Najnowsze

Opublikowano Grudzień 22, 2012 Przez a303 W Bez kategorii

Armia śmiertelnie zaszczepionych

Za: vaccgenocide.wordpress.com

Włochy.

vacc deesŻołnierz jest od tego, żeby wykonywać rozkazy. Jeśli każą mu się szczepić kilka razy w tygodniu, to musi nadstawić ramię. Zwłaszcza, że lekarz wojskowy zajmuje wyższą pozycję w hierarchii. Wydaje rozkazy, a nie medyczne zalecenia. Kto nie chce się szczepić, traci pracę. W tym fachu, jak w rosyjskiej ruletce, trzeba mieć szczęście. Można wygrać zatrudnienie, albo stracić życie.

Kapral Erasmo Savino ma 31 lat i zaawansowanego raka płuc. 3 października nie poszedł na chemioterapię. Rano z trudem podniósł się z łóżka i powlókł do innego pokoju. Usiadł przed komputerem- łysy, opuchnięty na twarzy, z sińcami pod oczami. W takim stanie podczas wideokonferencji zobaczyli go przedstawiciele włoskiego Senatu, członkowie komisji powołanej do zbadania negatywnych skutków kontaktu ze zubożałym uranem. Używanym między innymi w pociskach. Savino, z akcentem typowym dla mieszkańca Kampanii, opowiadał o swojej trzynastoletniej służbie w armii. Wyjaśnił, że jego dolegliwości pojawiły się po przyjęciu miksu szczepionek tuż przed wyjazdem do Kosowa. Zerkając na kartkę z notatkami, ostrożnie dobierał słowa. Senatorowie zadawali sporo pytań, a on nie chciał pogubić się w detalach. Odpowiadał cierpliwie, chociaż widać było, że nie czuje się najlepiej. Przed zakończeniem połączenia z rozgoryczeniem podsumował: Być może jestem u kresu życia Jako żołnierz będę nadal walczyć, jednak przykro mi, że kraj, w którego interesie działałem, odciął się ode mnie. Po tych słowach w auli zapanowała przejmująca cisza. Senatorowie siedzieli oszołomieni, wpatrzeni w ekran.

Giacinto Russo trzęsącymi się rękoma złapał telefon i napisał wiadomość do przebywającego w Afganistanie syna. Chciał się dowiedzieć, czy przed odlotem na misję on też dostał kilka zastrzyków tego samego dnia? Za chwilę rozległ się dźwięk odebranego smsa. Dwie litery: SI. Przerażony polityk ukrył twarz w dłoniach. Sesję kontynuowano wręcz na bezdechu. Ponieważ brakowało pomysłu, jak rozwiązać patową sytuację, odmowa zaszczepienia się jeszcze długo będzie skutkować wydaleniem ze służby.

Wreszcie głos zabrał adwokat chorego kaprala, Georgio Carta. Przedstawił ekspertyzy jednoznacznie wskazujące na związek przyczynowo-skutkowy między wielokrotnym poddaniem się szczepieniom w zbyt krótkich odstępach czasu, a powstaniem zmian nowotworowych. Nie tylko u Savina. Także u setek innych młodych mężczyzn, z których wielu już nie żyje. Ci pozostali przy życiu wegetują, unieruchomieni jak duże lalki w pościeli. A przecież w momencie zaciągnięcia się do wojska cieszyli się doskonałym zdrowiem. Wygrywali zawody sportowe, biegali w maratonach. Ilu jest tych poszkodowanych żołnierzy, oficjalnie nie wiadomo.

Ministerstwo obrony od lat odmawia prowadzenia rejestru ich przypadków. Wbrew faktom nie kwalifikuje nowotworów jako patologii związanych z wykonywanym zawodem. W praktyce oznacza to, że Republika Włoska nie ponosi odpowiedzialności finansowej za utratę w wojsku życia lub zdrowia wskutek zaszczepienia się. Żołnierze na własny koszt muszą walczyć o odszkodowania i renty. Coraz częściej zdarza się, że na placu boju z urzędnikami pozostają ich osieroceni bliscy.

