Najnowsze

Opublikowano Lipiec 18, 2014 Przez a303 W NWO

Bohemian Club. Henryk Pająk

Do wiadomości przeciętnego Amerykanina niekiedy przenikają enigmatyczne wzmianki o tzw. „Bohemian Club” – klubie bohemy rzekomo artystycznej, w domyśle apolitycznej, nieszkodliwej, rozwichrzonej, bez politycznych ambicji. Nic bardziej mylnego. Nazwa klubu stanowi starannie dobraną maskę, za którą ukrywają się najbardziej wpływowe, ciemne postacie zakulisowego życia politycznego, sfer finansowych, gospodarczych, militarnych i wszelkich innych – zawsze ważnych, decyzyjnych.

a

a

Paul Bonacci w swoim „Dzienniku” określa ten klub wymowną przenośnią: „miejsce grzechu”, jest to bowiem realne miejsce, a raczej miejsca, gdzie się zbierają, a grzech towarzyszy tym sabatom nieprzerwanie, ale zawsze poza oczami i wiedzą pospólstwa. Bonacci opowiada tam, jak wyjechał swoim białym samochodem ze stolicy Kaliforni – Sacramento. Po godzinie dotarli na pustkowie pokryte olbrzymimi „czerwonymi drzewami” /Reedwoods”/. To sekwoje uznawane powszechnie za najstarsze drzewa na świecie. Miejsce nazywa się Narodowym Parkiem Josemite. Dotarli do polany o nazwie „Bohemian Grove” o powierzchni około 1000 hektarów. Mogą tam dojechać tylko członkowie „Skull and Bones” – wszyscy inni są zatrzymywani i zawracani przez strażników wyłaniających się jak spod ziemi.

a

Bonacci zadał sobie podstawowe pytanie: „Co jest tam tak ciekawego i tak pilnie strzeżonego?” Pisał:

W 1872 roku założono w San Francisco „Klub Bohemian”. Założyciele wzięli jego nazwę od paryskiego ruchu artystyczno-literackiego zwanego umownie „La Boheme” z lat 30. XIX wieku. Artykuł pierwszy regulaminu tego klubu głosił:

Ta organizacja będzie nosić nazwę „Bohemian Club”. Powstała jako stowarzyszenie dżentelmenów, którzy zajmują się zawodowo literaturą, muzyką, malarstwem, sztukami pięknymi i teatrem, jak również tych, którzy z powodu ich umiłowania dla tych dziedzin, zostaną uznani za godnych zaproszenia.

Trzej uczestnicy spotkania w Bohemian Grove: od lewej (w kółku) przyszły prezydent R Reagan, Glenn Seaborg /dyr. fabryki plutonu w Manhattan Project/ oraz prezydent R Nixon. Zwróćmy uwagę na olbrzymi pień sekwoi za plecami Seaborga.

Trzej uczestnicy spotkania w Bohemian Grove: od lewej (w kółku) przyszły prezydent R. Reagan, Glenn Seaborg /dyr. fabryki plutonu w Manhattan Project/ oraz prezydent R. Nixon. Zwróćmy uwagę na olbrzymi pień sekwoi za plecami Seaborga.

Amerykańscy naśladowcy paryskiej cyganerii spotkali się po raz pierwszy w hotelu „Astor” w Sacramento. Wkrótce dołączyli do nich dziennikarze oraz najbogatsi finansiści właśnie wykupujący tamte media jako narzędzia ich propagandy, które z czasem zaskarbiły sobie współczesną nazwę „pralni mózgów” do formowania powszechnych gustów w pożądanym kierunku. To bogacze finansowali ten klub i wkrótce ich liczba wzrosła do kilkuset. Elitę stanowili piszczelowcy. Sitwa zapraszała do członkostwa wybitnych przedstawicieli polityki, przemysłu, a w XX wieku także propagatorów’ New Age. Jednym z najpopularniejszych i wpływowych był słynny Oscar Wilde, homoseksualista, autor książek propagujących Nowy Porządek Świata.

