Najnowsze

Norman Finkelstein: Masakra w Gazie – O żywych tarczach i hasbarze

Źródło: http://palestyna.wordpress.com/2010/12/17/norman-finkelstein-masakra-w-gazie-o-zywych-tarczach-i-hasbarze/

Gdy tylko przyjrzymy się bliżej działaniom izraelskim w czasie „Operacji Płynny Ołów”, okazuje się, że potęż­ne żniwo śmierci i zniszczenia w Gazie nie było produk­tem ubocznym inwazji, lecz jej ledwo skrywanym celem. Aby uniknąć odpowiedzialności za tę wyrachowaną rzeź, Izrael długo utrzymywał, że Hamas wykorzystał cywilów palestyńskich jako „żywe tarcze”, co spowodowało wśród nich tyle ofiar. Tymczasem od początku do końca inwazji Izrael usiłował zniekształcić obraz wydarzeń, kontrolu­jąc doniesienia prasowe i przymilając się do zachodnich komentatorów. Wyniki śledztw organizacji praw czło­wieka wskazują jednak, że owym oskarżeniom pod ad­resem Hamasu brak jest jakichkolwiek podstaw, nie spo­sób natomiast zasypać przepaści między zapewnieniami Izraela o podjęciu wszelkich starań dla uniknięcia „strat ubocznych” a setkami ciał wydobytych spod gruzów ko­biet i dzieci.

Izrael tuszował okrucieństwa, jakich dopuścił się w Gazie, oskarżając Hamas o wykorzystywanie Palestyńczyków jako żywych tarcz i cytując wyznania, wy­dobyte w trakcie „przesłuchań” od „aktywnych komórek”. Amnesty International wydała tymczasem po zakończeniu inwazji jeden z najobszerniejszych raportów poświęco­nych prawom człowieka w Gazie, w którym najbardziej niekorzystne dla Hamasu wnioski przedstawiają się na­stępująco: Hamas „wystrzeliwał rakiety oraz umieszczał sprzęt i stanowiska wojskowe w pobliżu zabudowań cy­wilnych, narażając życie ich mieszkańców poprzez wy­wołanie ryzyka ataków izraelskich. Podczas konfrontacji zbrojnych z siłami izraelskimi wykorzystywał też puste budynki i majątki jako stanowiska bojowe, wystawiając mieszkańców pobliskich domów na niebezpieczeństwo ataków bądź dostania się w krzyżowy ogień”.

Izrael utrzymywał, że Hamas „umieścił swą bazę ope­racyjną na obszarach cywilnych nie mimo to, lecz właśnie dlatego, że zwiększało to prawdopodobieństwo powstania znaczących szkód dla cywilów” i że „podejmujący działa­nia członkowie Hamasu byli dumni z narażania życia cy­wilów”. Jednakże Amnesty International doszła do dokład­nie przeciwstawnych wniosków: nie znalazła „żadnych do­wodów, że wystrzeliwano rakiety z domów czy budynków mieszkalnych, w których obecni byli cywile”; „bojownicy palestyńscy często wykorzystywali puste budynki, lecz […] nie przejmowali siłą zamieszkałych”; Hamas „mieszał się z ludnością cywilną, czego jednak w małej i przeludnio­nej Strefie Gazy trudno było uniknąć”. Wreszcie czytamy: „bojownicy palestyńscy, podobnie jak żołnierze izrael­scy, brali udział w starciach zbrojnych w pobliżu domów mieszkalnych, w których obecni byli cywile, co oznaczało narażenie ich na niebezpieczeństwo. Miejsca tych starć określiły głównie siły izraelskie, wdzierając się do Gazy czołgami i transporterami opancerzonymi oraz zajmując pozycje wewnątrz osiedli mieszkalnych”.

