Opublikowano Maj 22, 2012 Przez a303 W Bez kategorii

Bronisław Szeremeta – „Człowiek który przeżył…”

Źródło: http://szeremeta.republika.pl/wiara.htm

„Pomogła mi wiara”

Wywiad w gazecie „Myśl Polska” Nr 23-24 z dnia 6-13 czerwca 1999 r.

Bartosz Sieradzki: Po Kampanii Wrześniowej, ukrywając stopień oficerski uniknął Pan śmierci w Katyniu. Jako jeńca wojennego Sowieci przewieźli Pana aż do Republiki Komi, do obozu w Kotłasie, a następnie do łagru w tajdze, Meżog 12. Pan jednak zdołał uciec stamtąd do Lwowa. Jak Panu się to udało?

Bronisław Szeremeta: Łagier znajdował się przy budowanej wówczas drodze kolejowej Kotłas-Workuta. Uciekłem z trzema kolegami. Przed ucieczką gromadziliśmy w tajdze zapasy żywności. Udało się nam również przechować mapkę oraz kompas. Podczas codziennych prac w tajdze zauważyliśmy, że obecność jeńców sprawdzana jest przez strażników tylko po ukończeniu pracy. Ponieważ dzień pracy trwał 10 godzin, mieliśmy 9 godzin na ucieczkę. Po upływie tego czasu mógł rozpocząć się pościg. Korzystając z nieuwagi strażników wymykaliśmy się pojedynczo do tajgi, zabierając ukrytą żywność. Przedzieranie się przez tajgę trwało ponad dwa tygodnie – w końcu zabrakło żywności. Dwóch kolegów, w miejscowości Piniug, zdecydowało się wyjść z tajgi do sklepu, aby kupić coś do jedzenia. Niestety nigdy już nie wrócili – zatrzymała ich milicja. Mnie z kolegą czekających na nich w tajdze nie zdradzili, dlatego mogliśmy na stacji kolejowej ukryć się w wagonie towarowym pociągu jadącego w kierunku Moskwy. Takim sposobem, towarowymi pociągami oraz na własnych nogach przez Moskwę, Mińsk i Korosteń dotarłem do Lwowa. W sumie piechotą przeszedłem conajmniej 1500 km.

B.S: We Lwowie włączył się Pan w działalność podziemną NOW-AK. Chciałbym zapytać o Pański stosunek do akcji „Burza”. Dowodził Pan wtedy plutonem w dzielnicy Lwów-Sródmieście.

B.Sz.: Byłem wtedy, jak i obecnie przeciwny tej akcji, ale rozkazów musiałem słuchać. Mój pluton podczas akcji zajął budynek Poczty Głównej. Po wyparciu Niemców, wywiesiliśmy na budynku 4 chorągwie: polską, angielską, amerykańską i sowiecką. Po kilku godzinach pojawiły się wojska sowieckie, za nimi NKWD i natychmiast zdjęli wszystkie chorągwie za wyjątkiem sowieckiej. Na swoją odpowiedzialność dałem rozkaz żołnierzom nie ujawniać się i zejść do podziemia. Zaraz na drugi dzień zostało aresztowane dowództwo lwowskiej AK…

B.S: 5 marca 1945 r. w wyniku zdrady ze strony Czesława Rutkowskiego ps. „Borowik”, członka konspiracji (który żyje do dzisiaj w Polsce, w Olsztynie, w czasach PRL był pułkownikiem UB, później pracował na placówce dyplomatycznej w Chinach) został Pan aresztowany przez kontrwywiad „Smiersz”. Podczas nieudanej próby ucieczki zostaje pan ciężko ranny. Proszę powiedzieć o późniejszym przewiezieniu pana do Moskwy w związku z procesem Szesnastu.

B.Sz: Zanim odpowiem na postawione pytanie, zatrzymam się krótko na osobie Cz. Rutkowskiego, haniebnym zdrajcy, który był wtyczką NKWD w strukturach Armii Krajowej, najpierw w Inspektoracie Stryjskim AK, a po wypełnieniu tego zadania został przerzucony na teren Lwowa, gdzie spowodował olbrzymie szkody w konspiracji. Jeszcze dziś z pamięci mogę wymienić pseudonimy i nazwiska kilkunastu osób, które wydał w ręce NKWD. W PRL kontynuował swoją haniebną rolę. Sądzę, że dziś jako wielce zasłużony dla PRL emeryt, jest bardzo zadowolony z drogi, która zapewniła mu karierę i wygodne życie.