Członkami „Bohemian Club” byli prezydenci, ministrowie, jak np. Ronald Reagan, Bill Clinton, Tony Blair, Richard Nixon, George Schultz, G. Bush-senior. Należał do klubu w latach 1904-1915 słynny pisarz Jack London.

W pierwszym okresie istnienia klub skupiał tylko mężczyzn, obecnie są dopuszczane kobiety.

Odbywają się tam przedziwne kultowe imprezy zakrapiane alkoholem, wzmacniane narkotykami. Spotykają się w „Czerwonym lesie” każdego roku przeważanie w sierpniu, na dwa tygodnie. Już w 1893 roku zawłaszczyli centralny obszar „Czerwonego lasu” o powierzchni 64 hektarów, całkowicie wyłączony dla turystów.

Od 1929 roku mają tam swoje zabudowania. Obecnie „Bohemian Club” skupia około 3000 członków o różnym stopniu ważności i wtajemniczenia. Wszyscy razem stanowią nieformalny nadrząd USA. Rdzeniem personalnym tej „bohemy” są piszczelowcy.

Przebywają tam razem z ich doraźnymi gośćmi zapraszanymi przez stałych członków. Podobno nikomu wtedy nie wolno na tych dwutygodniowych biwakach dobijać biznesów, lecz nikt nie może sprawdzić, czy prywatne rozmowy w dobranych grupach lub w cztery oczy nie są sposobnością do zawierania takich umów, podejmowania ważnych decyzji.

Rzadko spotykają się wszyscy razem, w wielkim spędzie kilkuset członków i zaproszonych gości. Zbierają się w małych grupach, choć istnieje centralny rdzeń personalny tego diabelskiego kręgu.

Istnieją tam miejsca, do których wolno wchodzić tylko wybranym bohemianom. Przeczy to rzekomej równości wszystkich bywalców. Okazuje się, że nawet tam są równi i równiejsi, a niektórzy wyjątkowo równi. Trzy tysiące wybrańców, to iluzja. Wielu z nich nie żyje. Wielu zostało dopuszczonych tylko dla pieniędzy, bo roczne „wpisowe” wynosi 10 000 dolarów. Wielu wiele znaczy w polityce, biznesie, kulturze, etc. Stanowią tylko otoczkę kryjącą wielkich graczy.

W 1929 roku istniało 169 takich obozów – wydzielonych enklaw. Dziś jest tylko 100. Najbogatsi, najbardziej potężni mają zastrzeżone obozy. Istnieje także zasada, że niektóre obozy są nieprzenikalne dla innych. Każdy taki „inny” chcąc „odpocząć” w innym obozie, musi zostać zaproszony przez stałego członka takiego obozu. Potentaci tego świata jak prezydenci, ministrowie /np. Collin Powell/ zbierają się w obozach usytuowanych pod „czerwonymi drzewami” /sekwojami/. To miejsca kultowe. Czują się tam „wieczni” niczym sekwoje wiedząc, że wiele z tych drzew ma po 1000 i więcej lat.

W szeregu fotografii odsłaniają się ich tajemne obrzędy o tradycji sięgającej XIX wieku. Oto fotografia, na której widnieje „trup”, a kapłan odprawia nad nim jakieś rytualne misterium. Na innym – „wisielec”. Symbolizuje on śmierć, bo dla piszczelowców istnieje ich anty- Trójca: Śmierć jest śmiercią, ale Śmierć jest zarazem Stwórcą /reinkarnacją/.

Pokazana na fotografii ceremonia z „trupem” w tle odbyła się w 1915 roku. Fotografia została zamieszczona na stronie internetowej National Geographic, z następującym komentarzem.