Amnesty International kategorycznie odrzuciła najcięż­sze z oskarżeń pod adresem Hamasu:

Wbrew powtarzającym się oskarżeniom ze strony oficjalnych czynników izraelskich o wykorzystywanie „żywych tarcz”, Amnesty International nie znalazła dowodów, by Hamas czy bojownicy z innych ugrupowań palestyńskich kierowali cywi­lów do osłaniania celów wojskowych przed przewidywanymi atakami. Nie znaleziono również dowodów na to, że Hamas czy inne ugrupowania zbrojne zmuszały mieszkańców do pozostania w wykorzystywanych przez bojowników budyn­kach, ani też na to, że bojownicy uniemożliwiali mieszkań­com opuszczenie przejmowanych przez nich budynków czy obszarów.

Emisariusze Amnesty International rozmawiali z wieloma Palestyńczykami, którzy skarżyli się na postępowanie Hamasu, w szczególności zaś na represje i ataki wymierzone w jego oponentów, takie jak zabójstwa, tortury i arbitralne areszto­wania, lecz nie znaleźli świadectw wykorzystywania ich przez Hamas w roli „żywych tarcz”. Śledztwo Amnesty International w sprawie przypadków śmierci cywilów podczas ataków izra­elskich nie potwierdziło wyjaśnień armii izraelskiej, zgodnie z którymi przyczyną tych śmierci było zazwyczaj ukrywanie się bojowników za plecami cywilów. Amnesty International badała przypadki śmierci całych rodzin i w żadnym z nich nie stwierdziła, by zbombardowane budynki były wykorzystywa­ne przez grupy zbrojne do działalności wojskowej. Również w wypadku śmierci cywilów w ich domach w wyniku ostrzału precyzyjnymi pociskami bądź ostrzału czołgowego, w zbom­bardowanych budynkach nie znajdowali się bojownicy, a emi­sariusze Amnesty International nie znaleźli dowodów na to, by w czasie ataku w najbliższym otoczeniu toczyły się starcia zbrojne.

W oficjalnym dokumencie izraelskim utrzymuje się, że Izraelskie Siły Obronne przyjęły w czasie ataku na Gazę zasady walki, oznaczające zakaz „wykorzystywania cy­wilów w roli żywych tarcz”, zaś armia izraelska „podję­ła całą gamę kroków w celu wpojenia i utrwalenia tych zasad w świadomości dowódców i żołnierzy”. Śledztwo Amnesty International – oraz inne podobne śledztwa – nie potwierdziło jednak wykorzystywania żywych tarcz przez Hamas, dowiodło natomiast, że żołnierze izraelscy „wykorzystywali cywilów, w tym dzieci, jako żywe tarcze, narażając na szwank ich życie, zmuszając do pozostania w domach, które zajęli i wykorzystywali jako placówki woj­skowe, bądź w ich pobliżu. Niektórych cywilów zmuszano do wykonywania niebezpiecznych zadań, takich jak prze­szukiwanie domów czy obiektów, w których obawiano się zastawienia pułapek. Żołnierze zajmowali też zamieszkałe budynki i przeprowadzali ataki z nich bądź z ich pobliża, wystawiając mieszkańców na niebezpieczeństwo ataku czy też dostania się w krzyżowy ogień”. Wykorzystywanie cywilów w charakterze żywych tarcz przez armię izrael­ską potwierdzają też inne śledztwa dotyczące stanu praw człowieka w okresie inwazji – szczególnie jasne pozostają tu ustalenia raportu Goldstone’a. Również świadectwa sa­mych żołnierzy izraelskich potwierdzają zaistnienie tych praktyk.

