Opublikowano Kwiecień 29, 2012 Przez a303 W Bez kategorii

BAŚNIE BABIEGO JARU

Po więcej informacji w kwestii holoszwindlu zapraszamy na Forum Polski Walczącej. Odwiedź także: Mit holokaustyczny i jego zadanie

Źródło: http://www.rusnation.org/sfk/1108/1108-13.shtml

Data publikacji: sierpień 2011

Tłum. RX

Izraelscy Chazarowie nawet za pomocą znaczków pocztowych wciskają holokit

W zbiorze żydowskich, komercyjnych mitów o tak zwanym „holocauście” ważną rolę odgrywa „tragedia” do jakiej rzekomo doszło na obrzeżach Kijowa jesienią 1941 roku w miasteczku o nazwie Babij Jar. Przypadek Babiego Jaru jest pogmatwany pod wieloma względami. Krótko wyliczymy jego podstawowe nieścisłości i niezgodności.

Domniemana masakra miała miejsce prawie cztery miesiące przed niemiecką konferencję w Wansee, gdzie jakoby pierwszy raz zaplanowano przeprowadzenie polityki ludobójstwa.

W różnych źródłach podaje się różne daty masowych egzekucji w Kijowie. Liczba ofiar w różnych źródłach także waha się w granicach dwóch wielkości (różniących się kilkaset razy).

W zeznaniach „świadków” nie ma jednomyślności odnośnie miejsca „tragedii” ponieważ dają oni sprzeczne informacje i o innych okolicznościach tego co się stało.

Liczba rzekomo zamordowanych żydów jest znacznie wyższa od ogólnej liczby żydów pozostających w K

ijowie po przeprowadzeniu przez sowieckie władze masowej ewakuacji. Do tej pory nie przeprowadzono ani jednej ekspertyzy kryminalistycznej miejsca zbrodni i narzędzi zbrodni (podobnie było w przypadku „śledztwa” zbrodni w Jedwabnem/admin). Nikt nie zatroszczył się o zachowanie śladów i dowodów rzeczowych. Pierwsze doniesienia o „tragedii” pojawiły się 21 października 1941 roku, kiedy londyńskie biuro Żydowskiej Agencji Telegraficznej (JTA) poinformowało o tym, że wydawana w Krakowie proniemiecka gazeta ukraińska „Krakowski wisti” napisała, że „po zajęciu miasta (Kijowa) wszyscy żydzi, mężczyźni, kobiety i dzieci w każdym wieku, byli wygnani ze swoich domów i spędzeni w miejsce ogrodzone drutem kolczastym, położone na obrzeżach Kijowa. Stamtąd pognano ich piechotą w nieznanym kierunku”.

Kopię lub oryginał źródła, czyli gazeta, do dzisiaj nie została odnaleziona. 31 grudnia 1941 roku Żydowska Agencja Telegraficzna (JTA) poinformowała, że „Dowództwo Wojskowe nazistów wydało rozkaz zagnania tysięcy żydów na zaminowane cmentarze. Ofiary, głównie kobiety, zginęły od eksplodujących min, ci którzy przeżyli, zostali rozstrzelani przez niemieckich żołnierzy za pomocą karabinów maszynowych”. Żydowskim gawędziarzom z XXI wieku nie przeszkadza i nie kłopocze ich fakt, że do zrealizowania takiej zbrodni Niemcy musieliby zainstalować dziesiątki tysięcy min przeciwpiechotnych o działaniu naciskowym, które były im o wiele bardziej potrzebne na froncie. W ogóle minowanie wymaga dużego wysiłku i dużo czasu. No i jak usuwano zwłoki z zaminowanego terenu?

