Najnowsze

Opublikowano Marzec 5, 2013 Przez Jan W Bez kategorii

Bogusław Jeznach – Mit zagrożenia z Iranu

Źródło: http://jeznach.nowyekran.pl/post/89106,mit-zagrozenia-z-iranu

Data publikacji: 4.03.2013

Histeria wokół Iranu ostatnio jakby nieco przycichła wraz ze spadkiem wpływów tzw. neokonserwy w USA. Koła żydowskie nie dają jednak za wygraną, choć nadal nie mają argumentów.

Dobrym przykładem namolnej antyirańskiej propagandy jest koszerny blog pani Jennifer Rubin pt. Right TurnConservative Perspective  prowadzony jako sztandarowy głos amerykańskiej prawicy na łamach wpływowego dziennika Washington Post. Daje ondobry ogląd tego, co w Ameryce, albo przynajmniej w redakcji Washington Post uważa się za prawicowość i konserwatyzm. Uważna lektura takich tekstów każe jednak uznać je za intelektualnie żałosne. Nie dalej jak w ubiegły poniedziałek pani Rubin kolejny raz stwierdziła, że dla Ameryki nadal „the greatest national security threat is Iran” (największym zagrożeniem bezpieczeństwa narodowego jest Iran). To że koła żydowskie taką propagandę niezmordowanie uprawiają, wiedzą wszyscy i wielu wie dlaczego. Zadaję sobie jednak pytanie, czy w samej Ameryce, albo gdziekolwiek indziej na świecie ktoś jeszcze naprawdę w takie bzdury wierzy?

Jakże to bowiem możliwe, że supermocarstwo mające w sumie ponad 1000 baz wojskowych rozsianych w 63 krajach na całym świecie, kilkadziesiąt tysięcy głowic atomowych zamocowanych na gotowych do odpalenia rakietach strategicznych i taktycznych, mające setki okrętów wojennych rozmieszczonych m.in. na wodach Zatoki Perskiej, Morza Arabskiego i Oceanu Indyjskiego, a także na Morzu Śródziemnym, a ponadto setki wyrzutni, bombowców strategicznych z bombami A, atomowych łodzi podwodnych itp., mocarstwo zdolne zetrzeć Iran na miałki proch i pył w ciągu najwyżej pół godziny – jak może takie mocarstwo głosić innym i kazać wierzyć swoim, że Iran jest dla niego zagrożeniem?

Iran nie ma ani jednego pocisku, którym mógłby dosięgnąć USA, nie ma sił lotniczych ani morskich, które przetrwałyby pierwszy dzień wojny, nie ma żadnej bomby atomowej ani nawet surowca uranowego w odpowiedniej koncentracji, z którego mógłby taką bombę zrobić. Wszystkie zakłady nuklearne Iranu są pod ciągłą obserwacją ONZ i podlegają inspekcjom MAEA, które mają charakter ciągłego i upokarzającego nękania. Jeżeli Iran jest rzeczywiście „największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego” czołowego mocarstwa i żandarma świata, to dlaczego jego najbliżsi sąsiedzi – Turcja, Armenia, Azerbejdżan, Irak, Turkmenia, Afganistan, Pakistan – wydają się nie mieć żadnych przed nim obaw?

Pani Rubin z niepokojem cytuje agencję AP i izraelski Times ostrzegając świat, że Iran już wytypował 16 miejsc pod nowe elektrownie jądrowe.A ile ma ich teraz?Jedną – w Buszehr. Jej budowę zaczęli Niemcy, jeszcze za szacha, potem ja przejęli Rosjanie, ale budowę zatrzymano w 1995 roku na 16 lat i ostatecznie ukończono w 2011. Wobec stale utrzymywanych i dokręcanych sankcji ze strony USA i ONZ Irańczycy marzą o uzyskaniu energetycznego rozmachu dla swej gospodarki budując sieć szesnastu elektrowni atomowych i własnym przetwarzaniu do nich paliwa, tym bardziej że Iran ma całkiem bogate zasoby rud uranu.

