Najnowsze

Opublikowano Lipiec 27, 2016 Przez a303 W Dziennikarstwo śledcze

Ciszej nad tymi grobami. Jan Bek

Czy kiedykolwiek będziemy „mądrzy po szkodzie” ?

“Cieszy mię ten rym: „Polak mądr po szkodzie”;
Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,
Nową przypowieść Polak sobie kupi,
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.”

Jan Kochanowski

Słowa wielkiego polskiego poety dziwnie dobrze uzupełniają o wiele późniejsze dwie definicje innych wybitnych ludzi: angielskiego pisarza, Karola Dickensa i francuskiego polityka, Charlesa de Gaulla. Pomimo różnych epok w jakich przyszło im żyć, ich myśli o patriotyzmie są takie same.

Karol Dickens zauważył, że „„prawdziwym patriotą jest ten, który nie ze wszystkiego jest zadowolony w swej ojczyźnie, to człowiek, który pragnie i walczy o to, by w niej było lepiej…”

Charles de Gaulle powiedział dokładnie to samo, rozszerzając to po pojęcie „nacjonalizmu”: „..patriotyzm jest wtedy, gdy na pierwszym miejscu jest miłość do własnego narodu; nacjonalizm wtedy, gdy na pierwszym miejscu jest nienawiść do innych narodów niż własny…”

Nie należy wątpić, że także Jan Kochanowski był patriotą podług ich definicji – tyle, że kilka wieków wcześniej. Zasadniczą różnicą jest jednak to, że fraszka J.Kochanowskiego zawiera… kwintesencję głupoty zwanej… „patriotyzmem” przez osobliwych tzw. „ patriotów-niepodległościowców”, uzurpujących sobie rolę przywódców Narodu.

Do ich  dziwacznego  „ patriotyzmu”  należy …”świętowanie  rocznic” naszych tragicznych narodowych tragedii, rozpisanych wg. starannie opracowanego przez obcych  scenariusza  i wykonanych dokładnie przez nas:  Powstania Kościuszki,  Powstania Listopadowego, Styczniowego czy powstania w Warszawie.   

„Siły patriotyczne”,  ukrywając perfidnie przed Polakami podstawowy fakt, że każde z nich – opracowane przez obcych, liczących poważnie na głupotę polityczną i swoiście pojmowaną „miłość ojczyzny” Polaków –  cofało Polskę w jej rozwoju ekonomicznym liczą, że i w przyszłości podążą Polacy śladem swoich nieszczęsnych przodków.

Inaczej: liczą one, że porażająca we fraszce J. Kochanowskiego myśl, że „Polak mądr po szkodzie” nigdy się nie utrwali w świadomości Polaków.

Aby rachuby te spaliły na panewce musimy poznać całą prawdę o Powstaniu Warszawskim.

Jan Bek

Ciszej nad tymi grobami

a

Można mieć pewność, że w kolejną rocznicę powstania  w Warszawie urządzi się kolejną, huczną fetę, na której każdy, komu uda się dopaść mikrofonu , będzie się starać zawłaszczać wyłącznie dla siebie tamto krwawe wydarzenie. Jak zwykle w polskim sierpniu z wysokiego, niebieskiego nieba będzie się lał żar, a z ust kolejnej ekspozytury obcych wywiadów – zwanej eufemistycznie „polskim rządem” – będą padać  frazesy.

Stojący w głębokim cieniu narodowych flag polskich dyspozycyjni dziennikarze, intelektualiści, oficjalni historycy i kombatanci –  swoi i zaproszeni  przedstawiciele „wszystkich wojujących stron”, nasi „sojusznicy” i jawni wrogowie, a także sojusznicy naszych sojuszników – będą piali peany na cześć „demokracji”, „świata bez wojen” i dokładali przy tej okazji starań, by wbić obywatelom do głowy „jedynie słuszny” obraz powstania.

 Wątpliwości jak zwykle nie będzie, a jeśli nawet ktoś je będzie miał, to przecież w sobie je  stłumi, bowiem, jak mawiał Józef Mackiewicz„nie trzeba o tym głośno mówić”.

Aby było śmieszniej, oprócz uroczystości oficjalnych , zwykły odbywać się także  uroczystości „nieoficjalne” : kiedyś  organizowała je  tzw. „opozycja niepodległościowa”,  np. PiS. Ale z chwilą  gdy partia ta doszła do władzy,  nastąpi z pewnością ”przebiegunowanie” i zastąpią ją byli… rządzący – ta beznadziejna breja ekspozytur niemiecko-rosyjsko -amerykańskich, nosząca dziś miano „opozycji totalnej”.   

Chociaż  zazwyczaj robi ona wszystko dokładnie odwrotnie niż jej duchowo spowinowacony,  polityczny przeciwnik, PIS, to zazwyczaj tak niezadowolona, będzie tym razem z nim dziwnie zgodna, wykłócając się jedynie o szczegóły, że to nie ona, a PiS i reszta „prawicowych niepodległościowców” pod pisowskim „kierowniczym przewodem”, odegra główną rolę w oficjalnych obchodach rocznicy naszej wielkiej wojskowej i politycznej klęski.

Zamiast w spokoju i zadumie oddać hołd powstańcom, rozpęta się kolejny masochistyczno – mesjanistyczny szał świętowania idei i koncepcji powstania, pomijający dziwnym, acz przecież bardzo wymownym milczeniem, strategicznie zwycięskie powstania – Wielkopolskie, III Śląskie, Lwowskie .

Summa summarum będzie to kolejne, niepotrzebne, zakłamane i żenujące widowisko ze staruszkami – kombatantami powstania w tle, którzy, choć już nie pozostało ich wielu, też nie będą do końca zgodni, bo gdy jedni będą woleli uroczystości „oficjalne” (te organizowane przez kolejna, rządzącą ekipę), to drudzy – „niepodległościowe”.

A przecież kolejną rocznicę należy obchodzić jako smutną rocznicę tragicznej klęski i wielkiej narodowej katastrofy, której żadne zaklęcia i intelektualne łamańce nie mogą zamienić w zwycięstwo…

Rocznica powinna być obchodzona bez komitetów, bez parad, bez patetycznych przemówień i dwuznacznych wizyt „sojuszników”, bez propagandowej furii, szalejącej w masmediach.

Znicze i kwiaty na grobach, skromne i ciche nabożeństwo, powaga i dźwięk samotnej trąbki na cmentarzach, wzywającej poległych na wieczny odpoczynek – to odpowiedni sposób, by uczcić tych, którzy wówczas polegli.

I powtórzyć za poetą, Kazimierzem Wierzyńskim, przejmujące słowa jego wiersza:

” Wieczne odpoczywanie

Racz im dać Panie

Na Powązkach, na placach, na skwerach

tam, gdzie kto padł,

gdzie umierał.”

JEDYNIE SŁUSZNA HISTORIA. Dzisiejsi, tymczasowi rządcy Polski i za nimi powaleni oficjalną  medialną pałą Polacy, których celowo przestaje się uczyć ojczystej historii, poznają  ją groteskowo wykoślawioną – serwowaną przez kolejne ekspozytury obcych mocarstw i podległe im  medialne tuby. Do tego „syreniego” chóru chwalców Narodowych Tragedii, chętnie także się dołączają kontrolowani przez   masońskich wydawców,  „zachodni „historycy”.

Choć pięści zaciskają się mocno choć jeszcze bezsilni, nie dziwmy się: obrzydliwe, stałe kłamstwo jest  demoliberalizmie  warunkiem sine qua non jego trwania.

Nie może on istnieć bez  niego tak samo, jak nie mógł istnieć  jego ideologiczny brat ideologicznie – komunizm.

Wedle  tego „jedynie poprawnego”, obowiązującego strychulca,  opracowanego przez dobrze rozpoznane ośrodki wrogiej Polsce propagandy, w którym zawsze występuje „zły Stalin”, wcielenie Zła  i „oszukani przez niego naiwni, uczciwi zachodni  alianci”.                                     

Takie postawienie sprawy gwarantuje kompletne wypaczenie niemodnego dziś pojęcia Honoru i Uczciwości: powstanie w Warszawie nie było więc aktem politycznego idiotyzmu, ale „nieodzownym bohaterskim aktem, mającym  „ obudzić sumienie świata”.                                                            

Rzecz prosta „sumienia” zachodnich, liberalnych kupczyków powstaniem  nie obudzono, lecz pokazano światu rzecz oczywistą i już dobrze utrwaloną w świadomości „świata zachodniego” : „Polacy są  niepoważni”.

Czyżby margrabia, Aleksander Wielopolski, miał rację, mówiąc, że  „Dla Polaków można czasami coś zrobić, ale z Polakami- nigdy” ?

Bowiem „zachodni „alianci” Polski, Churchill i Roosevelt, mówili dokładnie to samo co on  – tyle, że  nieco innymi słowami.

To gorzkie słowa, ale… przeczytajmy poniższe cytaty, zaczerpnięte z dzisiejszej, wiernopoddańczej  prasy polskiej, wypisującej „duszoszczypatielnyje”, sążniste, rocznicowe artykuły.

Przypomnijmy ten stek bredni, „argumentów” za powstaniem, wysuwanych przez jego apologetów. Ich pochodzenie i partyjna przynależność nie jest istotne: istotna jest ich bezdennie głupia, kłamliwa treść.

Cytat:

„….Od dziesięcioleci toczy się dyskusja na temat Powstania, naczelnym argumentem przeciwko wybuchowi było zniszczenie Warszawy i śmierć mieszkańców. Podstawą tego rozumowania jest przekonanie, że gdyby Powstanie nie wybuchło, Warszawa by ocalała, a jej mieszkańcy by nie zginęli. Tyle, że to nieprawda. Takiego wyboru nie było.”….

HISTORIA TEGO  NIE POTWIERDZA. Naczelne dowództwo w Londynie, wydając rozkaz „Burzy”  zdawało sobie sprawę z tego, że Warszawę należy z tego planu wyłączyć pomimo, że wszystkie podległe mu oddziały AK w Polsce miały ruszyć na Niemców w miarę przesuwania się frontu.

Decyzja rzucenia stolicy do walki z Niemcami zapadła w Warszawie pod koniec lipca 1944 r. pomimo wyraźnych sugestii Wodza Naczelnego, gen. Sosnkowskiego, w wielu depeszach radiowych z 1943-1944 r.

Po aresztowaniu gen. „Grota”- Roweckiego i śmierci gen. Sikorskiego, będących przeciwnikami powstaniu, Polska straciła dwóch najbardziej rozważnych dowódców; gen. Sosnkowski reprezentował bardziej sztywne stanowisko wobec Sowietów, ale nawet on skłaniał się, choć chwiejnie,  do myśli swego poprzednika, że powstanie w Warszawie należy wykluczyć z planu „Burzy”.

Ostateczny rozkaz do powstania został wydany przez dowódcę AK, gen. „Bora” – Komorowskiego dn. 31 lipca 1944 r., który, początkowo, wyłączając stolicę z planu „Burza” by uniknąć zniszczeń i zaoszczędzić cierpień ludności cywilnej, nieoczekiwanie… zmienił zdanie.

Generał Tadeusz Komorowski

Generał Tadeusz Komorowski

Zmienił je choć od marca 1944 r. broń otrzymywaną ze zrzutów brytyjskich, lub tajnie wyprodukowaną w kraju, kierowano przede wszystkim do okręgów na wschodnim brzegu Wisły, wykonywających główne zadania „Burzy”.

Znany marsz baonu „Zośka”   buńczucznie głosił, że „na Tygrysy mamy visy”…Niestety, już niezadługo okazało się, że tych visów było przeraźliwie mało: już pod koniec pierwszego dnia powstania, niektóre , zresztą źle uzbrojone oddziały , odczuwały brak amunicji….

Dziwnym trafem apologeci powstania nie wspominają, że dnia 7 lipca 1944 r. z rozkazu przyszłego „bohatera powstania”, gen. „Bora”, wysłano z Warszawy do okręgów wschodnich, bagatela,  900 pistoletów maszynowych z amunicją  a na 10 -14 dni przed powstaniem dodatkowo 60 pistoletów maszynowych oraz 4400 szt. amunicji – bezcenną broń dla wałczących żołnierzy…

Fakt ten jednoznacznie wskazuje, że nie liczono się jeszcze w połowie lipca 1944 r. z poważnymi walkami w stolicy.

Marcowa decyzja o wyłączeniu Warszawy z „Burzy”  i późniejsze wysyłki broni doprowadziły na krótko przed nagłą decyzją o podjęciu walki do poważnego uszczuplenia arsenału pomimo, że była ona i tak najgorzej zaopatrzona w broń niż inne okręgi, do których łatwiej docierały brytyjskie zrzuty i w których magazynowanie broni było bez porównania łatwiejsze.

Także  inne znane  fakty wskazują na to, że powstanie było najgorszą alternatywą.

BRAK PLANU ODBICIA STOLICY.  W czerwcu i na początku lipca (a więc w chwili, gdy większość sił sowieckich walczyła jeszcze  za Bugiem) pierwsze sowieckie jednostki zwiadowcze dotarły pod Warszawę pod koniec lipca 1944 roku, a sowiecki 3 Korpus Pancerny, nacierając od strony Mińska Mazowieckiego w kierunku płn. – zach. podszedł na odległość 5 km od mostu na rzece Narew w Zegrzu. Naprzeciw stali Niemcy.

Bitwa rozpoczęła się 31 lipca od niemieckiego natarcia w rejonie Radzymina. Już 1 sierpnia niemieckie 19 DP i 5 DP SS po spotkaniu się pod Okuniewem zamknęły pod Wołominem w okrążeniu sowiecki 3 Korpus Pancerny, który został zniszczony do 3 sierpnia. W dniu 2 sierpnia jednostki sowieckie przeszły do defensywy. Walki trwały do 10 sierpnia.

Zarówno rząd polski w Londynie jak i Delegat Rządu (J.S. Jankowski) w Kraju poważnie rozważali sprawę nakłonienia Niemców (musiały istnieć jakieś przesłanki by sądzić, że akcja taka może się powieść)  przy pomocy kół watykańskich i szwajcarskich do uznania Warszawy za miasto otwarte i w ten sposób do jej zupełnego wyłączenia ze strefy działań wojennych.

W związku z tym do połowy lipca 1944 r. polskie władze, tak w Kraju jak i w Londynie, nie przewidywały możliwości większych walk w Warszawie.

To stanowisko obala ulubiony argument  apologetów powstania twierdzących, że „musiano je wywołać, bo Niemcy wymordowaliby mieszkańców Stolicy”.

Wiele, bardzo wiele się mówi o „braku innej alternatywy”, ale jak widać z tych paru przytoczonych faktów, tą alternatywą z pewnością nie była walka w stolicy tym bardziej, że sam gen. „Bór”  (mimo, że  człowiek nieobeznany z taktyką piechoty w mieście bo kawalerzysta w randze pułkownika, dowódca bez większego otrzaskania w ogniu – we wrześniu 1939 był komendantem Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu) 14 lipca  1944 r. meldował do Londynu, że przy obecnym stanie sił niemieckich w Polsce i ich przygotowaniach przeciw- powstańczych  „powstanie nie ma widoków powodzenia”.

Zauważmy, że  w ciągu tygodnia gen. „Bór” zmienił zdanie i już 21 lipca sądził, że Warszawa powinna być oswobodzona od Niemców polskim wysiłkiem, na krótko przed spodziewanym wejściem do niej Sowietów.

Dnia 22 lipca, Delegat Rządu RP, Jankowski, zatwierdził plan kawalerzysty.

WYWIAD AK? JAKI WYWIAD? Wywiadem, do którego zadań należało zbieranie i weryfikowanie wiadomości o wrogu kierował płk. Iranek – Osmecki –  człowiek całą duszą oddany obozowi sanacji, maczający swe palce w kryminalnych aferach II w. św. „Ustalenia” podległego  mu wywiadu AK Okręgu -Warszawa będą miały znaczenie przy tumanieniu niższych rangą dowódców i przekonywaniu ich do co do „słuszności rozpoczęcia walk w otwartym mieście”.

Wspomniana powyżej bitwa pancerna  niemieckich dywizji Waffen SS”„Viking” i „Herman Göring” – (notabene w całości opartych na fanatycznych nazistach) z sowieckimi jednostkami sowieckiej 3 Armii Pancernej koło Radzymina,  a więc na obszarze  radzymińskiego obwodu AK, „Rajski Ptak”, której oddziały w lipcu 1944 przystąpiły do akcji „Burza”  – rozpoczęła się  25 lipca 1944 r., ale na poważnie 31 lipca, kiedy Niemcy przeszli do kontrnatarcia.