Aby dokonać swego oczyszczenia od trosk światowych (doczesnych) członek elitarnego Bohemiann Club bierze udział w tzw. Cremation of Care /palenia zmartwień/. Ceremonia dopełnia się przy pomocy świec i towarzyszącego zwierzchnika odzianego w togę i zakapturzonego, odbywa się corocznie. Bohemian Grove jest prywatnym klubem wpływowych mężczyzn spotykających się corocznie w pół-nocnym obszarze od San Francisco odprawiających symboliczne rytuały na inaugurację letniego wypoczynku. Obecnie używa się podczas ceremonii manekina w formie egipskiej mumii zwanej CARE (utrapienie), którego się pali u stóp idola (bożka) klubu Bohemann Grove, a jest nim dwunastometrowej wysokości kamienna sowa.

Czytelnik strony internetowej http://www.infowars.com/exclusive_new_ bg.htm nadesłał rzadki dokument pt. „Roczniki Klubu Bohemiann (The Annals of Bohemiann Club, tom VII, lata 1987-1996) na 125-lecie założenia organizacji Jest to publikacja poufna i wewnętrzna, wydano jedynie około 200 egzemplarz)’ wyłącznie dla elity organizacji. Fotografie dokumentują członkostwo klubu takich ludzi jak George W Bush i jego ojciec George H. W Bush, Richard Nixon, Jimmy Carter, Helmut Schmidt oraz innych Iluminatów .

Logo Bohemian to Sowa, ptak nocny, tajemniczy, o niezbadanej mocy.

Wśród odprawianych rytuałów zgoła makabryczne są obrzędy druidów bardzo wpływowej loży masońskiej, do której należał m.in. premier Winston Churchill. To sceny przy grobach, grzebanie „zmarłych”, a nawet sceny „ofiarowania”, czyli mordów rytualnych. Widzimy to na fotografiach , lecz nie sposób ustalić czy to inscenizacje, czy rzeczywiste mordy, „ofiarowania”. Retyi pyta w swoje książce:

Czy to, co widać na zdjęciach, służyło tylko podniesieniu dramaturgii inscenizacji? /s. 174/

I odpowiada:

Nie zawsze!

Wiarygodne źródła mówią o rytuałach odprawianych przez druidów w rytualnych szatach i czerwonych kapturach. Robią „procesje” i odprawiają „liturgiczne” śpiewy pod „Wielką Sową” /…/ Zdarzają sic pogrzeby zwłok/…/

Najpewniej ten dyskretny problem załatwia dyskretna obsługa obozu. Zdarzają się przypadki śmierci podczas pobytu na obozie. Retyi pisał z poczuciem grozy:

To straszne, kiedy amerykańska elita musi się tam zbierać na orgie narkotykowe i alkoholowe. Wtedy wszystko może się zdarzyć!

Anthony Sutton cytowany przez Retyi pisał również o bohemianach, gdy dowiedział się o sprawach tak strasznych, że nawet on nie mógł w to uwierzyć. I nawet on nie miał odwagi o tym pisać, aż dowiedział się o kolejnych makabrycz¬nych faktach, które niektórzy uczestnicy opowiadali, oczywiście anonimowo o tym co się działo w „Czerwonym Borze”.

W numerze z października 1976 roku pisma „Phoenix Newsletter” A. Sutton pisał, że początkowo reagował bardzo sceptycznie na takie makabryczne rewelacje o wielkich tego świata. Ustalił też, że stałymi bywalcami byli lub są prezydenci Nixon, Ford, Bush, przedtem Hoover, wszechwładny doradca prezydenta Clin¬tona H. Kissinger /członek żydowskiej loży masońskiej Bnai-Brith/. Wszyscy ciągnęli tam aby się „wyluzować” bez krawatów, z rękami w kieszeniach, prze¬klinać. Czy tylko to ich tam ciągnie?
Sutton:

Jeżeli oni tam zachowują się jak chłopcy, to ich sprawa.