Znani filozofowie Awiszaj Margalit i Michael Walzer każą nam jednak przyjąć za aksjomat, że choć wrogowie Izraela „rozmyślnie narażają cywilów na ryzyko, kryjąc się za ich plecami, to Izrael potępia takie praktyki”. W swej książce, poświęconej „badaniu mitów i iluzji” bli­skowschodnich, Dennis Ross pomstuje na Hamas, który jego zdaniem wykorzystywał „ludność cywilną jako żywe tarcze” i czerpał „powszechny użytek” z tego procederu. Przedstawia też „oceny oparte o fakty” zgodnie z który­mi Hamas „odrzuca już samą ideę rozwiązania dwupaństwowego”, jak też to on „postanowił położyć kres „za­wieszeniu broni z czerwca 2008 r. (Ross ani słowem nie wspomina przy tym o krwawym ataku izraelskim z 4 li­stopada), zaś „kruchy pokój powrócił dopiero po znisz­czeniu niemal wszystkich należących do Hamasu celów wojskowych przez Izraelskie Siły Obronne”.) „Dowódca sił brytyjskich w Afganistanie, pułkownik Richard Kemp, wystąpił z całą gamą oskarżeń pod adresem Hamasu, któ­ry miał „rozmyślnie stacjonować za plecami żywej tarczy w postaci ludności cywilnej” czy też „rozkazywać, a gdy było trzeba, zmuszać mężczyzn, kobiety i dzieci wśród własnej ludności do pozostania w miejscach, które sta­nowiły pewny cel Izraelskich Sił Obronnych”! To jednak wcale nie szczyt fantazmatów Kempa – oto „rzecz jasna” Hamas wysyłał w roli żywych bomb „kobiety i dzieci”. To wszystko ma się do rzeczywistości tak, jak jego bezustan­nie cytowane stwierdzenie, że „podczas Operacji Płynny Ołów Izraelskie Siły Obronne zadbały o prawa cywilów w strefie walki bardziej niż jakakolwiek inna armia w całej historii konfliktów zbrojnych”. Można tylko współczuć cywilom w teatrze wojennym Kempa.

Alibi izraelskie, zgodnie z którym wysoka liczba zabi­tych cywilów była wynikiem wykorzystywania ich przez Hamas w roli żywych tarcz, zostaje obalone w konfrontacji z prawdziwymi przyczynami śmierci wielu Palestyńczyków. Amnesty International tak pisze o wynikach przeprowa­dzonego po inwazji śledztwa:

Ataki, których skutkiem była największa liczba zabitych i ran­nych, przeprowadzono używając wystrzeliwanej przez samo­loty bojowe, wysoce precyzyjnej amunicji dalekiego zasięgu, bądź też otwierając ogień czołgowy z odległości sięgającej kil­ku kilometrów – często dokonując wcześniej selekcji celów, co wymaga zazwyczaj akceptacji ze strony najwyższych szczebli dowództwa. Ofiary tych ataków nie dostały się w krzyżowy ogień bojowników palestyńskich i sił izraelskich, ani też nie osłaniały bojowników czy innych uprawnionych celów. Wielu z nich zginęło w czasie snu, gdy zbombardowano ich domy. Inni w momencie ataków powietrznych czy czołgowych zaj­mowali się codziennymi obowiązkami domowymi, siedzieli w ogródku przydomowym bądź też wieszali na strychu pra­nie. Trafione pociskami z myśliwców lub czołgów dzieci uczy­ły się i bawiły w swym pokoju, na strychu albo niedaleko od domu”.

Dalej czytamy, że cywile palestyńscy, „w tym kobiety i dzieci, padali ofiarą strzałów z bliskiej odległości, choć nie stanowili zagrożenia dla życia żołnierzy izraelskich” ani też „w momencie oddania strzału nie toczyły się żad­ne walki w pobliżu”, W studium Human Rights Watch udokumentowano przypadki zabójstw cywilów palestyń­skich, którzy „próbowali oznajmić swój status nie biorą­cych udziału w walkach, wznosząc białe flagi”, podczas gdy „wszelkie dostępne dowody wskazują, że siły izrael­skie kontrolowały dane obszary, nie toczyły się wówczas na nich walki, a wśród cywilów, których zastrzelono, nie ukrywali się bojownicy palestyńscy”. Oto typowy przy­padek: „dwie kobiety i troje dzieci z rodziny Abed Rabbo znalazło się przez kilka minut poza domem – co najmniej troje z nich trzymało skrawki białego płótna – gdy żoł­nierz izraelski otworzył ogień, zabijając dwie dziewczynki w wieku dwóch i siedmiu lat oraz raniąc ich babcię i trze­cią z dziewczynek”. Tymczasem oficjalny komunikat izraelski zapewnia, że żołnierze Izraelskich Sił Obronnych dbają o „nieskalanie broni”, w związku z czym „nie wyko­rzystują broni i siły w celu zadania szkód ludziom, którzy nie biorą udziału w walkach, ani jeńcom wojennym”.

