starca Adriana i mówi: „Nic nie pamiętam, jakbym rozmawiał ze słońcem!” A w dłoniach ma klucze do domu. Ojciec im dom podarował, który pewna stara mniszka zapisała dla monasteru.

A najważniejsze mi Sasza na pożegnanie powiedział, kiedy zapytałem go, jak on to wszystko przeżył: „Dwa lata, gdy siedziałem w dole, płakałem tak, że cała glina pode mną była mokra od łez. Patrzałem na rozgwieżdżone czeczeńskie niebo z dołu zindanu (dołu) i szukałem mojego Zbawcy. Płakałem jak dziecko, szukałem mojego Boga”. „ A dalej?” – zapytałem. „A dalej – kąpię się w Jego objęciach” – odpowiedział Sasza.

Źródło: RID

Źródło:

Чудо веры

http://3rm.info/publications/58674-chudo-very.html

21 maja 2017 roku

Tłumaczył Andrzej Leszczyński

18.6.2017 r.

Komentowanie zamknięte.