Prawdą jest, że sowiecki zagon rozpoznawczy kilku czołgów  mógł się rozgorączkowanym szeregowym żołnierzom AK wydać „czołgami na Pradze” (de facto sowiecki 3 korpus pancerny nacierał od  strony Mińska Mazowieckiego ),  ale oficerowie sztabowi  i sam najwyższy generał AK, „Bór”,  powinni trzymać nerwy na wodzy i nadesłane meldunki, zweryfikować: koncentracja dwóch dywizji niemieckich w tym rejonie oraz kierunek natarcia sowieckiego korpusu pancernego nie mogła ujść uwagi terenowych placówek AK.

CO ZROBIŁBY DOŚWIADCZONY I ODPOWIEDZIALNY DOWÓDCA?  Poczekałby na wynik bitwy i oraz na inne oznaki sowieckiego szturmu na płd. od Warszawy.

Poczekałby na forsowanie Wisły przez sowiecką armię i zaciśnięcie się kleszczy sowieckich  wokół Warszawy (klasyczny manewr znany dowódcom już od starożytności ) i paniczne wycofywanie się przez Niemców. To powinna być sprawa  oczywista dla każdego odpowiedzialnego dowódcy;  słynne „czołgi sowieckie”, o których doniósł spiskującemu gremium polskich dowódców AK, płk. Chruściel, istniały wyłącznie… w wyobraźni, spiskujących generałów.

Był jednak taki moment, że dowództwo mogło niekorzystną dla sił polskich sytuację wykorzystać  i  obrócić na korzyść Narodu: były to dni pomiędzy 23-25 lipca 1944 r., w których Niemcy panicznie się wycofywali. Wtedy opuściła Warszawę większość administracji cywilnej i część jednostek wojskowych.

Ale już 26 lipca Niemcy zaczęli znów napływać do Warszawy – były to głównie jednostki frontowe.

23 -25 lipca 1944 r.  był więc – jeśli się już miano bić – właściwym momentem do boju o Warszawę, ale wtedy,  właśnie wtedy,    gen. „Bór” meldował do Londynu, że „zastrzega sobie wybranie momentu boju…”, że ”…moment rozpoczęcia walki zamelduję.” W depeszy do Naczelnego Wodza, gen. Sosnkowskiego, dodał,   że „… przybycie brygady spadochronowej gen. Sosabowskiego, będzie miało  olbrzymie znaczenie psychologiczne i taktyczne.”

Oprócz tych zupełnie nierealnych żądań miał też inne: „ Przygotujcie możliwości bombardowania  na nasze żądanie lotnisk pod Warszawą.”…

Innymi słowy: dowództwo AK zupełnie błędnie oceniło sytuację i przegapiło najlepszy moment do rozpoczęcia walk.

Czy była to, zdarzająca się często na wojnie, niepełna ocena sytuacji?

JAK WALCZYLI  INNI?  Należy w to wątpić: poczynania dowództwa AK i Naczelnego Wodza dowodzą, że nie miano, żadnego planu operacyjnego na wypadek podejścia armii sowieckiej pod Warszawę  i wszystkie poczynania noszą znamiona gwałtownego dopasowywania poczynań własnych do dynamicznie zmieniającej się sytuacji na froncie.

Krótko mówiąc: nie miano żadnego planu powstania i „wyzwolenia Warszawy własnymi siłami” w najbardziej sprzyjającej chwili.

Historia dostarcza nam przykładów, że niektórzy planowali to zupełnie inaczej: słynne „4 dni Rzymu to „powstanie”  zorganizowane  przez garść włoskiego żołnierza frontowego marszałka Badoglio, wspomaganego przez takąż sama ilość „antyfaszystów”-przeciwników Mussoliniego.

Zorganizowano je w chwili gdy miasto zostało opuszczone kompletnie przez Niemców: „powstańcy” ostrzeliwali ewakuujące się w popłochu ostatnie straże niemieckie.

Podobnie działo się w zaminowanym przez Niemców Paryżu, który ” wyzwolili” prawie bez wystrzału dzielni maquis.

Oba miasta  nie zostały zniszczone, a  liczba ofiar wśród ludności cywilnej była prawie zerowa.

Są jeszcze inne fakty.

CZY NIEMCY  PLANOWALI  ZAGŁADĘ WARSZAWY?  Bardzo dyskusyjne jest twierdzenie, że Hitler „i tak planował zniszczenie Warszawy.”

Na poobiednich  herbatkach w Obersalzberg(u)  tokował co prawda pogardliwie o Polakach (notabene tak samo mawiał o każdym swoim przeciwniku), ale Generalplan Ost (opracowywany pod ścisłym nadzorem Himmlera), będący zasadniczym, jasnym, strategicznym planem nazistów zorganizowania „niemczyzny” na zdobytych terenach wschodnich,  nic nie wspomina o zniszczeniu miasta –  byłoby to po prostu nieracjonalne, a Niemcy  mimo wszystko byli racjonalistami.

Cytat:

„….Hitler planował zniszczenie Warszawy jeszcze przed wybuchem powstania. Bodajże w styczniu, czy lutym 44 wyraźnie mówił, że choćby Rzesza miała zginać, to siedlisko polskiej dumy będzie zniszczone. Zresztą, przecież to samo planował dla Rzeszy, przecież wydał zupełnie jasne i jednoznaczne rozkazy zniszczenia wszystkiego, co miało jakąkolwiek wartość, bo naród niemiecki okazał się niegodny swego wodza i idei tysiącletniej Rzeszy. Te rozkazy zostały zignorowanie przez Speera, który zachował resztkę zdrowego rozsądku i wiedział, że wojna się skończy, a Niemcy zostaną i wkrótce ich potencjał będzie największy w Europie. Dokładnie tak, jak się stało. To, co chciał zniszczyć swoja ojczyznę, Rzeszę, a zostawiłby w spokoju Warszawę? Bo AK nie zrobiłoby powstania?

Ciekawe, że nikt nie zarzuca żydowskim powstańcom że swym bezrozumnym oporem doprowadzili do zniszczenia Getta i zagłady Żydów. Byłoby to idiotyzmem, bo i tak ich zagłada była postanowiona. Problem polegał na tym, czy dać się zabić jak barany, czy walczyć i zginąć  jak bohaterowie. Większość ofiar Powstania, to wymordowani mieszkańcy Woli, rozstrzelani bez względu na walki, czy ich brak. Kto odpowiada za zabójstwo, Niemcy, czy AK?….”

 Generalplan Ost”  nic nie mówi o zniszczeniu Warszawy. Wspomina natomiast o przyszłych  losach Polaków, z  których ok.13 mln. miano zostawić na terytorium Polski a resztę wysiedlić za Ural, za którym planowano stworzyć  „terytorium mongolskie”.

Inne, nieliczne zresztą,  źródła wspominają o „przebudowie” Warszawy, zbudowaniu tras przelotowych itp.

Miała się ona stać miastem niemieckim centrum władz cywilnych  w General –  gouvernement  (GG).

Oczywiście, że  takie nieludzkie plany oznaczały wysiedlenie znacznej liczby mieszkańców i  wyburzenie części domów,  ale daleko stąd do „zagłady„. Znów należy podkreślić, że Polacy uchodzili w oczach Niemców za „najzdolniejszy naród słowiański o dużej ilości krwi indoeuropejskiej”, którego wyniszczenie w stopniu takim, jakim miano to uczynić z Rosjanami (” czandalami” czyli ” mieszańcami z Mongołami” ) nie wchodziło absolutnie w grę, gdyż „…świat nigdy by nam tego nie wybaczył…” ( „Generalplan Ost” ).

I rzecz najważniejsza: Warszawą i realizacją tzw. „Dużego Planu Generalnego” miano się zająć….po ostatecznym zakończeniu wojny, przybierającej w ostatniej fazie tragiczny obrót dla Niemców.

Wszyscy to widzieli: nawet fanatyczny Himmler rozpoczął w tej fazie wojny potajemne rozmowy z Żydami.

W rozkazach Hitlera do wojsk, broniących Warszawy nie  ma ani słowa o mordowaniu ludności cywilnej, ani o jej wysiedleniu, ani o jej zniszczeniu.

Gdy władze niemieckie na wieść o zbliżających się Sowietach zmobilizowały 100.000 mieszkańców, a nikt się nie stawił, Niemcy nie wyciągnęli żadnych konsekwencji. Tymczasem dla Niemców wybuch powstania stał się hasłem do krwawej rozprawy ze stolicą i jej mieszkańcami – do uczynienia z niej nowej Kartaginy.

Kiedy  Himmlerowi doniesiono o wybuchu powstania oświadczył on Hitlerowi, że chociaż moment jest „nieodpowiedni”, to nie mniej  „ z historycznego punktu widzenia  to, co robią Polacy, jest dla nas błogosławieństwem”  – to samo zanotował Goebbels w swych pisanych „dla potomności” pamiętnikach.

„…Za pięć, sześć  tygodni – mówił Himmler – Warszawa, stolica, głowa, inteligencja narodu, który od siedmiuset lat zagradzał nam drogę na Wschód, będzie „zgaszona”. Historycznie rzecz biorąc, problem Polski dla naszych dzieci, dla wszystkich, a nawet dla nas, przestanie być wielkim problemem….”

Oczywiste, że były to plany nieludzkie: wcześniej świat o nich nie wiedział tak samo, jak nie wiedzieli o nich Polacy.

Ale w drugiej połowie 1944 r. było już wiadome wszystkim, że Niemcy wojnę definitywnie przegrały, że nawet bez polskiego zaangażowania w Warszawie da się doczekać do ich klęski.

Może w  przeddzień powstania mieli Niemcy lepszych  niż nasi, analityków,  a może, po prostu, lepiej znali meandry zachodniej  i  stalinowskiej polityki:  nie przewidywali żadnego ataku militarnego ze strony Sowietówczuli się nie zagrożeni bliskością armii sowieckiej. Doskonale znali nastroje w obozie anglosaskim. Mogli się spokojnie z Warszawą rozprawiać.

Jak nam kiedykolwiek w [przyszłości przyjdzie do głowy chętka urządzić znów jakieś powstanie, musimy zawsze pamiętać o tym, że kategoriami Himmlera …myśleli i dalej myślą także… „alianci Polski”: na konferencji w Teheranie Roosevelt uronił aforyzm, że „POLSKA JEST ŹRÓDŁEM KŁOPOTÓW W TYM REJONIE EUROPY JUŻ 700 LAT”.

Churchill odparł na to, że WŁAŚNIE DLATEGO SIĘ TU ZEBRALIŚMY W TEHERANIE BY TE JEJ KŁOPOTY ROZWIĄZAĆ” ( Churchill, „Pamiętniki”).

A Stalin kiwał ze zrozumieniem głową i pykał swoją fajeczkę….

I wszyscy trzej te „kłopoty” Polaków rozwiązali…

SKAKAĆ  NA DACHY  PŁONĄCEJ  WOLI.   Cytat:

„…..Tak, powstanie było klęską, bo alianci nie pomogli, zresztą, trzeba tu oddać sprawiedliwość, że nie mogli- loty z zaopatrzeniem nad Warszawą miały największe statystyki strat w całej wojnie. Samoloty musiały lecieć przez całą Europę, i zamiast lądować na sowieckich lotniskach kilka kilometrów za frontem, zatankować, opatrzyć rany, naprawić przestrzeliny, musiały wracać tą samą drogą, doskonale znaną Niemcom, bo innej nie było. Wiele alianckich samolotów zostało zestrzelonych, polskich, kanadyjskich. Ich wraki leżą na całej trasie od Warszawy do Włoch, skąd było najbliżej. Półtora tysiąca kilometrów, kilkanaście godzin lotu w obie strony. Potem wyliczono, że dostarczenie 10 ton zaopatrzenia kosztowało jeden utracony samolot z załogą. Winniśmy im cześć i wdzięczność. Polska Brygada Spadochronowa, która była sformowana właśnie do wspomożenia Armii Krajowej w Polsce, krwawiła zamiast tego pod Arnhem. I tym większa hańba pada na Sowietów, którzy nie dość, że zatrzymali ofensywę i z niezmąconym spokojem przypatrywali się egzekucji, którą sami by zrobili, ale Hitler ich wyręczył, ale wręcz wyraźnie zapowiedzieli, że każdy aliancki samolot, który przeleci na ich stronę, będzie traktowany, jak wrogi. To znaczy, powiedzieli, ze niestety nie mogą gwarantować ich bezpieczeństwa. Wstrzymali loty swojego lotnictwa, na lotniskach o kilka minut od Warszawy, by Stukasom nic nie przeszkadzało.

Dopiero potem, pod koniec września, jak już było pozamiatane, pozwolili u siebie ( to znaczy u nas, bo to przecież polskie tereny) lądować Latającym Fortecom bombardującym Niemcy. Pod koniec września, gdy prawdopodobne były rokowania w celu kapitulacji, zaczęli zrzuty zaopatrzenia, by podtrzymać złudzenia Powstańców i podtrzymać walkę. I zniszczenie. Temu samemu służył niewielki desant żołnierzy 1 Dywizji Berlinga pod koniec września….”

Stwierdzę tutaj krótko, że użycie Brygady Spadochronowej pod Arnhem zostało zaplanowane o wiele wcześniej niż powstanie, którego …”miało nie być” , a które nieoczekiwanie dla wszystkich, wybuchło.

Operację „Garden Market” zaczęto planować na wiele miesięcy przed  jej rozpoczęciem i miała ona, pomimo ryzyka, znaczne większą szansę powodzenia, pozwalającą na istotne skrócenie wojny i ustanie rzezi.

Była ona , można zaryzykować nawet twierdzenie, operacją o znaczeniu strategicznym (vide Cornelius Ryan, „O jeden most za daleko”, Czytelnik, Warszawa,1979 – korzystałem z wydania szwedzkiego: ” En bro för mycket” –„O jeden most za dużo” ) pomimo, że niesłychanie dokładnie zaprojektowana (34.000  uzbrojonych po zęby i świetnie wytrenowanych spadochroniarzy) i zaopatrzona w najlepszy dostępny w tamtym czasie sprzęt ( ponad  1700 pojazdów), operacja aliancka rozbiła się na jednej, niespodziewanej okoliczności : pod Arnhem znalazł się nieoczekiwanie 2 Korpus Pancerny SS pod dowództwem płk. SS, Bittricha. Gdyby się operacja aliantów udała, mogła skrócić wojnę o 6 -7 miesięcy.

Bittrich nie przybył on celowo do Arnhem by bronić Holandii przed operacją „Garden Market” , o której Niemcy zresztą nie mieli najmniejszego pojęcia ale po prostu został tam skierowany na zasłużony odpoczynek i uzupełnienia stanu wykrwawionego  korpusu.

Chociaż Alianci mieli dobry wywiad w Holandii, w tym rejonie  tego „wojska miało tam nie być” .

To właśnie ten Korpus SS zadecydował o klęsce Aliantów pod Arnhem.

Chociaż 80% żołnierzy alianckich zostało zrzuconych w wyznaczonym rejonie, dezinfomatorzy, występujący w maseczkach „historyków” piszą o… „niepotrzebnym krwawieniu pod Arnhem polskich desantowców” …..?

 Czy obłąkany  plan gen. „Bora”, żądającego zrzucenia żołnierzy Sosabowskiego… na dachy płonącej Woli, na której  linia frontu była stale w ruchu (jedna ulica w rękach powstańców, ale przecznica  już w rękach Niemców), zaatakowanej już pierwszego dnia przez fanatycznych żołnierzy z dywizji pancernej SS „Herman Göring”, był choć w najmniejszej części lepszy?

Czy był choć w najmniejszej części  realny? Bo przecież pod Arnheim, powtarzam,  wylądowało aż 80% spadochroniarzy w ściśle wymienionym rejonie….

ZRZUTY NA WARSZAWĘ.  To  stale dyskutowana sprawa. Apologeci powstania podają że   ” potem wyliczono, że dostarczenie 10 ton zaopatrzenia kosztowało jeden utracony samolot z załogą.” Czy to jest prawda?

Otóż to także wymaga sprostowania. Choć to temat obszerny, podam jednak parę cyfr : ogólnie z baz włoskich startowało na Warszawę 196 samolotów. Z tych zaledwie 42 maszyny potrafiły dotrzeć do Warszawy i dokonać zrzutów, z których powstańcy odebrali tylko 25.