Komisji uranowej udało się uzyskać nieoficjalne dane . Na posiedzeniu w 2007 roku ówczesny minister obrony Arturo Parisi przedłożył zatrważające liczby. W latach 1996-2006 zdiagnozowano raka u 1682 żołnierzy; 255 spośród nich przebywało na misji zagranicznej. W 2012 roku pułkownik Biselli z obserwatorium epidemiologicznego przy ministerstwie obrony przekazał komisji jeszcze bardziej tragiczne statystyki: 698 zachorowań przebywających na misjach, 3063 przypadki wśród żołnierzy stacjonujących we Włoszech; 479 zmarło. Ta ewidencja zrewolucjonizowała kierunek śledztwa komisji funkcjonującej od 2004 roku. Osiem lat temu przyjęto, że odnotowana w armii dziwnie wysoka zachorowalność na raka to rezultat kontaktu z ciężkim pierwiastkiem DU (depleted uranium). Odkąd komisja wychwyciła, że 85% chorych żołnierzy nigdy nie było za granicą, uprawdopodobniła się wersja, że za ich problemami zdrowotnymi kryją się obligatoryjne szczepienia. Często przeprowadzane hurtowo na wszystkich, bez wywiadu lekarskiego, dzień po dniu. Mimo, że szczepionki osłabiały organizm, po ich zaaplikowaniu młodzi żołnierze nie mogli oszczędzać się w koszarach – wracali do normalnych zajęć, przy których mieli kontakt z materiałami toksycznymi, takimi jak DU i dioksyna (organiczny związek chemiczny, którym próbowano otruć Juszczenkę), z trującymi wyziewami czy zabójczymi substancjami chemicznymi emitowanymi przez fabryki.

Francesco Rinaldelli służył w elitarnej dywizji strzelców alpejskich. Miał 26 lat, kiedy oddelegowano go do Porto Marghera. Przeklętego miejsca, w którym corocznie odnotowuje się jeden z najwyższych we Włoszech wskaźników zanieczyszczenia powietrza, i gdzie na niespotykaną skalę panoszy się rak płuc wraz z mutacjami chorób dróg oddechowych. Rinaldelli zaczął chudnąć, miał przewlekłą gorączkę i wkrótce potem zmarł na ziarnicę złośliwą, zwaną chłoniakiem Hodkina. Taka sama śmierć spotkała Francesco Finessiego. Dwudziestolatek musiał przyjąć potrójną dawkę Neotyfu, szczepionki przeciw tyfusowi, którą bardzo szybko wycofano z rynku. Matka chłopaka, już po jego zgonie, doprowadziła do rozpoczęcia śledztwa przez prokuraturę w Bellono.

Wyszło na jaw, że w wojskowych książeczkach szczepień dokonywano wpisów o odbytych wizytach lekarskich, jakie w rzeczywistości nigdy nie miały miejsca. Okazało się również, że wielu żołnierzy szczepiono kilkakrotnie w ciągu doby na tę samą chorobę i że do szczepień używano kontrowersyjnych preparatów, usuniętych później z obrotu. W niektórych jednostkach mężczyzn nakłuwano jak w fermie kurcząt- zbiorowo. W tle tych zaniedbań na wyjaśnienie czeka też wątek spółek farmaceutycznych, zbijających krociowe zyski na kontraktach z armią. Gdy w mediach rozniósł się szczepionkowy skandal, ministerstwo obrony wydało oświadczenie, że przy szczepieniach włoskiej armii zachowywane są wszelkie normy. Coś jednak od dawna musiało być na rzeczy, skoro regulamin szczepień z 2003 roku liczył zaledwie trzy strony papieru kancelaryjnego, a ten z 2008 roku ma ich ponad dwieście.

Autorytet w dziedzinie onkologii, profesor Franco Nobile, podzielił stanowisko ministerstwa, że regulaminowi pod względem medycznym niczego nie można zarzucić. Problem tkwi w tym, że w praktyce zwyczajnie się go nie przestrzega. Ludzi szczepi się seriami, bez weryfikacji, czy ktoś w przeszłości przyjął daną szczepionkę. Zastrzyk na ogół wykonują pielęgniarki, nie lekarze. To dlatego, że w wojsku wszystko dzieje się bardzo szybko. Na przykład, gdy na misję musi natychmiast wyjechać 600 żołnierzy. Nie ma czasu, żeby trzymać się regulaminu szczepień. Badanie mogłoby wykluczyć nawet setkę mundurowych. A zatem nikt o nic nie pyta, nie drąży, czy rozkaz zaszczepić się jest zasadny. Pierwszy odważny, który chciał się o tym dowiedzieć, został poddany procedurze dyscyplinarnej i obecnie, po 25 latach kariery w wojsku, grozi mu kara roku więzienia. Sierżant Ligi Sanna, na prośbę żony adwokatki, skierował do przełożonych pismo z zapytaniem o celowość dodatkowych szczepień. W ciągu 28 dni otrzymał ich aż osiem. W odpowiedzi, zwierzchnicy zadenuncjowali go za niesubordynację. Przez dwie minione dekady był jedynym, który ośmielił się włożyć kij w mrowisko.

Agnieszka Nowak-Samengo
Angora

Komentowanie zamknięte.