Z czasem zmienił zdanie o tych „chłopcach”, gdy zapoznał się z rewelacjami wielu świadków:

Odbywają się tam pijaństwa i zażywanie narkotyków, połączone z pewnymi nieustalonymi dokładnie orgiami seksualnymi, ale też wiele groźnych dla życia poczynań uczestników, włącz¬nie z porywaniem ludzi; gwałty, pedofilia, sodomia i rytualne mordy. Badanie każdego a takich „wypadków” zostało zabronione za karą National Security Act z 1947 roku.

Taki przypadek tuszowania przestępstw dotyczył m.in seksualnego znęcania się nad porwanymi dziećmi w Omaha. Podczas pobytu na „obozach” obowiązuje język dowolny, słownictwo często wulgarne, pełny luz. Uczestnicy mają rzekomo zapomnieć o swoich stanowiskach, preferencjach, zależnościach, pozo¬rach kultury. Mają być sobą bez udawania. Obozy oferują uczestnikom substytut zwyczajności; wszystko to, co tkwi w ich podświadomości, tłumione dla oczu pospólstwa.

Jednym z takich obozów dla wybranych z wybranych, jest obóz zwany „Man- dalay”, od tytułu powieści R Kiplinga „Droga do Mandalay”. Kto z innego obozu chce zostać choćby jednorazowym gościem w obozie „Mandalay”, musi po przybyciu meldować się ochronie, następnie czekać, aż przyjdzie stosowna osoba z obsługi i wypyta go, do kogo przybywa.

Kto po raz pierwszy zostaje dopuszczony do „Czerwonego lasu”, otrzymuje pozwolenie na wejście do obozu „Bromły Camp”. Dopiero potem może wejść do innych obozów. Jeżeli pragnie zostać po tych pierwszych wrażeniach stałym bohe- mianem, musi czekać nawet 10-15 lat. To przeciętniacy, amatorzy z „niższych półek”. Członek ełit zostaje przyjęty niemal natychmiast po zgłoszeniu akcesu. To kolejny przykład „równości” wśród tych rzekomo równych dorosłych chłopców.

W obozach są dostępne narkotyki w pełnym asortymencie. System ich dystrybucji jest mało dyskretny. Mnóstwo mężczyzn pracuje w charakterze obsługi „Bohemians Grove”, ale wszyscy milczą jak zaklęci, wiedząc co ich czeka za niedyskrecję.

Artykuł w lokalnym dzienniku „Santa Rosa Sun” z lipca 1993 roku informował o odprawianym tam kulcie kananejskim /poganie żyjący w Palestynie jeszcze przed Żydami/ i czczeniu Molocha.

Paul Bonacci pisał w swoim „Dzienniku”:

Gdy tylko przekroczyliśmy dozwoloną strefę pod czerwonymi drze¬wami, niektórzy młodzi padli na kolana, aby oddać cześć Sowie. Jeden z nich powiedział, że człowiek w kapturze troszczy się dla nich o zwłoki /Retyi, s. 178/.

Do tego czasu nawet John DeCamp, reporter miejscowego pisma „Phoenix Newsletter” – nie wiedział o istnieniu w „Grove” kilkunastometrowej figury Sowy. Jesienią 1992 roku pokazano Bonacciemu pewną czarnobiałą fotografię, na której natychmiast rozpoznał tę Wielką Sowę, do której nielegalnie udało mu się niegdyś dotrzeć. Został wtedy ujęty i za karę dokonano na nim – rytualnego „zabójstwa”.

Po szczęśliwym powrocie z tego piekiełka, Bonacci ze szczegółami zdał relację ze swojej przygody przed urzędnikami ministerstwa spraw wewnętrznych, ci jednak nie wszczęli żadnego postępowania wyjaśniającego.