Raport Goldstone’a stwierdzał: „izraelskie siły zbroj­ne wielokrotnie otwierały ogień do cywilów, którzy nie brali udziału w działaniach wojennych i nie stanowili dla nich zagrożenia”. Czytamy też: „izraelskie siły zbrojne do­konywały rozmyślnych ataków na cywilów”, mimo iż nie istniały „żadne podstawy, dzięki którym izraelskie siły zbrojne mogłyby w racjonalny sposób uznać atakowanych cywilów za faktyczną stronę działań wojennych”. Z ze­branych po inwazji świadectw żołnierzy izraelskich wy­nika, że cywile palestyńscy padli ofiarą barbarzyńskich mordów w „atmosferze”, w której „życie Palestyńczyków jest, by tak rzec, czymś dużo, dużo mniej ważnym od ży­cia naszych żołnierzy”. Oto niektóre z tych świadectw: „Widzisz ludzi bardziej czy mniej pogrążonych w ich co­dzienności, idących na spacer itp. Absolutnie nie terro­rystów. Słyszałem, że w innych oddziałach otwierano do nich ogień. Usiłowano ich zabić”. „Najwyraźniej ludzie nie mają szczególnych oporów przed odebraniem życia inne­mu człowiekowi”. „Każdego uznaje się tam za terrorystę”. „Pozwolono nam robić, cokolwiek chcieliśmy. Kto nam tego zakaże?” „Zrozumiałem, że w walce w tym miejscu jest coś dzikiego. Gdy namierzysz, strzelaj”. „Możesz ro­bić, na co masz ochotę […] po prostu dlatego, że tak jest zajebiście” – nawet dokonywać ostrzału białym fosforem, „bo tak jest fajnie. Zajebiście”.

Nie speszyło to autorów oficjalnego komunikatu izrael­skiego, którzy bez najmniejszych zahamowań piali peany na cześć nadzwyczajnego szacunku, jakim „wartość naj­wyższa – życie ludzkie” cieszy się wśród żołnierzy armii izraelskiej. Lawrence Wright zaserwował zaś na pierw­szej stronie New Yorkera opowieści z krypty o tym, „co naprawdę się stało” w Gazie – a działo się wiele: „wojsko izraelskie dosłownie stanęło na głowie, by oszczędzić ży­cie cywilów w Gazie”. Będąc w Gazie, Wright odkrył rów­nież, że Palestyńczycy odczuwali szczególną więź z poj­manym przez Hamas żołnierzem izraelskim: „pobladłe rysy i łagodny wyraz twarzy Gilada Szalita zawojowały wyobraźnię mieszkańców Gazy. Może to się wydawać przewrotne, lecz powstało olbrzymie poczucie wspólno­ty między tym skromnym żołnierzem a ludźmi, będącymi zakładnikami jego rządu. Mieszkańcy Gazy widzą w so­bie Szalita: zamkniętego, maltretowanego i pogrążonego w rozpaczy”. Rozwiewa to mgłę tajemnicy, czemu jedna rodzina w Gazie za drugą nadaje swemu nowo na­rodzonemu synowi imię Gilad.