Artykuł w Washington Post dwukrotnie określa w tym kontekście sytuację Ameryki jako ‘scary’ (zatrważającą). To ciekawe. W poprzednich pokoleniach Stany Zjednoczone potrafiły bez trudu pokonać imperium brytyjskie w wojnie o niepodległość i w ciągu czterech lat obrócić w perzynę Trzecią Rzeszę i Imperium Wschodzącego Słońca, ale obecnie trzęsą się jakoby ze strachu, bo w Iranie prezydentem jest Mahmud Ahmadineżad?  Mocarstwo, które bez jednego wystrzału pokonało i zdemontowało światowy system radziecki trzymający w garści przez 45 lat połowę świata boi się islamskiej teokracji rządzonej przez starego ajatollaha w turbanie?

Żydowska publicystka Washington Post idzie zresztą dalej twierdząc, że obecnie najlepszym obrońcą Zachodu jest Bibi Netanyahu. Dlaczego? Bo Obama i Chuck Hagel (nowy sekretarz obrony USA) jej zdaniem „nie mają dość testosteronu, aby wykonać wojskowe uderzenie na Iran”. A więc tu cię boli, koszerna damo!

Podnoszenie fałszywych i przesadnych alarmów m.in. w tej sprawie to dobrze znana żydowska specjalność. Według Christian Science monitor już w roku 1992 ówże Bibi-Obrońca po raz pierwszy podniósł rejwach twierdzeniem, że według ustaleń Mossadu Iran będzie miał bombę w ciągu 3-4 lat. Mamy rok 2013 i bomby tej nadal nie ma. Coś chyba kiepsko z tymi ustaleniami Mossadu. Sam Bibi, któremu podobno testosteronu nie brakuje, został w tym czasie dwukrotnie premierem państwa żydowskiego. Dlaczego zatem nie przeprowadził takiego uderzenia prewencyjnego sam, dysponując – jak głosi izraelska propaganda – najlepszą armią świata i szantazując taką alternatywą swego sojusznika? Odpowiedź jest prosta: bo chce, żeby za niego zrobili to (i ponieśli wszystkie konsekwencje) Amerykanie. Od tego są przecież goje, żeby nimi wykonywać brudne zadania w interesie narodu rzekomo wybranego przez Boga (ciekawe do czego?)

„Jeśli chodzi o Afganistan, to nasz prezydent (Obama) przedwcześnie podnosi poprzeczkę” pisze Jennifer Rubin. O co jej chodzi? Ano o to, że USA po 12 latach beznadziejnej i juz dawno przegranej wojny postanowiły wycofać stamtąd prawie wszystkich żołnierzy i po roku 2014 pozostawić tylko niewielki garnizon pomocniczy. Wszyscy wiedzą, że wycofanie się USA oznaczać będzie triumfalny powrót talibów, koniec agenturalnej „prezydentury” Karzaja i przerwanie okrążenia Iranu od wschodu. Wyjście z Afganistanu oddala więc perspektywę lądowej inwazji na Iran, a zatem i inwazji w ogóle. Broniąc pozostania w Afganistanie pani Rubin przywołuje argument z drugiej strony okrążenia Iranu – od strony granicy zachodniej, gdzie takie wycofanie już nastąpiło. „W Iraku nieobecność lądowych wojsk USA wywołała nową fale przemocy religijnej i otworzyła drzwi do rosnącej przemocy ze strony Iranu”