Wykonano także 43 zrzuty na Kampinos i Lasy Kabackie. Nie miały jednak one prawie żadnego wpływu na stan uzbrojenia powstańców w Warszawie.

Przy próbach dotarcia z Włoch do Warszawy RAF stracił 39 samolotów i 245 lotników, z których 204 poległo, a 41 dostało się do niewoli niemieckiej lub polskich oddziałów partyzanckich.

Ze 149 zrzutów dokonanych na Warszawę z baz zachodnich (Włoch i Anglii), powstańcy odebrali tylko 44 – 25 polskich i brytyjskich oraz 19 amerykańskich.

Z Włoch latano w ciągu 23 nocy. Większość sukcesów w zrzutach zasobników na Warszawę przypadło na pierwszą połowę sierpnia. Po 15 sierpnia zrzuty dokonywane z baz włoskich nie dotarły do rąk powstańców.

W sumie alianci zachodni zrzucili na Warszawę 239 ton zaopatrzenia, z których zaledwie 88 ton otrzymali powstańcy. Pozostałe 151 ton z rzutów odebrali Niemcy, ludność cywilna, lub uległo zniszczeniu.

Ze zestawienia widać wyraźnie, że większe korzyści ze zrzutów… mieli Niemcy – co zresztą przewidywali Brytyjczycy.

W ogólnym zestawieniu Alianci zachodni przy próbach niesienia pomocy stolicy stracili 41 samolotów, 256 lotników i zrzucili 88 t ładunków (dla powstańców). Inaczej: na 2,1 t „realnego” ładunku było potrzeba było 1 samolotu i prawie trzech pilotów (ludzi z załogi).

Był to przerażający rachunek zysków i stratżadna armia na świecie nie mogła go długo wystawiać. Tym samym nie można  oskarżać „aliantów”, że „nie chcieli, choć mogli”.

„MŁODZI  RWALI  SIĘ DO WALKI….”  Kolejne dni przyniosły dalsze starcia – młodzi rwali się do walki…. Czy „rwanie się do walki”  miało jakiś wymierny, praktyczny wpływ na ostateczne losy wojny, decydujące się w gigantycznych zmaganiach na polach bitew? 10 wysadzonych w powietrze transportów kolejowych znaczyło przecież wielokrotnie więcej….

Cytat:

 

„…Warszawiacy byli od lat gotowi do walki, wspomnienia pokazują wręcz kipiący pod przykrywką kocioł. W przeddzień powstania Niemcy wezwali do kopania rowów 100 tysięcy młodych ludzi. Nikt się nie zgłosił. Nieuchronnie nastąpiłyby represje, wyciągania ludzi z domów, nieuchronnie doszłoby do niekontrolowanych potyczek, strzelanin, ofiar. Pamiętajmy, że wciąż obowiązywała zasada, że Niemcy rozstrzeliwali 100 Polaków za każdego zabitego Niemca. I robili to.

Zamiast ofiar powstania mielibyśmy ofiary masowych represji, Polaków wyciąganych z domów i mordowanych, jak barany w pokazowych egzekucjach.

Wyszłoby na to samo, z drobną różnicą- hańbą bezradności i bezczynności….”

To prawda …że…”wciąż obowiązywała zasada, że Niemcy rozstrzeliwali 100 Polaków za każdego zabitego Niemca”.  To prawda, że okupacyjne, pomocnicze Wehrmachtowi oddziały SS i niemiecka policja, były formacjami zbrodniczymi…Ale…

Kiedy wojskowym gubernatorem Polski został mianowany gen. Johannes von Blaskowitz (będąc niesłusznie oskarżony o zabijanie Polaków, nie wytrzymując psychicznej presji, popełnił w więzieniu alianckim samobójstwo. Dopiero później wyszły na jaw dowody jego niewinności i został rehabilitowany przez sąd aliancki) zwrócił on uwagę Hitlera ( za co został zdjęty z urzędu i popadł w niełaskę ) na …dokonywane przez SS  mordach   na ludności polskiej.

Cyfry rozstrzelanych były różne, np. 27 grudnia 1939”w Wawrze rozstrzelano za dwóch zabitych przez polskich, autentycznych bandytów Niemców,  aż 107 Polaków . Rzecz w tym, że masowe mordy nie zostały jeszcze zatwierdzone przez wojskowe, okupacyjne władze: w kwietniu 1940 r. odpowiedzialny bezpośrednio za mord dowódca policji w dystrykcie warszawskim, Joseph Meissinger (powieszono go za to i inne mordy  po wojnie),  został wezwany do Berlina przez „Główny urząd Bezpieczeństwa Rzeszy”(„RSHA”) w celu złożenia wyjaśnień dotyczących zbrodni. Nie są znane jednak żadne konsekwencje, które niemieckie władze miałyby wyciągnąć wobec sprawców masakry.

Joseph Meissinger

Joseph Meissinger

Tylko w 1943 r. zabitych zostało w „ Generalnej Gubernii” ponad 300 niemieckich żandarmów, około setka agentów i konfidentów Gestapo, jak również wielu członków administracji cywilnej, w tym kierownik warszawskiego Arbeitsamtu, Kurt Hoffmann.

Trzeba było czekać aż do 15 stycznia 1944 roku  kiedy w Krakowie cudem ocalały generalny gubernator Frank oficjalnie oznajmił przywódcom NSDAP : „Nie wahałem się ogłosić, że za każdego zabitego Niemca zostanie rozstrzelanych stu Polaków”.

Wiadomo kim był okupant i dlatego, dopóki AK dowodził gen. Rowecki  (zamordowany  w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen na rozkaz Himmlera na wieść o… wybuchu powstania w Warszawie) nie szafowano, gdy nie trzeba, krwią Polaków.

Gen. Stefan Grot-Rowecki

Gen. Stefan Grot-Rowecki

Oto fragment niemieckiego raportu z jednego tylko dnia, 19.lipca 1944 r.: „…godz.09.20 ostrzelano maszerujący oddział Wermachtu; godz. 09.30 ostrzelano samochód   wojskowy, zabijając podoficera; godz. 14.00 zabito w starciu żołnierza i zabrano mu pistolet; godz. 14.30 rozbrojono żołnierza; godz. 19.30 raniono członka SS; godz. 20.00 rozbrojono godz. 22.15 napadnięto patrol Wermachtu i raniono podoficera…”

Należało więc trzymać twardo w garści młodych żołnierzy i użyć ich w chwili najwyższego zagrożenia, np. wtedy gdyby Niemcy wpadli na pomysł terrorystycznego  rozstrzeliwania Polaków, odmawiających mobilizacji przy budowaniu fortyfikacji. Należy przyznać, że KG AK brała to pod uwagę i zmobilizowała siły osłonowe. Z tym ostatnim „spostrzeżeniem” propagandzistów też są problemy…

Prace przy umacnianiu fortyfikacji polowych często prowadzili na froncie rosyjskim także „czandale” zagnani do tego przez Niemców.

I  co się okazuje : najniżej sklasyfikowani w hierarchii podbitej ludności słowiańskiej „czandale” ( Rosjanie, Białorusini, Kałmucy i wszyscy inni ) nie… zostali po ich wykonaniu rozstrzelani…

Pomimo, że dowództwo AK (także Londyn) wiedziało o rozkazach niemieckich kopania przeszkód, nie planowało w odpowiedzi żadnego  powstania, ale tylko działania osłonowe,  powstrzymujące Niemców i ich rosyjsko-ukraińskich sojuszników  – najbardziej chętnych do mordowania Polaków.

To, że młodzi rwali się do walki to sprawa zrozumiała ale, co jest najgorsze,  parła do niej grupa oficerów z Komendy Głównej AK. Jeden z nich, opuszczając naradę, wyraził się w ten sposób o swych kolegach : ”Te dziady będą się tak długo pieprzyć, aż sowieckie czołgi wjadą na Plac Piłsudskiego ”…. Słowa jakby stanowiące… „koronny dowód”  Stalina o „AK, stojącej z bronią u nogi”.

CHŁODNYM  OKIEM .  Popatrzmy na to wszystko chłodno, spokojnie, bez podniecania się.

Nastroje młodzieży akowskiej były zrozumiałe ale w ówczesnej sytuacji politycznej i frontowej były pozbawione jakichkolwiek rozumnych racji. Trzeba było powstrzymać wybuch powstania, choćby najbardziej przez upragnionego społeczeństwo Warszawy.

W żaden sposób nie można odmówić racji Jędrzejowi Giertychowi:

Zadaniem przywódców nie jest działanie pod wpływem uczuć i odruchów podkomendnych. Ich obowiązkiem jest kalkulować na zimno i „dołom” swoją wolę opartą o przemyślany plan, narzucić (podkr. moje).

Przywódcy powinni byli rozumieć, że powstania być w Warszawie nie powinno, że jest ono połączone z ryzykiem zbyt wielkim i ceną zbyt wielką by możliwe do osiągnięcia korzyści mogły się opłacić. Powinni byli dążenia powstańcze albo całkiem rozładować, albo skierować na prowincję. A jeśli już powstanie w Warszawie chciało robić to trzeba je było robić w chwili, gdy się pozycja wojskowa Niemców w tym rejonie chwiała: wywiad wojskowy AK nie dopisał całkiem albo też…raporty jego nie zostały należycie wzięte w rachubę. Niemcy byli osłabieni pod Warszawą przedtem – i w pół roku później, ale w chwili wybuchu Pow – stania, pozycja ich była już od kilku dni w Warszawie i okolicy wzmocniona i okrzepnięta.”

Taaak…. to już podkreślałem…  Do obrazu całości należy dodać przebadane calendarium wydarzeń z tamtego okresu.

Calendarium.  Mówi ono bardzo dużo o kulisach wydarzeń i żądań strony polskiej w przededniu powstania:

–  o możliwości powstania w Warszawie dowiedział się Londyn 25 lipca 1944 r. a więc w chwili, gdy gwałtownie odtworzona niemiecka 9 armia szykowała się do jej obrony.

–  stało się to na krótko przed odlotem Mikołajczyka do Moskwy na rozmowy ze Stalinem.

–  26 lipca na polecenie rządu, ambasador RP, Edward hrabia Raczyński, zabiegał u przyjęcie u Churchilla, z którym chciał omówić kwestię pomocy brytyjskiej dla  AK. Ambasador Raczyński poinformował sir Ovena O’Maley’a, brytyjskiego ambasadora przy rządzie polskim,  o sytuacji w Polsce i dezyderatach gen. „Bora”.

27 lipca Raczyński powiadomił Edena o możliwości natychmiastowego wybuchu powstania w Warszawie, oraz przedstawił mu znów postulaty „Bora”- Komorowskiego, dotyczące wsparcia operacji AK przez Brytyjczyków. Dowódca AK w Kraju żądał, bagatela, wysłania do Kraju Polskiej Brygady Spadochronowej pod gen. Sosabowskim („Bór” ponowił to samo żądanie już podczas walk: ”BSp.” miała lądować… na dachy płonącej Woli, na którą uderzyła od razu grupa pancerna „Herman Goering”..

zbombardowania przez RAF niemieckich lotnisk dookoła Warszawy.

wysłanie na lotniska obsadzone przez AK (wg. „realnego” planu Komendy Głównej)… dywizjonów Mustangów, ewentualnie Spitfire’ów…

28 lipca brytyjski Foreign Office powiadamia Raczyńskiego, że strona brytyjska nie może zapewnić żądanej pomocy:

” ….zupełnie niezależnie od trudności skoordynowania takiej akcji z rządem sowieckim, którego wojska prowadzą działania przeciwko Niemcom na terytorium Polski, same tylko względy operacyjne muszą nas powstrzymać od zaspokojenia trzech żądań, jakie Pan wysunął w związku z niesieniem pomocy Powstaniu Warszawskiemu. Dlatego rząd JKM nie jest w stanie nic zrobić w tej sprawie…..”

Co to oznacza?

Ano nic innego jak to, że Brytyjczycy umywali z takich i innych względów  ręce od sprawy powstania przed jego wybuchem.                                                                                                                                     

D. 30 lipca 1944 r. gen. M.  Kukiel, minister Obrony Narodowej, powiadamia gen. H. Ismaya , szefa sztabu Brytyjskiego Ministerstwa Obrony, oficjalna notatką, sytuacyjną że zanotowano znaczny ruch wojsk niemieckich w rejonie Warszawy, „do której przybyły dwie lub trzy dywizje pancerne”.

Zdaniem gen. Kukiela ostatnie wiadomości z Kraju wskazywały, że ” sowiecko – niemiecka bitwa o Warszawę może się przewlec i długo rozgrywać”. Wyglądało na to, że powstanie się odwlecze.

Gen. Kukiel naciskał też gen. Ismaya, aby ten poruszył kwestię zrzutów u najwyższych władz wojskowych. Anglik obiecał to zrobić i to zrobił.

Ale wnikliwa analiza marszałka Johna Slessora, dowódcy brytyjskiego lotnictwa we Włoszech, była negatywna.

 Ponieważ Londyn nie powiadomił Moskwy o planowanym wybuchu (którego przecież …”miało nie być”)  Stalin dowiedział się o tym fakcie dopiero od…Mikołajczyka, ok. godz.22.00, dn. 31 lipca 1944 r., tj. na niespełna 24 godz. przed godziną „W”.

Gdy się już puściło w ruch tajną machinę mobilizacyjną AK, zatrzymać jej już nie było sposobu : mobilizacja AK w Warszawie  oznaczała wojnę.

30 lipca dociera do Warszawy  kpt. Jan Nowak, emisariusz AK powiadamia „Bora” i cywilnego Komisarza ,Jankowskiego, że Warszawa nie może liczyć  na wielkie zrzuty broni i wysłanie Brygady Spadochronowej oraz, że „efekt powstania i wpływ na rządy i opinię publiczną w obozie sojuszniczym będzie dosłownie burzą w szklance wody”.

Perfidnie jednak dodał, że powstanie „ułatwi grę polityczną Mikołajczykowi w Moskwie”.

– 31lipca i 1 sierpnia Londyn był… spokojny, że w najbliższych dniach walk w Warszawie nie będzie ze względu na sytuację wojskową w jej rejonie.”

–  1 sierpnia 1944 r. gen. „Bór”  w depeszy do rządu w Londynie (otrzymanej 2 sierpnia 1944 r. ) domaga się… „natychmiastowej pomocy”…

2 sierpnia 1944 r. „Nadzwyczajny Biuletyn Informacyjny AK” omawia rezultaty pierwszego dnia walk w Warszawie i  podkreśla „w większości wypełnienie zadań”,  ale  wskazuje, że „bilans pierwszego dnia natarcia nie był pomyślny w kilku obwodach”.

Tego samego dnia, dowódca I Okręgu (Śródmieście), ppłk. Edward Pfeiffer- „Radwan” w „Meldunku nr.2 „ do KG AK  donosi o nieopanowaniu …„ważniejszych obiektów i licznych pkt. oporu npla…Amunicja na wyczerpaniu, w niektórych oddziałach wręcz ostatkami gonią. Zatem -przesuwam amunicję – dla najbardziej potrzebujących”…..

– 2 sierpnia padła Praga zgnieciona przez niemieckie oddziały frontowe, a po lewej stronie Wisły Niemcy otwierają sobie drogę do mostów.

na Wolę nacierają oddziały fanatycznej dywizji pancernej SS, ” Herman Göring”, wspieranych przez 30 Junkersów,  czołgi i wozy pancerne.

 – 4 sierpnia; krytyczny dzień powstania głównie  z powodu braku broni i amunicji ( Czy pamiętamy wysyłkę broni  z Warszawy?). Załamał się atak na lotnisko Bielany, na którym …miały stacjonować… myśliwce alianckie (miano na nim trzymać dywizjony „Mustangów”), itd. Od tej pory AK będzie się tylko bronić.

…… walki w Warszawie

……walki  w Warszawie

……walki  w Warszawie

– 12 sierpnia 1944, Rada Jedności Narodu,  wystosowuje apel do Narodów Sprzymierzonych, w którym stwierdza:

„… Postawiliśmy wszystko na jedną kartę (podkr. moje). Polska poniosła już dla wspólnej sprawy olbrzymie ofiary….Nie chcemy czynić krwi poległych atutem politycznym, musimy jednak stwierdzić, ze procentowo najcięższe straty w tej wojnie Polska…Podjęliśmy walkę. Nakazywał nam to honor, godność, odwieczna polska uczciwość….dziś zmienia się miasto w ofiarny stos. …. otrzymaliśmy wiadomość, ze pomoc nadejdzie…lud polski dziwi się jednak, ze gdy poszedł za wezwaniem Aliantów, armia sowiecka wstrzymała swe działania, lud polski nie może tego zrozumieć na czym polegały trudności w uzyskaniu od Demokracji Zachodnich natychmiastowej pomocy…. nie chcemy od Was ludzi. Mamy własną armię, walczącą na obczyźnie…mamy własną Armię Krajową ….Ofiarujemy swą krew, chcemy walczyć. Dajcie nam tylko broń i amunicję….”