Lawina oskarżeń i kontroskarżeń o wykorzystywanie żywych tarcz skrywała usiłowania Izraela, któremu zależa­ło na rozmyciu rzeczywistego obrazu sytuacji. Izrael fak­tycznie rozpoczął przygotowania propagandowe pół roku przed rozpoczęciem inwazji w grudniu 2008 r. Izraelską machinę propagandową – hasbarę – miała koordynować specjalnie wyznaczona w tym celu Dyrekcja Informacji Narodowej, będącą scentralizowanym ciałem przy biu­rze premiera. Gdy jednak światowa opinia publiczna obróciła się przeciw Izraelowi, Anthony H. Cordesman przedstawił diagnozę, zgodnie z którą państwo to nie zainwestowało wystarczających środków w „wojnę o od­biór”. Jak twierdzi Cordesman, Izrael „uczynił na arenie światowej niewiele w celu wyjaśnienia, co dokładnie uczynił w celu ograniczenia liczby ofiar cywilnych i strat ubocznych”, podczas gdy „z pewnością mógł – i powinien – uczynić o wiele więcej, by dowieść, jaką rozwagą wy­kazała się jego armia, oraz zadbać o wiarygodność”. Zdaniem administratora internetowej edycji Haaretz Bradleya Burstona problem polega na tym, że Izraelczycy „brzydzą się public relations”. Szanowany politolog izra­elski Szlomo Awineri twierdził natomiast, że świat dys­ponował mglistym obrazem inwazji na Gazę z powodu „nadanego operacji kryptonimu, wpływającego na sposób jej odbioru”.

Skoro jednak na niewiele się zdał drobiazgowo przygo­towany blitzkrieg propagandowy, to nie da się tego wy­tłumaczyć kiepskim redagowaniem izraelskich prasówek o misji humanitarnej, ani też uznać, że cały świat znadinterpretował wydarzenia. Rozmiar masakry był natomiast zbyt potworny, by mogła tu pomóc jakakolwiek machina propagandowa. Stało się to dobrze widoczne po zakoń­czeniu inwazji, gdy Izrael nie miał już więcej bałamutnych pretekstów, pozwalających uniemożliwiać pracę dzienni­karzom i zaprowadzać „najbardziej drakońską kontrolę prasy w historii wojny nowożytnej”. Stowarzyszenie Prasy Zagranicznej stwierdziło o tej blokadzie medial­nej, że „Izrael znalazł się za jej sprawą wśród garstki re­żimów na całym świecie, regularnie uniemożliwiających dziennikarzom wykonywanie pracy” a Reporterzy Bez Granic nazwali ją „odrażającą i godną potępienia przez społeczność międzynarodową”. Ponad pół roku po inwazji Izrael nadal uniemożliwiał dostęp do Gazy takim organizacjom praw człowieka jak Amnesty International, Human Rights Watch i B’Tselem. Human Rights Watch zapytywała: „Skoro Izrael nie ma nic do ukrycia, to dla­czego odmawia nam wstępu?”

Ku rozżaleniu Cordesmana i oficjalnych czynników izraelskich, niedługo po zakończeniu inwazji opublikowa­no w kilku gazetach izraelskich świadectwa pilotów i pie­churów, którzy popełnili zbrodnie wojenne w Gazie lub byli ich świadkami. Kilka miesięcy później izraelska orga­nizacja Przerwać Milczenie opublikowała kolejne dossier z fatalnymi dla armii wyznaniami żołnierzy. Izrael aseku­rował się jednak oznajmiając w oficjalnym dokumencie: „Izrael to społeczeństwo otwarte i demokratyczne, w peł­ni respektujące wolność słowa. […] Informacje o możli­wych niewłaściwych poczynaniach żołnierzy dotarły róż­nymi drogami do władz Izraelskich Sił Obronnych”. Nie przeszkodziło to jednak izraelskiemu ministerstwu spraw wewnętrznych zaapelować po publikacji tych druzgocących świadectw, by rządy europejskie udzielają­ce Przerwać Milczenie wsparcia finansowego obcięły jej fundusze.