W elicie Bohemians Grove znajdują się niemal wszyscy piszczelowcy. Jedna czwarta bohemian kończyła uniwersytet w Kalifornii, jedna czwarta w Stan-ford. Oba te uniwersytety zostały zdominowane przez piszczelowców od pierw¬szych lat istnienia tych uczelni. Jak wspomnieliśmy, pierwszym rektorem Yale był Daniel Coit Gillman. W jego rękach znalazły się główne kierunki kształcenia na tej uczelni oraz formowania umysłów piszczelowców. Z kolei uczelnia Stanford wzięła swoją nazwę od nazwiska magnata Amanosa Stanforda. Przedtem nazy¬wała się: „Stanford Research Institute”, z którego wyłoniła się nazwa uniwersytetu Stanford. Tenże Instytut był od początku swojego istnienia pod wpływem ame¬rykańskich służb specjalnych, późniejszej CIA. Uniwersytet Stanford prowadził i prowadzi obecnie badania zlecone przez CIA nad kontrolą umysłów, popularnie zwaną „praniem mózgów” /braingwashing/ , które celebruje się m.in. w głuszy „Bohemians Groves”.

A. Sutton pisał, cytowany przez Retyi:

Pogański kult Molocha jest kultem ofiarowania, w którym ofiarami są ludzie. W połowie lat 80. mówiło się ogólnie o morderstwach popełnianych w obozach Grove. Liczne dochodzenia miejscowej policji nie dawały żadnych rezultatów. To samo należy powiedzieć o badaniach prowadzonych przez policję federalną w sprawie kryminalnych wydarzeń i praktyk w „Bohemian Grove”

Z relacji naocznego świadka, który omal nie stał się ofiarą bohemian, dowiedziano się o najbardziej skrytych i pilnie strzeżonych miejscach w „Grove”. Istnieje tam m.in. tajna pogańska świątynia.

Świadek mówił, że przypadki kanibalizmu w tych tajnych miejscach nigdy nie mogą dostać się do opinii publicznej, głównie dlatego, że nikt obcy nie może się tam wedrzeć, nie dociera tam nawet obsługa obozu. /…/ Według tego świadka, istnieje podziemna sala /…/ ciemny pokój zwany „skórzanym” – sala i pokój do uprawiania nekrofilii.

Odnośnie do tego pokoju i sali nekrofilii opisanych przez Bonacci, jego relacje zgadzają się dokładnie ze stanem obecnym. Sędziwy Bonacci w rozmowie z reporterem Johnem DeCamp powiedział to samo co w jego „Dziennikach”, ale DeCamp nie napisał wszystkiego co od niego usłyszał. Niektóre szczegóły byty zbyt szokujące i tak niewiarygodne, że mogły podważać całość jego relacji.

Istnieje przynajmniej jeden udokumentowany przykład mordu rytualnego, wprawdzie popełnionego nie w „Grove”, tylko w Beverly Hill, odnotowany przez Springmeiera, czytelnikowi polskiemu udostępniony w mojej książce „Bestie końca czasu” /Wyd. Retro 2001, s. 127/. Mord ten miał być popełniony na Doris Duke, jednej z najbogatszych kobiet świata, członkini jednego z Trzynastu Rodów Iluminatów. Została zamordowana rytualnie w wigilię Wszystkich Świętych w 1993 roku. Dla zatarcia faktu, że została rytualnie zamordowana, media sugerowały, że mógł ją zabić lokaj lub osobisty lekarz, kłopot jednak w tym, że nigdy nie odnaleziono zwłok. Uporano się z tym problemem w ten sposób, że grono przyjaciół rzekomo potajemnie dokonało kremacji. Znamienne jednak, że wykonawcą swojego testamentu, Doris Duke uczyniła swego lokaja, niejakiego Bernarda Laffery. Otrzymał z jej spadku po 500 000 dolarów rocznie dożywotniej renty. W strukturach hierarchii satanistycznych Iluminatów, Doris Duke osiągnęła co najmniej stopień „Matki Ciemności”.