Nie będę tego wszystkiego komentował –  lepiej uczynią to świadkowie tamtych dni.

DWA  OBLICZA  POWSTANIA.  Gdy wnikliwie bada się powstanie w Warszawie, uważnego, chłodnego badacza uderza, że wyraźnie widać w nim dwa oblicza.

Jedno, to oblicze  bohaterstwa, patriotyzmu i nieugiętej woli walki żołnierzy warszawskich formacji podziemnych, całej ludności Stolicy, która zdobyła się na heroiczne czyny. Zarówno żołnierze jak i ludność cywilna wykazała wolę walki  i pełną świadomość celu, za który się biła. Wykazała wolę i siłę moralną, aby być gotowym do największego ryzyka w imię obowiązku.

Ale pewność osiągnięcia celu jest  proporcjonalna do przygotowania, znajomości zawodu, szybkości wyboru trafnej decyzji i bojowego sprzętu aby,  postawione przed żołnierzami zadanie, wykonać.

Wiemy jak z tym było – „ były visy na Tygrysy”  i żądania pomocy już po dwóch pierwszych dniach powstania.

Drugie oblicze powstania, to brak elementarnej odpowiedzialności oficerów z Komendy Głównej AK, którzy wbrew podstawowym wymogom sztuki wojennej, którzy wezwali prawie bezbronne miasto do rozpaczliwej i beznadziejnej walki.

Podjęto decyzję, bo „Polacy się chcieli bić”, a „młodzież paliła się do walki”.

Decyzję podjęto nie tylko dlatego:  głównym powodem była  chęć „bycia gospodarzem” ziem polskich. W tym konkretnym przypadku – Warszawy.

Jednakże najwyższe dowództwo AK doskonale wiedziało o przebiegu akcji ‚Burza”: chęć  „bycia gospodarzem na ziemiach polskich” kończyła się z reguły aresztowaniem oficerów (specjalny rozkaz głównodowodzącego AK mówił, że w przypadku aresztowania dowódcy miejscowego AK, dowództwo nad oddziałem przejmuje jego utajniony zastępca) oraz wcieleniem podoficerów i szeregowców do „ludowej” armii Berlinga lub armii sowieckiej.

Rzecz więc szła o nie tyle o jakiś militarny sukces o znaczeniu taktycznym, lecz demonstrację polityczną (to oficerowie AK mieli powitać w Warszawie armię sowiecką), co w obliczu nowego najazdu przez przeważającego liczebnie, równie okrutnego jak Niemcy wroga, było krokiem samobójczym.

Ale ten nierealny cel  przysłonił realia : przeciw hitlerowskiej, kilkunastotysięcznej załodze w Warszawie miano rzucić do walki de facto zaledwie 4000 dobrze uzbrojonych żołnierzy, chociaż na papierze ewidencyjny stan warszawskiego garnizonu AK liczył niebagatelne od 51.000 do 52.000  żołnierza. Najsilniej były uzbrojone oddziały AK w Puszczy Kampinoskiej, ale czy odegrają one wyznaczoną rolę?

Amunicji w tajnych arsenałach nie mogło wystarczyć na dłużej niż na 2 – 3 dni – już po 3 dniach walki walk amunicję otrzymywały jedynie oddziały na najbardziej zagrożonych odcinkach.

Komenda Główna AK przed powzięciem ostatecznej decyzji wystąpienia przed  Rosjanami w roli „gospodarza Polski” powinna zweryfikować, wyciągając wnioski,   doświadczenia „Burzy” z terenów wschodnich.

Mówiły one przeraźliwie  jasno, że bez opanowania miast i głównych ośrodków życia nie można wypełniać roli „gospodarza kraju”.

Co prawda w toku wykonywania „Burzy” na Wołyniu, Wileńszczyźnie, okręgu lwowskim, rzeszowskim i lubelskim osiągnięto znaczne sukcesy militarne, przysparzając hitlerowcom sporych strat i umożliwiając szybsze osiągnięcie celu przez armie sowiecką, ale nigdzie nie zostały one  przekute na sukces polityczny,  jakim byłoby uznanie AK za  prawowitego gospodarza tych ziem przez Sowiety.

To jest właśnie najdziwniejsze, że pomimo politycznej klęski, „Burza”…nie została odwołana,  a najwyższe kierownictwo w Kraju doszło do –  porażającego brakiem jakiejkolwiek realnej myśli matołkowatego wniosku, że „trzeba  wszystko postawić na jedną kartꔄstać się sumieniem świata” i tym samym „zwrócić jego uwagę na sprawę polską”….

DRUGI „CUD NAD WISŁĄ”. Istnieje ścisły związek pomiędzy klęską „Burzy”  na wschód od Bugu  i decyzja „Bora”-Komorowskiego rzucenia Warszawy do walki. Po Wilnie, Lwowie, Rzeszowie i Lublinie to w niej miał się stać po raz drugi „Cud nad Wisłą” i była ona idealnym, choć ostatnim,  do tego celu,  narzędziem. Nagła zmiana „myślenia” gen. „Bora na to wyraźnie wskazuje.

Była to więc wielka improwizacja. Chociaż J.M. Ciechanowski uważa, że „wypadki, które doprowadziły do tej nowej, ważnej decyzji są trudne do rozszyfrowania i pełne różnych niedomówień”  niemniej jest faktem bezspornym, że główną, inspirującą rolę odegrali trzej generałowie: z-ca „Bora” i szef sztabu AK, Tadeusz Pełczyński- „Grzegorz”,  z – ca szefa sztabu do spraw operacyjnych, Leopold Okulicki – „Kobra” i sam Komendant Główny AK, Tadeusz Komorowski –„Bór”.

Według licznych relacji bezpośrednich świadków tamtych wydarzeń, inicjatorem podjęcia decyzji o wybuchu powstania był Okulicki, który przybył  („cichociemny”) do Kraju wiosną 1944 r., przekonany o konieczności zademonstrowania sprzeciwu wobec polityki ZSRR w stosunku do rządu RP w Londynie i jego przedstawicieli w Kraju. Uważał on, że najstosowniejszą formą protestu będzie powstanie w stolicy Polski.

Zapewniał przy tym, że : ” nawet gdybyśmy się mieli zagrzebać w gruzach, będziemy się bili”  – prorocze słowa…

Na zastrzeżenia , niektórych trzeźwo, oceniających sytuację oficerów, wyrażające się w pytaniu : „Czy warto poświęcać naszą młodzież w sytuacji kiedy brak uzbrojenia? Skąd weźmiemy broń?”– odpowiedział krótko po żołniersku: „Na wrogu!”.

Ale Okulicki sam niewiele by osiągnął gdyby nie znalazł poparcia u gen. Pełczyńskiego.

Uzasadniając „konieczność powstania” dużo się mówi o ” sowieckich czołgach”  na Pradze, Ale 21 lipca 1944 r.   kiedy  podejmowano decyzję o powstaniu, czołgów tych… nie mogło być w Warszawie niepoinformowanych wyższych oficerów AK o militarnej sytuacji Niemców wokół Warszawy chociaż  bitwa ( o której już wspominałem wcześniej )  pancerna Niemców   z dywizji pancernych SS ,”Viking” i „Totenkopf” , z sowiecka 2 Armią Pancerną, rozpoczęła się dopiero 25 lipca i trwała aż do 5 sierpnia.

Tak więc na decyzję generalskiej trójki wpłynęło coś innego. Co takiego?

Jedynym , najgłośniejszym wydarzeniem tamtej doby, był …zamach na Hitlera dokonany 20 lipca 1944 r. i jego prawdopodobne następstwa  dla Wermachtu. Ale już następnego dnia było wiadome, co zresztą nagłośniono, że Hitler przeżył, a wojskowy pucz – stłumiony.

Płk. Bokszczanin – „Sęp” oświadczył, ze:

Niepowodzenie (walki w Warszawie -uwaga, JB) nie było brane pod rachubę i nie było żadnych przewidywań na wypadek przegranej lub przeciągnięcia się walk… Wiara i pewność zwycięstwa były niezachwiane, a najmniejsze wątpliwości czy zastrzeżenia były kwalifikowane jako małoduszność i defetyzm”.

Następne dni utwierdziły przywódców konspiracji o słuszności zajętego stanowiska.

Płk. „Sęp”  zauważa, że:

„(…)Oznaki rozsypki Niemców w Warszawie i okolicy dopingowały wszystkich Polaków do ostatecznego zrywu; przywódcy krajowi zelektryzowani widokiem ucieczki Niemców zdecydowali się zagrać va banque i przedstawili swoim najwyższym władzom w Londynie gotową  już decyzję, powziętą bez wiedzy Rządu i Naczelnego Wodza. Przywódcy krajowi w żadnym stadium ich oficjalnych deliberacji na temat Warszawy, które trwały 5 dni -od 21 do 25 lipca  – nie uważali za stosowne zapytać się swych najwyższych przełożonych co sądzą o ich planach. Stąd główną odpowiedzialnością za tę brzemienną w skutkachee  decyzję, ponoszą władze krajowe.(…)”.

Należy jednocześnie podkreślić pewne kunktatorstwo Naczelnego Wodza : w „zasadzie był powstaniu przeciwny”,  ale decyzję o jego wywołaniu pozostawił…”Borowi”. W przeddzień powstania szybko pojechał Sosnkowski do Włoch na…. „inspekcję II Korpusu”.

„CZOŁGI  NA  PRADZE”. „Zagadkowa” dla wielu dzisiejszych apologetów  powstania, postać „gen. Chruściela” (był on jednak pułkownikiem w dniu powstania), też nie jest wcale taka zagadkowa.

Płk. Chruściel był  ceniony przez otoczenie „Bora” jako  „dobry dowódca”.  Jednakże  w powstaniu szczególnie wyróżnił się tym, że powstańców, nie posiadających broni, kazał uzbroić ….w siekiery, łomy i kilofy – jakby znów nastały czasy kosynierów Kościuszki…

Przez cały sierpień, nie mając żadnych odwodów, aż do upadku Starówki snuł nierealne plany „kompletnego wyrzucenia Niemców z miasta”.

Wybiegnijmy nieco w przyszłość: na ostatniej przed kapitulacją naradzie dowództwa AK, w dniu 28 września, będąc świeżo awansowanym na generała, oświadczył (vide: Żenczykowski -„Samotny bój Warszawy” ), że:

„Duch żołnierzy jest doskonały, nasze pozycje obronne są dobre, sytuacja amunicyjna i stan broni jest dobry, walkę obronną możemy prowadzić stosunkowo długo..” – wbrew oczywistym faktom, które spowodowały, że już pod wieczór pierwszego dnia  poczęło brakować amunicji.

Ale jak to było z tymi sowieckimi czołgami na Pradze?

Było tak :  płk. Chruściel – „Monter” dn. 31- go lipca 1944 r. wsiadł w tramwaj i pojechał na Pragę, zobaczyć co się dzieje na rogatkach miasta. Dojechał do skrzyżowania wylotu Grochowskiej z Radzymińską.  Tam jakieś baby, handlujące na straganach warzywami powiedziały mu, że na Pelcowiźnie widziano już czołgi bolszewickie. Dalej wywiad dowódcy okręgu nie sięgał.

Z tą wiadomością, która okazała się po prostu plotką, wrócił do gen. „Bora” i  to opowiedział. I wtedy poważni oficerowie zasiedli do obrad…

To,  co nigdy nie zostało zweryfikowane, stanowiło kolejny argument popierający podjętą wcześniej  (patrz wyżej podaną datę decyzji) „jedynie słuszną” decyzję „Trzech Generałów”.

To, że powtórzył zwykłą plotkę nie stawia oczywiście płk .Chruściela w dobrym świetle, ale może płk. „Monter” …był, jak to mówią,  też „swoim człowiekiem”, piłsudczykiem i popierał tamtych Trzech? Bowiem jego wypowiedzi  pozwalają na wyciągnięcie takiego wniosku.

Pomimo, że „zwrotnice zostały już nastawione”, weryfikacją tego niesłychanie ważnego meldunku powinien był się zająć szef wywiadu AK, płk. Iranek – Osmeck.

Ale i ten jako zdeklarowany piłsudczyk też …był „swój”.

W spisanych dla potomności wspomnieniach o bohaterskich „męskich latach” płk. Iranek-Osmecki  pisze tak:

„..Dałem  się przekonać Okulickiemu, że musimy stoczyć w Warszawie bitwę, której świat nie będzie mógł zignorować, bo dostarczy to krwawego dowodu perfidii sowieckiej”.

I dalej:

„…Jako szef wywiadu miałem obowiązek przestrzec Bora przed nieprzemyślaną decyzją, ale jako Polak podzielałem pogląd Okulickiego, że Warszawa nie może przejść z rąk niemieckich w sowieckie bez wyrażenia naszej woli zachowania niepodległości choćby poprzez wielki krzyk buntu i rozpaczy….”

Przeczytajmy ten tekst kilka razy a nabierzemy mocnego przekonania o dziwacznej logice autora tych słów.

Bo jakże to: „musimy….stoczyć w Warszawie bitwę, której świat nie będzie mógł zignorować, bo dostarczy to krwawego dowodu perfidii sowieckiej….jako szef wywiadu miałem obowiązek przestrzec Bora przed nieprzemyślaną decyzją, ale jako Polak podzielałem pogląd Okulickiego….”

 „Wart Pac pałaca a pałac Paca „ – był to z pewnością człowiek na właściwym miejscu  i… „dobry” oficer…

PODSUMOWANIE.

„JESTEŚMY  GOTOWI…”   Wspomniane dwa oblicza powstania są wyraźnie widoczne i  trzeba wielkiego zaślepienia i wiary w wyjątkowość polskiego losu, by ich nie dostrzec.

AK podlegała formalnie VI (specjalnemu) oddziałowi sztabu Naczelnego Wodza i winna była wykonywać otrzymane od niego instrukcje. Była to jednak podległość czysto formalna. W praktyce to nie Rząd Krajowi ale Kraj Rządowi narzucał swoją wolę.

  25 lipca 1944 r., gen. „Bór” depeszował do Londynu:

” Jesteśmy gotowi w każdej chwili do walki o Warszawę. Przybycie do tej walki Brygady Spadochronowej będzie miało olbrzymie znaczenie polityczne i taktyczne. Przygotujcie możliwość bombardowania na nasze żądanie lotnisk pod Warszawą. Moment rozpoczęcia walki, zamelduję”.

Odpowiedzią na ten meldunek była depesza St. Mikołajczyka:

„Na posiedzeniu Rządu R.P.  Zgodnie zapadła decyzja upoważniająca Was do ogłoszenia powstania w momencie przez Was wybranym”.

Sprawą tą zajęła się  Komisja Główna podziemnej Rady Jedności Narodowej, która również zaakceptowała decyzję powstańczą, zaznaczając jednocześnie,że Warszawa powinna była zostać opanowana co najmniej 12 godzin przed wkroczeniem do niej oddziałów sowieckich, by można było je witać, dysponując już ujawnioną i zainstalowaną administracją centralną.

Alianci, Anglicy i Amerykanie, byli powstaniu przeciwni i z góry ostrzegali,że pomocy nie będą w stanie zapewnić.

Wspominałem w calendarium, że 8 lipca Foreign Office poinformowało ambasadora Polski przy rządzie JKM, hr. Raczyńskiego, że „Rząd JKM nie jest w stanie nic zrobić w tej sprawie”. Świadczy to wyraźnie, – podkreśla Ciechanowski –  że Anglicy umywali ręce od sprawy powstania jeszcze przed jego wybuchem. To samo podkreśla emisariusz, Jan Nowak – Jeziorański.

Krótko  mówiąc Anglicy uważali, że jeśli powstanie wybuchnie i się powiedzie, to ….dobrze,  jeśli zaś nie, to będą mogli utrzymywać, że nie mieli z tym nic wspólnego i że nawet Polaków ostrzegali.

Jednocześnie w Londynie doskonale zdawano sobie sprawę z tego, że inicjatorzy powstania nie byli bynajmniej zainteresowani nawiązaniem wcześniejszego kontaktu z armią sowiecką.