Reakcja na owe świadectwa żołnierzy – nie licząc mało wiarygodnych reakcji oficjalnych, w których oskarżo­no żołnierzy o kłamstwo – oscylowała między szokiem a bagatelizowaniem sprawy. Tak jak filmowy kapi­tan Louis Renault, „zaszokowany! zaszokowany!” tym, że w Casablance kwitnie hazard, przedstawiciele państwa wyrażali niedowierzanie, że żołnierze izraelscy mogli po­pełnić zbrodnie. Owa reakcja stanowiła jednak „naturalną kontynuację ostatnich 9 lat, w których żołnierze zabili pra­wie 5 tys. Palestyńczyków, z których co najmniej połowę stanowili niewinni cywile, a niemal tysiąc to dzieci i na­stolatki” – zauważył Gideon Levy, szydząc z upozowanej oficjalnej konsternacji. – „Wszystko, dokładnie wszystko, co żołnierze opisali w związku z Gazą, było rutyną przez całe lata krwawej łaźni”.

Przedstawiciele Izraela starali się przeciwdziałać szko­dom dla public relations, jakie wyrządziły świadectwa żołnierzy, twierdząc, że chodzi tylko o kilka „zgniłych ja­błek”. Również ten wybieg był jednak mało wiarygodny. Zbrodnie konkretnych żołnierzy stanowiły nieuchronny skutek zbrodniczej natury samego przedsięwzięcia: odzy­skania izraelskiej zdolności odstraszania przez zastosowa­nie potężnej niszczycielskiej siły przeciwko całej bezbron­nej społeczności. Levy konkludował: „Nie są to przypad­ki pomyłkowo otwartego ognia, lecz ognia, którego użyto rozmyślnie i zgodnie z rozkazem”. „Przedstawione tu przypadki dowodzą, że nie mamy do czynienia z błę­dami poszczególnych żołnierzy, świadczą one natomiast o błędnym zastosowaniu zasad, przede wszystkim na poziomie systemowym” – zauważyli izraelscy wydawcy oskarżycielskich świadectw – „Potężne i bezprecedenso­we uderzenie w infrastrukturę i cywilów w Strefie Gazy stanowiło bezpośredni rezultat polityki Izraelskich Sił Obronnych”. „Setki cywilów zostało zabitych nie z powodu błędu, ani też nie przez garstkę zgniłych jabłek” – podkreślał w swym rozbudowanym studium Komitet Publiczny Przeciwko Torturom w Izraelu. Raport Goldstone’a stwierdzał, posiłkując się świadectwami żoł­nierzy izraelskich, że „wielokrotna niezdolność rozróżnie­nia między biorącymi udział w walkach a cywilami oka­zuje się […] stanowić wynik instrukcji, rozmyślnie przeka­zywanych żołnierzom […] nie zaś wynik incydentalnych pomyłek”. Czytamy też, że „wynik i modalność poszcze­gólnych operacji wskazują […] że pozostawały one […] ob­liczone w znacznej mierze na zniszczenie mienia cywil­nego i środków utrzymania ludności cywilnej, bądź też uczynienie ich niezdatnymi do użytku”.

Nie ma wątpliwości, że dla niektórych żołnierzy izra­elskich owa masakra była okazją do pofolgowania swym sadystycznym skłonnościom, innych zaś skłaniało do brutalnych zachowań otoczenie. W ich świadectwach znajdujemy zatem stwierdzenia o „nienawiści i przyjem­ności”, „zabawie” i „rozkoszy”, jaką stanowiło zabijanie Palestyńczyków oraz o wyładowaniu się poprzez sianie zniszczenia, „ot tak sobie”, „dla zadowolenia”. Żołnierze żartowali więc sobie: „Hurra, zabiłem terrorystę. […] Urwaliśmy mu głowę” „Szczęśliwie szpitale były już za­pełnione, więc ludzie prędzej zdychali”. „Nie sposób było zakończyć tej operacji i kogoś nie zabić”. Niemniej „ekscesy” te umożliwiła i nadała im rozmiary prawdziwe­go rozpasania już sama zbrodnicza natura przedsięwzię­cia. Sprowadzanie sprawy do jednostkowego sadyzmu czy – jak w tym wypadku – hałaśliwych i nieokrzesanych zachowań jest absurdem, tym bardziej, że najpotworniej­szymi zbrodniami okazały się te, których najwyraźniej dokonano przestrzegając dyscypliny i rozkazów. Jeden z tych, którzy przepytywali składających świadectwa żoł­nierzy izraelskich, wyraził niesmak, że nie doprowadzili oni z powrotem do porządku i czystości zajmowanych wcześniej domów Palestyńczyków: „Takie zachowanie to po prostu zezwierzęcenie. […] Wystawiacie armii izrael­skiej świadectwo najniższych możliwych norm, taka jest prawda”. Znacznie mniej kłopotał się jednak tym, że owi piloci i piechurzy uszkodzili i zniszczyli tysiące bu­dynków, czyniąc bezdomnymi 100 tys. Palestyńczyków.