Argument ten stawia wszystko na głowie. Znaczenie szyitów w Iraku, a zatem i wpływy szyickiego Iranu tamże, ogromnie wzrosły po tym jak Stany Zjednoczone, na zamówienie z Izraela dokonały bezprawnej agresji na Irak, obaliły Saddama Hussajna (sunnitę, który trzymał szyitów pod butem), i rozwaliły jego sunnicką armię, która przedtem praktycznie pokonała Iran w ośmioletniej wojnie. W wyniku agresji na Irak i dążenia do jego rozbioru na trzy części, do władzy doszli tam szyici spod znaku Muktady as-Sadra z południa, którzy dziś lgną w stronę Iranu. Dzisiejszy układ sił i całą sytuacja w Iraku to bezpośrednie następstwo amerykańskiej agresji i okupacji tego kraju. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało!  A jaki jest koszt tej wojny, podjętej jakoby w celu pozbawienia Saddama broni, której, jak się okazało, wcale tam nie miał, choć i Mossad i CIA zaklinały się, że ją wtedy namierzyły!  Tyle samo są warte obecne zapewnienia zagrożeniu z Iranu. W Iraku USA straciły 4500 zabitych żołnierzy i 35.000 rannych, a koszt wojskowy ocenia się na 1 bilion $ (tysiąc miliardów). Po stronie Irakijczyków koszty są nieporównanie wyższe: ponad 100.000 zabitych, pół miliona wdów i sierot, milionowa społeczność chrześcijan o wielowiekowej historii w wiekszości została już wypędzona, kraj bezpowrotnie rozbity na części, nękany terrorem i pozbawiony perspektyw na pokolenia.  Tej klęsce o historycznych wymiarach winni są ludzie o takich samych motywach, poglądach i postawie, jakie reprezentuje Jennifer Rubin.

Pisze ona także, iż obecnie w zakresie bezpieczeństwa USA mogą już tylko polegać na Francji, Izraelu , „naszej dzielnej, choć niedofinansowanej armii” oraz liczyć na szczęście, które pozwoli uniknąć katastrofy. Czyżby? Czy ktokolwiek o zdrowych zmysłach, a znający jako tako historię, mógłby zawierzyć swoje wojskowe bezpieczeństwo sojuszowi z Francją? Czy Izrael jest rzeczywiście tarczą dla USA, czy może raczej jest zupełnie odwrotnie? I skoro Ameryka wydaje na zbrojenia więcej niż wszystkie inne kraje świata razem wzięte i leży za największymi oceanami, które każdy napastnik musiałby pokonać, aby ją zająć i złupić, to czy naprawdę ma się czego bać?

Oczywiście, są niebezpieczeństwa i są narastające wyzwania. Najważniejsze jednak pochodzą z wnętrza samych Stanów Zjednoczonych.  Przede wszystkim jest nim gospodarka amerykańska – coraz bardziej zadłużona i coraz mniej wydajna zwłaszcza w zderzeniu z chińską. Bodaj jeszcze głębszy jest kryzys społeczny w USA i coraz więcej w nim oznak autodestrukcji. Na zewnątrz także nie jest dla Ameryki przyjaźnie: jest ona celem numer jeden dla terrorystów i rewolucjonistów wszelkiej maści, od al-Kaidy po cocaleros, narasta polityczny ból głowy na Dalekim Wschodzie, nie tylko w Korei, i wokół niestabilnego a przecież atomowego Pakistanu, itp.  Ale na pewno dla USA nie jest zagrożeniem Iran: szyicka wyspa na sunnickim oceanie, wymęczony latami sankcji kraj, gdzie połowa ludności to mniejszości nie-perskie i którego eksport, gdyby pominąć ropę naftową i gaz, to orzeszki pistacjowe, dywany i kawior. Nie ukrywam, że bardzo lubię Persów, uwielbiam ich język, cenię muzykę i rzemiosło, ale przecież trzeba stosować trzeźwe i racjonalne kryteria oceny. W jakimkolwiek konflikcie wojskowym Iran nie ma szans z USA i ma on na tyle inteligentne przywództwo, że dobrze o tym wie i nie zaryzykuje starcia z własnej woli. Natomiast znając Irańczyków wiem, że jesli zostaną napadnięci, będą się bronić do końca.

Rejwach, jaki bezustannie przeciw Iranowi podnoszą Żydzi w kontrolowanych przez siebie mediach ma swoje przejrzyste i czytelne cele, ale jeśli Washington Post zamieszcza to jako sztandarowy dzisiejszy konserwatyzm, to jest to ideologia, do której stary Reagan na pewno by się nie przyznał.

 

 

Komentowanie zamknięte.