Polityczny aspekt sprawy wymagał przecież aby „sojusznik sojuszników”, Sowiety, spotkały się z niespodzianką, aby współdziałanie zostało nawiązane dopiero w trakcie rozwiniętej walki, by Sowiety stanęły wobec faktów dokonanych, które trudno byłoby zignorować.

„Bór” uważał, że z chwilą wybuchu powstania rozpocznie kampanię polityczną”: … musimy stoczyć z Rosją i wygrać. W tej kampanii na pomoc Anglosasów możemy liczyć tylko wtedy, jeśli wykażemy zdecydowaną wolę wygrania jej i umiejętnie rzucimy na szalę wszystkie środki”.

„ NADSZEDŁ  CZAS.”  Godzina „W” została ustalona na 31 lipca 1944 r. około godz. 18-tej przez „Bora” na wniosek płk. „Montera”-dowódcy warszawskiego okręgu AK po naradzie z gen. G. Pełczyńskim i gen. Okulickim.

Mimo niekorzystnego położenia strategicznego na froncie, koszmarnego  braku broni i amunicji, mimo nieuzgodnionego współdziałania z Rosjanami, uznano, że „nadszedł czas”.

Jeszcze tego samego dnia ok. godz. 12.00-tej zakończyła się odprawa przedstawicieli KG AK, na której ustalono, iż w nie w pełni wyjaśnionej sytuacji wojskowej w rejonie Warszawy,

ani 1 sierpnia, ani najprawdopodobniej 2 sierpnia walki w Warszawie nie będą podjęte.

Natomiast po południu tego samego dnia na wskutek mylnego , a może nawet celowo zmyślonego i nie zweryfikowanego meldunku płk. Chruściela – „Montera”, ,, że na Pragę wkraczają jednostki armii sowieckiej”,  „Bór” wydał rozkaz, który brzmiał : „Wyznaczam godz. „W”  na godz. 1 sierpnia, godz. 17.00”.

Ciechanowski pisze:

„…przez opanowanie Warszawy miała przygotować grunt do walnej, ostatecznej  rozgrywki ze Stalinem, majacej zadecydować, kto będzie rządził powojenną Polską – obóz londyński czy PPR i zwolennicy…. Warszawa była ich ostatnim atutem, który zdecydowani byli rzucić do Gry”.

Wielkim błędem powstańczego planu był, pisze Ciechanowski „…brak łączności operacyjnej z sowieckim dowództwem. Nie uczyniono żadnych oficjalnych kroków, by poinformować Rosjan o nadchodzącym wybuchu. Rokossowski miał rację gdy zauważył, że z czysto wojskowego punktu widzenia powstanie zbrojne w takim mieście jak Warszawa mogło uzyskać powodzenie, gdyby  było starannie skoordynowane z Armią Czerwoną.

Tymczasem autorzy powstania „nie uczynili najmniejszego nawet wysiłku, aby nawiązać przynajmniej operacyjną i taktyczną łączność z Rokossowskim, celem skoordynowania z nim planowanego przez nich wystąpienia w stolicy”.

Tak, to prawda – Rokossowski był dowódcą dużego formatu, jednakże „rozmowy z nim” oznaczały bezpośrednie decyzje nie jego, a samego Stalina. W konsekwencji dowództwo AK znalazłoby się pod jego bezpośrednimi rozkazami do czego oczywiście, dowództwo AK nie było ani politycznie i myślowo przygotowane, ani upoważnione przez Londyn.

W decydującym momencie polskim wojskowym przywódcom w Kraju zabrakło sporej dozy zdrowego, racjonalnego myślenia: w tamtej skomplikowanej sytuacji lepiej było po prostu …nic nie robić.

Anglicy również nie powiadomili Moskwy (rozgrywali swoje własne cele polityczne ),  że „Bór” zdecydowany był na powstanie: Rosjanie dowiedzieli się po raz pierwszy o tym oficjalnie od Mikołajczyka 31 lipca 1944 r. około godz. 21.00., tzn. na niecałe 24 godz. przed godz. „W”.

Choć decyzja o powstaniu została podjęta bez wiedzy Mikołajczyka i na kilka dni przed jego podróżą do Moskwy, w późniejszym okresie „starano się zsynchronizować wybuch i przebieg walk z wizytą premiera w Moskwie żeby udzielić premierowi poparcia w pertraktacjach ze Stalinem”.

Mikołajczyk, choć nie zainicjował planu powstania, to przecież zaaprobował plan przysłany z Warszawy i widział w nim „korzystny element” dla swej misji w Moskwie.

Czy to mogło się powieść?

Uderza jakieś dziecinne wprost myślenie w tym wszystkim  jakby Polacy –  którzy  byli sąsiadami Rosji przez cały czas jej historii i doskonale znali zarówno carski jaki i sowiecki mechanizm rządów, walki frakcyjne w łonie partii komunistycznej, wstąpienie na kremlowski stolec Stalina, pragnącego za wszelką cenę osadzenia w Polsce spolegliwego – nie mieli wyboru i   doznali nagłej drętwoty mózgu.

Ciechanowski pisze, ze:

„….Zamiar opanowania stolicy polskim wysiłkiem na krótko przed wejściem Rosjan, w momencie kiedy miały rozpocząć się rokowania ze , z pewnością musiał przypaść mu do serca, jako że mógł wytworzyć w umyśle Stalina przekonanie, ze londyńscy Polacy rozmyślnie starali się zsynchronizować swoje wysiłki, aby w dramatyczny i namacalny sposób podkreślić siłę i poparcie jakie Mikołajczyk posiadał w kraju….”

Nie bardzo można się zgodzić tu z Ciechanowskim : Stalin ( i tzw. „zachodni alianci” ) wcale nie musiał „nabierać przekonania” o „londyńskich Polakach”  gdyż już dawno podjął ze swymi zachodnimi sojusznikami decyzję, że zostaną oni odsunięci od władzy i zastąpieni nową ekipą, którą on będzie kontrolował – ujawnione po wojnie fakty mówią, że komuniści wcale nie byli jedyną kartą w jego grze.

CZY  MOŻNA  BYŁO  POSTĄPIĆ  INACZEJ ?  Tak, pod warunkiem, że się kierowało interesem narodu a nie interesami partii czy rządzącego obozu. Pod warunkiem, że Rząd RP nie ulegał wpływom ekspozytur zachodnich wywiadów-głownie amerykańskiego i angielskiego.

Np. po klęsce w tzw. „Wojnie Zimowej”, 19 września 1944 r.,  marszałek Mannerheim, narodowiec, głównodowodzący armią fińską i reprezentujący rząd fiński podpisał porozumienie ze Związkiem Sowieckim i Wielką Brytanią.

Finlandia została zobowiązana do wycofania niemieckich oddziałów z fińskiego terenu – Finowie byli zmuszeni podjąć działania przeciw wojskom niemieckim w Laponii (tzw. „Wojna Lapońska”).

W 1947 r. Finlandia podpisała w Paryżu pokój z Sowietami, Wielką Brytanią i kilkoma państwami, należącymi do „Commonwealth”,u , uznającymi działania Finlandii w czasie wojny jako „sojusz z III Rzeszą Niemiecką”.

SZACHISTA. Wielu zauważy, że „Finlandia to nie Polska”,  a jednak Stalin rozgrywał zawsze kilka partii szachowych jednocześnie i wybierał z rozgrywanych , wg. swojej oceny –  partię najlepszą .

Dlatego  prowadził też poważne rozmowy z przedstawicielami…polskiej masonerii- Kutrzebą i Kołodziejskim. Temu ostatniemu proponował nawet…prezydenturę PRL.

Kołodziejski  wtedy odmówił, ale tajnym  na posiedzeniu wyborczym wysunął kandydaturę …Bieruta, którego poznał „w pracy,  w terenie”.

Ten Kołodziejski był później szarą eminencją za okresu Bieruta i miał do niego dostęp o każdej porze dnia i nocy.

Wyraźnie więc widać, że Stalin , zdając sobie sprawę z kompletnej izolacji PPR szukał innych rozwiązań : spolegliwy rząd  Polski, akceptujący jego żądania miałby duże szanse powstania : Polska mogłaby przetrwać najgorszy mrok ery stalinowskiej (już ambitny stalinista, Chruszczow, zalecił zelżenie terroru  Nawet Beria, paradoksalnie , najprawdopodobniej stałby się…rosyjskim Titą) i doczekać innych aparatczyków na Kremlu. Inne rozwiązania nie wchodziły w rachubę.

 

Nie wyszłaby na tym Polska gorzej (najprawdopodobniej lepiej ) , niż za narzuconych siłą  przez Sowiety rządów komunistycznych, a poza tym ocalono by narodowi życie ponad 200 tys. obywateli,  młodzież oraz miasto z bezcennymi skarbami kultury narodowej.

POWSTANIE  BYŁO  CIĘŻAREM.  „ Niestety –  jak podkreśla Ciechanowski  – „stało się inaczej”  :

„…kiedy Mikołajczyk po raz pierwszy zobaczył Stalina, Warszawa już walczyła. Powstanie, które wybuchło przedwcześnie, miast być pomocą dla Mikołajczyka, stało się dodatkowym ciężarem; osłabiło ono pozycję premiera, który miast szczycić się sukcesami AK w walce z Niemcami, musiał błagać Rosjan o pomoc dla Warszawy ( podkr moje- JB. ). Polski premier nie rozmawiał ze Stalinem jako wódz zwycięskiego, potężnego Ruchu Oporu, ale jako zdesperowany petent, który dobrze rozumiał, że tylko Armia Czerwona mogła uchronić Warszawę i jej mieszkańców od całkowitej zagłady….

….Mikołajczyk jako premier rządu RP przez to, że nie ostrzegł decydentów w kraju przed powstaniem, bez nawiązania przynajmniej wojskowego kontaktu z Rosjanami, ponosi ciężką odpowiedzialność za późniejszy los i zniszczenie Warszawy. Niedwuznaczne zachowanie się Naczelnego Wodza. Tym bardziej nie można tej odpowiedzialności zdjąć z barków Naczelnego Wodza, gen. Sosnkowskiego, zwłaszcza po ujawnieniu jego dwuznacznej roli w okresie poprzedzającym powstanie i w czasie jego trwania. Stosunki Sosnkowskiego z Mikołajczykiem były napięte, ponieważ Naczelny Wódz obawiał się, iż premier wkrótce skapituluje wobec nacisków Rosji.

Występowała między nimi „…zasadnicza różnica zdań prawie we wszystkim, a dalsza współpraca stawała się niemożliwa….”.

Odbijało się to na sytuacji w podziemiu:

„…Krajowi przywódcy szybko zrozumieli, że ich najwyżsi zwierzchnicy za granicą byli ze sobą skłóceni i że nie mogli już liczyć na uzgodnione i jednolite dyrektywy z Londynu….”. 11 lipca Sosnkowski wyleciał z Londynu do Włoch …. pozornie  w celu dokonania inspekcji II Korpusu, a w rzeczywistości dla przygotowania gruntu na terenie wojska pod szeroko zakrojoną akcję antyrządową…” (  ibidem).

W dniu swego wyjazdu , NW Sosnkowski, wysłał do „Bora” depeszę, w której wyraził swoje rosnące niezadowolenie w stosunku do Mikołajczyka i jego polityki. We Włoszech Sosnkowski przebywał do 6 sierpnia…:

„…Na nieszczęście, niespełna trzy tygodnie przed wybuchem powstania w Warszawie, gen. Sosnkowski, miast lojalnie służyć Rządowi jako jego najwyższy doradca wojskowy lub poddać się do dymisji na znak protestu wobec jego polityki, zdecydował się zorganizować bunt w wojsku przeciw Rządowi, w wypadku gdyby Mikołajczyk osiągnął porozumienie ze Stalinem na warunkach nie odpowiadających Naczelnemu Wodzowi…..” ( ibidem)

W rezultacie, w tym rozstrzygającym dla losu Polski momencie, polskie kierownictwo w Londynie przestało skutecznie działać w sposób zwarty i jednolity. Biorąc zaś pod uwagę fakt, że we władzach cywilnych rządu oprócz zachodnich byli także agenci NKWD, dochodzi się do nieodpartego wniosku, że Stalin o tym wszystkim wiedzieć musiał i dostosował do tego swe przyszłe poczynania : od tej pory jakakolwiek „finlandyzacja” nie wchodziła już w grę –  liczył się wyłącznie rząd komunistyczny.

ODDZIAŁY ZAPOROWE AK?  Dyspozycje Rządy w Londynie jak również  Naczelnego Wodza były oderwane od rzeczywistości i dynamicznie rozwijającej się sytuacji –  „nie miały żadnego wpływu na fatalną decyzję Dowódcy AK”.

Na ironię losu zakrawa fakt, że gdy „Bór”-Komorowski przygotowywał powstanie, Naczelny Wódz, gen. Sosnkowski, zalecał wycofanie „ zagrożonych elementów” w AK na zachód  i pozostawienie pod okupacją sowiecką „nowej konspiracji, nielicznej i starannie dobranej” i roztaczał przed Polakami na Zachodzie „horoskopy zbliżającej się w jego opinii, trzeciej wojny światowej”.

 To „wycofanie zagrożonych elementów” paradoksalnie skrzyżowało się…z rozkazem „Bora” do …tychże samych dowódców AK terenowych oddziałów, żądającego od nich …”przeciwstawienia się wszelkimi sposobami …ucieczce elementu polskiego z terenów wschodnich”.

Czyżby „Bór” planował swego rodzaju akowskie „oddziały zaporowe” na wzór NKWD?

Całe szczęście, że przytłaczająca większość komendantów AK poszła po rozum do głowy i rozkazem gen. „Bora” po  prostu wytarła sobie tyłek w polowej latrynie...Bo gdyby nie, to …musieliby siłą zawracać uciekinierów, a wtedy….

Naczelny Wódz, który był rzekomo „przeciwny powstaniu”, zamiast jasno, dobitnie i wyraźnie rozkazać : „Nie, nie, nie pozwalam!”  zachęcał „Bora” do „zorganizowania czysto antyrosyjskiego ruchu oporu”, obwiniając jednocześnie …rząd w Londynie za wybuch powstania , nie mogąc, jak podkreślał gen. Kukiel, zdobyć się na decyzję, ponieważ „nie chciał być tym, który nie był za dalszą walką z Niemcami”.

Żaden z decydentów, St. Mikołajczyk,  Naczelny Wódz czy gen. „Bór” wraz z prącą do powstania grupą oficerów, nie chciał uznać swego błędu a tym bardziej – swojej winy.  Nie zmienia to faktu, że podjęcie nieuzasadnionej rozwojem sytuacji decyzji o wywołaniu powstania, przyniosło ludności Warszawy i samemu miastu olbrzymie straty, nie doprowadzając do realizacji żadnego z postawionych celów.

Po kapitulacji zaczęła się szerzyć ogólna apatia i nastroje poklęskowe (vide cytowany wcześniej J. Giertych), a w szeregi AK wdarła się rezygnacja, brak dyscypliny i rozprzężenie.                                     

Powstanie zakończyło się klęską – i to potrójną klęską w liczbie poległych i zamordowanych, klęską w stratach materialnych, jak również klęską polityczną rządu R.P. w Londynie, z której Rząd RP się już nigdy nie podniósł.

Klęska utorowała jednocześnie  prawie bezproblemowe objęcie w Polsce władzy przez komunistów, szermujących hasłem ” zniszczenia Warszawy ”  i „nieodpowiedzialności londyńskich marionetek”.

a

NA WŁASNE  ŻYCZENIE.  Po utracie Wilna i Lwowa straciła Polska na własne życzenie również Warszawę – ostatnie, oprócz Krakowa, wielkie centrum historii, kultury i sztuki.

