Opublikowano Grudzień 26, 2012 Przez a303 W Bez kategorii

Charlie Hebdo, czyli wojna na rysunki

Jerzy Szygiel, 20.09.2012

Mahomet płacze, wyciera oczy kułakami i żali się : „Ciężko być kochanym przez durniów” – rysunek na okładce Charlie Hebdo z lutego 2006 r. dobrze ilustrował linię, którą francuski tygodnik satyryczny przyjął po 11 września 2001 r. Wcześniej, jeśli odnosił się do religii, to wyśmiewał raczej katolików, kontynuując francuskie tradycje antyklerykalne. Zanim dokonał neokonserwatywnego zwrotu, wydawał się pismem lewicowym – i wiem, co mówię, bo na początku lat 90, zaraz po szkole dziennikarskiej, odbyłem w redakcji dwumiesięczny staż, ba, opublikowałem tam nawet kilka tekścików (nic o religii!).

Znam więc pełne nazwisko Charba, dziś redaktora naczelnego tygodnika i autora rysunku, który wczoraj pojawił się na okładce. Wówczas był zwykłym rysownikiem na dole redakcyjnej drabiny, w okularach o szkłach typu dno butelki. Do dziś w moim mieszkaniu wisi jego duża praca, polubiliśmy się. Kto by pomyślał, że wiele lat później w sprawie Charba będzie wypowiadał się Biały Dom, jak to się wczoraj zdarzyło. Rzecznik Obamy, Jay Carney, wykonywał ćwiczenie retoryczne między świeczką a ogarkiem. Rytualnie zadeklarował przywiązanie swego kraju do zasady wolności wypowiedzi, ale i zadawał retoryczne pytanie, po co francuskie pismo publikuje „takie rzeczy” w aktualnym kontekście.

Rysunek Charba wygląda tak:

Charlie-original1

Chodzi o podwójną aluzję kinematograficzną – do francuskiego filmu „Nietykalni” i do bodaj słynniejszej dziś, amerykańsko-izraelskiej „Niewinności muzułmanów”, stąd, prócz muzułmanina-kaleki obecność żyda, który pcha ten wózek (obaj mówią „Nie ma się z czego śmiać”). Może i Charb chciał równo potraktować obie postaci (co jest obiektem żywej dyskusji), ale problem w tym, że w środku numeru inne rysunki redakcyjne wzięły na cel wyłącznie Mahometa (np. goły szuka potwierdzenia piękna swoich pośladków), raczej bezdyskusyjnie na poziomie dowcipów jak z początku tego tekstu.

Oskarżenie redakcji o brak inteligencji nie przeszkadza w prawdziwym sukcesie komercyjnym: cały nakład rozszedł się w ciągu kilku godzin. Le Parisien zaobserwował pewne zjawisko w północnych dzielnicach Paryża – pojedynczy muzułmanie, albo całymi rodzinami, wykupywali całe lub duże części dostaw pisma do kiosków, by je „wyrzucić na śmietnik”. Dlaczego? „Czujemy się zawstydzeni i dotknięci” – wyjaśniali. A wiedzieli co się szykuje, bo redakcja od poniedziałku trąbiła co zamierza zrobić. Oczywiście muzułmanie nie wykupili całego nakładu, jest ich we Francji niecałe 6%, ale nawet gdyby było inaczej redakcja ogłosiła, że jutro ponownie wydrukuje to samo wydanie, w jeszcze większym nakładzie. Wydawać ten sam tygodnik dwa razy w tygodniu – czyż to nie marzenie każdego wydawcy?

Każdy może się poskarżyć

Ciekawa była reakcja premiera Francji. Jean-Marc Ayrault podobnie jak rzecznik Białego Domu mówił o nienaruszalności wolności słowa, ale, najwyraźniej zły, podkreślił, że każdy kto uważa, że prawo zostało przekroczone powinien zwrócić się do sądów, które to bezstronnie rozstrzygną. Rzeczywiście jest już kilka skarg stowarzyszeń muzułmańskich. Ale spójrzmy na statystyki: od początku tego stulecia przeciwko redakcji wpłynęło ponad 90 pozwów od stowarzyszeń katolickich i tylko jeden ze strony muzułmanów – wszystkie zostały oddalone w imię ochrony prawa do krytyki. Raz ukazał się w Charlie tekst, w którym znalazło się zdanie, które mogło być odczytane jako aluzja antysemicka, lecz wówczas kierownictwo redakcji (wtedy jeszcze nie Charb) natychmiast zwolniło dziennikarza z pracy [patrz tutaj].

Większość manifestacji w świecie muzułmańskim po umieszczeniu 6 września na Youtube wielu fragmentów „Niewinności muzułmanów” nie przekracza 300 uczestników i gdyby nie telewizje, pewnie pozostałyby niezauważone. Tym niemniej ich obecność wywołuje zawsze ten sam mechanizm medialny. Np. portal Gazeta.pl informował, że w czasie mikroskopijnego protestu w australijskim Sydney, ktoś trzymał karton z wypisanym mazakiem wezwaniem do ścięcia autorów filmu i jakie to wywołało „powszechne oburzenie”. Bez względu na kontekst i proporcje, muzułmanie wychodzą medialnie na dzikich. Takich łatwiej bombardować. Ameryka być może słusznie napada na ich kraje, okupacje są wprowadzaniem pokoju itd…

Ale wracając do wojen zastępczych, rysunkowych. We Francji istnieje też tradycja natychmiastowego pastiszowania znanych obrazów [np. patrz tutaj]. Pojawiło się już w Internecie kilkanaście trawestacji okładki Charlie Hebdo. Nieoczekiwaną furorę we frankofońskiej sieci robi jednak poniższy rysunek, zdecydowany numer jeden.

Shoah Hebdo Joelecorbeau

Czy można go traktować jako fragment dyskusji o granicach „deptania świętości”? Autor bierze się za coś, co uważa za religię, „religię Holokaustu”, a przy okazji odnosi się do aktualności, pomruków wojny. „Nietykalni 3” szykując bombę atomową na bombardowanie Iranu deklarują „Dużo przecierpieliśmy!”. Oto więc w wojenkach rysunkowych wszystko wychodzi na zero, dosłownie. W wojnach prawdziwych (które i my prowadzimy), to się raczej nie zdarza. Na szczęście jesteśmy po stronie silniejszych i wygrywamy. Przegrani mogą sobie najwyżej pokrzyczeć, byśmy mogli spojrzeć na nich z pogardą i spokojnym sumieniem.

Rys. (od góry): Charb, Joelecorbeau

Źródło: http://blog.wirtualnemedia.pl/jerzy-szygiel/post/charlie-hebdo-czyli-wojna-na-rysunki

Komentowanie zamknięte.