Teraz wrócę do zadanego pytania. 25 maja 1945 r. przewieziono mnie, jeszcze nie zupełnie wyleczonego z rany, samolotem do Moskwy. Było nas 18 zebranych ze wszystkich lwowskich więzień. Nikt z nas nie wiedział po co nas tam przywieźli. W Moskwie osadzono mnie w pojedynczej celi na Łubiance. Zdziwił mnie luksus tego pomieszczenia (biała, czysta pościel, stolik nakryty czystą serwetką). Nocą wyprowadzili mnie na przesłuchanie. Śledztwo prowadził pułkownik w obecności tłumacza – Żyda. Najpierw zadał mi standartowe pytania: nazwisko, miejsce urodzenia itp. Później podniesionym głosem zapytał: „Skolko ty ubił sowietskich sołdatow?”. Odpowiedziałem po polsku, nie przyznając się do znajomości rosyjskiego, że my Polacy od momentu napaści walczyliśmy z Niemcami a nie z Czerwoną Armią – i za to jesteśmy przez was teraz więzieni. Gdy tłumacz mu to przetłumaczył, ten rozwścieczony wrzasnął : „Ty polska swołocz, po co ciebie tu przywieźli zamiast zastrzelić na miejscu we Lwowie. Zabrać go stąd!!!”

B.S: Wtedy nie wiedział Pan, że chcieli Pana wykorzystać w Procesie Szesnastu jako świadka oskarżenia, a rana miała służyć jako dowód, że walczył Pan z sowietami?

B.Sz: Nie wiedziałem nic. Na Łubiance trzymali mnie tydzień, później przewieziono mnie do tzw. Butyrek. Z początkiem lipca 1945 r. zebrano nas wszystkich więźniów ze Lwowa z jednej celi i wtedy dopiero dowiedziałem się od biorących udział w tym procesie tj. ppłk. Jansona, Komendanta Obszaru Lwowskiego AK i mjr. Zdzisława Pacaka, Komendanta Inspektoratu Stryjskiego AK, iż w czerwcu odbył się proces 16-tu Przywódców Polski Podziemnej. Zorientowałem się wówczas, że mnie rannego przywieziono do Moskwy, aby wykorzystać jako dowód walki AK z Armią Czerwoną. Po pierwszym przesłuchaniu kiedy zorientowano się, że nie uda im się przerobić mnie na posłusznego świadka oskarżenia, przewieziono mnie wraz z innymi, którzy nie brali udziału w procesie z powrotem do Lwowa. Otrzymałem wyrok śmierci przez rozstrzelanie.

B.S: Co odczuwał Pan po ogłoszeniu wyroku?

B.Sz: Mocno wierzyłem, że mimo wszystko przeżyję. Była we mnie jakaś wewnętrzna siła, do dziś nie mogę tego zrozumieć i wytłumaczyć. Bezpośrednio po wyroku, ja i mój kolega na to samo skazany roześmialiśmy się, budząc zdziwienie bolszewików. Potem przynieśli świstek papieru, abym napisał prośbę o ułaskawienie do Rady Najwyższej ZSRR. Nie napisałem.

B.S: Zatem godził się Pan na pewną śmierć? Musiał się pan liczyć z tym, że nie prosząc o łaskę napewno Pana rozstrzelają?

B.Sz: Liczyłem się z tym , że mnie zabiją, wiedziałem, co zrobili z oficerami w Katyniu. Byłem przygotowany więc na to, że podzielę los moich kolegów, którego uniknąłem kilka lat wcześniej. Miałem także świadomość, że żadna prośba mnie nie uratuje – po co miałem upokarzać się przed ludobójcami?

B.S: Potem było oczekiwanie na wykonanie wyroku w celi śmierci.

B.Sz: Było to więzienie we Lwowie przy ul. Zamarstynowskiej. Cele śmierci mieściły się w piwnicy. Po przewiezieniu mnie tam, rozebrali mnie do naga przed żelaznymi drzwiami. Gdy drzwi uchylili i wepchnęli mnie do środka, pomyślałem wtedy, że to już koniec, że strzelą mi w tył głowy. Okazało się, że znalazłem się w niewielkiej celi, wypełnionej do granic możliwości więźniami. Przykre wrażenie robiły ślady po kulach które zostawili bolszewicy, rozstrzeliwując więźniów w czasie ucieczki przed Niemcami w czerwcu 1941 r. Po dwóch miesiącach oczekiwania zamieniono mi karę śmierci na 20 lat katorgi.