Trafnie ujął to cytowany już J. Giertych:

„…. W czasie wojny znaczenie Warszawy, jako rzeczywistej pod każdym względem stolicy Polski, jeszcze wzrosło. W specyficznych warunkach pod okupacją…Warszawa stała się punktem zbornym najwybitniejszych wartości ludzkich i materialnych z całej Polski – Puntem zbiegów…miejscem ukrycia archiwów i zbiorów zabytków, dokumentów dzieł sztuki, pamiątek rodzinnych i pieniędzy z Wilna i z Katowic, z Tarnopola, i z Gdyni, z Poznania i z Białegostoku, z Lodzi i ze Lwowa.  Kwiat inteligencji polskiej, elita najpatriotyczniejsza ze wszystkich warstw społecznych i zakątków kraju skupiła się na czas wojny w Warszawie. Warszawskie przekupki, warszawscy robotnicy fabryczni, warszawscy zamiatacze ulic to byli nieraz adwokaci z Poznania, profesorowie uniwersytetu ze Lwowa, hrabiowie i generałowie z Wołynia i Podola, wysiedleni patriotyczni chłopi z Kaszub, skazani na śmierć i ukrywający się w stołecznym mrowisku ludzkim przywódcy robotniczy z Łodzi, Sosnowca, Chorzowa, przebrani księża z Pomorza, pastorzy z Cieszyńskiego. Jeszcze tuż przed powstaniem, w obliczu idącej bolszewickiej nawały, ciągnęło do Warszawy ziemiaństwo, ciągnęła, obawiająca się wysiedlenia na Sybir inteligencja z Ziem Wschodnich, ciągnęli z prowincji by się lepiej ukryć ludzie źle widziani przez komunistów, zwożone były biblioteki, obrazy, archiwa, zwożone były meble, maszyny, złoto, dolary. Uderzenie w Warszawę oznaczało uderzenie w najwrażliwszy punkt naszego kraju – oznaczało unicestwienie najwyższych polskich wartości ideowych, kulturalnych, politycznych i moralnych a zarazem unicestwienie największych zasobów polskiego bogactwa. Jeśli mieliśmy robić powstanie to powinniśmy je robić wszędzie, tylko nie w Warszawie….”

OKUPACYJNA  WARSZAWA. Znany przedwojenny powieściopisarz, mieszkający w Warszawie, Ferdynand Goetel (za wiedzą Delegatury Rządu na Kraj był członkiem niemieckiej misji, badającej groby pomordowanych w Katyniu oficerów polskich  – http://pl.wikipedia.org/wiki/Ferdynand_Goetel )

podkreśla z mocą, że:

„… to, co działo się w roku 1940, było jeszcze freblówką w stosunku do lat późniejszych, kiedy to przemyt objął i surowce niemieckie i ręką swoją sięgał do Rzeszy, Belgii i Francji…przetok złota i klejnotów przestawał również być wewnętrzną sprawą Warszawy.

Waluciarze warszawscy obracali dewizami i złotem w całej zajętej przez Niemców Europie i twierdzili, może i słusznie, że ceny i kursy „dyktuje” Warszawa, a nie Paryż czy Bruksela…. ….No i muzyka. Dużo dobrej , poważnej muzyki. Kwartety, występy solowe, orkiestry. U Lardellego, gdzie gra wielka orkiestra symfoniczna, nie pobiera się wstępów, gość musi jednak wypić kawę i zjeść ciastko…. Z nastaniem 1943 r. fantastyczność życia w Warszawy doszła do zenitu. Śladów pogromu wrześniowego można się było doszukać tylko w nie uprzątniętych ciągle rumowiskach… Kiedy bomby angielskie posiały w Niemczech większe zniszczenie, Goebbels, który odwiedził Warszawę, w jednym ze swych artykułów postawił ją w Reichu za wzór, jak się odrabia straty i podnosi z upadku….W niezliczonych kawiarniach i kawiarenkach zbiegał się tłum liczniejszy i gwarniejszy niż za dawnych lat. O wygodne fotele i zacisze nie dbano. Od bufetu wymagano jednak wiele. Chciano pijać tylko najlepszą kawę marago dżip, w modzie były torty mokka i fedora z piany, czekolady, migdałowej masy…. Wystawy antykwariuszy olśniewały świetnymi obrazami i meblami.

Zdławiony rynek księgarski zastąpiły antykwariaty książkowe i nigdy w Warszawie nie można było nabyć z łatwością tylu świetnych książek, jak właśnie wtedy… Dyskusje publiczne, choroba naszego wieku, szalały epidemicznie…Zaś w niemieckim kasynie gry przy ul. Szucha, hazardująca hołota rznęła w ruletę i baka nie bacząc na zakazy podziemia. Setki prywatnych salonów brydżowych przetaczało pieniądze z rąk do rąk. W restauracjach jadano lepiej i obficiej niż przed wojną….W roku 1944 nowy nurt uchodźców napływa do

Warszawy…Magazyny bibliotek publicznych pęcznieją od pak złożonych w nich jako depozyty….Miasto, które przez cały czas wojny było skarbcem Polski, materialnym i duchowym, bogacieje znowu…” Całe to bogactwo zostało bezpowrotnie stracone w wyniku powstania….”

OCENA POWSTANIA.  Wkrótce po wojnie  NARODOWCY sformułowali słynny osąd: „ powstanie było militarnie skierowane przeciwko Niemcom, politycznie przeciw Sowietom, faktycznie – przeciw …Polsce”.

Za taki akt politycznej głupoty uznali je słynny gen. Anders i  znakomity publicysta , St. Cat – Mackiewicz, który wyraził się tak:

” Jak strumień wody może być obrócony na koło młyńskie i przynosić pożytek albo obrócony na dom i zalać go, i zniszczyć, tak i to wspaniałe bohaterstwo polskiego żołnierza i młodzieży, polskiej kobiety i dziecka zamiast pomocy, przyniosło nam tylko powiększenie narodowej klęski…Zniszczono w Warszawie resztki siły narodu…spłonęła przeszłość i dusza Polski…Sowietom zależało na zniszczeniu Warszawy, a tak się pomyślnie dla nich składało, że dla tego zniszczenia nie trzeba było używać sowieckich armii ani sowieckich pocisków. Od  czegóż patriotyzm polski…ale patriotyzm polski ma właściwość bezrozumnego dynamitu. Wystarczy do niego przyłożyć zapałkę prowokacji, aby wybuchł…( podkr. moje -JK).

Natomiast Stefan Kisielewski napisał:

„… Niemiec brał w skórę, patriotyzm szedł w górę – otóż i Powstanie Warszawskie. Bohaterstwo bohaterstwem, patriotyzm patriotyzmem – ale zrobili z nas na nowo dziadów co się zowie! Gładko pozbyliśmy się stolicy, a z nią bogactw i zapasów, jak na nasze stosunki, olbrzymich. Dziady zdziadziały jeszcze bardziej i poszły z torbami – witać niepodległość. Niepodległość jest rzeczą piękną – lecz wolałbym ją spotykać w niezniszczonej Warszawie i z pełną kieszenią a nie w dziurawych portkach na ulicach jakiejś mazowieckiej dziury….”

BILANS POWSTANIA.  Jest on dla Polski wyjątkowo niekorzystny na wszystkich możliwych płaszczyznach. Walka w mieście zamieszkałym przez setki tysięcy ludzi z natury rzeczy musiała prowadzić do olbrzymich zniszczeń i strat. Jeśli miasto staje się polem walki, to każdy dom staje się stanowiskiem bojowym (Stalingrad jest tu najlepszym przykładem), każda piwnica bunkrem, każdy kościół  gniazdem oporu. Muszą one zostać zniszczone. Ludność cywilna, chociaż bezbronna zostaje wciągnięta do walki i ginie od kuli i bomb tak samo, jak żołnierze.

Przywódcy powstania musieli o tymi wiedzieć i bez skrupułów wkalkulowali to w swoje plany. Trzeba też pamiętać, że powstanie wybuchło w strefie przyfrontowej, dlatego było tłumione bezwzględnie i brutalni, z użyciem wszystkich środków jakimi dysponował wróg. Także i dlatego, aby stać się odstraszającym przykładem dla ruchu oporu na okupowanych jeszcze ziemiach polskich i poza nimi.

 Dało asumpt do aktów zemsty i odwetu, do ataków m. in. na szpitale, będące normalnie pod ochroną konwencji międzynarodowych, do gwałtów i masakr (choć trzeba przyznać, ze Niemcy dali powstańcom status kombatantów mimo, że z punktu widzenia międzynarodowego prawa  wojennego Armia Krajowa poruszała się w szarej, partyzanckiej  strefie, była tylko częściowo umundurowana a część powstańców nosiła niemieckie uniformy).

 Po powstaniu cała ludność została przymusowo wysiedlona, a to co ocalało zostało zniszczone w ramach taktyki „spalonej ziemi”.

Warszawę spotkał los antycznej Kartaginy.

„OGIEŃ W GŁĘBI CIEMNOŚCI” .  Zwolennicy powstania  w stolicy kraju mówili, że „powstanie to w głębi ciemności płomień, który poprowadzi przyszłe pokolenia jak złowieszcza gwiazda przewodnia” – autorem tej wątpliwej jakości „poezji” jest gen. Pełczyński.  Dalej podkreślał on, że będzie to „czyn, który by wstrząsnął sumieniami świata….bitwa spektakularna, która zwróci oczy świata na Polskę….ostateczna bitwa…”

Podobne słowa ma….komunistyczna  „Międzynarodówka” : ” bój to będzie ostatni, krwawy skończy się trud”….

Po latach T. Żenczykowski, pracujący już dla „Radio Wolna Europa” i bezpiecznie grzejący tyłek przy ciepłym, miłym  kominku amerykańskim ( lecz wśród swoich dawnych, komunistycznych wrogów- komunistycznych azylantów, którzy „wybrali wolność” ) stwierdził, że „ trzeba było poświęcić się dla obrony własnej i…całego świata ….stworzyć kapitał moralny dla przyszłych pokoleń i ofiarować się w całopaleniu by dać lekcję światu”... Dlatego „walka nasza musiała być ciężka i krwawa oraz trwać jak najdłużej, gdyż każda śmierć, każde cierpienie, każdy zniszczony dom powiększał jej wartość”.

Musiała to być „płomienna ofiara, która napełni świat „szacunkiem i przerażeniem”.

Według Okulickiego Warszawa swoją śmiercią miała dać dowód perfidii sowieckiej (jakby Polacy jej nie znali).

To on mówił: „Musimy stoczyć wielką bitwę w Warszawie i to niezależnie od ceny. Niech się walą mury, niech płynie krew, tylko  nasza walka i nasza śmierć, nasza ofiara może zmienić stanowisko wielkich mocarstw”….

No  i  krew płynęła, mury się waliły, spełniła się „płomienna ofiara”, która napełnić miała świat „szacunkiem i przerażeniem” : zniszczeniu uległo 92% zabudowy lewobrzeżnej Warszawy, w gruzy obrócono  setki historycznych budowli – zabytków klasy światowej – pomników naszej narodowej kultury.

Ów płomień zapalony w „głębi ciemności”  przez oszalałą Trójkę Generałów i ich  kumpli, ów „płomień  z ciemności”, mający poprowadzić Polaków „”jak złowieszcza gwiazda Przewodnia” , palił się wyjątkowo jasno i wysoko:  spłonął olbrzymi dorobek piśmienniczy, zniszczona lub rozgrabiona została większość zbiorów muzealnych, zdewastowane zostało w sensie  materialnym i zdziesiątkowane w sensie  fizycznym warszawskie centrum naukowe.

Tak, ofiara była do głębi całopalna: z 24.724 budynków Warszawy całkowicie zostało zburzonych 10.455, z 987 budowli zabytkowych stolicy ocalało zaledwie 64, zburzeniu uległo 25 kościołów, spalono Politechnikę i większość budynków Uniwersytetu, spalono 64 budynków gimnazjów i 81 szkół powszechnych, „płomień z ciemności” pochłonął 14 bibliotek w tym Bibliotekę Narodową, przepadły bogate archiwalia, dzieła sztuki, majątek prywatny miliona mieszkańców….

Płk.. Iranek – Osmecki, szef Oddziału Informacyjno – Wywiadowczego Komendy Głównej AK  zakonkludował, że :

„….świat zatyka sobie uszy i zamyka oczy, zmusimy go zatem siłą, aby je otworzył”….

Świat nie otworzył ani oczu ani nie odetkał uszu natomiast „tragedia Warszawy  – analizuje  J. Giertych – „  jest największą katastrofą, jaką naród polski poniósł po wrześniu 1939 r. W gruzy i popiół obrócone zostały niezastąpione i nieodtwarzalne skarby naszej kultury. Na szeregu odcinków kultura polska poniosła rany, których zabliżnienie trwać będzie stulecia, niekiedy zaś zabliżnić się nie da zupełnie. Rozbity został główny ośrodek polskiej woli, polskiej polityki i polskiej gospodarki. Przestał istnieć kierowniczy ośrodek całego polskiego życia….Straciliśmy sami kwiat naszej młodzieży, niewątpliwej elity naszego narodu. Skutki tego nieszczęścia wydają się dziś wprost tragicznie katastrofalne. Całe morze cierpień zawiera w sobie los 800.000 rzeszy ludności wysiedlonej, rozbitej, rozproszonej, skazanej na niesłychaną poniewierkę i śmierć, że podobnej ruiny nie przeżyło  w czasach nowożytnych żadne miasto polskie ani żadna stolica Europy.”

Taka była cena „manifestacji woli istnienia”,świadectwa dążenia do niepodległości”, „sprzeciwu wobec decyzji teherańskich”, etc, etc, etc….

Tak grupa pozbawionych politycznego rozumu hazardzistów politycznych rzuciło na stos los stolicy i los setek tysięcy jej mieszkańców.

Tak „Polacy wygrali”!..

SUKCES STALINA I KOMUNISTÓW.  Klęska powstania stała się równocześnie ogromnym sukcesem Stalina: powstanie zamiast uniemożliwić, ułatwiło komunistom przejęcie władzy, zamiast uniezależnić nas od Rosji, zwiększyło nasze od niej, uzależnienie.

Właśnie po powstaniu, po ostatecznym końcu II Rzeczypospolitej, po zniszczeniu stolicy jako ośrodka politycznego , gospodarczego i kulturalnego, po rzuceniu „tysięcy kamieni na szaniec”, żyć młodych, najpatriotyczniejszych, najaktywniejszych i najdzielniejszych ludzi, otwierała się przed Stalinem realna szansa uczynienia z Polski 17-tej republiki.

Tym bardziej, że po klęsce powstania gwałtownie wzrosły nastroje prorosyjskie w różnych środowiskach.

Ale plany Stalina były inne i jak to wykazał los Bułgarii, Rumunii, Węgier, Czechosłowacji.  Nie zamierzał on Polski inkorporować  jako kolejnej republiki do Sowietów, tylko uczynić z niej quasi państewko : „socjalistycznie demokratyczne i  przyjazne Związkowi Radzieckiemu”.

Nastroje poklęskowe, apatia i zwątpienie, poczucie, że dawna  Polska spłonęła na zawsze z Warszawą, stworzyły najbardziej dogodne warunki dla zainstalowania się w Polsce nowej, komunistycznej ekipy. Klęska powstania…rozbroiła Polaków pod względem , moralnym i psychologicznym, ułatwiając w ten sposób zadanie dla komunistów.

Historia PRLu wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby nowa władza musiała funkcjonować w otoczeniu i atmosferze jakie stwarzała Warszawa opisana przez Goetela : prawie milionowa metropolia, tętniąca życiem, bogata, nasycona kulturą, pełna pamiątek historycznych, w których drzemie przeszłość i wielkość narodu…

Twierdzenie, że nawet gdyby powstanie nie wybuchło, to i tak Warszawa zostałaby zniszczona po prostu poraża swoją absurdalnością : no bo jak można usprawiedliwiać spowodowane powstaniem zniszczenia , możliwością zaistnienia takich samych zniszczeń także w przypadku, gdyby powstanie nie wybuchło?

Komuniści  przyszli do Warszawy, będącej już kupą gruzów, pustynią, na której można było w myśl komunistycznej zasady zacząć „budowę nowego świata”, konsolidując wokół swego programu znaczny odłam społeczeństwa i kanalizując resztki zapału Polaków do odbudowy Stolicy…

A przecież jeszcze rok wcześniej, w 1943-1944 r. przechwalano się buńczucznie w akowskim, podziemnym  biuletynie:

„ My, którzy mimo szalonego terroru, potrafiliśmy stawiać skuteczny opór, którzy potrafiliśmy zastrzelić w biały dzień takiego Kutscherę…zgładzić szefów Gestapo i SS mielibyśmy nie dać rady jakiej Wasilewskiej, jakimś Putramentom czy Osóbkom -Morawskim na usługach sowieckiej agentury?! Ależ jest to dla nas dziecinną zabawką…”

Już we wrześniu 1944 r. Delegat Rządu i Dowódca AK w depeszy do Naczelnego Wodza i Premiera RP w Londynie stwierdzali, że „…Jest oczywiste, że po upadku powstania w Warszawie władza przejdzie w ręce komunistów i to w całym kraju…”.