6 stycznia 1942 roku Ludowy Komisarz Spraw Zagranicznych ZSRR, Wiaczesław Mołotow, poinformował sojusznicze rządy, że: „Duża liczba żydów, włącznie z dziećmi i kobietami, w każdym wieku, była zegnana na cmentarz żydowski w Kijowie. Przed rozstrzelaniem zdarto nich odzież i pobito. Pierwszych, przeznaczonych do rozstrzelania zmuszano do położenia się twarzą do ziemi na dnie rowu, po czym strzelano do nich z pistoletów maszynowych. Następnie Niemcy zasypywali ich ziemią. Potem kładziono na nich następną grupę i rozstrzeliwano i tak dalej”.

Logo Fundacji Pamięci Babiego Jaru, majstersztyku propagandy

Żeby zdjąć odzież z dziesiątków tysięcy ludzi i pobić ich, potrzebna jest ogromna ilość pomocników i znowu bardzo dużo czasu. Ile dni potrzeba, żeby zmusić taką ilość ludzi odpowiadającej ludności średniego miasta, żeby kolejno kładła się grupami na dnie rowu po to żeby ich rozstrzelano? I ilu ludzi potrzeba do tego, żeby zasypać każdą grupę ludzi?

Do rozstrzelania ludzi z broni automatycznej potrzeba minimum dwa razy więcej naboi niż wyniosła liczba ofiar. 100 tysięcy kul do broni automatycznej waży 1280 kilogramów. Jako że rdzeń pocisku jest ołowiany i praktycznie trwa wiecznie to byłoby bardzo łatwo znaleźć kule i łuski. Dlaczego nie przeprowadzono poszukiwań? Dlaczego żaden z mieszkańców Kijowa nie donosił o salwach i strzałach karabinowych, które słyszalne są z dużej odległości?

Żeby zasypać 50 tysięcy zwłok, potrzeba jest około 30 tysięcy metrów sześciennych ziemi.

Nawet przy głębokości mogił wynoszącej 5 metrów, powierzchnia ich musiałaby wynosić 6 tysięcy metrów kwadratowych. Ponadto podane przez Mołotowa miejsce nie zgadza się z innymi miejscami podanymi przez „świadków”.

20 lipca 1942 roku podziemna służba prasowa getta warszawskiego twierdziła, że „w Kijowie nie ostał się ani jeden żyd ponieważ Niemcy utopili w Dnieprze całą żydowską ludność miasta”. A cóż to, z dziesiątków tysięcy żydów nikt nie umiał pływać? Taka metoda ludobójstwa spowodowałaby zepsucie wody w Dnieprze co zagroziłoby zaopatrzeniu w wodę własnych wojsk i wywołałoby epidemię, horror dla każdego dowództwa wojskowego. Zwłoki zniesione byłyby z nurtem w dół rzeki co zauważyliby świadkowie. Ale żadnych świadków nie ma. 28 października 1942 roku parszywi pedo-nekrofile z Żydowskiej Agencji Telegraficznej (JTA) donieśli: „ 32 osieroconych dzieci żydowskich zostało wyprowadzonych do lasu i następnie Niemcy z premedytacją skierowali na nie czołgi rozjeżdżając je na miazgę. Następnie zmusili 118 towarzyszących, nieżydowskich sierot do pogrzebania ofiar”.

Czy Niemcy nie mieli niczego lepszego do roboty jak przeprowadzanie doświadczeń w zabijaniu ludzi w lesie przy pomocy czołgów? Ówczesne czołgi Wehrmachtu były motoryzacyjnie mało sprawne, prędkość miały małą i absolutnie nie były przystosowane do tego by ścigać po lasach dzieci żydowskie. A gdzie są świadkowie z liczby 118 nieżydowskich, osieroconych dzieci? Na ile jest to prawdopodobne, że mordercy pozwolili 118 świadkom, dzieciom, oglądać miejsce kaźni? 28 lutego Radio Moskwa podało wiadomość o niemieckich bestialstwach w Kijowie, podając jeszcze jeden sposób zabijania:

„Ponad 195 tysięcy sowieckich obywateli zostało w czasie okupacji zamęczonych na śmierć, rozstrzelanych lub zagazowanych w samochodowych komorach gazowych”. Liczba ofiar wzrosła prawie do 200 tysięcy, co tym bardziej powinno spowodować większą jeszcze dostępność dowodów. Dlaczego ich nie szukano i nie znaleziono? Nawiasem mówiąc w języku niemieckim słowo „gasenwagen” oznacza nie samochodową komorę gazową ale samochód z silnikiem napędzanym gazem wytwarzanym z drewna. Z drugiej strony „samochodowe komory gazowe”, tak zwane „dusziegubki” istniały naprawdę i były używane w ZSRR jeszcze w latach 30-tych XX wieku do zabijania więźniów. A wynalazł je Isaj Dawidowicz Berg, żyd w służbie NKWD.

Później pojawiły się opowieści „świadków” obfitujące w jeszcze bardziej fantastyczne szczegóły. Niejaki Wiłkis, „cudem uratowany z holocaustu”, żyd z Odessy, mówi: „na pobliskim cmentarzu żydowskim usunięto płyty nagrobne i przywieziono do Babiego Jaru, gdzie zbudowano z nich wielkie piece”.

Mało tego, źli Niemcy wysłali na cmentarz jeńców wojennych żeby wykopać ogrodzenia metalowe i żeby zrobić z nich ruszty do tych pieców. Jednakże do transportu płyt nagrobnych potrzebni są ludzie i transport. Gdzie są świadkowie tego zdarzenia? Dlaczego nikt nigdy nie poszukiwał tych płyt nagrobnych jako dowodów na powyższą opowieść? Ile trzeba było zbudować pieców do spalenia takiej wielkiej ilości zwłok tak bardzo prymitywną metodą?

I czy w ogóle te piece by działały? Zresztą przed „cierpieniami narodu wybranego” ustępują prawa nie tylko fizyki ale i biologii. Szczery żięć niejakiego Chaima Szapiro, także „cudem uratowany” z Babiego Jaru, opowiadał co następuje: „56 tysięcy żydów było zabitych. Ci, którzy nie umarli od razu, byli pochowani żywcem. Dziesiątego dnia po rozstrzeliwaniach…z ziemi wyciekały strumyczki krwi, krwi 56 tysięcy pomordowanych żydów”. Skąd zięć Chaima Szapiro otrzymał taką informację? A jak, tak przy okazji, on sam się nazywa? Dlaczego i on nie znalazł się wśród ofiar? Przecież uważa się, że zginęli wszyscy. O jakiej dacie jest mowa? Gdzie miała miejsce ta kaźń? Co powiedziałby anatomopatolog o strużkach krwi wypływających ze zwłok ludzi zmarłych dziesięć dni wcześniej? W 1931 roku w Kijowie mieszkało 140.256 ży

dów. Do jesieni 1941 roku ogólna liczba mieszkańców Kijowa w wyniku ewakuacji zmniejszyła się z 850-930 tysięcy ludzi do 305 tysięcy ludzi. Ale „historycy holocaustu” twierdzą, że w październiku 1941 roku w Kijowie znajdowało się aż 300 tysięcy żydów co w stosunku procentowym jest niemal więcej niż w dzisiejszym Tel-Avivie. Ponadto znana sowiecka statystyka, która wyraźnie pokazuje jaki dokładnie procent żydów był ewakuowany ze strefy ewentualnej okupacji niemieckiej.

Mińsk- 94%, Żytomierz- 88%, Nowogród Wołyński- 90%, Połtawa- 96%, Czernihów- 97%, Marianpol- 100% i Taganrog- 100% a Winnica, Kijów i Humań- 80%.

Jakim sposobem udało się Niemcom wymordować bez śladu a to 56 tysięcy a to 129 tysięcy żydów z ludności liczącej 20 tysięcy?  To już jest niezgłębiona tajemnica, którą trzeba pozostawić do rozwiązania „historykom holocaustu”.

"Starszy brat w wierze" z "narodu wybranego" nakryty w chwili głębokiej zadumy

Komentowanie zamknięte.