B.S: W 1946 r. przewieziono pana do łagrów w Kazachstanie. Przebywał Pan w obozie w Dżezkazganie, później w Spassku koło Karagandy. Ostatnie 3 lata – w łagrze w Poćmie w Mordowskiej Republice. To ponad 14 lat… Jak udało się Panu przeżyć to wszystko?

B.Sz: W tym wszystkim pomogła mi głęboka wiara w Opatrzność Boską. Przez cały czas myślałem, że jeśli wtedy mnie nie rozstrzelali to Łaska Boża i znak, że tym bardziej teraz muszę przeżyć.

B.S: A jak Pan zniósł te lata pod względem fizycznym, zmuszany do niewolniczej pracy przy znikomych racjach żywnościowych?
B.Sz: Przeżyłem także dzięki mojemu inwalidztwu (niedowład prawej ręki) – następstwu rany postrzałowej. Gdyby nie ta okoliczność skierowano by mnie do najcięższych prac w kopalniach. Np. w Dżezkazganie były kopalnie rudy miedzianej. Zdrowy człowiek po przepracowaniu tam niedługiego okresu czasu zapadał na pylicę, później na zapalenie płuc, gruźlicę… Ja pracowałem głównie na budowach, jedną ręką nosiłem wiadra z wodą, byłem siłą pociągową w dowożeniu materiałów budowlanych wozami czterokołowymi itp. Były chwile ciężkie, beznadziejne, zdawało się, że to już koniec, szczególnie gdy przychodziła jakaś choroba. Ale mimo tego zawsze pojawiała się pomocna dłoń – często z najmniej spodziewanej strony. Opisałem takie niemal graniczące z cudem chwile w mojej książce pt. „Powroty do Lwowa”.

B.S.: Chciałbym teraz zapytać o Pański stosunek do Rosji. Wybitny pisarz polityczny i katolicki ks. prof. Michał Poradowski w swojej książce pt. „Aktualizacja marksizmu przez trockizm” napisał: „Rosja stała się pierwszą ofiarą szatańskiej rewolucji Marksa i wkrótce utożsamiła się z nią, rozszerzając ją na cały świat i odtąd wszystkie ludy patrzą na rewolucję jako na „błędy Rosji”. Naród polski jeśli nie chce zginąć musi opierać się tym „błędom Rosji”, ale nie powinien utożsamiać ich z samą Rosją, gdyż Rosja jest tylko pierwszą ofiarą tego nieszczęścia”. Czy Pan więziony na rosyjskiej ziemi w czasach stalinizmu utożsamia naród rosyjski z marksizmem?

B.Sz: Uważam, że to nie jest wina Rosjan. Bolszewizm to twór międzynarodowego kosmopolityzmu, to nie ma nic wspólnego z narodem rosyjskim, jego kulturą, wiarą i tradycją. Zgadzam się z opinią ks. prof. M. Poradowskiego.

B.S: Po powrocie do Polski poznał Pan przewodniczącego PAX-u, Bolesława Piaseckiego. Jak pan ocenia tę postać?

B.Sz: Bolesław Piasecki był niewątpliwie gorącym patriotą, człowiekiem o wysokim poziomie intelektualnym, obdarzonym wielką charyzmą. Mówię to nie dlatego, że mi bardzo pomógł po powrocie z łagrów. Wiem, że robił to w stosunku do wielu osób w podobnej sytuacji. Uratował także życie wielu żołnierzom podziemia niepodległościowego.

B.S: Powróćmy do jeszcze jednego wątku z okresu wojny – Pańskiej przyjaźni z Draganem Sotiroviciem, bohaterem dwojga narodów – Serbii i Polski. Przypomnijmy, że Serbia podobnie jak Polska broniła świat chrześcijański przed Turkami, potem bohatersko walczyła z Hitlerem, nie poddała się także dyktatowi Stalina, będąc jedynym niepodległym państwem w tzw. bloku socjalistycznym. Naród i władze jugosłowiańskie miały zawsze bardzo życzliwy i przyjazny stosunek do Polski i Polaków. Dzisiejsza Jugosławia pozostaje faktycznie jedynym, suwerennym państwem europejskim nie ulegającym hegemonistycznym naciskom Waszyngtonu. Z historią polskich walk w czasie II wojny światowej związany jest bardzo – o czym mało kto wie i pamięta – Serb, dowódca oddziałów partyzanckich 14 p. uł. lwowskiej AK, kpt. Dragan Sotirowic ps. „Draża”. Jak Pan poznał „Drażę”?