W grudniu 1944 r. dowódca AK, gen. Okulicki w piśmie do Prezydenta RP, Raczkiewicza, informował go, że musiał zdemobilizować szereg oddziałów AK, bo „powstało niebezpieczeństwo przekształcenia ich w zwykłe bandy rabunkowe lub przejście do oddziałów AL.”

ONI NIE UMARLI.    Dlaczego po tym, jak poległo tysiące żołnierzy, pozostających pod ich komendą, rzuconych przez nich do walki, która przyniosła całkowitą klęskę militarną i całkowite fiasko ich politycznych rojeń, żaden z tych oficerów odpowiedzialnych z podjęcie decyzji o powstaniu nie przyłożył sobie pistoletu do głowy i nie pociągnął za spust?

Tak, jak to uczynił dzielny żołnierz, płk. Dąbek,  po poddaniu  bronionej przez siebie Kępy Oksywskiej i zdziesiątkowaniu oddziałów. Płk. Dąbek strzelił sobie w skroń nie tylko dlatego, że nie obronił  Oksywia, żądając od żołnierzy wielkiego poświęcenia, ale  i dlatego, że żołnierski honor  nie pozwalał mu oddać się do niewoli.

Jego śmierć napełniła szacunkiem nawet  okrutnego, niemieckiego wroga : pułkownika pogrzebano z honorami wojskowymi na cmentarzy wśród  poległych na polu walki, podwładnych.

To jest jakiś kapitał moralny  – na nim możną budować. O dziwo : mówi się o nim bardzo mało ale „sławę” „Bora”, Okulickiego się nieustannie podsyca…

 Gdyby choć jeden z Trzech  to uczynił, byłby to moralny kapitał na przyszłość. Ale oni tego nie zrobili, zapewne powodowani przekonaniem, że przecież kto jak kto, ale oni  mają jeszcze do odegrania jakąś ważną historyczną rolę – musieli więc żyć dalej…

Wg. płk. Iranka – Osmeckiego, gen. Okulicki,  tak streszczał swoją strategię (którą przyjął za swoją):

„Należy zająć miasto i utrzymać je do nadejścia Armii Czerwonej, a jeśli ta nie nadejdzie – umrzeć”.

Ale w przeciwieństwie do tysięcy jego podkomendnych on jakoś nie umarł i nawet…awansował, obejmując po „Borze” stanowisko Dowódcy Armii Krajowej.

Tej samej, która została zdziesiątkowana , wypełniając jego szaleńcze rachuby polityczne. Natomiast ten sam Okulicki, który uważał, że „śmierć Warszawy zdemaskuje sowiecką perfidię” „ .zajął się …polityką, udając się na rozmowy… z Sowietami.

Gen. Pełczyński na zadane mu pytanie, „co się stanie, jeśli Rosjanie nie przyjdą”, odpowiedział : ” Zostaniemy wszyscy wymordowani”.

 Tak, wielu , wielu zostało wymordowanych na wskutek jego błędnych koncepcji i posunięć , ale on zamordowany nie został, lecz objął później stanowisko zastępcy Okulickiego, a jeszcze później udał się na emigrację do Londynu, gdzie dożył sędziwego wieku.

 Gen. „Bór”-Komorowski, człowiek, który z racji swego stanowiska był odpowiedzialny za klęskę powstania i jej straszliwe następstwa, został nawet…premierem rządu emigracyjnego!

 Niepojęte ale prawdziwe!

Zdarzało się w historii,że zwycięzcy wodzowie stawali na czele rządów, ale żeby wojskowy, który na własne życzenie stoczył bitwę, przegrywając ją z kretesem i, który ponosi winę za ponad 150.000 ofiar wśród ludności cywilnej, za śmierć 20.000 swoich żołnierzy, za zniszczenie stolicy, obejmował odpowiedzialne stanowisko polityczne, to jest to wydarzenie, którego próżno by szukać w annałach historii.

A dziś, proszę: prochy nieszczęsnego generała sprowadzono z wielka pompą z Londynu do Warszawy, umieszczono na lawecie i pochowano na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach….

Tego roku, A.D.2012, zresztą zgodnie z oczekiwaniami, wieniec na jego grobie złożył ze swą żydowską żoną dzisiejszy „prezydent” Polaków, Bronisław  „Komorowski”, człek, używający co prawda nazwiska hrabiów Komorowskich,  ale o  którego prawdziwym pochodzeniu  krąży po Polsce opowieść (kto wie, czy nie prawdziwa), że „ jest  wnukiem sowieckiego agenta NKWD”

Ten „Komorowski” złożył wieniec … jakby na grobie członka swego przyszywanego hrabiowskiego rodu : „sławnego i wybitnego Polaka”.

Jeśli nie jest to polityczną perwersją, przejawem politycznego zdziczenia i kompletnego moralnego upadku, to czym jest?

Cytowany już parę razy, kpt. T. Żenczykowski, w tamtym okresie kierownik Podwydziału „R” w „Biurze Informacji KG AK”, a  w przyszłości historyk w Londynie i dziennikarz „Radia Free Europe”, przemawiając kiedyś na falach eteru stwierdził :

„…. Skoro nie mogliśmy zwyciężyć, wybraliśmy śmierć…”

” Wybraliśmy? „

My?!

Jacy „My?”

MÓWIĄ ŚWIADKOWIE.

Niechaj mówią ludzie tamtych czasów: nie apologeci powstania, wykoślawiający Historię ale ludzie trzeźwo myślący i kierujący się dobrem Rzeczypospolitej i Narodu:

Adam Doboszyński  (ONR) :

„… Zauważmy, wszystkie agentury pchają nas dziś do przelewu polskiej krwi. Najgorliwszymi zwolennikami powstania w Polsce (tj. akcji zbrojnej zanim potęga militarna Niemiec  zostanie ostatecznie złamana ) są dziś komuniści oraz najciemniejsi doradcy po pokątnych zakamarkach naszej londyńskiej machiny państwowej. Rozważając jednak sprawę z punktu widzenia polskiej racji stanu, powstanie czy przeciw niezałamanym jeszcze militarnie Niemcom, czy przeciw wkraczającym zbrojnie na ziemie polskie Rosji, byłoby dziś posunięciem samobójczym…”

Władysław Pobóg – Malinowski, znany, emigracyjny historyk – piłsudczyk :

…Ale obok problemu powstania istnieje niemniej ważkie zagadnienie – potrzeby powstania i celowości jego w ówczesnych warunkach. Powstanie zbrojne w Warszawie potrzebne było Mikołajczykowi, bo – w jego przekonaniu – miało wzmocnić go w rozmowach ze Stalinem: u sztabowców krajowych działał jeszcze niechybnie przez Mikołajczyka podsycany „argument”, że skoro Moskwa tak hałaśliwie  oskarża krajowe i londyńskie władze, skoro pomawia je, iż pozbawione są w kraju „sił”, „wpływów” i „znaczenia”, skoro zarzuca im „działanie dwulicowe” – w stosunku do Niemiec „ciche sprzyjanie”, „bezczynność”, w najlepszym razie „powściągliwość”; w stosunku do do Rosji zaś – nie tylko „bezczynność ale i „akcje wrogie”, to powstanie zbrojne w Warszawie, w stolicy kraju, i w skali tak wielkiej, ma „wytrącić z rąk Moskwy jej oszczercze argumenty.

…Wszystko, co jest w człowieku rozsądkiem i poczuciem odpowiedzialności podnosić się musi gniewnie przeciwko temu absurdalnemu szaleństwu sztabowców, odpowiadających na słowną propagandę wroga czynem, który już w zarodku swoim grozić musiał nieobliczalną katastrofą narodową….

…. Odpowiedzialność za samobójczą decyzję powstańczą spada w nierównej mierze – w mniejszej raczej na kierownictwo podziemia – w większej na rząd i ludzi związanych z nim w tym krótkowzrocznym szaleństwie, w tym poświęceniu z lekkim sercem największych wartości narodowych, z bezpodstawną rachubą na chimeryczny zysk, w przekroczeniu tej granicy, poza którą błąd staje się zbrodnią….”

Jan M. Ciechanowski, emigracyjny historyk:

„… Brak polsko – rosyjskiej współpracy wojskowej oraz całkowite nieliczenie się Dowództwa AK w czasie podejmowania decyzji z możliwością poniesienia klęski, uczyniły z Powstania bezprzykładną tragedię narodową, której nic nie jest w stanie usprawiedliwić…Bez względu na postawę Stalina wobec Powstania Warszawskiego, które oceniał jak akt wrogi Rosji, tragedia stolicy w dużej mierze spowodowana była polityczną i wojskową nieudolnością i nieusprawiedliwionym optymizmem władz obozu londyńskiego zarówno w kraju, jak i za granicą….

….W roku 1944 Polak znalazła się w sytuacji schizofrenicznej: była rozdarta między sklerotycznym, niezdolnym do przeciwstawienia się rządem w Londynie, a ,żywą rzeczywistością, którą symbolizowało przesuwanie się Armii Czerwonej. W miarę jak ta zbliżała się do Warszawy, owa sprzeczność zaostrzała się, a wybór stawał się coraz bardziej naglący. Alternatywa jaka stanęła przed dowództwem była jasna : poddać się Armii Czerwonej albo z nią walczyć. Niezdolne do do podjęcia decyzji przecinającej dylemat, kierownictwo wybrało śmierć.

Dlatego właśnie z tego punktu widzenia można uznać, że powstanie było samobójstwem. Lecz samobójstwem pozornym, gdyż w rzeczywistości spodziewano się, w mistycznym pomieszaniu pojęć, że Zachód, wzruszony ofiarą, przyjdzie wreszcie z pomocą. Było to tragiczne zakończenie całej akrobatyki politycznej…..”

Aleksander Skarżyński, komunistyczny historyk:

„…nie można znaleźć usprawiedliwienia dla bezcelowej hekatomby miasta, pięknego i wesołego przed wojną, nazywanego przez cudzoziemców „Paryżem Wschodniej Europy”. Zbiorowy paraliż umysłów, poczucie bezradności wobec powracającej fali rosyjskich barbarzyńców, uniemożliwiały chłodną, choć tragiczną ocenę. Do 6 lat nieszczęść i prześladowań dwóch okupantów, dodano szaleństwo zniszczenia stolicy narodu, ich miejsce w historii zostało zapewnione, ale dźwięk ich kroków będzie przywodzić na pamięć bezcelowe gruzy i zwały trupów….”

Gen. St. Żochowski, szef Sztabu Dowództwa NSZ:

„…Uważając w ocenie wojskowej Powstanie w Warszawie, w warunkach, w jakich wybuchło, za beznadziejne, przy olbrzymich stratach, które za sobą pociągnie, dałem temu wyraz 3 sierpnia w depeszy do szefa sztabu Naczelnego Wodza, gen. Kopańskiego, w następujących słowach : Osobiście uważam decyzję dowódcy Armii Krajowej za nieszczęście(…)”.

Gen. Władysław Anders, generał, d-ca II Korpusu WP:

„…Zaczynając od carskiej szkoły kawalerii i kończąc na francuskiej Ecole Superieur de Guerre, uczono mnie nie nacierać bez żadnych szans powodzenia. Stosuje się to szczególnie w wypadkach, kiedy dużą ilość osób cywilnych może być wciągnięta w taką akcję. Gdyby nawet udało się wyrzucić Niemców z Warszawy, to, co dalej? Walczyć z Sowietami bez żadnych szans zwycięstwa. Cele były niemożliwe do osiągnięcia, a klęska na długość ramienia….”

…..Wygląda na to, że Londyn dał rozkaz powstania, aby mieć tak zwany atut w ręce. Ładny atut…Boję się wymówić słowo „bezsens” ale samo podsuwa się na każdym kroku, gdy o nim myślę…Drugie słowo, którego się boję, a które też ciągle brzęczy mi w głowie to „prowokacja”….

Jak Niemcy wyrżną Polaków, to Rosjanie zajmą Warszawę. Będzie to zawsze o kilkadziesiąt tysięcy najlepszych obywateli mniej… czyli o kilkadziesiąt tysięcy przeciwników komunizmu i  sowieckiej Polski mniej…. Dlaczego los skazuje nas zawsze na tyle bohaterstwa? We wszystkich komunikatach radiowych o Warszawie wyczuwa się skrępowanie.

Za wiele bohaterstwa. Jesteśmy znowu sami razem z czymś, co tylko my potrafimy zrozumieć i pojąć. Byle kto lub byle co żąda od nas ofiary życia i otrzymuje ją, założyć nam rurociąg na krew i dostarczymy jej strumieniem byle gdzie i byle dla kogo….” ( podkr. moje -JK)

Andrzej Bobkowski, pisarz emigracyjny:

„…. Obrońcy powstań 1830 i 1863 roku twierdzili nieraz, że chociaż zakończone klęską, powstania te nie osłabiały nas, ale umacniały, gdyż podnosiły ducha narodu, a więc pozwalały nam lepiej przetrwać czas niewoli. Powstanie Warszawskie jest jeszcze jednym dowodem na to, jak dalece pogląd ten jest niesłuszny. Nieudane powstanie nie podnosi

ducha narodu, ale istniejące w narodzie napięcie duchowe rozładowuje. A więc naród moralnie osłabia….”

Jędrzej Giertych, narodowy publicysta, pisarz:

„….Ja osobiście utrzymywałem,że powinniśmy czekać, gdyż w głębi serca wolałem zaryzykować opanowanie miasta przez komunistów, niż jego zniszczenie przez Niemców. Wolałem Warszawę żywą i komunistyczną, niż Warszawę umarłą… i także komunistyczną…

Płk. Bokszczanin- „Sęp” (do czerwca 1944 r. I z-ca szefa sztabu KG AK) :

„…. Bohaterstwo warszawskiej młodzieży stało się w tragicznym obrocie rzeczy przyczyna zniszczenia naszego jedynego milionowego miasta, zniszczenia bezcennego dorobku kulturalnego, który był najdobitniejszym przejawem naszej niezależności i odrębności, zniszczenia dorobku kulturalnego pokoleń, który był orężem naszego przetrwania, zniszczenia wreszcie i rozproszenia najbardziej świadomego, aktywnego i zwartego środowiska polskiej inteligencji, które promieniowało polskością na cały kraj….”

Stefan Kisielewski, wybitny publicysta:

„… Z chwilą aresztowania Roweckiego Komenda Główna straciła szefa, wraz z wyjazdem Tatara rozsądek, a likwidując dowództwo operacyjne swoje możliwości przewidywania i działania. Na wiosnę 1944 r, Armia Krajowa, ten niezwykły mechanizm stworzony przez Roweckiego, była już tylko wielkim ciałem, ślepym i rozkładającym się. I wówczas przyjechał Okulicki. Byliśmy zmęczeni, podzieleni, na krawędzi rozpaczy. On kipiał energią, żywotnością i wiarą. W ciągu kilku tygodni stał się dowódcą AK. Niestety, nie miał autorytetu Roweckiego, ani inteligencji Tatara, ani dyscypliny intelektualnej prawdziwego oficera sztabowego (podkr. Moje – JB ).

Był jak byk, który umiał tylko rzucać się na wszystkie czerwone chusty, którymi wymachiwano mu przed nosem…”

Płk. Bokszczanin – „Sep”, płk. dyplomowany, członek delegatury WiN:

„…. (Pełczyński i Okulicki) opanowani patologiczną nienawiścią do Rosjan i komunistów, zapominają o olbrzymim niebezpieczeństwie zagrażającym miastu, jeśli powstanie wybuchnie za wcześnie. Zaślepieni chorobliwą namiętnością – nie ma na to innego określenia –  doszli do takiego stanu, że raczej wolą, by Warszawa została zniszczona, niż zawładnęli nią komuniści…”

Jan Matłachowski ( członek ZG  Stronnictwa Narodowego) :

„… AK chciała się bić i bić się musiała. Realistycznie to ujmując istniało jedyne pytanie ,czy walkę podejmować w uzgodnieniu z dowództwem radzieckim, jak postulował Tatar, czy też walczyć samotnie, ryzykując nawet konfrontację zbrojną z Armią Czerwoną, do czego parł

Pełczyński. Droga, którą obierał gen. Pełczyński, nawet zlokalizowana do terenu stolicy, doprowadziła w końcu do katastrofy narodowej.

To, co postulował gen. Tatar, nie uratowałoby II Rzeczypospolitej, ale zapobiegłoby katastrofie i zagładzie stolicy.