Inni komentatorzy usiłowali zwalić winę za masakrę na sfanatyzowanych fundamentalistów, chwytając się świa­dectw żołnierzy, w których cytowano pełne hipokryzji i podżegających treści stwierdzenia rabinów armii izrael­skiej i rekrutów ze szkół religijnych. Ethan Bronner suge­rował w New York Timesie, że za zbrodnie odpowiedzialni są „nacjonaliści religijni”, którzy „zajmują coraz więcej od­powiedzialnych stanowisk wojskowych” i którzy zastąpi­li „świeckich, zachodnich i wykształconych” kibucników, stanowiących niegdyś trzon armii. Był to bardzo wy­godny wykręt. W ten sposób znikało z pola widzenia, że mózgiem zbrodniczej ofensywy znanej jako „Operacja Płynny Ołów” – wedle słów jednego z żołnierzy oznacza­jącej rozpętanie siły ognia na „szaleńczą” skalę – był minister obrony Ehud Barak i jego jak najbardziej świec­ka klika, a Izrael popełniał masakry na długo przed tym, gdy w szeregach jego armii zyskali znaczenie fanatycy religijni.

Po tym, jak ujrzało światło dzienne pierwsze dossier ze świadectwami żołnierzy, Izraelskie Siły Obronne obie­cały śledztwo, lecz zamknęły je blisko 10 dni później, stwierdzając, że doniesienia o powszechnych nielegalnych zabójstwach i zniszczeniu to tylko „plotki”. Z później­szego „wewnętrznego śledztwa” armii izraelskiej wynikało, że „w czasie Operacji Płynny Ołów nie doszło do celowego zadania szkód cywilom przez Izraelskie Siły Obronne”. Barak wyraził radość z wyników śledztwa, gdyż „dowo­dzi ono raz jeszcze, że Izraelskie Siły Obronne to jedna z najbardziej moralnych armii na świecie”. W oficjalnym dokumencie izraelskim utrzymywano, że „aparat praw­ny i sądowy Izraela posiada wszelkie środki i motywację, by zbadać podejrzenia o łamanie prawa krajowego czy międzynarodowego przez jego dowódców i żołnierzy”. Human Rights Watch orzekła jednakże: „wyniki śledztwa jasno wskazują, że armia izraelska pozostaje niezdolna do obiektywnego monitoringu wewnętrznego”, zaś Amnesty International wyraziła ocenę, zgodnie z którą „w twier­dzeniach armii prędzej znajdziemy próbę wymigania się od odpowiedzialności niż proces rzetelnego dochodze­nia do prawdy”. Wedle raportu Goldstone’a „pozostaje bardzo wątpliwe, czy Izrael skłonny jest przeprowadzić rzetelne śledztwa w sposób bezstronny, niezależny, szyb­ki i skuteczny”. Okropną niesprawiedliwością było­by jednak twierdzenie, że żaden z żołnierzy izraelskich nie poniósł odpowiedzialności za zbrodnie popełnione w okresie inwazji na Gazę: otóż jeden z nich otrzymał wyrok więzienia za kradzież należącej do Palestyńczyka karty kredytowej.