B.Sz: Poznałem go w czasie konspiracji lwowskiej w 1944 r. Utrzymywałem z nim kontakt także po powrocie z obozu. Uważam, że był to wielki bohater dwóch narodów – polskiego i serbskiego. „Draża” był oficerem armii jugosłowiańskiej, później pełnił funkcję adiutanta sławnego, serbskiego gen. Draży Michajłowicia, dowódcy monarchistycznej, antykomunistycznej i antyhitlerowskiej partyzantki w okupowanej Jugosławii. Po wojnie generał został rozstrzelany z rozkazu Tito. Kpt. Dragan Sotirowic uciekł w 1944 r. z niewoli niemieckiej (trzymany był w łagrze dla jeńców w Rawie Ruskiej koło Lwowa). Później znalazł się w AK i walczył przeciw hitlerowcom i bandom UPA w okolicach Lwowa. Był to zasłużony dla Polski, wspaniały żołnierz. Jako dowódca oddziałów partyzanckich w okolicach Lwowa zlokalizował dowództwo band UPA we wsi Szołomyja, a następnie przeprowadził doskonale przygotowaną akcję przeciwko tym mordercom Polaków. Po tym ustały do czasów II okupacji sowieckiej mordy i grabieże na polskiej ludności w tych okolicach. UPA dostało ostrzeżenie, że ich zbrodnie nie ujdą im bezkarnie. „Draża” uczestniczył także w akcji „Burza”, podczas której został lekko ranny w nogę. Za walkę w czasie akcji „Burza” został udekorowany przez dowództwo AK Krzyżem Virtuti Militari V klasy. Po wojnie został awansowany przez gen. Andersa do stopnia majora. Nawet dowództwo Armii Czerwonej nadało mu wysokie, sowieckie odznaczenie. Nie przeszkodziło to im bezpośrednio po akcji aresztować go wraz z całym dowództwem lwowskiej AK.

B.S: Jakie byty jego dalsze losy?

B.Sz: Uciekł z więzienia we Lwowie i ukrywał się u swojej łączniczki i sekretarki „Krystyny” (Czesławy z Hnatów), która była moją kuzynką. Straciwszy wszelkie kontakty z konspiracją zwróciła się do mnie, aby mu pomóc. Przez odnowione dowództwo AK zdobyłem dla niego odpowiednie dokumenty dzięki którym mógł bezpiecznie wyjechać na tereny rzeszowszczyzny, gdzie działał w zgrupowaniu oddziałów leśnych Obszaru Lwowskiego pod kryptonimem „Warta” dowodząc, stworzonym przez siebie dużym oddziałem partyzanckim. Wtedy walczył o Polskę nie tylko z Niemcami i bandami UPA, ale i z okupantem sowieckim. Po zakończeniu wojny przedostał się wraz z kilkoma swoimi żołnierzami na Zachód. Do komunistycznej Jugosławii, gdzie mieszkała jego żona i syn, nie mógł powrócić. Zamieszkał w Monaco, tam też ożenił się po śmierci swojej pierwszej żony. Był bardzo religijny. Odwiedziłem go latem 1980 roku w Monaco. Bardzo mile wspominał Lwów i jego mieszkańców. Mjr „Draża” spotykał się ze swoim synem co roku w Salonikach w czasie odbywanej w czerwcu pielgrzymki na górę Athos. Podczas takiej pielgrzymki zmarł na zawał serca 5 czerwca 1987 r.

B.S: Ostatnie pytanie: jak Pan ocenia obecną sytuację w kraju?

B.Sz: To jest dla mnie prawdziwa tragedia. Wyprzedaż polskiej gospodarki , w tym ziemi, dobrowolne zrzekanie się suwerenności państwowej i narodowej na rzecz ponadnarodowych instytucji jest hańbą współczesnych elit politycznych. Nie o to przecież walczyłem ja, walczyli i ginęli moi koledzy. Chciałbym, aby dotarło to do tych, którzy zasłaniając się naszą historią, sprzedają Polskę tym razem zachodniemu okupantowi, niszcząc te wartości , za które oddawało życie moje pokolenie.

B.S: Serdecznie dziękuję za rozmowę!

Komentowanie zamknięte.