 Gen. Pełczyński nie chcąc schodzić z pola bez walki, przyjął postawę straceńca. Gen. Pełczyński mógł pójść do walki partyzanckiej i nawet zginać. Nie wolno mu było natomiast dla samej manifestacji poświęcać stolicy. Każda manifestacja musi mieć swe sensowne granice. Musi istnieć proporcja start i zysków. Każdy, kto kieruje się narodowym interesem i odpowiedzialnością stwierdzić musi, że poświęcanie losu stolicy i jej mieszkańców jedynie dla manifestacji, było krokiem niedopuszczalnym i nieodpowiedzialnym. Legenda powstania warszawskiego i skutkami manifestacji nie zrównoważy się ogromu strat. Powstanie warszawskie było przecież katastrofą narodową. Kto tego wszystkiego nie rozumie i głosi pogląd odmienny, ten nie tylko błądzi, ale szerzy fałszywe pojmowanie patriotyzmu. Na zarysowanym tle różnic doszło do starcia między Tatarem a Pełczyńskim.

W rezultacie gen. „Bór”, ulegając Pełczyńskiemu, wysłał Tatara pierwszym mostem lotniczym na Zachód, choć byłoby chyba lepiej i właściwiej, gdyby na Zachód udali się „Bór” i Pełczyński.

W maju 1944 r. Okulicki skacze jako zrzutek z samolotu i gdy wylądował na ziemi ojczystej nabrała mocy jego nominacja na generała. Wnet potem generał zaczął swe spiskowanie, które doprowadziło do katastrofy.

Zadaniem głównym spiskowania miało być wywoływanie w samej stolicy walki zgodnie ze strategią straceńczych powstań… Nasz romantyczny bohater zakładał, że gruzy Warszawy i hekatomba polskiej młodzieży w stolicy tak daleko wzburzą opinię Zachodu, iż ta wymusi na swych rządach przekreślenie decyzji teherańskiej i , że w konsekwencji linia demarkacyjna Zachód – Wschód biec będzie nie od Hamburga po Triest, ale wzdłuż granicy ryskiej i jej przedłużeń. Taki był romantyczno -patriotyczny w intencjach, a naiwny i nieodpowiedzialny w realiach plan i ocena Okulickiego.

W gronie Okulicki, Pełczyński, Rzepecki musiała zapaść decyzja, że „Bora” i Jankowskiego pozostawi się na zajmowanych stanowiskach, bo będą oni nieszkodliwi czy dadzą się unieszkodliwić. Na podstawie tych materiałów, którymi dysponujemy, trudno ustalić, kiedy wymienieni trzej wyżsi oficerowie KG AK dogadali się całkowicie, tzn. kiedy przyjęli koncepcję Okulickiego walki w Warszawie. Pewne jest,że pod koniec lipca 1944 r. działali oni wedle założeń Okulickiego.

Delegat rządu, wicepremier Jankowski, w czasie swego przemówienia (pod koniec sierpnia 1944 r. stwierdził: „Stało się nieszczęście, to był błąd….ale decyzję powziąłem ja…i biorę za nią odpowiedzialność.”

Był on przybity.

Po zamknięciu zebrania,  Władysław Jaworski, wiceprezes Rady Narodowej, odbył rozmowę z Kazimierzem Pużakiem, prosząc o wyjaśnienie. Odpowiedź Pużaka brzmiała : „To są sprawy bolesne, kiedyś to sobie wyjaśnimy…są sprawy podejrzane….Wszystkich nas zaskoczyli!!! „.

 

Gen. Stanisław Tatar, III zastępca szefa Sztaby Naczelnego Wodza (zastępca szefa Sztabu NW do Spraw Krajowych), rozstrzelany przez komunistów po powrocie do Polski:

„… jednym słowem i nazywając rzeczy po imieniu, Sosnkowski przygotował pucz wojskowy dla obalenia rządu w przypadku, gdyby ten poszedł na najmniejsze ustępstwo. Nieświadomie Sosnkowski skazał Warszawę na śmierć…. Ale to już inna historia. Dopiero gdy byłem w posiadaniu wszystkich tych elementów, zrozumiałem cel podróży Okulickiego. Sosnkowski wysłał go do Warszawy , aby w Armii Krajowej wykonał tę samą robotę, której sam zamierzał dokonać we Włoszech, w 2 Korpusie….”

Adam Doboszyński (ONR, więziony jako „przeciwnik obozu rządowego” …przez „rząd” na angielskiej wyspie Bute, po wojnie przedarł się przez zieloną granicę , został schwytany i oskarżony przez komunistów o … „współpracę z Niemcami” i rozstrzelany) :

„….Kompleks pawia, podobnie jak jak kompleks Mesjasza rozrósł się u nas ostatnio do rozmiarów zupełnie samobójczych; popełniamy gesty bohaterskie, kosztujące nas dużo w przekonaniu,że podnoszą na one w oczach zagranicy; nie rozumiemy, że dzieje się wręcz odwrotnie.

Najtragiczniejszym przykładem takiego nieporozumienia jest oddźwięk za granicą powstania warszawskiego z r. 1944. We wszystkich dyskusjach na temat powstania w Londynie jako główną korzyść z niego wysuwa się nadal pozytywny rzekomo oddźwięk na Zachodzie. Otóż nie, po stokroć nie! Byłem w czasie powstania w Londynie i będę to powtarzał do końca życia, że powstanie i ogrom jego ofiary zaszkodziły nam w opinii świata, a nie pomogły….”

Gen. Jerzy Kirchmayer, zawodowy wojskowy, szef Sztabu Okręgu Warszawa,  historyk: 

„….Powstanie nie musiało wybuchnąć, skoro dnia 26 lipca począwszy dowódcy powstańczy i żołnierze, a także ludność stolicy widzieli wzmacnianie się Niemców i rozpoznawali ich zamiar obrony Warszawy. Powstanie nie musiało wybuchnąć, skoro około 25  lipca stwierdzono „deprymujący” stan uzbrojenia Okręgu Warszawskiego AK i w ogóle jego nieprzygotowanie do podjęcia walki zbrojnej.

Powstanie nie musiało wybuchnąć, skoro nie zauważono najmniejszego nawet ruchu niemieckich straży tylnych przez Warszawę ze wschodu na zachód, lecz przeciwnie, od 27 lipca obserwowano ruch odwodów niemieckich w odwrotnym kierunku….”

Stanisław Żochowski:

„…. Straszne przygnębienie wśród oficerów w Sztabie. W Warszawie powstanie. Chodzimy jak struci. Nie ma pomocy dla stolicy. Rokossowski zatrzymał się przed Wisłą. Płk. Demel polecił mi przygotować uzasadnienie dla odznaczenia gen. „Bora” krzyżem Virtuti Militari II klasy.

Odszukałem statut Orderu : II klasa może być przyznana generałowi za samodzielne działanie, które było zwycięską bitwą lub walnie przyczyniło się do zwycięstwa…

Złożyłem wniosek na oddanie gen. „Bora” pod sąd za zniszczenie stolicy, spowodowanie ogromnych strat i nie osiągnięcie żadnego celu…” (podkr.moje-JB)

Adam Doboszyński:

„… I u nas przyczyniłoby się wielce do uzdrowienia naszego życia narodowego postawienie przed Trybunał Stanu sprawców powstania warszawskiego (formalnych i rzeczywistych). Żądanie takiego procesu słyszy się coraz częściej, w miarę jak zaczynają wychodzić na jaw owieszcze kulisy tej wielkiej narodowej tragedii. Proces taki pozwoliłby unaocznić, na żywym przykładzie metody, jakimi obce agentury grają na naszych kompleksach...” (podkr. moje, JK)”

Konstanty Rokossowski, marszałek sowiecki:

„…Odpowiedzialni za powstanie to błazny, którzy jak klowni w cyrku wpadają zawsze w nieodpowiedniej chwili i wywracają koziołki na dywanie; lecz są to błazny, które spowodowały zniszczenie miasta i śmierć setek tysięcy ludzi….”

Stefan Kisielewski:

„… Naród naprawdę męski nigdy nie walczy do ostatniej kropli krwi’ – napisał kiedyś Ludendorff – typowy przecież nacjonalista. I to jest prawda : powstanie warszawskie tak, jak i inne nasze powstania, nie było aktem dojrzałej męskości; było aktem zniecierpliwienia, młodzieńczej niepowściągliwości. I dlatego przyniosło szkodę podstawowemu aksjomatowi patriotyzmu, jakim jest istnienie narodu ponad wszystko. W naszej sytuacji walka o honor kosztem 30 procent polskiego potencjału kulturalnego i gospodarczego (taki bowiem procent co najmniej stanowiła Warszawa) była poniekąd aktem psychicznego egoizmu, krótkowzroczności, nieopanowania i – nieprzemyślenia.

Zauważmy, że tak przysłowiowo już indywidualnym honorem się kierujący naród japoński nie zawahał się zrezygnować z nakazów owego honoru i skapitulować, gdy stanął przed alternatywą zniszczenia kraju.

Na tym polega prawdziwy patriotyzm, patriotyzm obdarzony instynktem życia…..” ( podkr. -JB).

Maria Dąbrowska, pisarka:

„…. porwaliśmy się jak z motyką na słońce. To zbrodnia i szaleństwo. Słyszy pani to żałosne puk – puk ? To nasi. A ta ulewa kul to Niemcy. Wszyscy zginiemy, a Niemcy z miasta kamienia na kamieniu nie zostawią. To zbrodnia. To szaleństwo….”

Płk. Józef Kazimierz Pluta – Czachowski – ” Kuczaba „, z – ca szefa sztabu KG AK :

„…Powstanie było samobójstwem postanowionym z całą świadomością  i wykonanym z rozmysłem.”….

Heinrich Himmler:

„…z historycznego punktu widzenia fakt wzniesienia przez Polaków powstania jest błogosławieństwem. Skończymy z tym w ciągu 5 -6 tygodni. Wtedy Warszawa – stolica, jądro, kwiat inteligencji tego 15-17 milionowego narodu zostanie wymazana z mapy tego narodu, który od 700 lat blokuje nam wschód i który od pierwszej bitwy pod Tannenbergiem stoi nam ciągle na przeszkodzie. Wtedy problem Polski historycznie nie będzie już więcej problemem dla naszych dzieci i dla tych wszystkich, którzy po nas przyjdą, a nawet dla nas samych. Oprócz tego wydałem równocześnie rozkaz, że Warszawa ma być doszczętnie zburzona…”

Jan Bek

Literatura i źródła cytatów:

  1. Anders Władysław : „Bez ostatniego rozdziału. Wspomnienia z lat 1939-1946 ” , Londyn, 1959.
  2. „Armia Krajowa w dokumentach 1939-1945”, Tom I-VI, Wrocław,1990-1991.
  3. Babiński Witold : „Wymiana depesz między Naczelnym Wodzem a Dowódcą
  4. Armii Krajowej 1943-1944”, „Zeszyty Historyczne nr 24” , Paryż, 1973
  5. Bartelski Lesław M. : „Powstanie Warszawskie”, Warszawa, 1988.
  6. Bartoszewski Władysław : „Rozważania  o Powstaniu Warszawskim”, „Zeszyty Historyczne, nr.6”, Paryż, 1984.
  7. Bielecki Tadeusz : ”Podziemna walka o Polskę Niepodległą”, wyd.”Promyk”, Philadelphia,  USA, 1977.
  8. Białoszewski Miron : ”Pamiętnik z Powstania Warszawskiego”, Warszawa, 1970.
  9. Bobkowski Andrzej : „Szkice piórkiem”, Paryż, 1957.
  10. Bór – Komorowski Tadeusz : „Armia podziemna”, Londyn, 1979.
  11. Chlebowicz Cezary :  „ Pozdrówcie ode mnie Góry Świętokrzyskie”, Wyd. 7, Wyd. Adam Marszałek, Toruń, 2006.
  12. Ciechanowski Jan Mieczysław: „Powstanie Warszawskie: zarys podłoża politycznego i dyplomatycznego”, Londyn 1971.
  13. Idem:  „Na tropach tragedii: Powstanie Warszawskie 1944: wybór dokumentów wraz z komentarzem”, Warszawa, 1992.
  14. Idem : „Stosunek rządu brytyjskiego do Powstania Warszawskiego”: „Zeszyty Historyczne nr.4”, Paryż 1977.
  15. Dąbrowska Maria : „Przygody człowieka myślącego”, Warszawa 1987.
  16. Doboszyński Adam : „Studia polityczne”, Londyn, 1946.
  17. „Geneza Powstania Warszawskiego 1944 r. Polemiki i dyskusje” ( praca Zbiorowa), Warszawa, 1984.
  18. Giertych Jędrzej: „Pół wieku polskiej polityki. Uwagi o polityceDmowskiego i polityce polskiej lat 1919-1939 i 1939 -1947”, Londyn 1947.
  19. Goetel Ferdynand : „Czasy wojny”, Gdańsk, 1990.
  20. Kalinowski Franciszek : „Lotnictwo Polskie w Wielkiej Brytanii 1940-1945”, Paryż, 1969.
  21. Kisielewski Stefan: „Polityka i sztuka (wybór prac publicystycznych)”, Warszawa, 1949.
  22. Idem : „Rzeczy małe”, Warszawa, 1956
  23. Idem : „Opowiadania i podróże”, Karków, 1959.
  24. Korboński Stefan : „ Polskie państwo podziemne-przewodnik po Podziemiu z lat 1939-1945”, Paryż, 1975.
  25. Kranhals Hans von : „Der Warschauer Aufstand” ( prywatnie przełożone cytaty o powstaniu ), Frankfurt a. Main, 1964.
  26. Krzyżanowski Bronisław : „Wileński matecznik 1939 – 1944”, Paryż, 1979.
  27. Mackiewicz Józef : „Nie trzeba głośno mówić”, Paryż, 1969.
  28. Idem : „Zwycięstwo prowokacji”, Londyn, 1983.
  29. Matłachowski Jan : „Kulisy Powstania Warszawskiego”, Londyn, 1978.
  30. Madajczyk Stefan: „Ludność cywilna w Powstaniu Warszawskim” (praca zbiorowa, trzy tomy), Warszawa, 1974
  31. Mitkiewicz Leon : „W najwyższym sztabie zachodnich aliantów 1943-1945”, Londyn, 1971.
  32. Kulski Władysław : „Polskie miedzynarodowe orientacje od czasów Rozbiorów”, „Zeszyty Historyczne, nr.44”, Paryż, 1978.
  33. Nowak Antoni – Przygodzki : „Wojskowa slużba społeczna. Warszawa – sierpień- wrzesień 1944”, „Zeszty Historyczne, nr.48”, Paryż, 1979.
  34. Piłaciński Jerzy : „Narodowe Siły Zbrojne.Kulisy walki podziemne 1939-1946”, Londyn, 1976.
  35. Pobóg-Malinowski Władysław : „Najnowsza historia polityczna Polski 1864-1945”, t.III: 1939-1945, Londyn, 1960.
  36. „ Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie światowej”, t.III ( „Armia Krajowa” ), Londyn, 1950.
  37. Rzepecki Jan : „Wspomnienia i przyczynki historyczne”, Warszawa, 1984.
  38. Sawicki Tadeusz : „Front wschodni a Powstanie Warszawskie”, Warszawa, 1989.
  39. Idem : „ Wyrok na miasto. Berlin i Moskwa wobec Powstania Warszawskiego”, Warszawa, 1993.
  40. Skarżyński Aleksander : „Polityczne przyczyny Powstania Warszawskiego”, Warszawa , 1964.
  41. „Stańczyk” : „ Powstanie Warszawskie chwała i hańba”, nr.3, Poznań, 1994.
  42. Steiner Jean -Francois : „Warszawa 1944”, Warszawa, 1991.
  43. Strzembosz Tomasz : „Akcje zbrojne podziemnej Warszawy 1939-1944, Warszawa, 1983.
  44. Truszkowski Stanisław –„Sztremer” : „Partyzanckie wspomnienia”, PAX, Warszawa, 1968.
  45. Zagórski Wacław : „Wicher wolności.Dziennik powstańca.”, Londyn, 1957
  46. Zaluski Zbigniew : „Czterdziesty czwarty. Wydarzenia, obserwacje, Refleksje”, Warszawa , 1979.
  47. Zawodny Janusz : „ Nothing but Honour”, Macmillan, London 1978
  48. recenzja zbiorowa, „Zeszyty Historyczne nr 45”, „IKP” 1978.
  49. Żenczykowski Tadeusz : „Samotny bój Warszawy”, Paryż, 1985.
  50. Żochowski Stanisław : „Brytyjska polityka wobec Polski 1916 – 1948”, Brisbane, 1979.

Tags :

Komentowanie zamknięte.