Atak na Gazę i bezczelne próby urabiania opinii pu­blicznej w końcu odbiły się Izraelowi czkawką, czego dowodem pozostają cytowane w tej książce raporty or­ganizacji praw człowieka. Jedną z nieprzewidzianych konsekwencji „Operacji Płynny Ołów” była bezprecedensowa reakcja Amnesty International. Organizacje praw człowieka opublikowały wiele dokumentów mówiących o skali śmierci i zniszczenia w czasie tej inwazji, lecz raport Amnesty International, zatytułowany „Fueling Conflict: Foreign arms supplies to Israel/Gaza”, zasługuje na szczególną uwagę. W tym przełomowym studium znajdujemy wezwanie do zaprzestania dostaw broni dla obu stron konfliktu oraz zaprowadzenia przez ONZ cał­kowitego embarga na te dostawy: „Amnesty International wzywa ONZ, a w szczególności Radę Bezpieczeństwa, by natychmiast nałożyła całkowite embargo na dostawy broni i amunicji dla stron konfliktu do czasu, gdy zniknie znaczące ryzyko ich użycia w celach oznaczających po­ważne pogwałcenie prawa międzynarodowego”. Amnesty International dokonała zestawienia wyprodukowanej za granicą broni użytej przez Izrael w trakcie inwazji na Gazę, takiej jak pochodzące ze Stanów Zjednoczonych pociski z białym fosforem, amunicja czołgowa czy poci­ski zdalnie sterowane, jak również przedstawiła harmo­nogram dostaw amerykańskiej broni do Izraela tuż przed inwazją i w jej trakcie. Stwierdziła, że „Stany Zjednoczone pozostawały dotąd największym dostawcą broni konwen­cjonalnej do Izraela”, „Stany Zjednoczone corocznie prze­kazywały Izraelowi znaczne sumy pieniędzy, by umożliwić mu nabycie broni, mimo amerykańskiego prawa zakazu­jącego udzielania takiej pomocy stronom bezustannie dokonującym poważnych naruszeń praw człowieka” i że „w trakcie interwencji wojskowej w Strefie Gazy znaczną część wyposażenia izraelskiego stanowiły broń, amunicja i sprzęt wojskowy dostarczone przez Stany Zjednoczone za pieniądze podatników amerykańskich”. W raporcie zna­lazło się również krótkie zestawienie wyprodukowanej za granicą broni, wykorzystywanej przez palestyńskie grupy zbrojne. Dostarczono jej „na o wiele mniejszą skalę niż […] Izraelowi”.

Apel Amnesty International o całkowite embargo na dostawy broni dla Izraela i palestyńskich grup zbroj­nych stanowił kamień milowy w konflikcie izraelsko-palestyńskim. Dotychczas w wypadkach pogwałceń praw wojny przez Izrael z użyciem broni wyprodukowanej w Stanach Zjednoczonych organizacje praw człowieka wzywały ten ostatni kraj, by ograniczył pomoc wojskową dla Izraela oraz nałożył restrykcje na jej wykorzystanie, tak, by zmusić Izrael do zaprzestania systematycznego łamania prawa. Żadna organizacja praw człowieka nie przedstawiła jednak dotąd tak dokładnego wykazu zagranicznych dostawców broni dla Izraela, ani też nie wezwała ich w tak ostrym tonie do nałożenia embarga na broń. Zgodnie z przewidywaniami, administracja Obamy odrzuciła ten apel, zaś Abraham H. Foxman z Ligi Przeciw Zniesławieniu zaatakował Amnesty International za jej „szkodliwy i stronniczy raport”, który „nie oznacza nic innego niż odmawianie Izraelowi prawa do samoobro­ny” – Bezprecedensowy apel Amnesty International o nałożenie embarga można zinterpretować jako jeden z wyrazów prawdziwej odrazy, z jaką przyjęła masakrę w Gazie znaczna część społeczności międzynarodowej, w tym – co warte uwagi – liberalnych Żydów amerykań­skich. Wrócę do tego niedługo, chciałbym jednak wcze­śniej przedstawić pokrótce swą podróż do Gazy po za­kończeniu inwazji.


Fragment książki N. Finkelsteina ‘Gaza: O jedną masakrę za daleko’
(
‘This Time We Went Too Far’ – Truth and Consequences of the Gaza Invasion)

Tłumaczenie: Paweł Michał Bartolik