Na zamieszczonym w „Bestiach…” zdjęciu /reprodukcja z „Bloodlines…”/ widzimy Doris Duke z naszym stałym ulubieńcem: Henry Kissingerem!

Tradycje piszczelowców w Bohemian Club sięgają głęboko w przeszłość. Jednym z pierwszych rektorów Stanford Research Institute / SRI/ był Jesse Hobson. Potomkiem tej rodziny jest aktualny członek „Skuli and Bones”, główny klient wielkiej firmy „Bechtel Corporation”, której prezes Stephen Bechtel jest członkiem Bohemian Grove. Jego ojciec był przyjacielem Alana Dullesa, szefa CIA.

Tenże tatuś Stephena Bechtela był również przyjacielem Williama Caseya, także szefa CIA, a na dodatek członka masońskiego „Zakonu Rycerzy Maltańskich”. Firma Bechtel była tak powiązana z CIA, że mogła robić interesy nawet w krajach, co do których obowiązywał w USA zakaz handlu dla innych firm. Agenci CIA zawsze znajdowali w tej firmie bezpieczne „przykrywki”. W 1943 roku firma Bechtel została zaangażowana przez Standard Oil Rockefellera do budowy gazociągu przez Arabię Saudyjską. Instytut Stanford z powodu swoich powiązań z CIA i Pentagonem był ostro krytykowany przez studentów tej uczelni. Instytut, w zasadzie tylko placówka naukowa działająca przy Uniwersytecie Stanford, stał się personalnie większy niż cały uniwersytet. Zatrudnia obecnie około 3000 pracowników. Zarejestrował ponad 10 000 patentów. Początkowo instytut był połączony z Hoover Institute. Powstał on w 1919 roku jako biblioteka Instytutu Badawczego Stanford i rozwijał się aż do statusu samodzielnej placówki. Najwięcej członków Bohemian Club pochodzi z tego właśnie Hoover Instytutu. Od lat 60. kierownictwo Instytutu składa się z kolejnych, najbardziej eksponowanych postaci życia politycznego USA. Więcej niż 55 procent kierownictwa było albo stałymi członkami, albo gośćmi Klubu Bohemian. Ważną rolę odgrywał Instytut zwłaszcza w czasach prezydentury Reagana, kiedy to decydowały się losy ZSRR a konkretnie strategia jego pokojowej likwidacji. Jeszcze większe znaczenie w realizowaniu tej strategii Instytut odgrywał w okresie prezydentury Busha – seniora, jak wiemy, piszczelowca i stałego bywalca Bohemian Club. Rozróżnianie członków Instytutu Hoovera od piszczelowców i innych bohemian jest zbędne. Wszyscy oni tworzą jedno konspiracyjne ciało, zresztą należą oni także do tzw. „Cave Mans” – „Jaskiniowców” – nazwa jakże adekwatna! Instytut posiada swoich agentów i członków w „Brookins Instiutions” oraz w Radzie Polityki Pieniężnej rządzącej niepodzielnie polityką budżetową Stanów Zjednoczonych. Wszyscy razem stanowią tę samą i tożsamą grupę Sieci władającej światem. Są skupiskiem super – elitarnych przedstawicieli tej Sieci otoczonych tajemniczością, konspiracją o charakterze klasycznie spiskowym i to właśnie oni najgłośniej krzyczą o tzw. „spiskowej teorii dziejów” – rzekomej specjalności przeróżnych oszołomów, zakompleksionych prymitywnych poszukiwaczy konspiracji.

Był to fragment książki Henryka Pająka pt: Ostoje i plagi masonerii.

Całość tej niezwykle wartościowej pracy (na podstawie źródeł zarówno anglojęzycznych jak i rosyjskich) można nabyć u autora w wydawnictwie RETRO, pod numerem tel. 81 50 30 616.

Przypisy w oryginale.

Henryk Pająk

Henryk Pająk

Tags : , , ,

Komentowanie zamknięte.